FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@Malinka Może dlatego że w poprzednich meczach to była swego rodzaju rozgrzewka a teraz to w końcu Wielki Szlem!
3
Jest nowy trener Igi Świątek, jest nowa świerzość w grze... a błędów niewymuszonych Igi coraz więcej i więcej! Ech, bo z dziewczynami nigdy nie wie, oj nie wie sie...
1
@FCBparasiempre
To, że papież Franciszek kibicuje San Lorenzo jest oczywistością. Komu innemu miałby kibicować? Urodził się w grudniu 1936 roku we Flores, „barrio” położonym tuż obok Almagro, gdzie trzy dekady wcześniej ksiądz Lorenzo zakładał tę drużynę. Ojciec przyszłego papieża występował w drużynie koszykarskiej San Lorenzo a on sam jako dziecko chodził na mecze z mamą. Kiedy mówi się że osoba publiczna kibicuje jakiejś drużynie często można podejrzewać że mamy do czynienia raczej z pobieżnym zainteresowaniem albo z zachowaniem na pokaz niż prawdziwą pasją ale w przypadku Franciszka z pewnością jest inaczej. Jeśli wśród tłumu pielgrzymów na placu Świętego Piotra dostrzeże kogoś w koszulce San Lorenzo albo z flagą w barwach zespołu, z pewnością go pozdrowi, jeśli zaś drużyna właśnie wygrała mecz może nawet pokazać wynik na palcach obu dłoni. Na jego audiencjach nie brakuje grup owiniętych w argentyńskie flagi, wyglądających raczej na kibiców niż pątników. Ci, którzy pracują z nim na co dzień, zapytani o jego futbolowego konika podnoszą oczy ku niebu, ponoć mówi o piłce przy każdej okazji. W 2013 roku, kiedy kardynał Bergoglio został wybrany na papieża i przyjął imię Franciszek, San Lorenzo już od sześciu lat niczego nie wygrało(ostatni sukces odniosło w Clauzurze w 2007 roku). Teraz jednak natychmiast zwyciężyło w Aperturze, co robiło tym większe wrażenie że rok wcześniej klub ledwo uniknął degradacji i uginał się pod ciężarem długów. Nowy prezes Lammens zapewnił jednak zespołowi finansowo stabilizacją a trener Juan Antonio Pizzi zaproponował nowy sposób gry. Wkrótce po zdobyciu mistrzostwa Pizzi przeprowadził się jednak do Walencji, co oznaczało że drużyną w walce o Copa Libertadores pokieruje Edgardo Bauza, człowiek, który w 2008 roku wygrał te rozgrywki z urugwajskim Liga de Quito a triumf w Libertadores wiele znaczył dla San Lorenzo, dość powiedzieć że kibice innych drużyn nieustannie tłumaczyli skrót na klubowym herbie nie jako klub Atletico San Lorenzo de Almagro ale jako klub Atletico Sin Libertadores de America, czyli bez Copa Libertadores. Wrażenie że szykuje się coś wyjątkowego pojawiło się w trakcie ostatnich meczów fazy grupowej. Chilijski Union Espaniola był już pewien awansu do dalszych gier a Botafogo miało dwa punkty przewagi nad samym Lorenzo i ekwadorskim Independiente del Valle. Oznaczało to że aby grać dalej Argentyńczycy muszą pokonać u siebie Botafogo i liczyć że Independiente nie wygra w Chile a gdyby zdołało to jednak zrobić, to wtedy San Lorenzo powinno wbić Botafogo o dwa gole więcej niż strzeli drużyna z Ekwadoru. Do przerwy wszystko było pod kontrolą. San Lorenzo prowadziło po golu Villalby a Union i Independiente zremisowały 1:1. W 48 minucie jednak Daniel Angulo zdobył swojego drugiego gola dla Independiente. Pięć minut później Piatti podwyższył prowadzenie San Lorenzo ale do awansu wciąż brakowało mu jednego trafienia. Tymczasem Angulo strzelił po raz kolejny ale Matias Campos odpowiedział golem kontaktowym. Do końca obu meczów pozostawało pół godziny. Fernando Leon z Indepediente zdobył gola samobójczego i w Chile było 3:3, znów wydawało się że San Lorenzo powinno awansować. Kiedy zaś Gustawo Canales podwyższył z rzutu karnego prowadzenie Union na 4:3, sytuacja zrobiła się dosyć bezpieczna. Ale 5 minut później Angulo strzelił swoją czwartą bramkę a potem Junior Sornoza z jedenastki ustalił wynik spotkania na 5:4 dla Independiente. Do końca meczu San Lorenzo pozostawały już tylko dwie minuty, kiedy Piatti doskoczył do drugiej piłki i huknął potężnie pod poprzeczkę. Stadion Nuevo Gasometro eksplodował ale po ostatnim gwizdku nasłuchiwano jeszcze wieści z Chile. Kiedy potwierdziło się że Independiente wygrało tylko jedną bramką, radość z awansu była pełna. „Wszyscy myśleli że jesteśmy martwi tylko zapomnieli nas zabić. Nasz zespół przeszedł już nie jedno ale zawsze była to drużyna wojowników. Zdarza nam się grać słabo ale nawet wtedy nie przestajemy walczyć"- skomentował Piatti.
W innej rundzie San Lorenzo wygrało po rzutach karnych z Gremio a w ćwierćfinale okazało się lepsze od Cruzeiro(w dwumeczu było 2:1). Losowanie półfinałów było dla Argentyńczyków pomyślne: trafili na Bolivar, fatalnie grający na wyjazdach, choć niebezpieczny na własnym terenie, w położonym wśród wysokich gór La Paz. Piłkarze Bauzy załatwili więc sprawę u siebie wygrywając 5:0 i porażka 0:1 w Boliwii nie miała już znaczenia i po raz pierwszy w historii klubu San Lorenzo awansowało do finału Libertadores. Nie było już jednak to samo San Lorenzo, które rozpoczynało rozgrywki. Obiecujący młody napastnik Angel Correa został sprzedany do Atletico Madryt, gdzie zresztą podczas testów medycznych wykryto u niego wadę serca a Piattiego, bohatera fazy grupowej oddano do Montreal Impact akurat pomiędzy dwoma meczami finałowymi. Tak wygląda smutna rzeczywistość argentyńskiej piłki, żaden klub nie jest w stanie zatrzymać swych najlepszych piłkarzy na dłużej. W pierwszym meczu finałowym argentyńska drużyna zremisowała na wyjeździe z paragwajskim Nacionalem 1:1. Spotkanie rewanżowe przebiegało w nerwowej atmosferze a obie drużyny popełniały mnóstwo błędów ale ostatecznie San Lorenzo wygrało po rzucie karnym wykorzystanym przez zażywnego Nestora Ortigozę. Tamtego wieczora nie chodziło jednak o widowisko, tylko o 66-letni dług spłacony wreszcie przez Copa Libertadores drużynie San Lorenzo. „Wiemy że wszystkie argentyńskie kluby mają problemy ekonomiczne ale jesteśmy dumni z tego co osiągnęliśmy. Pokazaliśmy że wcale nie odstajemy od tych Gigantów, których wciskają nam media. Kiedy pierwszy raz rozmawialiśmy z Bauzą powiedział że nie potrzebuje dużych transferów, musi natomiast przygotować drużynę mentalnie na wyzwania związane z grą w Copa Libertadores. Nawet jak grasz sobie ładnie tydzień w tydzień, to w Libertadores nie możesz tracić koncentracji na ułamek sekundy. Robisz jeden błąd i wylatujesz"- mówił Marco Tinelli- wiceprezydent San Lorenzo. Nikt chyba nie radował się z tego sukcesu bardziej od Leandro Romagnolego. Ten staromodny już z pewnością drybler, który budził w Argentynie nostalgię za Złotym Wiekiem pasował do stylu swojej drużyny, chętnie odwołując się do starej szkoły i grającej mniej wertykalny i frenetyczny futbol niż czyni to większość klubów argentyńskich wyznających ideę Marcelo Bielsy. San Lorenzo kibicował od dziecka a kiedy zadebiutował w tym klubie jako 17-latek obiecywał matce że przejdzie wraz z nim do historii. W 2001 roku wygrał Clausure i występował w reprezentacji, która zdobyła Mistrzostwo Świata do lat 20-tu, 3 lata później przeszedł jednak do Vera Cruz a potem Sportingu. Słowa dotrzymał więc dopiero po powrocie do klubu w 2009 roku, kiedy miał już 33 lata. Owacja, jaką kibice zgotowali mu na kilka minut przed końcem, kiedy Bauza(być może właśnie ze względów sentymentalnych) zdjął go z boiska, była z pewnością godna chwili. Tak czy inaczej po zdobyciu 15 tytułów mistrza kraju San Lorenzo zostało w końcu ósmym argentyńskim klubem, który wygrał Copa Libertadores i przestało być definiowane przez owo „Sin Libertadores". „Myślę o radości fanów, o tym co dla nich znaczy to zwycięstwo. Nigdy czegoś podobnego nie przeżyli a my mogliśmy im to teraz ofiarować. Wielu z nich ma 80 czy 90 lat. Czekali na to całe życie"- mówił Romagnoli. Dzień po zwycięstwie w Libertadores delegacja piłkarzy poleciała z Pucharem do Rzymu na spotkanie z papieżem, podobnie zresztą jak w grudniu po wygraniu ligi. „Cieszę się bardzo ale oczywiście nie był to żaden cud"- powiedział Franciszek trzymając z wyraźną dumą puchar. Miesiąc później ogłoszono zawarcie porozumienia z Carrefourem na mocy którego w 2018 roku klub powinien był przeprowadzić się na nowy obiekt, z powrotem w Bodeo, który musiał opuścić w 1979 roku a stadion miał nosić imię papieża.
