10

@FCBparasiempre
Nie ma w historii argentyńskiego futbolu drużyny szanowanej bardziej niż ,,La Maquina” czyli zespół River Plate z lat 40-tych XX wieku. Nazwiska jej ofensywnego kwintetu: Juan Carlos Muñoz, Jose Moreno, Adolfo Pedernera, Angel Labruna i Felix Lustau, ewokują wciąż aurę mistycznej przeszłości, w której doceniano piękno i styl a argentyńscy kibice nie mieli wątpliwości że to w ich kraju gra się najlepszą piłkę świata. Nawet w tamtych czasach wydawało się niemożliwe opisywać ich inaczej niż w kategoriach romantycznego zachwytu. ,, Wychodziłem na mecz z ,,La Maquiną” żeby wygrać ale jako miłośnik futbolu wolałbym czasem zostać na trybunach i podziwiać jak grają"- mówił Ernesto Lazzatti, pomocnik Boca Juniors. Status legend wyprzedzał ich i definiował, okazując się czasem silniejszy niż rzeczywistość. Słynna piątka zagrała w tym zestawieniu w zaledwie 19 meczach. Wydawało się że ,,La Maquina” nie tylko jest najwyższym osiągnięciem w historii argentyńskiej piłki ale także ucieleśnia całą argentyńską kulturę. To tutaj bowiem spotykały się Tango i piłka nożna, destylując w swym połączeniu ideał ,,criollo"(rasa konia domowego). ,, Tango to najlepszy sposób treningu. Trzymasz rytm a potem nagle go zmieniasz robiąc krok naprzód. Uczysz się figur, wykonujesz zwroty. Ruszasz biodrami, uginasz nogi"- tłumaczył Muñoz. Gdy piłkarze ćwiczyli tango, muzycy tworzyli swoje hołdy dla ,,La Maquiny”. Przykładowo Justo Pablo Bonora został autorem Tanga ,, La maquina". Czysty indywidualizm lat 20-tych został już nieco powściągnięty a wśród piłkarzy wzrosła świadomość że gra zespołowa jest niezbędna, więc niewątpliwie posiadanie piłki i podania należały do ważnych elementów stylu dla ,,Maquiny”, jednak wciąż był to(przynajmniej w oczach reszty świata) futbol nieco staroświecki, bazujący na umiejętnościach i technice, gdzie przygotowanie fizyczne czy zorganizowana gra obronna nie odgrywały wielkiej roli. Zawodnicy przy piłce nie byli niepokojeni zbyt ścisłym kryciem. Uważano że mają prawo bawić się zarówno na boisku, i jak i poza nim. Przed każdym meczem, w niedzielę koło południa Moreno pochłaniał ogromne ilości rosołu skóry i co najmniej butelkę czerwonego wina. Kierownictwo klubu kazała mu zerwać z tym złym stylem życia... Przez tydzień Moreno nie zerwał nocy i pił tylko mleko, po czym zagrał najgorszy mecz w karierze. Kiedy powrócił do dawnych zwyczajów Klub Go zawiesił. Koledzy z drużyny zastrajkowali w akcie Solidarności z niepoprawnym hulakom. Historyjka to wydaje się nawiązywać do zdarzenia z października 1939 roku, kiedy Moreno faktycznie został zawieszony po kluczowym meczu z Independiente przegranym przez River Plate 3:2. Nawet jeśli w wydaniu nieco podkoloryzowanym, jest to przecież esencję argentyńskie piłki w tamtych czasów: szelmowskiej, , zachwycającej genialnej i jak się w końcu okazywało, grzęznącej w samozadowoleniu. Pomiędzy 1930 a 1958 rokiem żaden zawodowy piłkarz z Argentyny nie wystąpił w mistrzostwach świata a jeśli już, to nie w barwach ojczystego kraju. Reprezentacja, jaką wysłano na mundial w 1934 roku nie miała nic wspólnego z najsilniejszym narodowym składem. Tworzyli ją sami amatorzy, z których tylko dwóch(lewy pomocnik Arkadio Lopez oraz napastnik i kapitan Alfredo de Vincenzi) było wcześniej powoływanych do kadry. W meczu ze Szwedami wprawdzie dwukrotnie obejmowali prowadzenie ale ostatecznie przegrali 2:3 żegnając się z turniejem po pierwszym meczu i nie wrócili na Mistrzostwa przez kolejne 24 lata. Ich futbol jednak pozostawił to sobie ślad. Zdobywca drugiego gola w meczu ze Szwecją, Alberto Galateo, ze swoją twarzą żałobnika i smutnymi oczami nie przypominał wprawdzie klasycznego ,,pibe”. Jego boiskowa postawa a zwłaszcza mistrzowskiego opanowanie ,,gambety”(dryblingu) były typowe dla bardziej rozważnych reprezentantów szkoły argentyńskiej kreatywności, i jego biografię zaś naznaczył charakterystyczny tragizmu. Jako nastolatek grał w San Lorenzo Santa Fe, będącym de facto satelitą i jednego z dwóch największych klubów w mieście, Colon. Kiedy przyszło mu podpisywać pierwsze zawodowy kontrakt, zarówno on, jak i jego przyjaciel Antonio Rivarola otrzymali oferty od największego rywala Colon, klubu Union. Niezręczność sytuacji pogłębiał fakt że narzeczone Galateo i Rivaroli były córkami seniora Desimone, założyciela San Lorenzo Santa Fe i wiernego kibica kolumn. Jak tylko The Simone usłyszał o decyzji, którą uważał za zdradę, wyrzucił obu młodych piłkarzy z domu. Rivarola postanowił wówczas oddać pieniądze jakie już otrzymał z Unią, związał się z colą i oficjalnie się zaręczył. Dlatego nie zrobił ale stał się lokalną gwiazdą a po Mistrzostwach Świata przeniósł się do Nacionalu Rosario aż w końcu dostał szansę w stolicy, gdzie podpisał kontrakt z Huracanem. Nie był jednak szczęśliwy i zaczął pić. W 1937 roku był już zawodnikiem Chacarita Juniors, Gdzie grał z Ernesto Duchhinim, wspominającym go później jako najlepszego dryblera, jakiego kiedykolwiek widział. Jego alkoholizm się pogłębiał i po zakończeniu kariery sąsiedzi regularnie słyszeli Jak awanturuje się z rodziną. 26 lutego 1961 roku groził żonie i córce nożem. Jego syn Dawid stanowi w obronie wyciągając rewolwer kalibru 38. Padły strzały i Galateo zginął.