Radość z sukcesu San Lorenzo przekracza jednak wymiar lokalny, cieszyli się nim nie tylko kibice klubu, który odzyskiwał wreszcie poczucie własnej wartości, naruszone przed laty przez utratę stadionu, lecz podzielały ją szersze kręgi społeczeństwa. Oto mimo wszystkich spowijających argentyńską piłkę mroków i oczywistego kryzysu ekonomicznego tutejsze kluby wciąż potrafiły wygrywać międzynarodowe rozgrywki. „Po pięcioletniej przerwie argentyński zespół znów wygrał Libertadores"- głosiła „La Gaceta The Tucuman" pod nagłówkiem „Narodowa duma". Niezależnie od tej dumy jednak prawdziwym wyznacznikiem poziomu argentyńskiej, czy szerzej: południowoamerykańskiej piłki klubowej były występy San Lorenzo i Estudiantes w klubowych mistrzostwach świata, turnieju, który zastąpi Puchar Interkontynentalny i w którym oprócz drużyn z Europy i Ameryki Południowej uczestniczyły także zespoły z Afryki, Azji a także Ameryki Północnej i Środkowej. W 2009 roku Estudiantes uległo FC Barcelonie po dogrywce dopiero w finale ale w 2014 roku San Lorenzo potrzebowało dogrywki żeby w półfinale poradzić sobie z Auckland City FC a później przegrało z Realem Madryt 0:2 po jednostronnym meczu. Na „El Monumental” płakali nawet dorośli mężczyźni. Pod „Obelisco” z kolei bawili się jak dzieci w strugach deszczu. 19 lat po tym, jak Enzo Francescoli poprowadził River Plate do drugiego zwycięstwa w Copa Libertadores drużyna wygrała te rozgrywki po raz trzeci, stając się też pierwszym zespołem, który zwyciężył i w Sudamericana i w Recopa i w Libertadores. Zresztą jak na drużynę, która przeżyła w tych ostatnich rozgrywkach nie jedną traumę, przyszło jej to zaskakująco łatwo: wyjazdowy mecz z meksykańskim Tigres, w San Nicolas de los Garza zakończył się bezbramkowym remisem a u siebie River wygrało 3:0 dzięki szczupakowi Lucasa Alario tuż przed przerwą, trafieniu Carlosa Andresa Sancheza z karnego i kolejnej główce, tym razem Ramiro Funesa Moriego w drugiej połowie. Radość i emocje były z pewnością szczere, nawet jeśli towarzyszyło im poczucie że najtrudniejszy mecz odbył się dużo wcześniej, w ćwierćfinale, kiedy trzeba było odrabiać straty po porażce u siebie z Cruzeiro 1:0 aby ostatecznie wygrać 3:1. Chociaż w drużynie Marcelo Gallardo zdarzało się grać naprawdę nieźle już w poprzednim sezonie, z grupy wyszła z najgorszym bilansem spośród wszystkich awansujących dalej zespołów, po zaledwie jednym zwycięstwie i z 7-punktową stratą do Tigres. W losowaniu River wpadło na Boca, wygrało u siebie 1:0 a rewanż na „La Bombonerze” został przerwany po tym, jak w przerwie meczu kibice gospodarzy rozpylili w tunelu prowadzącym na murawę gaz pieprzowy, niezbyt satysfakcjonujący sposób wygrywania derbów. „Historię tego klubu tworzą zwycięstwa w takim właśnie stylu"- mówił pomocnik Leonardo Poncio ale prawda wyglądała zupełnie inaczej. Nie był to przecież triumf odniesiony dzięki ofensywnej i pełnej rozmachu grze, lecz raczej wymęczona wygrana. Zapewne tylko najwięksi fundamentaliści przejmowali się stylem, choć warto zauważyć że mówił on wiele na temat tego, jak wyglądają mecze Copa Libertadores w XXI wieku. „Był to mecz stojący na bulwersująco niskim poziomie. Festiwal niecelnych podań(ponad 70 w samej pierwszej połowie) i ostrych wślizgów. Jeśli potraktować to jak wizytówkę, różnica między finałem Copa Libertadores a finałem Ligi Mistrzów jest smutną ilustracją przepaści, która dzieli futbol z obu kontynentów. Chyba tylko najstarsi fani opuszczając El Monumental mogli tonować euforię wspomnieniami z czasów, w których River Plate było uosobieniem arystokratycznego rozmachu ale które z perspektywy 2015 roku wydawały się jedynie wytworem ich fantazji"- pisał Tim Vickery, najlepiej znający się na futbolu z Ameryki Południowej Europejczyk. River świętowało więc tak samo jak San Lorenzo czy Estudiantes ale nikt przytomny nie mógł przecież traktować tych zwycięstw na równi z dawnymi sukcesami Estudiantes w latach 60-tych, Boca i Independiente w 70-tych czy całego szeregu innych argentyńskich klubów, wliczając w to River w latach 80-tych, kiedy Copa Libertadores i Puchar Europy cieszyły się podobną renomą. Międzynarodowe sukcesy argentyńskich drużyn świadczą jedynie o tym że tamtejszy Football klubowy przy wszystkich swoich słabościach nie wygląda aż tak źle jak brazylijski.
4
@FCBparasiempre
Powierzenie Bilardo reprezentacji kraju po tym, jak w 1982 roku wywalczył Campeonato z Estudiantes było dla tego klubu prawdziwym ciosem. Choć w kolejnym roku drużyna zdołała jeszcze wygrać ligę Nacional pod wodzą Eduardo Manery(jednego z tych, którzy trafili do więzienia po finale Pucharu Interkontynentalnego 1969 roku) wkrótce znalazła się na równi pochyłej. W sezonie 1993/94 Estudiantes spadło nawet z Ligi, jednak natychmiast zdołało do niej wrócić, w czym spory udział miał 19-letni Juan Sebastian Veron. W 1996 roku zawodnik ten odszedł wprawdzie do Boca a wkrótce potem wyjechał do Włoch ale 10 lat później wrócił, nadal w pełni sił i wciąż zdolny do rozszczelniania defensywy rywali precyzyjnymi prostopadłymi podaniami. „Chcę pomóc drużynie na nowo zwyciężać w rozgrywkach międzynarodowych"- zapowiadał. Klub był już ponownie na fali wznoszącej ale mimo wszystko ta deklaracja brzmiała hurraoptymistycznie. Inna sprawa że w 2003 roku do zespołu wrócił Bilardo, który dał szansę grupie utalentowanych młodych graczy; wśród nich szczególnie wyróżniali się Jose Sosa i Marcos Angeleri. I chociaż po roku ex selekcjonera już w Estudiantes nie było, następcy mieli na czym budować. Pod Reinaldo Merlo drużyna zajęła czwarte miejsce w Aperturze i Clasurze, później przeszła chwilowy kryzys pod wodzą Burruchagi ale w końcu jej szkoleniowcem został Diego Simeone. Dawny reprezentacyjny pomocnik zbudował zespół odwołujący się do najlepszych tradycji klubu: w dziewiętnastu meczach apertury sezonu 2006/07 jego podopieczni stracili tylko 12 goli. Przed ostatnią kolejką na czele tabeli znajdowało się wprawdzie Boca Juniors ale po przegranej u siebie z Lanus 1:2 straciło trzypunktową przewagę a że Estudiantes zwyciężyło 2:0 z Arsenalem, o mistrzostwie kraju miał zadecydować dodatkowy mecz. Dzięki golom Sosy i Mariano Pavone Estudiantes wygrało to starcie 2:1 i po 23 latach przerwy znów cieszyło się z tytułu. Wspominając o późniejszych sukcesach Diego Simeone z Atletico warto mieć świadomość że to właśnie tamta drużyna z Argentyny ucieleśniała jego ideał futbolu. „Nie zapominajcie o Estudiantes. To był zespół, który miał wszystko co moim zdaniem najlepsze w piłce: praktyczność, zaangażowanie, zbiorowy wysiłek, talent, prostotę"- mówił po latach Cholo. Z Boca Juniors ekipa Simeone wygrała po raz pierwszy od 10 lat. Owszem miała trochę szczęścia(rywale dwukrotnie trafili w słupek) ale piłkarze Simeone potrafili szczęściu pomóc. „Zawsze powtarzałem że poprzeczka i słupek to część boiska. Gdyby ich nie było siatka musiałaby wisieć w powietrzu"- mówił. Z pewnością doświadczenie z tamtego meczu przydało mu się w 2013 roku, kiedy prowadził Atletico w finale Pucharu Króla przeciwko Realowi Madryt, klubowi, którego „Los Colchoneros” nie potrafili pokonać w poprzednich 26 meczach derbowych. „Nie ulega kwestii że są lepsi od nas ale to nie oznacza że wygrają"- przyznawał Argentyńczyk. Było to zdanie bardzo charakterystyczne dla mentalności zawodników Velezu Sarsfield, gdzie zaczynał karierę piłkarską i właśnie dla Estudiantes.
„Myślisz że zdołasz ograć Messiego i Ronaldo?"- usłyszał Simeone od 9-letniego syna po tym, jak powiedział mu że będzie trenerem Atletico. Zadanie wydawało się niewykonalne a jednak ojciec mu sprostał wbijając chłopca w dumę ale też każąc za sobą tęsknić bo im większe odnosił sukcesy w Hiszpanii, tym rzadziej mógł spędzać czas z rodziną w Argentynie. Propozycja z Madrytu również odwoływała się do emocji Simeona. W latach 90-tych Argentyńczyk występował w Atletico przez 3 lata, w rozgrywkach 1995-96 sięgając po mistrzostwo i puchar kraju a w 2003 roku wrócił do stolicy Hiszpanii jeszcze na półtora sezonu. Jakkolwiek jednak był pewny swoich umiejętności trenerskich, to przecież nie mógł się chyba spodziewać tego co osiągnie z tym zespołem. Niezależnie od dobrze udokumentowanej zdolności Atletico do autodestrukcyjnego kabaretu, istniała wszak również bariera finansowa. Wedle opublikowanej w kwietniu 2011 roku przez magazyn „Forbes” listy najbogatszych klubów świata roczne przychody „Rojiblancos” wynosiły 153 miliony dolarów czyli dużo mniej od FC Barcelony(488 milionów) i Realu(537 milionów). Na rok przed powrotem Simeone zarząd musiał sprzedać Sergio Aguero i Dawida De Gee, czym dodatkowo osłabił drużynę, która nawet z nimi zajęła dopiero siódme miejsce w lidze. Kiedy Argentyńczyk został zatrudniony zespół znajdował się na 11 miejscu i tylko cztery punkty nad strefą spadkową a mimo to już w pierwszym roku pracy Simeona zdołał awansować do Ligi Europy. Rok później Atletico było trzecią siłą w Hiszpanii a w sezonie 2013/14 po raz pierwszy od 1996 roku zdobyło mistrzostwo Hiszpanii i tylko sekundy dzieliły „Los Colchoneros” od pokonania Realu w finale Ligi Mistrzów. W kolejnych latach większość europejskich klubów podążała szlakiem wytyczonym przez Pepa Guardiole i Jurgena Kloppa stosując intensywny pressing i błyskawiczne przejścia z obrony do ataku więc przy tych innowatorach piłkarskich styl Simeone wydawał się coraz bardziej staromodny ale i tak zdołał on zapewnić Atletico udział w kolejnym finale Ligi Mistrzów i następne zwycięstwo w La Liga w sezonie 2020/21. Po odejściu z Estudiantes Simeone doprowadził River do wygrania Clauzury w sezonie 2007/08 ale Apertura kolejnych rozgrywek zaczęła się bardzo kiepsko. Po szybkim odpadnięciu z Copa Libertadores i z Copa Sudemericana drużynie trafiła się seria 11 meczów bez zwycięstwa. Kiedy znalazła się na ostatnim miejscu tabeli Simeone podał się do dymisji. Później doprowadził San Lorenzo do udziału w eliminacjach Copa Sudemericana oraz uratował od spadku Catanię i Racing. Jedynym jego niepowodzeniu w roli szkoleniowca pozostaje więc River. „Trenerzy mają lepsze i gorsze chwile. W mojej karierze wszystko potoczyło się błyskawicznie. Zły moment musiał się przydarzyć. Myślę że to doświadczenie z River tylko mnie wzmocniło: zrozumiałem i dzięki niemu że czasami żeby pójść do góry trzeba najpierw upaść"- mówił przyszły trener Atletico. Jednak seria meczów bez wygranej miała swoje konsekwencje, Simeone przyznawał że prowadząc zespół w 14 ze 116 spotkań, które ostatecznie doprowadziły River do spadku z Ligi ponosił część odpowiedzialności za katastrofę. Roberto Perfumo portretował go jako „urodzonego trenera" i tak naprawdę niewiele spośród tych, którzy zachwalali zdolności przywódcze „Cholo” w trakcie kariery piłkarskiej było zdziwionych tym, co osiągnął jako szkoleniowiec. Sam mówił że jego największym problemem jest to że nie umie przestać myśleć o futbolu. „Chodzę do kina we wtorki i czwartki ale jeśli film mnie nudzi, aktorzy się gdzieś rozmywają i znowu widzę piłkarzy: Jak mogę ich poustawiać, jak podwoić krycie na skrzydle?"- opowiadał. Do grających za granicą najlepszych argentyńskich piłkarzy dołączyli więc najlepsi trenerzy a że najwyższy poziom współczesnego futbolu oferują kluby europejskie trudno się dziwić że przyciągnęły także odnoszącego już pierwsze sukcesy w ojczyźnie Simeone. Jak niejeden przed nim szkoleniowiec Atletico wkrótce miał się jednak spotkać ze sceptycyzmem albo wręcz otwartą wrogością wielu Argentyńczyków, niechętnych rodakom, którym powiodło się za granicą. Sam opowiadał o pewnym zdarzeniu z grudnia 2012 roku, kiedy Atletico zajmowało akurat drugie miejsce w tabeli ligi hiszpańskiej. Udzielił wtedy wywiadu jednej z argentyńskich gazet i postanowił jeszcze rzucić na niego okiem z madryckiej oddali, w wersji online. Jak sam mówi popełnił błąd zaglądając do komentarzy. „Na pierwszych dziesięć 8 było okrutnych, jeden człowiek nie mógł się zdecydować czy mnie lubi czy nie a jeden życzył mi śmierci. Zastanawiam się dlaczego Argentyńczycy są tacy niesprawiedliwi? Dlaczego tak się wzajemnie poniżają?" Z pewnością problem nie był nowy ale fakt że tak niewiele piłkarskich talentów w tamtym czasie decydowało się na pozostanie w kraju z pewnością nie sprzyja poprawie sytuacji.