Mimo nieobecności na kolejnych mundialach Argentyna wciąż uczestniczyła w mistrzostwach Ameryki Południowej, w których zresztą dominowała. W istocie jednak argentyński futbol rozwijał się w izolacji i w jego ekosystemie brakowało naturalnych wrogów, Co doprowadziło do powstania idiosynkratycznego i kruchego stylu gry, opartego na technice indywidualnej i przywiązaniu do ofensywy, , w stylu który kultywowano z oddaniem nieznanym w historii futbolu innych krajów, , zarówno przedtem jak i potem. To był Złoty wiek, gdy na stadion chodziły tłumy, ,, l grafika" znajdowało się u szczytu potęgi a cały naród żarliwie śledził rozgrywki ligowe niczym sportową Operę mydlaną. Wspominając w 1954 roku wizytę w Buenos Aires w latach 30-tych, Jules Rimet opisywał ,, tramwaje i autobusy wszelkich rozmiarów, wypełnione pasażerami, gdzie dało się postawić dwie nogi. Niektórzy młodzieńcy wchodzili nawet na dachy tramwajów. Wracając z meczu, rzecz prosta, nigdy w drodze na mecz, potrafili czasem odłączyć pantograf od linii trakcyjnej, co wywoływało straszliwy chaos i korki a hałas stawał się ogłuszający". Piłkarski bum miał wiele źródeł. Przyczyny ekonomiczne takie jak krach na Wall Street w 1929 roku i realia Wielkiego kryzysu a zarazem wzrost nacjonalizmu na całym świecie zmniejszyły zapotrzebowanie na piłkarzy z Argentyny poza jej granicami, co w połączeniu z wprowadzeniem zawodowstwa w lidze krajowej a więc płaceniem zawodnikom po prostu za gre w piłkę, spowodowało że największe gwiazdy zostawały w ojczyźnie. Zarazem gdy załamał się eksport a warunki życia uległy pogorszeniu futbol stanowił formę eskapizmu. Wokół waliło się wszystko ale on pozostawał niezmienny. Były też bardziej praktyczne powody. Buenos Aires miało wystarczająco wiele dzielnic o poczuciu odrębnej tożsamości żeby ich mieszkańcy wspierali lokalne zespoły, nawet jeśli na co dzień nie interesowali się piłką nożną. Ponieważ mecze stały się popularnymi wydarzeniami, nisko nad trybunami latały samoloty z balonami reklamowymi a na pobliskich ulicach handlarzy oferowali darmowe paczuszki ze słodyczami lub papierosami. No i był także zaczarowany świat radia, bardziej niż wszystko inne odpowiedzialne za kulturalną dominację Buenos Aires nad resztą rozwijających się w błyskawicznym tempie miast Argentyny. W latach 30-tych jego sieć obejmowała już cały kraj, od gorących krain pod zwrotnikowych na północy bo mroźne południe i andyjskie szczyty na zachodzie, nadając relacje zarówno z klubów Tanga, i jak i ze stadionów piłkarskich i skupiając uwagę całego narodu na stolicy. Transmisje z meczów stały się ważne do tego stopnia że zgromadzeni na stadionie kibice godzili się na opóźnienie rozpoczęcia samego meczu by radiowcy mogli przeprowadzić przedmeczowe wywiady z piłkarzami. Słuchaczy od Tucuman po Tierra del Fuego uwodziły dźwięki tanga zespołów Hectora Vareli i Oswaldo Pugliese i pionierskie komentarze piłkarskie Fioravantiego(pseudonim używany przez Joaquina Carballo Serantesa). Urodzony w Urugwaju Serantes w dzieciństwie przeprowadził się do Santa Fe żeby wkrótce stać się jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów Argentyny. Fraza ,, Atento, Fioravanti!" używana przez redaktorów w studiu by przerwać komentatorowi i poinformować słuchaczy o wydarzeniach na innych boiskach stała się jednym z pierwszych skrzydlatych słów argentyńskiego radia. W efekcie tego wszystkiego mieszkańcy prowincji zaczynali kibicować drużynę z Buenos Aires a Aura metropolii dodatkowo zachęcała ich do przeprowadzki. Fala migracji z Atlantyku z przełomu wieków zaczęła się wprawdzie zmniejszać ale rozpoczęty za jej sprawą proces urbanizacji został zwieńczony właśnie napływem ludności wiejskiej.