Po odejściu Simeona do River w Estudiantes pracowali Roberto Sensini i Leonardo Estrada; drużyna odpadła z Copa Libertadores na etapie walki o ćwierćfinał a w lidze zajęła trzecie i szóste miejsce. W końcu jednak dość niespodziewane zatrudnienie Alejandro Sabelli pozwoliło klubowi wspiąć się na wyższy poziom. Chodziło wprawdzie o byłego piłkarza Estudiantes ale w wieku 54 lat nie miał żadnych doświadczeń w samodzielnej pracy z piłkarzami a większość kariery trenerskiej spędził asystując Danielowi Passarelli. Po dwóch latach pracy ów zaskakujący wybór zarządu przyniósł jednak klubowi najwięcej sukcesów od czasu gdy drużynę prowadził Zubeldia. Sabella zdawał sobie sprawę ile zawdzięcza swemu najsłynniejszemu piłkarzowi: „Veron to najważniejszy zawodnik w dziejach Estudiantes. Jego decyzja o powrocie do klubu i fakt że na każdym treningu daje przykład młodszym zawodnikom to coś wyjątkowego. Zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko a kiedy juniorzy widzieli Jak trenuje musieli myśleć: »Halo, przecież to jest Veron! Facet wygrał wszystko a teraz tak zasuwa! Jakże ja miałbym nie pracować równie ciężko?«. Wywar wielki wpływ na szatnię. Tutaj dorastał i miał swój udział w historii tego klubu jeszcze zanim się urodził ale przeszedł drogę od bycia synem tego Verona do punktu, w którym to o jego ojcu mówiono »tata tego Verona«. Miał wielki talent i rzadko umiejętność czytania gry. Historia argentyńskiej piłki nie zna wielu takich przypadków a przecież muszę jeszcze wspomnieć o duszy Sebastiana bo to ona sprawiała że jego koledzy potrafili czasem grać powyżej swoich umiejętności". Estudian też zakończyło rozgrywki grupowe Copa Liberta zaraz w 2009 roku na drugim miejscu po Cruzeiro. W pierwszym starciu fazy pucharowej drużyna pokonała 3:0 Libertad po golu jasnowłosego Gastona Fernandesa na samym początku spotkania i dwóch trafieniach(jednym z karnego) wszędobylskiego napastnika Mauro Bossellego, którego późniejszy pobyt w Wigan nie okazał się już aż tak udany. Bezbramkowy remis w Paragwaju przypieczętował awans do ćwierćfinału, gdzie dzięki znakomitej postawie obrońców udało się dwukrotnie wygrać 1:0 z Defensorem Sporting. Pierwszy mecz półfinałowy u siebie z Nacionalem zakończył się kolejnym zwycięstwem 1-0 po główce Diego Galvana i choć w Montevideo Estudiantes dało sobie w końcu wbić gola, to dwie bramki Bossellego przypieczętowały awans do finału, Gdzie znów trzeba się było zmierzyć z Cruzeiro. Pierwszy mecz na własnym boisku w La Placie skończył się bezbramkowy remisem a podczas rewanżu w Belo Horizonte to gospodarze wyszli na prowadzenie po strzale Henryka I rykoszecie, który zmylił bramkarza. Była 52 minuta ale 5 minut później operujący w głębi pola Veron uruchomił precyzyjnym podaniem biegnącego po skrzydle bocznego obrońcę Christiana Cellaya. Ten dośrodkował, bramkarz Fabio minął się z piłką i Gaston Fernandez z najbliższej odległości strzelił gola dla Estudiantes. 16 minut później gościu prowadzili już 2:1 po rzucie rożnym Verona i główce Bosellego. Veron dotrzymał obietnicy i podobnie jak ojciec pomógł Estudiantes sięgnąć po Copa Libertadores. „Mój syn wrócił tutaj w 2006 roku z prostą ale niemal niemożliwą do spełnienia ideą: pomoc w drużynie znów wygrać rozgrywki międzynarodowe. Miał wiele ofert ale wybrał klub, o którym nigdy nie zapomniał, jego własny klub. Takie marzenia ma każdy kibic ale on je spełnił"- mówił Juan Ramon Veron. Ślad za tym sukcesem przyszło zwycięstwo w aperturze sezonu 2010/11, później jednak zaczęła się kolejna wyprzedaż i ciągłość sukcesów została zerwana. Żeby następny argentyński zespół wygrał CopaLlibertadores musiało minąć 5 lat.
5
Estudiantes, San Lorenzo, River Plate oraz “Cholo”:
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Sysia11
1
@Adran360 Nie miałem za bardzo czasu ani siły więc odpisuje dopiera teraz. Słuchaj ja mam Polsat Sort ale zacznijmy od tego tego że transmisje nocne absolutnie mi nie odpowiadają, no chyba że wziąłbym urlop w robocie- to po pierwsze. Natomiast po drugie i co najważniejsze, mój ukochany klub w strefie Conmebol właśnie co dopiero odpadł z rozgrywek a inne mnie nie interesują na tyle żeby zarywać nocki a nawet oglądać retransmisje. Raczej dobrze wiesz o jaki mój klub chodzi........?
12
Pierwszy w dziejach Blaugrany finał najważniejszego z pucharów:
31 maja 1961 r. FC Barcelona po raz pierwszy w historii zagrała w finale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Dramatyczny pojedynek z Benfica Lisbona zakończył się porażką 2:3. Już w 20 minucie genialny główkarz Sandor Kocsis wyprowadził Barçe na prowadzenie właśnie strzałem głową. Dziesięć minut później Portugalczycy wyrównali a po dwóch kolejnych minutach wyszli na prowadzenie po fatalnym błędzie Ramalletsa. Bramkarz Barçy tak niefortunnie wybijał piłke podbitą wysoko do góry przez swojego obrońcę że wrzucił ją sobie do bramki. W drugiej połowie wynik podwyższył mocnym strzałem z woleja zza pola karnego znakomity Mario Coluna i Blaugranie na nic się zdało jeszcze piękniejsze trafienie Czibora, który huknął z lewej nogi w samo okienko. W drugiej połowie meczu ataku serca doznał siedzący na trybunach prezydent Benfiki Mauricio Vieira de Brito. Takie nerwy nie mogły dziwić. W całym meczu piłkarze Barçy czterokrotnie trafiali w słupek bądź poprzeczke. Legenda głosi iż ten mecz walnie przyczynił się do zmiany przekroju obramowania bramki z prostokątnego na kolisty. Legenda legendą, jednak trzeba przyznać że jak ktoś ma pecha… to mu w drewnianym kościele spadnie cegła na głowę. Przecież wówczas Barça miała naprawdę silną ekipe na czele z genialnym Kubalą, Luisem Suarezem, Sandorem Kocsisem, Evaristo de Macedo czy choćby wspomnianym Ramalletsem. W 1/8 tych rozgrywek Barça odprawiła z kwitkiem sam Real Madrid! No cóż, jak wiemy w futbolu trzeba mieć też dużo szczęścia a na stadionie „Wankdorf” w Bernie ewidentnie go ,,nam” zabrakło.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
1
Pragnę pogratulować triumfu PSG w Lidze Mistrzów. Pięknie i skutecznie grali od samego początku rozgrywek pod wodzą najlepszego trenera na świecie- Luisa Enrique. Wspaniale byłoby widzieć "Lucho" jeszcze raz w naszej Barcuni...
11
Debiut katalońskich legend:
31 maja 1919 roku, FC Barcelona rozegrała mecz towarzyski na starym boisku „Camp del Carrer Indústria” z reprezentacją złożoną z piłkarzy państw alianckich, które niedawno wygrały I wojnę światową (Francuzów, Belgów i Anglików). Było to bardziej symboliczne wydarzenie niż cokolwiek innego, z mnóstwem machania flagami narodowymi poszczególnych krajów a wynik, zwycięstwo Barcelony 2-0, był akademicki. Jednak było coś w tym meczu, co uczyniło go szczególnie monumentalnym wydarzeniem w historii naszego klubu. Był to pierwszy występ w koszulce Barçy dla Ricardo Zamory, bramkarza-palacza, który przybył do klubu po zdobyciu mistrzostwa Katalonii z Espanyolem. „Divine One” był niezwykłym bramkarzem i to właśnie od jego nazwiska pochodzi nazwa Zamora Trophy, przyznawana do dziś najlepszemu bramkarzowi sezonu. Po trzech latach gry w Barçy Zamora wrócił do Espanyolu i zakończył karierę grając w Realu Madryt. Chociaż kibice przychodzili głównie po Zamorę, pod koniec meczu inny debiutant również sprawił, że zaczęli o nim dyskutować. 17-latek o nazwisku Josep Samitier olśniewał na boisku i zdobył drugiego gola tego dnia wspaniałym strzałem głową z rzutu rożnego. Samitier (1902-1972) był przeznaczony do zostania najbardziej legendarnym piłkarzem FC Barcelony na początku XX wieku i ikoną pierwszej „Złotej Ery” klubu w latach 20. XX wieku. Nie tylko był wspaniałym piłkarzem, ale także emanował charyzmą poza boiskiem, był absolutnym dżentelmenem i nieustannie pasjonował się wszystkim, co dotyczyło Barcelony. Wyprzedzał swoje czasy pod wieloma względami i przyciągał tak wielką publiczność, że mówi się, iż to jego nazwisko było głównym powodem, dla którego klub zmuszony był opuścić „Carrer Indústria” i zbudować większy i lepszy „Camp de Les Corts”. „Sami” pozostał w drużynie do 1932 roku, rozegrał 504 mecze i strzelił niesamowite 361 goli. Z takimi pseudonimami jak „Człowiek Homar” i „Magik” Samitier miał u stóp piłkarskie fantazje. Nie tylko miał tempo i umiejętności, zarówno lewą, jak i prawą nogą, ale słynął również ze swojej niezwykłej zdolności do skakania – co czyniło go niemal niemożliwym do pokonania w powietrzu. W jego sposobie gry było coś anarchicznego i improwizowanego, co sprawiało, że obrońcy drużyny przeciwnej musieli go nieustannie rozszyfrowywać. Mówiąc wprost, był piłkarskim „showmanem” swoich czasów.
Mimo że pierwotnie grał w pomocy, był tak skutecznym strzelcem, że wkrótce zaczął być wystawiany jako środkowy napastnik – strzelał bramki z mocą i precyzją, a często pojawiał się znikąd i strzelał gole głową. Był także członkiem pierwszej reprezentacji Hiszpanii, która pojechała na igrzyska olimpijskie do Antwerpii w 1920 r. (wówczas były to Mistrzostwa Świata) i wróciła ze srebrnym medalem. Wielu uważało go za najlepszego napastnika na świecie swoich czasów. Po tym, jak pomógł Blaugranie zdobyć tytuł mistrza Hiszpanii w jej inauguracyjnym sezonie w 1929 r. oraz zdobył pięć Pucharów Hiszpanii i dwanaście Mistrzostw Katalonii(!), spór z zarządem doprowadził do jego odejścia do Madrytu w 1932 r. Większość lat wojny domowej w Hiszpanii spędził na wygnaniu we Francji, ale w 1944 r. powrócił do Barcelony, tym razem jako menedżer i poprowadził klub do drugiego tytułu mistrzowskiego.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
Przed nami francusko-angielski finał Ligi Mistrzów i coś mi mówi że jeszcze takiego w historii nie było a skoro tak, to jest to swego rodzaju epokowe wydarzenie. Najlepszy trener świata na tą chwile to Luis Enrique. Najlepszy lewoskrzydłowy świata na tą chwile to Kwarachelia. Ale nie zawsze wygrywają najlepsi, jak kiedyś powiedział Diego Simeone. Tak więc niech niech wygra sport a przedewszystkim duch fairplay.
9
Wielki Ajax po raz trzeci z rzędu!