8

11

,,Chilijka” inaczej przewrotka:

Zagranie to wynalazł lewy obrońca Ramon Unzaga w 1914 r. w chilijskim porcie Talcahuano. W wyskoku, z plecami ułożonymi równolegle do murawy, nogami wykonał nożyce, uderzając piłke nad głową. To dlatego tą powietrzną akrobacje hiszpańscy dziennikarze nazwali ,,La Chilena”, gdy pare lat później w 1927 r. chilijski klub Colo-Colo przyjechał na tournée do Europy a napastnik David Arrellano zaprezentował to zagranie na stadionach Hiszpanii. Tak właśnie przewrotka, zupełnie jak wcześniej truskawki i cueca(chilijski taniec narodowy), dotarła przez Atlantyk do Hiszpanii. Arrellano strzelił jeszcze pare powietrznych goli, po czym zmarł tego samego roku w szpitalu w Valladolid po fatalnym zderzeniu z obrońcą.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

4

Nasza Barcunia poległa na ,,Anoeta" tylko 0:1 ale jednak poległa. Czy był to wypadek przy pracy, czy kolejna klątwa tego stadionu? A może jedno i drugie na raz? Jeśli dobrze pamiętam to na tym obiekcie w La Liga nie wygrał tam w roli szkoleniowca ani Johan Cruijff, ani Josep Guardiola...
A i jeszcze jedna sprawa. Nie wystawianie przez Flicka do gry Wojtka Szczęsnego już przestało być śmieszne! W czym ten Penia jest od Wojtka lepszy? W łapaniu much? To jest bardzo nie fer!

0

@Stinger_ Czyli jednak się myliłem że grał regularnie za Benhaakera. Jednak jakby nie patrzeć, to sam fakt nie zabrania go na mundial w Niemczech przez Janasa był skandalem i szokiem, przynajmniej dla mnie...

0

@Herato Wówczas Boruc, Żewłakow, Bąk czy Krzynówek to była klasa światowa, więc tamta kadra z pewnością nie była gorsza a nawet jeśli to nieznacznie. Poza tym chyba był jeszcze Frankowski ale być może się myle...?

1

@Herato No czy najlepszy to bym spekulował. Z pewnością Adam Nawałka nie był gorszym trenerem, czego efektem jest ćwierćfinał Euro 2016...