30 maja 1973 r. Ajax Amsterdam pokonał Juventus Turyn 1:0 w finale Pucharu Mistrzów. Ajax pokonał Juventus przed 89 000 widzów na Belgradzkiej ,,Marakanie”, zdobywając trzeci z rzędu Puchar Europy. Bramka Johnny'ego Repa w piątej minucie wystarczyła, aby zapewnić holenderskiemu gigantowi kolejny tytuł mistrza Europy, bez możliwości zatrzymania Stefana Kovácsa i jego ,,Total Footballers”. ,,Total Football”, w który grał Ajax w latach 70., to system, który przetrwał prawie pięć dekad i nadal inspiruje wielu najlepszych menedżerów współczesnej piłki nożnej. To, co Ajax osiągnął na początku lat 70., było niemalże piłkarskim mistrzostwem – przynajmniej ideologicznie. Na arenie europejskiej strzelili pięć goli i stracili zero w trzech zwycięskich finałach w 1971, '72 i '73. Dziennikarz Berend Scholten twierdzi, że zwycięstwo nad Juventusem w Jugosławii stanowiło „szczyt osiągnięć Ajaxu” na początku lat 70. Pokonując Bianconeri , Ajax Kovácsa pokonał drużynę, w której grali jedni z najlepszych włoskich piłkarzy, z legendarnym Dino Zoffem w bramce, taktycznie bystrym Fabio Capello w pomocy i doświadczonym strzelcem Roberto Bettegą w ataku. Jednakże, jak wyjaśnił David Winner w Brilliant Orange , triumf Ajaxu w 1973 r. stał się źródłem niezadowolenia wśród fanów klubu zaraz po finale. Winner pisze: „Kibice Ajaxu wrócili do domu przygnębieni i niezadowoleni, widząc trzecie z rzędu zwycięstwo swojej drużyny w Pucharze Europy”. To poczucie niezadowolenia ze strony fanów Ajaxu jest głęboko intrygujące. Triumf w 1973 roku był być może zbyt oczywisty w oczach kibiców Ajaxu, a finał był daleki od ekscytującego standardu, jaki de Godenzonen ustanowił w poprzednich latach. Podczas gdy drużyna Kovácsa otrzymała entuzjastyczne uznanie od oglądającego świata, ich manipulacyjny styl gry nie do końca odpowiadał gustom ich własnych kibiców. Stało się tak, ponieważ finał w 1973 roku był prawdopodobnie najnudniejszym z trzech, które wygrał Ajax. W przeciwieństwie do zwycięstw 2-0 w 1971 i 1972 roku nad Panathinaikosem i Interem, styl, w którym klub z Amsterdamu pokonał Juventus, był mniej inspirujący. Poza tym, dlaczego dziedzictwo trzeciego i ostatniego zwycięstwa Ajaxu w Pucharze Europy w erze Total Football jest tak sprzeczne? Jak drużyna Ajaxu, która zrewolucjonizowała grę, mogła nie podobać się własnym ludziom po podbiciu kontynentu? W drodze do finału w Belgradzie Ajax pokonał Bayern Monachium w ćwierćfinale, a Real Madryt w półfinale. Hipnotyzujący występ w drugiej połowie w Amsterdamie podczas pierwszego meczu Ajaxu z Bayernem skutecznie doprowadził drużynę Kovácsa do awansu do następnej rundy, dzięki bramkom Johana Cruyffa, Arie Haana i Gerrie Mührena. W pierwszym meczu półfinałowym z Realem Madryt bramki Hulshoffa i Ruuda Krola dały Ajaxowi niewielką przewagę w Madrycie. Samotny gol Mührena na Bernabèu był kluczowy, wprowadzając de Godenzonen do kolejnego finału. Jednak to sposób ich zwycięstwa w Hiszpanii był szczególnie godny uwagi.
Mühren wszedł do folkloru Ajaxu nie tylko za sprawą ważnego gola na wyjeździe w Madrycie, ale także za swoje niesławne wybryki w drugiej połowie meczu. Kiedy piłkarze Realu Madryt cofnęli się po tym, jak Mühren przejął piłkę na linii środkowej, Holender prowokacyjnie podrzucił piłkę w powietrze i zaczął nią żonglować, zanim pozwolił jej spaść i podał ją do Krola, który nacierał z lewego obrońcy. Notatki zwycięzcy: „Oklaski przetoczyły się jak grzmoty na gigantycznych trybunach”, ilustrując zdumienie tłumu przyzwyczajonego do sukcesu. Kibice Realu Madryt podeszli do Mührena po meczu, aby wyrazić swój podziw dla jego zuchwałych umiejętności. Dla Mührena jego sztuczka była „wyrazem wyższości”. Jego intencją było pokazanie, że Ajax i Real Madryt zamieniły się miejscami, po tym jak hiszpański gigant zdominował europejską piłkę nożną przez tak długi czas w latach 50. Jednak to nie dominująca natura opartego na posiadaniu piłki ofensywnego stylu Ajaxu zachwyciła tamtej nocy świat, ale ich śmiałość z małymi momentami polotu i manipulacji. Mühren odnosi się do swojego niesławnego żonglowania piłką jako do „momentu, w którym Ajax przejął kontrolę”. Pomimo poziomu umiejętności, istniał konflikt co do tego, jaki wizerunek powinien prezentować Ajax. Hulshoff był wściekły na Mührena po incydencie, natychmiast podbiegł do niego, aby go upomnieć. Powiedział Winnerowi w Brilliant Orange: „ Gdyby ktoś mi to zrobił, zabiłbym go”, podkreślając swoje niezadowolenie z tego, co uznał za brak szacunku.
@Szalik
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
8
Zapomniane legendy światowego futbolu:
30 maja 1946 r. urodził się Dragan Džajić. Polska w latach 70-tych miała swojego Kazimierza Deynę, Czechosłowacja nieco wcześniej Josefa Masopusta, ale o nich się dzisiaj doskonale pamięta. Nieco inaczej jest z największą gwiazdą reprezentacji Jugosławii, którą był Dragan Džajić. Ten fantastyczny skrzydłowy przez wiele lat decydował o obliczu Crvenej Zvezdy Belgrad (305 meczów i 113 goli) a przez pewien czas czarował też swoim talentem kibiców francuskiej Bastii (56 gier i 31 goli). Przede wszystkim był jednym z największych asów reprezentacji Jugosławii (85 występów i 23 gole). Do legendy przeszły również jego rzuty wolne. Można nawet znaleźć opinię, według której Džajić miał być najlepszym lewonożnym wykonawcą rzutów wolnych w historii futbolu. ,,Dragan Dżajić to legenda jugosłowiańskiej piłki. Przede wszystkim fenomenalny drybler. Kiedyś BBC zrobiło film, pod tytułem „czarna kobra”, na którym pokazano kilkadziesiąt zwodów Dżajicia w miejscu i w biegu. Był wtedy zupełnie nie do zatrzymania. Gdyby wskazać dziś jakiegoś piłkarza, który prezentowałby namiastkę gry przypominającą to, co robił „Džaja”, to byłby to Arjen Robben. Jego kariera jakoś się rozpłynęła, być może dlatego, że nie było kontynuacji w silnych zagranicznych klubach”– Włodzimierz Szaranowicz.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Szalik
0
@Lionel_Messi10 Żebyś się nie zdziwił i żeby nie było odwrotnie :)
10
Zapomniane legendy futbolu:
30 maja 1913 r. urodził się Geza Kalocsay, węgierski piłkarz grający na pozycji napastnika, reprezentant Czechosłowacji i Węgier, oraz trener(w latach 1966–1969 trener Górnika Zabrze). W Mistrzostwach Świata 1954 był asystentem trenera Gusztáva Sebesa, twórcy ,,Złotej Jedenastki”. Géza stale łączył rozwój sportowy z rozwojem intelektualnym. W życiu zadbał o sukcesy zarówno piłkarskie, jak i naukowe. Do tych pierwszych niewątpliwie można zaliczyć udział w Mistrzostwach Świata w 1934 roku w barwach Czechosłowacji (Kalocsay dopiero w 1940 r. zadebiutował w reprezentacji Węgier) a do drugich fakt, że był doktorem prawa. W Zabrzu prowadził piłkarzy twardą ręką, co przynosiło znakomite efekty. W wywiadzie dla katowickiego Sportu Jerzy Gorgoń stwierdził: ,,Kalocsay dawał w kość. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z Górnikiem, po treningu wszyscy szli do szatni a mnie jeszcze gonił kilkanaście kółek i robił dodatkowe zajęcia. Buntowałem się. Mówiłem, że mam niższe od wszystkich stypendium a pracuję za trzech ale miał rację, zrobił ze mnie piłkarza”. Zawodnicy ówczesnej ekipy zgodnie stwierdzają, że Węgier jako pierwszy w polskiej lidze przykładał wielką wagę do piłkarskiej taktyki. Ponadto wspominają, że był najbardziej wymagającym trenerem, z jakim kiedykolwiek mieli przyjemność pracować. Pod jego skrzydłami Zabrzanie wywalczyli Mistrzostwo Polski w 1967 roku, jednak kibice pamiętają go przede wszystkim dzięki wspaniałym występom Górnika w europejskich pucharach. To on był architektem drużyny, która w sezonie 1969/70, już pod wodzą Michała Matyasa, awansowała do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, ulegając minimalnie Manchesterowi City 1:2. Dwa lata wcześniej Zabrzanie sprawili niebywałą sensację, pokonując 1:0 drugi z wielkich klubów z Manchesteru. United w tamtym sezonie sięgnęli po Puchar Europy a ich porażka ze Ślązakami w 1/4 finału była jedyną w drodze po triumf (w pierwszym meczu wygrali 2:0 i awansowali do półfinału). Bilans Górnika w europejskich pucharach pod wodzą Kolocsaya jest naprawdę imponujący: 15 meczów, 10 zwycięstw, 2 remisy i 3 porażki, przy bilansie bramkowym 30:16. Ciekawy wątek dotyczy jego zwolnienia. Nie zaważyły o tym ani wyniki sportowe, ani finanse a historie obyczajowe. Kalocsay nigdy nie krył się ze swoimi zapędami do płci pięknej. Jego rozwiązłość nie spodobała się rodzicom dziewczyn, z którymi sypiał, więc donieśli na niego partii a że wówczas partia miała najwięcej do powiedzenia…
@Szalik
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
0
@Gall A jak będzie płoną Londyn?
0
@fotohobby Uważam że znaczna większość ludzi pracuje na pierwszą zmiane, więc w tygodniu pora rozgrywania meczu jest zdecydowanie nie komfortowa, to po pierwsze. Po drugie jak chodziłem do knajpy to bardzo dużo przychodziło par po 20. a nawet po 22.00. Mało która dziewczyna przyjdzie z chłopakiem do knajpy na 18.00 przy pięknej słonecznej pogodzie...