9

Historyczny awans na Euro:

17 listopada 2007 r. reprezentacja Polski pokonała Belgie na Stadionie Śląskim w Chorzowie 2:0 w el. ME. Ten dzień, ten zespół i sztab trenerski, a także ta publiczność ze Stadionu Śląskiego przejdą do historii. 17 listopada 2007 r. Polska zapewniła sobie awans na mistrzostwa Europy. Po raz pierwszy w historii. Koncerty gwiazd światowego rocka U-2 i Red Hott Chili Peppers rozgrzewały Stadion Śląski do czerwoności, ale nawet te wydarzenia nie wytrzymują porównania z "Orłami" Leo Beenhakkera. Ich gra i bramki strzelane przez niesamowitego Ebiego były jak wulkan, dzięki któremu nikt nie czuł mrozu. Smolarek junior zaliczył serial pięciu goli w dwóch kolejnych meczach eliminacyjnych (wcześniej hat-trick w starciu z Kazachami), o jakim jego tata Włodzimierz mógł tylko pomarzyć. Nic dziwnego zatem, że gdy Ebi schodził z boiska, stadion żegnał go na stojąco, a uradowany Leo Beenhakker aż podniósł swego snajpera do góry. Historyczny mecz zaczęliśmy jednak niewyraźnie. Jakby sparaliżowani stawką, która była większa, niż kiedykolwiek. Co więcej, w I połowie groźniejsza była Belgia, ale to my strzeliliśmy gola "do szatni". Belgowie grali "o pietruszką", ale nie wyglądali, jak baranki prowadzone na rzeź. Ciasno kryli naszych środkowych, blokowali również skrzydła, gdzie toczyła się większość akcji Orłów. Przebiliśmy się bokami w 24. min, ale najpierw Wojciech Łobodziński za mocno dośrodkował, a za moment Krzynówek, bijąc z prawej nogi nie trafił. Tak samo jak Michał Żewłakow z rzutu wolnego chwilę później. Sceneria meczu była wspaniała. Leo Beenhakker wiedział, co mówi, gdy podkreślał: ,,Warunki pogodowe nam niestraszne. Wiem, że murawa jest w bardzo dobrym stanie”. Istotnie, nowiutki świeżo rozwinięty trawiasty dywanik wyglądał imponująco. Także kibice postarali się o doskonałą oprawę, w trakcie hymnu układając z kartoniady gigantyczną flagę, a przede wszystkim cały czas głośno wspierając zespół. Dzięki temu piłkarze nie mieli na co narzekać. Na dodatek wokół murawy krążyły cheerleaderki w narodowych barwach i zagrzewały do dopingu kibiców. Kontuzja, przez którą Jakub Błaszczykowski wypadł ze składu na mecz z Kazachstanem odbija mu się czkawką do dzisiaj. Prawoskrzydłowy Borussii Dortmund nie znalazł uznania w oczach Leo Beenhakkera na spotkanie z Belgami. Leo spodobał się na treningach we Wronkach Wojciech Łobodziński. Po 10 minutach to Belgowie byli bliżsi zdobycia gola. Po szybkiej wymianie podań na lewej stronie Kevin Mirallas zostawił piłkę wbiegającemu w pole karne Farisowi Harounowi, a ten z lewej nogi przymierzył w lewy róg. Na szczęście dla nas Artur Boruc z kocią zwinnością rzucił się w tamtą stronę i dosięgnął piłki. Odpowiedzieliśmy 10 minut później. W polu karnym Belgów zakotłowało się, ale uderzenia Jacka Krzynówka i Macieja Żurawskiego zostały zablokowane. A Mirallas był cierniem w oku naszej defensywy. W 34. min Jacek Bąk musiał się ratować się faulem, bo Belg uciekał mu na czystą pozycję. Bąk obejrzał żółtą kartkę, a po chwili, po kropnięciu z 30 metrów z wolnego Jana Vertonghena nie straciliśmy gola tylko dzięki sprawności Boruca. Jak lampart rzuca się na antylopę - on poszybował w kierunku piłki i sobie tylko znanym sposobem przeniósł ją nad poprzeczką. Długo nie mógł tego pojąć trener Belgów Rene Vandereycken, który już widział piłkę w okienku polskiej bramki. Za moment znowu było groźnie, ale po strzale Mirallasa piłkę głową wybił Michał Żewłakow. Po przechwycie piłki brakowało nam przyspieszenia. Przy rozgrywaniu akcji zachowywaliśmy się czasem jak w szczypiorniaku, który nie bez kozery w języku słowackim i czeskim nazywany jest "hadzaną". Orłów do lotu poderwała akcja dobrze spisującej się dwójki Marcin Wasilewski - Radosław Sobolewski. "Sobol" ofiarnie minął dwóch rywali i wyłożył piłkę na szesnastkę Euzebiuszowi Smolarkowi. Ten uderzył celnie, ale za lekko, więc Stijn Stijnen spokojnie złapał piłkę.