14
Jakże cenne zwycięstwo w Tiranie:
30 maja 1985 r. reprezentacja Polski pokonała Albanie 0:1 w eliminacjach MŚ 1986. Tak, to właśnie Albania okazała się drużyną rozdającą karty w pierwszej grupie eliminacji. W maju 1985 roku 11 dni po efektownych wygranej nad Grecją w Atenach(4:1) przyszło ekipie Piechniczka zagrać w Tiranie. Były to niezwykłe dni dla Bońka. 19 maja na ateńskim Stadionie Olimpijskim po raz pierwszy założył opaskę kapitana reprezentacji a w 78 minucie strzelił gola na 3:1. 29 maja na stadionie Heysel w Brukseli jego Juventus zmierzył się w finale Pucharu Europy z Liverpoolem. Mecz miał rozpocząć się o 20:15 ale o tej porze zamiast piłkarzy przyszło wszystkim oglądać obrazy tragiczne, wstrząsający i przerażające. Chuligani z Liverpoolu natarli na sektor kibiców włoskich, ratując przypartych do siatki i muru ludzi. 38 osób zginęło ale futbolistom nakazano grać obawiając się aby w razie odwołania spotkania nie doszło do jeszcze większej tragedii. Juventus wygrał 1:0 po golu strzelony przez Michella Platiniego zrzutu karnego podyktowanego po faulu na Bońku. Jeszcze w nocy "Zibi" musiał wsiąść w samolot, dolecieć do Tirany i już o 17:30 wybiec na boisko aby poprowadzić reprezentację do kluczowego meczów eliminacjach i na dodatek w 24 minucie strzelił zwycięskiego gola, swego 24 i ostatniego zresztą w biało-czerwonych barwach. Oto jak Boniek opisywał te wydarzenia we wspomnieniach spisanych przez Andrzeja Persona: „Później spotkałem się z zarzutami że zupełnie zapomnieliśmy o tym, co stało się na stadionie Heysel przed dwiema godzinami. To nieprawda, zresztą wystarczyło popatrzeć na zawodników, którzy zmuszeni byli wyrzucać aut. Bali się iść po piłkę jeśli spadła ona gdzieś dalej od boiska. Wszędzie mnóstwo psów, koni, policji i ta tragiczna, zrujnowana trybuna. Po meczu ani w szatni, ani podczas kolacji nikt się nie odzywał. Ten puchar, na który tak czekaliśmy okazał się zupełnie nieznaczący, zniknął w cieniu tragedii. Oczywiście nie było nawet mowy o szampanie czy jakimś innym fetowaniu zwycięstwa. (...) Nie miałem już czasu na rozmyślania. Teraz nadszedł dla mnie czas największej próby. Oczywiście byłem przygotowany na dwa mecze ale przecież nie mogłem przypuszczać i nikt nie mógł że będę jechał do Tirany w tak fatalnym nastroju. Szybko spakowałem się, było już po północy, gdy opuszczałem hotel. Włosi zgodnie zresztą z zobowiązaniami wobec PZPN bardzo precyzyjnie przygotowali moją podróż do Albanii. Samochodem pojechałem prosto na lotnisko. Władze celne i graniczne nie przeprowadziły żadnej kontroli. Tymczasem w części lotniska wyznaczone dla samolotów prywatnych panował tłok i zamieszanie. Nikt nie był w stanie powiedzieć, którym samolotem mam lecieć bo takich samych awionetek czekało gotowych do odlotu około... 400. Wszyscy bezradnie rozkładali ręce, tłumy kibiców kręciły się między samolotami. Nie pozostało mi nic innego jak wziąć walizkę w rękę i pytać kolejno pilotów. I miałem szczęście, bodaj 12 napotkany samolot był właśnie tym, którym w ciągu doby miałem odbyć podróż niemal dookoła Europy. W środku byli tylko dwaj piloci i ja. Nie był to, jak pisano prywatny samolot prezesa Agnellego, lecz specjalnej firmy przewozowej, która świadczy takie właśnie usługi. Niewielki, komfortowy samolot, wyposażony w barek ale rozwijający prędkość ponad 800 km na godzinę. O tym miałem się przekonać dopiero za godzinę, gdyż tyle czasu zajęło nam oczekiwanie na zgodę z wieży kontrolnej lotniska zezwalającą na odlot. Około 6:00 rano dolecieliśmy do Pizy. Dlaczego właśnie tam? Z dwóch powodów, po pierwsze samolot nie był w stanie bez przerwy pokonać odległości dzielącej Brukselę od Tirany, po drugie piloci nie znali dokładnie warunków atmosferycznych nad Albanią. Poza tym postój w Pizie wykorzystałem na 3 godzinną drzemkę w hotelu obok lotniska. Po 9:00 znów znalazłem się na lotnisku. Druga tura podróży nie była już tak przyjemna. Nad Tiraną znajdowała się strefa między dwiema burzami. Solidnie nami trzęsło. Na szczęście nigdy nie miałem żadnych obaw w trakcie lotu, poza tym wierzyłem fachowość pilotów. Około 14:00 byliśmy na miejscu". W taki sposób, dzięki Bońkowi i meczem rozegranym w drugiej połowie maja w Atenach i Tiranie reprezentacja Polski całkowicie odwróciła losy eliminacji. Na wrześniową, decydującą walkę z Belgami w Chorzowie biało-czerwoni wychodzili z uprzywilejowanej pozycji: remis dawał im pierwsze miejsce w grupie i bezpośredni awans.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Blaugrana w Pucharze Hiszpanii:
30 maja 1964 r. FC Barcelona pokonuje na wyjeździe Espanyol Barcelona 2:4 w rewanżowym ćwierćfinale Copa del Generalisimo i tym samym awansuje do półfinału tych rozgrywek. Gole dla Barçy strzelali wówczas Jose Zaldua(2), Sandor Kocsis oraz Cayetano Re. Co ciekawe w ekipie Espanyolu zagrał Ladislao Kubala, który już powolutku kończył swoją karierę zawodniczą.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
1
@Lisek No jakoś to do mnie nie przemawia o tej porze ten wzrost obrotów. Wiem bo chodziłem po knajpach na mecze i o godzinie 18 czy 19 w sobote to była zaledwie jedna czy dwie osoby na cały pub....
0
@maroon No ale zaraz, to ludzie pracują do 18. czy 19.00? Przecież do roboty chodzi się na 6-tą ewentualnie 7-mą rano. Zanim człowiek wróci ze stadionu do domu to będzie 1 czy 2 w nocy! a potem raniutko kompletnie niewyspany do roboty! I to ma być rozsądne??
0
@AduŚ07 Teoretycznie tak. Tylko skoro uważasz że jest to bardzo dobra godzina dla soboty, to co powiesz na 22.00 w środku tygodnia?
0
@tbas Jak mam to rozumieć? Przecież nigdy wcześniej finał europejskiego finału nie był rozgrywany tak wcześnie!
1
@Adran360 No dzięki za info ale mnie już teraz nie cieszy Copa Libertadores a zresztą i tak niebyłbym w stanie oglądać na żywo...
3
Jak widze, to dzisiejszy finał Ligi Mistrzów rozgrywany jest o godzinie... 18.00??? Natomiast większość spotkań rozgrywanych w ciągu tygodnia jest granych w godzinach 20. 21. a nawet 22.00! W ciągu tygodnia ludzie chodzą rano do pracy a przecież dzisiaj jest sobota i można spokojnie balować nawet do rana! Dzisiejsza pora rozgrywania mnie akurat nie przeszkadza ale jak to się ma do meczów rozgrywanych w tygodniu? Gdzie tu sens, gdzie logika? O co tu tak naprawde chodzi.......???
9
Wspomnienia z łezką w oku:
30 maja 1998 r. Guillermo Amor rozpłakał się jak dziecko po słowach Luisa Van Gaala. Jeden z najbardziej oddanych drużynie piłkarzy w historii Blaugrany musiał odejść z powodu decyzji trenera. Holender w ostrych słowach ostrzegł zawodników, którzy nie będą chcieli odejść że ,,kolejny rok będzie dla nich straszny”. Następnie kierując słowa bezpośrednio do Amora stwierdził że ,,będzie on blokował rozwój takich piłkarzy jak Xavi”. Gracz, który był wychowany w La Masii i przez 18 lat był związany z Dumą Katalonii nie mógł się powstrzymać od płaczu po usłyszeniu takich słów. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej prezydent Nuñez oświadczył, że wykorzysta klauzule w kontrakcie pozwalającą na przedłużenie umowy z Amorem ale służyło to jedynie temu, aby uzyskać za Katalończyka pieniądze od przyszłego pracodawcy. Guillermo trafił ostatecznie do Fiorentiny. No i teraz wyobraźacie sobie taką sytuację gdyby miała miejsce z Iniestą, Xavim czy choćby z Messim? Co za bezczelny typ…
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
8
@FCBparasiempre
29 maja 1985 r. w Brukseli, Juventus pokonał FC Liverpool 1:0. Na finał rozgrywek o Puchar Mistrzów czekało w całej Europie wiele milionów ludzi ale po ataku kibiców angielskich i śmierć 39 osób mecz przestał się liczyć. Czegoś podobnego nie było od 1982 r., kiedy w Moskwie zgineło aż 340 osób! Przyczyny dramatów często się powtarzały. Przejścia były zbyt wąskie albo zamknięte, policja chcąc rozpędzić tłum atakujący sędziów lub piłkarzy, używała gazów łzawiących, co powodowało panike. Ludzie tratowali się albo dusili się w tłumie. W maju 1985, zaledwie 2 tygodnie przed Heysel, doszło do jednej z największych tragedii na Wyspach Brytyjskich. Finał Pucharu Mistrzów w 1985 nie zapowiadał żadnego dramatu. Oczekiwano wyłącznie przeżyć sportowych, ponieważ spotykały się 2 drużyny o niezwykłych tradycjach, dokonaniach, pełne gwiazd znanych na całym świecie. Liverpool bronił pucharu zdobytego rok wcześniej w zakończonym rzutami karnymi meczu z AS Roma. Juventus był właścicielem wywalczonego w tym samym czasie Pucharu Zdobywców Pucharów. Miał w drużynie 4 mistrzów świata oraz Platiniego i Bońka. To wszystko gwarantowało wspaniałe widowisko. Tyle że mecz ten nie powinien się odbyć. Wielu kibiców z obydwu krajów przybywało do Belgii już pod wpływem alkoholu. W południe na kilka godzin przed meczem, na Brukselskim „Grand Place” bawiło się zgodnie około 2 tysięcy Anglików i Włochów. Kolejne tysiące zajmowały restauracje, bary i ogródki na sąsiadujących z rynkiem ulicach. Wszyscy koncentrowali się na piciu, skandowaniu haseł i wymachiwaniu klubowymi flagami. Cały „Grand Place” pokrywało szkło z potłuczonych butelek. Wielu Anglików leżało nieprzytomnych na chodniku przy barze. Temperatura wzrastała. Wczesnym popołudniem na konferencji z udziałem szefów Liverpoolu, Adidas przedstawił wzór koszulek, w jakich Anglicy pierwszy raz mieli zagrać wieczorem. Obok „Atomium” pod stadionem kolejna konferencja. Stadion podzielony był standardowo. Całą trybune za bramką po prawej stronie zajmowali kibice włoscy. Po przeciwnej stronie znajdowali się Anglicy i Włosi, przedzieleni wąski pasem przeznaczonym dla kibiców belgijskich, którzy jednak szybko z tamtąd uciekli. Właśnie ta trybuna oznaczona literami X, Y i Z, stała się sceną dramatu. Obydwie trybuny za bramkami miały miejsce wyłącznie stojące. Iskrą stały się butelki, kamienie i petardy, rzucane z angielskiego sektora X na włoski – Z. Początek finału wyznaczono na godzinę 20.15. Kiedy o 18.15 na boisko wyszły dwie drużyny trampkarzy, mało kto patrzył na ich mecz. Oni grali a sytuacja na trybunach stawała się coraz bardziej dramatyczna. Wszyscy na to patrzyli, żadne służby porządkowe nie interweniowały. Burmistrz Brukseli mówił że do pracy przy meczu zaangażowano około tysiąca policjantów. 240 z nich znajdowało się na stadionie, chociaż prawde mówiąc nie rzucali się w oczy. Kiedy sytuacja całkiem wymknęła się spod kontroli, policjanci docierali na stadion czym tylko się dało, odpowiadając na zamieszczony w telewizji apel. Najgorsze nastąpiło między 19.00 a 19.30. Po rzucaniu butelkami itp. Doszło do pierwszej szarży Anglików na Włochów, z sektora X na Z. Była co prawda jeszcze odpierana przez nielicznych policjantów ale napastnicy zdobyli nowy oręż – metalowe pręty, wyrwane z płotu oddzielającego sektory. Po chwili przerwy atak powtórzono. Tym razem ubrani na czerwono Anglicy przebiegli się po belgijskim sektorze buforowym, jakby nie istniał. Nie Belgowie a Włosi byli celem ataku. Kibice Juventusu czegoś takiego się nie spodziewali, zresztą i tak stali na straconej pozycji. Nie mieli gdzie uciekać. Najwyżej kilkanaście metrów wzdłuż, dalej już była tylko ściana. Gromadzili się na samym rogu kończącej się trybuny, gdzie mur był najniższy i dawał nadzieje na zeskoczenie z wysokości 2, 3 metrów na bieżnie. W kierunku wejść uciekać nie mogli bo wciąż nowi kibice nieświadomi sytuacji wchodzili na trybune. Rozjuszeni, pijani Anglicy gonili swoje ofiary aż do skutku. W czasie, kiedy Włosi znajdujący się na końcu skłębionej masy uciekających otrzymali ciosy prętami, pięściami, drewnianymi częściami ławek, kastetami i nożami, pierwsi zostali przyparci do muru. Ten nie wytrzymał pod ciężarem kilkuset osób i runął na bieżnie. Kilkunastu kibiców poniosło śmierć przygniecionych cementem, cegłami, zbrojonymi prętami lub stratowanych przez uciekających rodaków, którzy dopiero teraz wylali się na bieżnie. Biegli po ciałach ludzi, obok których jeszcze przed chwilą stali. Inni zostali na trybunie ryzykując życie. Kiedy setki ludzi wtargnęły na bieżnie i boisko, które trampkarze opuścili po skończonym meczu, wielu innych na stadionie nie miało świadomości, co tak naprawdę się stało.