Stadion Śląski oszalał z radości tuż przed przerwą po prezencie Belgów. Vertonghen zbyt lekko wycofał do Stijnena. Wykorzystał to Ebi, który tylko czekał na taki przypadek. Poszedł do końca i choć bramkarz ratował się wybiciem piłki wślizgiem, Smolarek zablokował piłkę ciałem, podholował kilka metrów i z siedmiu metrów wpakował do pustej bramki! Na nic się zdała ratunkowa pogoń Daniela Van Buytena. Była godzina 21.17. ,,Wielkość Leo polega na tym, że on potrafi reagować na zmieniającą się sytuację. Nic nie jest w stanie go zaskoczyć”- podkreślał były asystent Holendra Dariusz Dziekanowski. Beenhakker potwierdził to w tym starciu. Prowadzenie do przerwy wcale go nie zadowoliło. Wiedział, że ta gra nie tak ma wyglądać. Dlatego "Żurawia" cofnął do drugiej linii, a Ebiego posłał do ataku, a na lewe skrzydło powędrował "Krzynek". Na początku drugiej połowy, gdy Ebi ukąsił po raz drugi, dla milionów Polaków rozsianych po całym świecie wszystko stało się prostsze i w jaśniejszych kolorach. Awansu na mistrzostwa Europy nie mógł nam wydrzeć. Nawet Bart Goor z Anderlechtu, który ze wściekłością kopnął na bramkę w 55. min (kolejna świetna interwencja Boruca). Choć gola na 2:0 zdobył również Smolarek, Leo Beenhakker po ojcowsku przytulił za niego wprowadzonego chwilę wcześniej Jakuba Błaszczykowskiego. Bo to właśnie Kubuś rozruszał ofensywę Orłów i zaczął bramkową akcję pięknym krzyżowym podaniem, po którym obrońcy zdołali odbić piłkę krótko - pod nogi Krzynówka. Ten wypalił ile sił, bramkarz odbił przed siebie, a dobitka Ebiego była formalnością. Jak zareagował Stadion Śląski? Chóralnym "Ebi!", "Leo!" i jeszcze głośniejszym "Mazurkiem Dąbrowskiego". Człowiek czuje się dumny z tego, że jest Polakiem.

@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson

11

Niespełnione legendy polskiego futbolu:

17 listopada 1964 r. w Katowicach urodził się Krzysztof Warzycha. Popularny ,,Gucio” zaczynał karierę w Ruchu Chorzów wraz z Waldemarem Fornalikiem. Obaj dobrnęli do pierwszej drużyny, obaj przeżyli z nią spadek do drugiej ligi a potem szybki powrót do elity i równie błyskawiczne mistrzostwo Polski. ,,Po degradacji mogłem odejść. Były przymiarki do Legii Warszawa, do Śląska Wrocław… Jasne że chodziłoby o służbę wojskową ale zostałem, drużyna się nie rozpadła, to był fundament pod wygranie ligi”- zwraca uwagę pan Krzysztof. Podobnie jak w aktorskim epizodzie, Warzycha więcej osiągnął od Fornalika również w karierze piłkarskiej, dokładnie odwrotnie niż w trenerskiej, bo na tym polu ,,Waldek King” zbudował prawdziwe królestwo. Warzycha też próbował, między innymi również w Ruchu ale nie ma się czym pochwalić. Za to piłkarzem jest legendarnym i to dwóch klubów – Ruchu i Panathinaikosu Ateny. ,,Który jest mi bliższy? To są sprawy nieporównywalne. Z Polski wyjeżdżałem w wieku 25 lat, czyli więcej życia spędziłem już w Grecji. W Polsce grałem tylko w Ruchu, nastrzelałem dla niego sporo goli ale dla Panathinaikosu o wiele więcej. Z Ruchem miałem mistrzostwo kraju a z Panathinaikosem też krajowe tytuły, ponadto półfinał Ligi Mistrzów i w ogóle mnóstwo meczów, które niosły mnie jak na skrzydłach”- opowiada ,,Gucio”. Strzelił zwycięskiego gola Ajaxovi w Amsterdamie(1:0) w pierwszym półfinałowym meczu wspomnianej Ligi Mistrzów w 1996 r. To był dzień jego chwały. ,, W rewanżu przegraliśmy 0:3. Ajax miał fantastyczną drużynę, mocniejszą od naszej”- przyznaje bohater Koniczynek, który w 2000 r. w fazie grupowej LM strzelił gola także Juventusowi(3:1). Łącznie w tych prestiżowych rozgrywkach zdobył 8 goli. Do Aten trafił po mistrzowskim sezonie w Ruchu, kiedy z 24 golami został królem strzelców. W 15 jesiennych meczach dorzucił jeszcze 12 ligowych trafień i już nikt nie był w stanie go zatrzymać przed zmianą klubu.