Spiker apelował o spokój i powrót na swoje miejsca ale niektórzy już swoich miejsc nie mieli. Na ławkach prasowych nikt nie pomyślał że efekt szarży może być tak tragiczny. W tłumie przy zawalonej ścianie niewiele można było zobaczyć. Dopiero widok coraz większej liczby sanitariuszy z noszami, wycie syren karetek i śmigłowce nad stadionem uświadomiły wszystkim że stało się coś strasznego. Na stadionie panował chaos. Przez megafony wzywano do zachowania spokoju, na tablicy świetlnej pojawił się przygotowany wcześniej napis: ,,Organizatorzy serdecznie witają przybyłych kibiców futbolu”. Policjanci belgijscy wprawni w rozpędzaniu demonstracji związkowców, teraz byli bezradni. W takiej sytuacji nigdy się nie znaleźli. Przyglądali się pierwszym iskrom przyszłego ognia, który groził pożarem, z czego musiał sobie zdawać rację każdy, kto choć raz widział awantury wywołane przez kibiców. Patrzyli co z tego wyniknie a kiedy Anglicy ruszyli, policjanci uciekali razem z Włochami. Wprowadzenie większej liczby funkcjonariuszy i służb porządkowych niewiele dało. Kiedy ożywiła się trybuna M, N i O – to po drugiej stronie boiska, zajmowana tylko przez Włochów grupki kibiców wybiegły na bieżnie żeby pograć tam w piłke i bić się, policjanci stanęli jak słupy. Uzbrojeni w pałki, tarcze z pleksiglasu, hełmy, nie mogli dać sobie rady z młodymi chłopakami w trampkach i drzewcami po sztandarach w ręku. Wtedy wjechała konnica. Jechali kłusem wzdłuż trybuny nie robiąc na nikim wrażenia. Potem jeszcze dwudziestu ale nawet nie próbowali usunąć kibiców z boiska i bieżni, nie rozpoczęli żadnej akcji, która mogłaby przywrócić porządek. Czekali na rozkazy ale rozkazów nie było. Oficer dowodzący akcją znajdował się poza stadionem. Minister spraw wewnętrznych siedział spokojnie w domu przed telewizorem, patrzył co się dzieje a w tym czasie w jego gabinecie trwały narady. Na postawione zarzuty odpowiedział że organizacja była bez zarzutów i nie chciano prowokować kibiców demonstracją policyjnej siły. To był szok cywilizacyjny dla kraju, w którym żyło się spokojnie i bezpiecznie. Belgowie, którzy nie doświadczyli okropności wojny w takim stopniu jak wiele innych europejskich krajów, nie wyobrażali sobie że może ich spotkać coś takiego. Nie byli na to przygotowani. Nie był też na to przygotowany stadion. Prezydent Liverpoolu sir John Smith powiedział: ,,Stadion Heysel nie nadaje się do takich meczów. Kibice mogli bez poważniejszych problemów dostać się na trybuny bez biletów a potem poruszać się względnie swobodnie po całym obiekcie. To niedopuszczalne”. Wtórował mu prezydent Juventusu Giampiero Boniperti: ,,Gdybym wiedział że Belgia nie da sobie rady z organizacją, byłbym za przeniesieniem meczu do Związku Radzieckiego. Tam od razu dano by sobie rade z bandytami”. Przed godziną 20-tą wiadomo było że mecz nie rozpocznie się zgodnie z planem, czyli o 20.15. ale prawdopodobnie nikt wtedy nie wiedział czy w ogóle się odbędzie. Działacze Komitetu Wykonawczego UEFA byli podzieleni. Zresztą oni nawet nie mieli miejsca, w którym mogliby spokojnie na ten temat podyskutować. W powszechnym chaosie Włosi często w szoku uciekali z zagrożonych miejsc, szukając schronienia na trybunie honorowej i prasowej, które były najbezpieczniejszymi okolicami na stadionie. ,,Już wtedy wiedzieliśmy, co się wydarzyło. Siedzieliśmy w szatni i czekaliśmy na decyzje. Wielu z tych, którzy ponieśli śmierć lub zostali ranni było znanych było znanych piłkarzom Juventusu. Nie chciało się nam grać w takiej sytuacji ale nie mieliśmy wyjścia”.- opowiadał Boniek. UEFA uznała że odwołanie meczu mogłoby spowodować jeszcze większą tragedie. Postanowiono więc zagrać dla bandytów żeby ich nie drażnić. Niemiecka telewizja ZDF w tym momencie przerwała transmisje. O godzinie 20.30 do walczących z policją kibiców na trybunie M, N i O wyszli piłkarze Juventusu. Najpierw mistrzowie świata Tardelii i Cabrini, potem Brio i Favero. Wszyscy prosili swoich kibiców o zaprzestanie walk i zachowanie spokoju. Kapitan Juve Gaetano Schirea zwracał się do włoskich kibiców za pośrednictwem megafonów. Z taki samym apelem do przybyszów z Anglii wystąpił kapitan Liverpoolu Phil Neal. Służby medyczne cały czas udzielały wtedy pomocy poszkodowanym. W loży dziennikarskiej jeden z Włochów, który się tam schronił dostał ataku serca. Jego przyjaciel próbował go reanimować. Zaalarmowani lekarze przybyli niemal natychmiast. Po kilku minutach reanimacji zabrali go do szpitala. O godzinie 21.30 grupa młodych Włochów z trybun M, N, O wniosła na bieżnie transparent z napisem: ,,Red Animals” – Czerwone Zwierzęta, nawiązując do koloru koszulek Liverpoolu. Cała widownia zaczęła bić brawo. Długo to nie trwało. Policja zabrała im transparent i to była jej jedyna udana akcja owego wieczoru. W tym czasie na boisko wyszły obydwie drużyny. Liverpool równo, karnie, jak zwykle. Juventus w nieładzie, jak na rozgrzewke. Piłkarze z wyjątkiem obydwu bramkarzy(Tacconiego i Grobbelara) nie przywitali się jak to jest w zwyczaju. Mecz rozpoczął się z opóźnieniem jednej godziny i 28 minut. Piłkarze spędzili więc w swoich szatniach około 3 godzin. Liverpool miał pecha. Środkowy obrońca Mark Lawrenson już w 3 minucie doznał kontuzji barku i musiał zejść z boiska. Płlkarze obydwu drużyn grali czysto, jak gdyby się bali iż ostrzejszy atak może stać się powodem kolejnych rozruchów na trybunach. Żadna ze stron nie osiągnęła wyraźnej przewagi. W 57 minucie, po jednej z akcji piłkarze Liverpoolu nie zdążyli wrócić pod swoją bramke. Odzyskaną piłke Platini kopnął daleko do przodu gdzie czekał Boniek. Polak wbiegł między 2 obrońców, wyprzedził ich, uderzył piłke głową i kiedy zbliżał się do pola karnego został przewrócony przez Gary’ego Gillespiego. Faul był ewidentny, tyle że Szkot popełnił go przed linią pola karnego. Szwajcarski sędzia znajdował się zbyt daleko od tej sytuacji, źle ją ocenił, przyznając Juventusowi rzut karny. Platini wykorzystał jedenastke dając swojej drużynie prowadzenie. Na kwadrans przed końcem jedna z akcji Liverpoolu zakończyła się ostrym atakiem Favera na Whelanie w narożniku pola karnego. Pół stadionu zerwało się na nogi, widząc faul Włocha a to oznaczało rzut karny i szanse na wyrównanie ale sędzia faulu nie dostrzegł i Juventus wygrał 1:0.
Plotki o zakulisowych decyzjach UEFA, pragnącej zadośćuczynić Włochom i ukarać Anglików, same pchały się na usta i łamy prasy. Berno oczywiście je zdementowało ale jak interpretować decyzje dobrego zwykle sędziego, który dyktuje dla Włochów jedenastke za faul poza polem karnym i nie przyznaje jej Liverpoolowi za atak niezgodny z przepisami w obrębie ,,szesnastki”? Prezydent UEFA, Jacques Georges, wręczył Juventusowi Puchar Mistrzów w szatni. Żadnej gali nie było. Włosi wybiegli z trofeum pod trybune M, N i O, demonstrując je swoim kibicom. W tym samym czasie, po drugiej stronie stadionu za trybuną X, Y, Z, ostatnie karetki zabierały tragicznie zmarłych. Konsekwencje tragedii na Heysel dotknęły wiele osób. Angielska federacja piłkarska wycofała kluby angielskie z rozgrywek europejskich. Kara spotkała 16 klubów. UEFA zawiesiła je na 5 lat(Liverpool na 6) i rozpoczęła kampanie na rzecz bezpieczeństwa na stadionach. Premier Margaret Thacher wydała wojne stadionowym chuliganom. Bramkarz Liverpoolu Grobbelaar powiedział: ,,Nie chce mi się bronić piłek lecących na bramke, skoro mam tym sprawiać przyjemność takim kibicom, jak ci, którzy wywołali awantury w Brukseli. 14-tu z pośród 24 zatrzymanych, po 4 latach śledztwa i procesów zostało skazanych w Brukseli na kary do trzech lat więzienia i grzywny. Sekretarz generalny UEFA, Hans Bangerter i sekretarz generalny federacji belgijskiej Albert Roosens otrzymali kary więzienia w zawieszeniu. UEFA została zobowiązana do wypłacenia odszkodowań rodzinom ofiar. Rząd angielski przeznaczył na ten sam cel ponad ćwierć miliona funtów. Stadion Heysel został przebudowany, nosi teraz imię belgijskiego Króla Baudouina. W miejscu gdzie zginęło najwięcej Włochów, znajduje się tablica pamiątkowa. Kiedy w roku 2005 Liverpool wylosował w Lidze Mistrzów Juventus, kibice na trybunie kop stadionu Anfield Road, , najsłynniejszej w Anglii ułożyli z biało-czerwonych kartek wielki napis ,,Amicizia” – Przyjaźń. Na stadionie Anfield odsłonięto też tablice pamiątkową ku czci poległych Włochów, podobną do tej, jaka znajduje się na Heysel. ,,You’ll Never Walk Alone”… Śmierć na Heysel poniosło 38 Włochów i jeden Belg. Najstarsza ofiara, Barbara Lusci miała 58 lat, najmłodszą był 11-letni Andrea Casula.