,, W Panathinaikosie szukali napastnika bo poważną kontuzje złapał ich as Dimitris Saravakos. Dobrą opinie wystawił mi niezwykle ceniony w Grecji Kazimierz Górski ale decydujący był chyba dwumecz Ruchu w Pucharze Europy z CSKA Sofia. Na Stadionie Śląskim zremisowaliśmy 1:1. W rewanżu strzeliłem gola i choć przegraliśmy 1:5, najwyraźniej mi to nie zaszkodziło”- wspomina Warzycha. Trenerem greckiej drużyny był Christo Bonew, legenda bułgarskiego futbolu. Bardzo chciał mieć polskiego napastnika w składzie. Podjął fantastyczną decyzje! Panathinaikos zawdzięcza mu sprowadzenie najlepszego snajpera w historii klubu(288 goli w 503 oficjalnych meczach). W reprezentacji nie był taki skuteczny. W 50 występach strzelił tylko 9 goli ale naprawdę ważnego tylko raz, kiedy Polacy okrutnie męczyli się w starciu z Albanią na Stadionie Śląskim w eliminacjach MŚ ’90, gdzie wreszcie posłał zwycięską piłke do bramki. Zwykle jednak spadała na niego krytyka. Stał się wręcz symbolem piłkarza, który nie potrafił przełożyć formy z klubu na kadre narodową. ,,Ciągnie się ta łatka za mną przez całe lata ale dzisiaj mam już do niej duży dystans. W klubie sytuacja psychologicznie była dla mnie łatwiejsza. Nie wyszedł mi jeden mecz, nie wyszedł drugi a i tak grałem w trzecim, w którym umiałem znowu odpalić. W reprezentacji było inaczej. Przyjeżdżałem na zgrupowanie i już była presja że mam strzelać jak w lidze. Nie strzeliłem, to wypadałem. Ta świadomość zaczęła mi wreszcie ciążyć. Inna sprawa że w kadrze, zwłaszcza na początku, grałem w pomocy a ja zawsze najlepiej czułem się na szpicy. Nie robiłem z tego problemu. Grzecznie stosowałem się do decyzji a może jednak z większym naciskiem powinienem był tłumaczyć że jestem wysuniętym napastnikiem?”- zastanawiał się ,,Gucio”.

W Ekstraklasie debiutował za czasów trenera Lenczyka, wiosną 1983, czyli w tej samej rundzie co wspomniany Fornalik. Następny sezon zaczął już w podstawowym składzie. Tak było w dwóch meczach ale w trzecim wszedł na boisko z ławki w 87 minucie i potrzebował kilkudziesięciu sekund by strzelić pierwszego ligowego gola. Na dodatek nie byle gdzie i nie byle komu – Legii przy Łazienkowskiej! Jego trafienie przypieczętowało wygraną 2:0. Po tym meczu Ruch był liderem a w następnej kolejce znowu wygrał, ponownie po golu Warzychy(wyjazdowe 2:0 z GKS Katowice). Finalnie Niebiescy ligi jednak nie podbili. Zajeli miejsce w środku stawki a po rundzie jesiennej Lenczyka zastąpił Alojzy Łysko. Młody Warzycha na dobre zadomowił się w podstawowym składzie i w marcu 1984 , mając niespełna 20 lat i mniej więcej tyle samo spotkań w ekstraklasie, zagrał w dorosłej reprezentacji Polski. W wyjazdowym meczu towarzyskim ze Szwajcarią(1:1), w którym gola strzelił Boniek, zastąpił na ostatnie 20 minut Włodka Smolarka. ,,Zaczynałem u selekcjonera Piechniczka i u niego 13 lat później kończyłem, gdy znowu prowadził kadre”- przypomina pan Krzysztof. Swego czasu uważano go za piłkarza niedostępnego dla polskich mediów. Sugerowano że jest obrażony za te wszystkie złośliwe uwagi w sprawie jego gry w kadrze. Gdy wiosną 1996 przyjeżdżał do Warszawy na ćwierćfinał Ligi mistrzów, Legia-Panathinaikos(0:0), nie chciał rozmawiać z dziennikarzami. W rewanżu mistrzowie Grecji wygrali 3:0 po 2 golach Warzychy. ,,Czy byłem obrażony? Nie przesadzajmy. Ja jestem skromnym chłopakiem, nie chciałem za często pojawiać się w mediach, taki mam charakter. To nie było po złości.”- zapewnia teraz Warzycha. W kwestii potyczek z Legią ma jeszcze jedną uwagę: ,,Wtedy ją ograliśmy ale rok później ona ograła nas w Pucharze UEFA. Uznajmy że wychodzi na remis.”- kończy rozmowe ,,Gucio”. Krzysztof Warzycha poza mistrzostwem Polski z Ruchem w 1989, 5-krotnie zdobywał mistrzostwo Grecji z Panathinaikosem i tyleż samo Pucharów Grecji oraz dwukrotnie Superpuchar Grecji.

@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

2

@Safrani A no tak! To z całą pewnością te mecze z Romą i ta cała otoczka to wizytówka polskiego futbolu, zwłaszcza klubowego. Tym bardziej że Rome prowadził ,,El Mago" wielki Helenio Herrera, który na przełomie lat 50-tych i 60-tych odmienił ,,naszą" Barcunie...

9

Górnik wkracza na salony:

Ponad pół wieku temu po raz pierwszy w historii mistrz Polski przebrnął przez drugą rundę Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Na starcie edycji 1967/68 stanęło 32 krajowych mistrzów. Oczywiście mapa Europy wyglądała wówczas zupełnie inaczej – jednego mistrza miały: Związek Radziecki, Jugosławia i Czechosłowacja, a w „rodzinie” UEFA nie było choćby Izraela. W pierwszej rundzie zabrzanie poradzili sobie z mistrzami Szwecji, Djurgardens Sztokholm, wygrywając 3:0 (Włodzimierz Lubański 2, Roman Lentner) i 1:0 (Jerzy Musiałek). Z kolei mistrzowie ZSRR po ciężkich bojach wyeliminowali Celtic Glasgow (2:1 w Szkocji, 1:1 w Kijowie). Na Stadionie Centralnym w Kijowie zasiadło 90 tysięcy kibiców, liczących na wygraną gospodarzy. Trener zabrzan dr Istvan Kalocsai wystawił w pierwszym składzie zamiast doświadczonego Lentnera, 18-latka z Michałkowic, Alojzego Deję i był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę, bowiem młodzian nie pękł przed utytułowanymi graczami wielkiego rywala. Taktyka Górnika była prosta – pieczołowite krycie radzieckich graczy i szybkie kontry. Ustawienie 4-4-2 zamiast 4-3-3 też zaskoczyło ekipę Wiktora Masłowa. Jeden piłkarz więcej w drugiej linii pozwolił na opanowanie sytuacji w środku pola. Pierwsza gol padł z samobójczego strzału Alfreda Olka, który w 12. minucie zaskoczył Huberta Kostkę. Stracony gol nie załamał Górnika. Zabrzanie doskonale przygotowani do tego meczu wyrównali już 180 sekund później po uderzeniu Zygfryda Szołtysika z 20. metrów. Bramkarz radziecki nawet nie drgnął. Decydujący gol padł w 61. minucie, po strzale głową Włodzimierza Lubańskiego. Lubański świetnie radził sobie z radzieckimi defensorami, stwarzając duże zagrożenie pod bramką Wiktora Bannikowa. W 82. minucie po rzucie wolnym z okolic narożnika pola karnego przed bramką Huberta Kostki powstało wielkie zamieszanie. Gdy wydawało się, że piłka już wpadnie do bramki Górnika, na linii bramkowej ręką zatrzymał ją Rainer Kuchta. Sędzia podyktował rzut karny. Do piłki podszedł Josef Szabo. Kostka jednak odbił strzał, a następnie nakrył ją przed bramką. Wtedy niezwykle chamskim zagraniem „popisał się” nieźle grający do tej pory Witalij Chmielnicki. Wszedł on z całym impetem w zabrzańskiego golkipera. Kostka zacisnął zęby i dotrwał na posterunku do końca, lecz po ostatnim gwizdku arbitra nie był w stanie o własnych siłach opuścić boiska.

17 listopada 1967, Stadion Centralny w Kijowie

1/8 finału Pucharu Europy

Dynamo Kijów – Górnik Zabrze 1:2 (1:1)

Gole: Olek 12., sam. – Szołtysik 15., Lubański 61.