4
Dramat na Heysel:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
9
@FCBparasiempre
Liga portugalska miała w swojej historii wielu wybitnych napastników: Peyroteo (jeden z „Cinco Violinos” Sportingu), Eusebio, Fernando Gomes czy Mario Jardel ale rekordzistą pod względem strzelonych goli w jednym sezonie jest skromny Hector Casimiro Yazalde, znany jako „Chirola”. Jedyny Argentyńczyk obok Lionela Messiego, który zdobył nagrodę „Złotego Buta” dla najlepszego strzelca lig europejskich. Dziś opowiem wam historię tego właśnie piłkarza, urodzonego (tak jak słynny Diego Maradona) w Villa Fiorito, bardzo biednej dzielnicy Buenos Aires. Urodził się 29 maja 1946 r. jako szósty z ośmiorga dzieci Petrony i Pedra Yazalde. Senior Pedro musiał pracować po 20 godzin dziennie, żeby móc wyżywić rodzinę. Mały Hector ganiał za kulką z papieru lub starych szmat. Prawdziwe piłki nie były dostępne dla dzieciaków z tej dzielnicy, podobnie jak buty do gry czy stroje sportowe. Nie nosił również ciężkiego tornistra do szkoły. Jego ojca po prostu nie było stać na to, żeby kupić mu książki. Do pobliskiej szkoły biegał więc z zeszytami pod pachą i ołówkiem w ręku. Był uczniem pracowitym, inteligentnym i często chwalonym przez nauczycieli. Po lekcjach pożyczał na kilka godzin książki od swojego najlepszego przyjaciela, Horacio Aguirre, by móc odrobić zadania domowe. Dopiero gdy skończył je rozwiązywać, miał czas na grę w piłkę aż do wieczora. Rodzice wiedzieli, że jest pilnym uczniem, więc nie karcili młodego Hectora za to, że tak długo za nią ganiał. Martwiło ich jednak to, że zbyt szybko niszczył buty i ubrania, na które brakowało w domu pieniędzy. Tak żył Yazalde do ukończenia trzynastego roku życia. Po siódmej klasie zakończył edukację, choć marzył, że zostanie lekarzem. Musiał zacząć pracować i pomagać finansowo rodzinie. Sprzedawał gazety i banany, zarabiając za swoją pracę niewielkie sumy pieniędzy. Koledzy zaczęli go więc nazywać „Chirola”, co w miejscowym dialekcie oznaczało monetę(y) małej wartości. Pseudonim ten pozostał już mu do końca życia. Dzięki temu, że Hector i jego bracia zaczęli pracować, sytuacja materialna rodziny uległa poprawie i „Chirola” mógł sobie z czasem pozwolić na zakup nowych butów lub ubrań. Piłka nadal była dla niego najważniejsza. Po pracy grał w drużynach ze starszymi i większymi chłopakami, a prawie zawsze był najlepszym strzelcem. Ojciec zauważył, że jeżeli syn coś w życiu osiągnie, to dzięki futbolowi, choć nie miał przekonania czy mu się powiedzie. Młody Yazalde śnił o tym, że strzela bramki w koszulce Boca Juniors, zwłaszcza po tym, gdy zobaczył trening swoich idoli, parady Antonio Romy, siłę Antonio Ubaldo Rattína i strzały Paulo Valentima. Przez pięć kolejnych lat pracował, grał w piłkę i żył marzeniami o zawodowej karierze. Pewnego razu, a było to w 1965 roku, jego przyjaciel z czasów szkolnych, wspomniany wcześniej Horatio Aguirre, który grał w Piraña (półamatorskim klubie w Buenos Aires) spotkał się z Yazalde i zaprosił go na trening swojego klubu. Hector w pożyczonych butach i spodenkach pokazał, co potrafi. Do domu wrócił już jako gracz tego klubu. Za każdy mecz otrzymywał około 2000 pesos (tyle zarabiał przez miesiąc, sprzedając banany). Yazalde szybko stał się gwiazdą, a dzięki bramkom, które zdobywał, jego imię zaczęło być znane w całym mieście. Gwiazda zespołu Piraña zaczęła wzbudzać zainteresowanie największych klubów w Buenos Aires. Bohater tekstu marzył o grze w Boca, ale to Independiente, za sprawą przyszłego wieloletniego prezydenta argentyńskiej federacji piłkarskiej Julio Grondony, złożyło najlepszą ofertę. Piraña otrzymała za Yazalde 1,8 mln pesos. Argentyńczyk podpisał kontrakt za około 30 tys. pesos i po dwóch latach gry opuścił malutki klub, by grać dla Independiente. Gdy koledzy z drużyny rezerw „Rojo” (przydomek Independiente) zobaczyli tego chudzielca (176 cm wzrostu i tylko 60 kg wagi), to na pierwszym treningu dali mu w kość. Przeniesiono go więc do drużyn młodzieżowych. Tam strzelił sześć goli w trzech meczach trzeciego zespołu, a w kolejnych trzech – osiem. Trener Independiente, Brazylijczyk Osvaldo Brandao stwierdził, że jego gra z juniorami mija się z celem. Zauważyli to również inni trenerzy i po trzech meczach został przeniesiony do pierwszej drużyny. Zagrał w ataku u boku legendarnego Luisa Artime. Już w pierwszym sezonie pokazał, że nie ma zamiaru być w jego cieniu i zdobył w całych rozgrywkach tylko jednego gola mniej od słynnego kolegi (Artime – 11, Yazalde – 10). „Rojo” zdobyli mistrzostwo Argentyny, a „Chirola” stał się nowym idolem kibiców z Estadio Libertadores de América.
W kolejnych rozgrywkach potwierdził swoją wartość, strzelając 11 goli, a w całym 1968 roku- 18 (Metropolitano – 11, Nacional – 7). Dzięki swojej skuteczności dostał powołanie do reprezentacji i 11 sierpnia 1968 roku zadebiutował w barwach Albicelestes w meczu przeciwko Brazylii. Argentyna przegrała w Belo Horizonte 2:3, ale tego dnia „Chirola” nigdy nie zapomni, bo zrealizował swoje marzenie. W 1968 roku kupił też swój pierwszy samochód, co było dla niego bardzo ważne, bo pasjonował się sportami motorowymi. Kupił także mieszkanie w Buenos Aires i już na zawsze pożegnał się z biedą, choć wieloma czynami w przyszłości pokaże, że nigdy nie zapomniał, skąd się wywodzi. W 1969 roku był jeszcze skuteczniejszy. Strzelił dla „Rojo” 21 ligowych goli. Wyjechał też na międzynarodowe tournée z reprezentacją Argentyny. Po powrocie rozpoczęły się niezapomniane dla kibiców Independiente oraz dla samego Hectora – rozgrywki Campeonato Metropolitano 1970. „Rojo” cały czas prowadzili, ale po przedostatniej kolejce, w wyniku nieoczekiwanej porażki 2:3 u siebie z Platense, dali się doścignąć River Plate. O wszystkim miały zadecydować ostatnie mecze. Ekipa Yazalde wprawdzie miała lepszą różnicę bramek, ale musiała się zmierzyć w wyjazdowych derbach Avellaneda z Racingiem, podczas gdy River grało u siebie z walczącym o utrzymanie Unionem. Mecz River jako jedyny w kolejce został rozegrany w piątek ze względu na transmisję telewizyjną. Milionerzy wygrali 6:0 i postawili „Rojo” pod ścianą. Independiente musiało wygrać derby oraz zdobyć co najmniej dwa trafienia, żeby zostać mistrzem. Kibice River Plate zebrali się na Monumental i razem słuchali relacji z meczu, który odbywał się na „Cilindro de Avellaneda”. Do przerwy było 2:2. Na dziewięć minut przed końcem meczu, „Chirola” przyjął piłkę na klatkę piersiową i od razu strzelił na bramkę, zdobywając zwycięskiego gola dla Independiente. Gola na wagę mistrzostwa. W 1970 roku dziennikarze argentyńscy po raz pierwszy przyznali nagrodę dla najlepszego piłkarza tego kraju (wręczana jest do dzisiaj) i jako pierwszego triumfatora wybrali właśnie Hectora Yazalde. „Chirola” grając dla Independiente w latach 1967-1970 – zagrał w 117 meczach, w których zdobył 72 gole. Zapisał swoją piękną kartę w historii klubu z Avellaneda. Kibice do dziś o nim pamiętają. Pod koniec 1970 Independiente popadło w kłopoty finansowe i musiało zdecydować się na sprzedaż Yazalde. Nie stać ich było na zaoferowanie mu nowego kontraktu. Wiele klubów chciało mieć tego zawodnika. Były to m.in. Santos, Palmeiras, Valencia, Olympique Lyon, Nacional Montevideo czy Boca Juniors. Najsprytniejszy ze wszystkich był wiceprezydent portugalskiego Sportingu Clube de Portugal, Abraham Sorin. Yazalde w wyniku tej umowy otrzymał tyle pieniędzy, że mógł spełnić kolejne marzenie, jakim był, zakup willi w Buenos Aires dla swoich rodziców. Poprosił też władze klubu, żeby znaczną część jego wynagrodzenia przelewali na konto w Argentynie, tak by z tych pieniędzy mogła korzystać jego rodzina. Yazalde zapytany czemu tak zrobił, odpowiedział: ,,Nie mam dużych wydatków. Zawsze żyłem skromnie i nigdy nie lubiłem szastać pieniędzmi. To, co zarabiam starcza mi na to, by codziennie się najeść i nie głodować. Są inni, którzy potrzebują tych pieniędzy bardziej niż ja”. „Chirola” przyleciał do Lizbony 11 lutego 1971, a trzynaście dni później został zaprezentowany kibicom, podczas meczu przeciwko francuskiemu Red Star. Przez ponad pół roku tylko trenował z zespołem. Ze względu na obowiązujący limit obcokrajowców, nie mógł grać w oficjalnych meczach. W tym okresie poznał portugalską aktorkę i modelkę Carmizé, z którą w najbliższych latach miał stworzyć jedną z najpopularniejszych par lat 70. Poznali się podczas kolacji, słuchając Fado, na którą zaprosił ich portugalski aktor wielki Sportinguista (zagorzały fan Sportingu) Camilo de Oliveira. Pierwszy oficjalny mecz w barwach Lwów „Chirola” zagrał 12 września 1971 roku i od razu strzelił dwa gole. W całym sezonie rozegrał 20 meczów ligowych i zdobył dziewięć bramek. W Pucharze Zdobywców Pucharów miał bilans 4/4. Carmize mogła go jednak oglądać tylko podczas meczów na Jose Alvalade. Dlaczego? To były inne czasy i gracze nie mieli obecnej wolności. Dodatkowo, jeśli Sporting zagrał słabo lub przegrał, to za karę piłkarze musieli spać w hotelu z niedzieli (mecze były zazwyczaj rozgrywane w niedzielę) na poniedziałek. Kiedy rano wstali, jedli razem śniadanie i szli na trening. Widziałam „Chirolę” dopiero po lunchu w poniedziałek. W kolejnych rozgrywkach spisał się już znakomicie. W 29 meczach ligowych zdobył 19 bramek, w pięciu spotkaniach o Puchar Portugalii strzelił 7 goli, a w Pucharze Zdobywców Pucharów dorzucił jeszcze jedną. Wygrał również pierwsze trofeum z Lwami, jakim był wspomniany Puchar Portugalii. Po zakończeniu rozgrywek udał się wraz z narzeczoną do Argentyny, gdzie 16 lipca 1973 roku wzięli ślub.
Rozpoczął się sezon 1973-74, który okazał się najlepszym w karierze Yazalde. Cały zespół grał pod niego. Dodatkowo był człowiekiem, którego lubili praktycznie wszyscy. Wielu starszych lizbończyków (zarówno kibiców Benfiki jak i Sportingu) opowiada historie o spacerującym po ulicach stolicy Portugalii Yazalde, który przyłączał się do dzieci grających w piłkę na ulicach, a po grze zapraszał ich na lody i na koniec jeszcze obdarowywał drobnymi kwotami pieniędzy. Pierwsza kolejka nowego sezonu nie była dla „Chiroli” szczęśliwa. Mimo że oddał siedem strzałów na bramkę Vitorii Setubal, żaden nie przyniósł gola dla Sportingu, a Lwy przegrały 0:1. Kolejne mecze to już popis bohatera tekstu. W siedmiu spotkaniach zdobył (19!) goli. W 9. kolejce Sporting zremisował 1:1 z Porto i było to jedyne spotkanie w sezonie, w którym „Chirola” nie wystąpił. Od 12. serii spotkań zaczął strzelać ponownie i sezon zakończył z nieprawdopodobnym wynikiem… 46 goli zdobytych w 29 meczach. Ten wynik zapewnił mu tytuł najlepszego strzelca na Starym Kontynencie, a co za tym idzie, otrzymał nagrodę Złotego Buta. Na galę udał się oczywiście ze swoją piękną małżonką, która najbardziej wspomina słowa (czemu mnie to nie dziwi?) Franza Beckenbauera, skierowane do „Chiroli”: ,,Masz najpiękniejszą kobietę spośród wszystkich graczy na świecie”. Toyotę (nagrodę dla zwycięzcy) sprzedał a otrzymane pieniądze podzielił wśród kolegów z zespołu. Pytany o to czemu tak zrobił, odpowiedział: ,,Bez nich nie byłbym w stanie zdobyć tych wszystkich goli”. Sporting sięgnął w Portugalii po dublet. Również w Pucharze Zdobywców Pucharów spisywali się znakomicie. W pierwszej rundzie wyeliminowali Cardiff City (0:0 i 2:1). „Chirola” strzelił oczywiście jedną z bramek. Zdobył także ważnego gola kontaktowego w pierwszym spotkaniu z Sunderlandem w kolejnej rundzie. Historia dotycząca rewanżu z Sunderlandem pokazuje determinację i zawziętość tego zawodnika. W pierwszym meczu z Anglikami uległ kontuzji, ale wybłagał u trenera Mário Lino, by ten pozwolił mu grać do momentu zdobycia pierwszego gola. „Chirola” zdobył go w 28. minucie. Gdy trener zawołał go, by ustalić zmianę, to Hector odpowiedział mu, że musi zostać na boisku, bo wynik nie jest rozstrzygnięty. Zszedł z boiska dopiero w 65. minucie. Portugalski zespół awansował dalej. Kolega z linii ataku Sportingu, Chico Faria, tak opowiadał o kontuzjach Chiroli: ,,Czasami prosił o zastrzyki i obwiązywał stopy, by nie odczuwać bólu”. Losy rywalizacji z FC Zürich rozstrzygnęli praktycznie w pierwszym meczu, wygrywając 3:0 (trzeci gol autorstwa Yazalde). Niestety „Chirola” nie mógł grać w meczach półfinałowych z 1. FC Magdeburg z powodu kontuzji (1:1 i 1:2). W pierwszym spotkaniu na Alvalade Sporting miał rzut karny, którego nie wykorzystał. Można było tylko gdybać, jak poradziliby sobie ze znakomitym snajperem w składzie… Zwieńczeniem sezonu były mistrzostwa świata w RFN. Argentyna była jednym z faworytów, a w grupie trafiła m.in. na Polskę. „Chirola” pojechał na mundial z kontuzjowaną kostką i nie zagrał w pierwszym meczu z Polakami. Wystąpił za to w kolejnych spotkaniach z Włochami, Haiti (dwa gole) i z Holandią. Jednak po porażce 0:4 z Oranje, do końca turnieju już nie zagrał. Kontrakt ze Sportingiem wygasał mu 31 lipca. Sytuację chciał wykorzystać Real Madryt, który złożył ofertę kontraktu siedmiokrotnie przewyższającą jego dotychczasowe zarobki w Lizbonie. Sytuacja wydawała się bardzo skomplikowana, bo Yazalde nigdy nie stawiał pieniędzy na pierwszym miejscu, ale był u szczytu kariery, miał 28 lat i chciał zarobić przede wszystkim dla rodziny. Prezes Sportingu nie bardzo chciał podnieść płacę Argentyńczyka. Wtedy jednak w rozmowie z dziennikarzem „A Bola” Yazalde powiedział: ,,Real Madryt przedstawił mi propozycję o wiele lepszą niż Sporting. Wszyscy wiedzą że Rolls Royce nie może spalić pięciu litrów paliwa na 100 km, ale jeżeli Sporting przedstawi mi propozycję odpowiadającą mojej obecnej pozycji w Europie, to zostanę w Lizbonie”. Oferta Sportingu nie dorównała tej Realu, ale była na tyle dobra, że „Chirola” zdecydował się pozostać w Lizbonie na kolejne dwa lata. Kolejny sezon okazał się jego ostatnim w barwach Lwów. Yazalde co prawda po raz drugi został królem strzelców, tym razem zdobywając jednak „tylko” 30 bramek, jednak Sporting zajął dopiero trzecie miejsce w lidze i potrzebował pieniędzy z transferu Argentyńczyka. Ogromny wpływ na finanse klubu z Lizbony miała sytuacja polityczna w Portugalii i słynna Rewolucja Goździków z 1974 roku. Kilka tygodni po Yazalde, z ligą portugalską pożegnał się również legendarny Eusebio, czyli idol czerwonej części Lizbony. Mimo wielkiej rywalizacji, relacje pomiędzy tymi dwoma wspaniałymi graczami były znakomite, o czym wspomina w wywiadzie żona Chiroli Carmen Yazalde: ,,Byli wspaniali ludzie zarówno w Sportingu, jak i w Benfice. „Chirola” na przykład zawsze świetnie rozumiał się z Eusebio. Czasem po derbach Lizbony jadali razem obiad w lizbońskiej restauracji. Oni oraz ich kobiety, czyli Flora i Ja. Znałam dobrze Florę (…) „Chirola” odwiedził w domu Eusebio, gdy ten miał problemy zdrowotne, a ten przyszedł do Hectora gdy mój mąż był kontuzjowany. To była dobra przyjaźń”.
Chciał nauczyć się nowego języka. To było dla niego bardzo ważne, bo planował swoją przyszłość. Carmen opowiada o tym tak: ,,Była oferta z Realu Madryt lub Atletico Madryt, ale on wolał Marsylię, aby nauczyć się mówić po francusku. Nie potrafisz sobie wyobrazić profesjonalizmu Chiroli: znał angielski, francuski, wszystko. Chciał posiąść jak najwięcej wiedzy na przyszłość. I nie mówię tylko o przyszłości jako gracz, ale także jako trener. Gdyby miał szczęście w życiu, byłby jednym z największych”. Jednak nigdy nie zapomniał klubu, który pokochał. Gdy już we Francji dziennikarz „A Bola” zapytał go o Sporting i o Portugalię, „Chirola” odpowiedział: ,,Czy tęsknię za Portugalią? Oczywiście, że tak. Chciałbym ponadto przekazać za pośrednictwem „A Bola”, że kocham Portugalię. Sporting i Sportinguistas zawsze będą w moim sercu”. W sezonie 1975-76 zdobył 19 goli dla Olympique i pomógł klubowi wygrać Puchar Francji. Kontuzje spowodowały, że kolejny sezon miał praktycznie stracony. Rozegrał tylko 13 spotkań ligowych, w których zdobył cztery bramki. W sumie w brawach Marsylii rozegrał 56 meczów i 26 razy trafił do siatki. Chociaż miał oferty od europejskich klubów oraz ważny jeszcze przez dwa lata kontrakt z OM, postanowił powrócić w 1977 roku wraz z żoną do Argentyny. Dlaczego? Tak opowiada o tym Carmen: ,,Kazano mu wrócić do Argentyny, jeśli chciał zagrać na mundialu w 1978 roku. Ponieważ „Chirola” nadal był rozczarowany swoim występem na mundialu w RFN, kiedy to Argentyna została wyeliminowana w drugiej fazie grupowej, zdobywając tylko punkt w trzech meczach, nawet się dwa razy nie zastanawiał i pojechaliśmy do Argentyny. Dodatkowo musiał zapłacić 500 tysięcy dolarów, aby móc opuścić Marsylię, z którą nadal miał kontrakt na kolejne dwa lata. Przybyliśmy do Argentyny i nic. „Chirola” nie dostał powołania do reprezentacji”. Po powrocie do Argentyny grał w barwach Newell’s Old Boys, a karierę zakończył w Huracanie. Jednak depresja, w którą wpadł ze względu na to, że nie wystąpił na MŚ w rodzinnym kraju, spowodowała, że nie był to już ten sam gracz, który zachwycał w Europie. Swoje zrobił też wiek. Gdy Yazalde powrócił do Buenos Aires, to miał już 31 lat. Przez cztery lata gry dla Newell’s rozegrał 120 meczów i zdobył 54 bramki. Pamiętajmy, że był już napastnikiem po trzydziestce. Przeszedł na emeryturę w 1981 roku w wieku 35 lat po rozegraniu jednego meczu w barwach Huracanu. Po zakończeniu kariery został agentem piłkarskim, ale nie szło mu dobrze. W 1987 roku rozstał się z żoną i nie potrafił sobie poradzić z samotnością. Pił bardzo dużo i to alkohol był główną przyczyną jego śmierci. Zmarł w wieku 51 lat w wyniku krwotoku wewnętrznego, którego przyczyną była marskość wątroby. Został znaleziony martwy w nocy 18 czerwca 1997 w swoim domu przez gracza, którego reprezentował jako agent. Tak zakończyła się historia jednego z najlepszych argentyńskich napastników wszech czasów. Trzeba przyznać, że gracza trochę zapomnianego. Był świetnym technikiem. Nie miało znaczenia czy kopał lewą, czy prawą nogą. Mimo że miał tylko 1,76 m, skakał bardzo wysoko i świetnie uderzał piłkę głową. Jego slalomy między rywalami przypominały autentycznie kroki Tanga. Gdy przyjmował piłkę, wydawało się, że ona ugina się, by nie odskoczyć od jego nogi. Był silny, szybki i zdeterminowany. Fani Sportingu do dziś uważają go za najlepszego w historii obcokrajowca, jaki grał w zielono-białej koszulce i wybierają do wszelkich historycznych jedenastek wszech czasów.
7
„Złoty But” z Argentyny:
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
9
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
29 maja 1962 r. urodził się Marek Koniarek, napastnik. W latach 1986–1987 reprezentant Polski w piłce nożnej. Zdobywca Pucharu Polski w sezonie 1985/1986 z GKS Katowice, król strzelców pierwszej ligi piłkarskiej w sezonie 1995/1996 i mistrz Polski w sezonie 1996/1997 z Widzewem Łódź. Członek Klubu 100, klasyfikacji uwzględniającej piłkarzy, którzy strzelili co najmniej sto goli w polskiej najwyższej klasie rozgrywkowej. Z dorobkiem 65 goli najlepszy strzelec w historii Widzewa Łódź. Swoją piłkarską karierę rozpoczął w Siemianowiczance Siemianowice Śląskie, gdzie grał przez dwa i pół sezonu od 1980 r. do jesieni 1982 r. Wiosną 1983 r. trafił do Szombierek Bytom, gdzie rozegrał 21 spotkań, strzelając 3 gole. W sezonie 1984/1985 przeszedł do GKS Katowice, gdzie grał do jesieni 1988 r., zdobywając Puchar Krajowy w sezonie 1985/1986. W GKS rozegrał 106 spotkań, strzelając 29 bramek. Następnie przeszedł do występującego w lidze niemieckiej Rot-Weiss Essen, rozgrywając w nim 37 spotkań, strzelając 4 bramki w sezonach 1988/1989-1990/1991. Jesienią 1991 r. grał w Zagłębiu Sosnowiec, gdzie rozegrał 13 meczów i zdobył 4 bramki. Wiosną tego samego sezonu (1991-1992) trafił do Widzewa Łódź, gdzie przez dwa sezony (do jesieni 1993 r.) zagrał w 68 spotkaniach i zdobył 35 goli. Z Widzewa, Koniarek przeniósł się do ligi austriackiej, gdzie najpierw reprezentował Wiener SC, rozgrywając przez rundę wiosenną 16 spotkań i strzelając 8 bramek, a w sezonie 1994/1995 związał się z VSE St. Pölten, dla którego zdobył 8 bramek. W sezonie 1995/1996 powrócił do Widzewa Łódź, z którym odniósł największe sukcesy w swej karierze. W sezonie 1995/1996 zdobył wraz z Widzewem mistrzostwo Polski i został królem strzelców z dorobkiem 29 goli(4. wynik w historii polskiej ekstraklasy). Łącznie przez dwa sezony rozegrał w barwach Widzewa 38 meczów i zdobył 30 goli (łącznie 65 goli dla tego klubu, najlepszy strzelec w dziejach Widzewa). W sezonie 1996-1997 powrócił do ligi austriackiej, gdzie trafił do SK Vorwärts Steyr. Jesienią 1997 r. przeszedł do Wisły Kraków, w której zagrał w 12 meczach, nie strzelając żadnej bramki. Z Wisły przeszedł do GKS Katowice wiosną 1998 r. W tym sezonie zagrał w 13 spotkaniach i zdobył 3 gole. W sezonie 1998-1999 zakończył karierę zawodniczą. Łącznie w polskiej lidze rozegrał 271 spotkań i zdobył 104 gole. W reprezentacji Polski wystąpił w dwóch spotkaniach, strzelając jednego gola.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360