Dynamo: Wiktor Bannikow – Władimir Szczegołkow, Wadim Sosnichin,Władimir Lewczenko, Wasilij Turjańczyk, Siergiej Krulikowski – Jozsef Sabo, Fiodor Miedwied, Wiktor Sieriebriannikow – Anatolij Byszowiec, Witalij Chmielnicki.

Górnik: Hubert Kostka – Rainer Kuchta, Stefan Floreński, Stanisław Oślizło, Henryk Latocha – Erwin Wilczek, Alfred Olek, Zygfryd Szołtysik, Alojzy Deja – Włodzimierz Lubański, Jerzy Musiałek.

@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson

0

@Hindus Jest jeszcze klasowy Jacek Magiera, który z pewnością nie był by gorszy od Brzęczka...

11

Argentina Campeon!

17 listopada 1929 r. Argentyna pokonuje 2:0 Urugwaj na Estadio ,,San Lorenzo” w Buenos Aires w 6-tym meczu(de facto finałowym) 12-tego turnieju Copa America, po golach Bernabe Ferreyry(14 minuta) oraz Mario Evaristo(77 minuta). Tym samym Argentyna triumfowała po raz 4. w historii tych najstarszych reprezentacyjnych rozgrywek. Bez względu na okoliczności pokonanie dwukrotnych mistrzów olimpijskich miało swoją wymowę. Opinia publiczna widziała w ,,Albicelestes” stuprocentowych faworytów do miana najlepszej drużyny już nie tylko kontynentu ale i świata. W rzeczy samej, wszystko zdawało się potwierdzać owe przewidywania.



@Sysia11
@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@Arkon
@Adran360

13

Trafiła kosa na kamień:

17 listopada 1998 r. wybuchł konflikt Nuñeza z Cruyjffem i Stoiczkowem. Dwa lata po odejściu Cruijffa z klubu jego stosunki z prezydentem Nuñezem wciąż nie były najlepsze. ,,Wyraziłem zgodę na 2 mecze pożegnalne dla Cruijffa. Gdybym się na to nie zdecydował, nie miałbym teraz problemów. Dodatkowo oskarżył mnie o to że nie pozwoliłem mu na ostatnie spotkanie z kibicami a to nie prawda. Jest jedyną znaną mi osobą, która będzie miała 4 mecze pożegnalne: w Barcelonie i Amsterdamie, gdy kończył karierę piłkarską i 2, które czekają go teraz. Chyba każdy, kto mógłby do tego zarobić 200 mln peset(Cruijff miał dostać za mecze ponad milion euro) byłby szczęśliwy. A może się myle?”- ironicznie opisywał sytuację Nuñez. Dodatkowo prezydent Barcelony był skonfliktowany ze Stoiczkowem, który opuścił klub w 1998 r.: ,,To był błąd iż pozwoliłem mu w 1996 r. wrócić do drużyny. Niektórzy nie umieją zaakceptować tego, że jak tracą jakość w grze, to trafiają na ławke rezerwowych. Mogłem przewidzieć że jak Stoiczkow nie będzie grał w podstawowym składzie , to zaczną się problemy”- żalił się Nuñez. Stoiczkow, a jakże(!) nie pozostał mu dłużny: ,,Nuñez oszukuje ludzi. Gratuluje mu lat, które spędził z nami. Kiedy mówimy o nim źle, odpowiada, że atakujemy całe środowisko ,,barcelonismo”. Nie, panie Nuñez, mówimy o panu. Dziedzictwo Barcelony pochodzi od socios i zawodników. Bez nas kilka lat temu Nuñez był nikim”.

@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson

1

@Adran360 Zgadza się. Ja jednak chciałem przedstawić te najbardziej jaskrawe i głośne...

1

@Zoker Ano faktycznie! W tamtym okresie średnio śledziłem Serie A a tym bardziej Milan. Dopiero od 2 lat mam te Eleveny, więc teraz bym z pewnością wiedział...

0

@Zoker A on kogo zdradził bo nie kojarze? Wiem tylko że gra teraz w Interze...

1

@Adran360 Nie wiem dlaczego ale jakoś generalnie nie potrafie żartować ze sportu a z futbolu to już wogóle!

9

@FCBparasiempre
Wśród najbardziej radykalnych kibiców mówi się o nich różnie. Zdrajcy, judasze, sprzedawczyki. Mowa tu o piłkarzach, którzy na pewnym etapie kariery decydują się opuścić klub, po to, by zasilić swojego wielkiego rywala. Pół biedy jeśli na taki ruch decyduje się ktoś, kogo nazywamy „piłkarskim najemnikiem”, problem pojawia się gdy robi to ktoś, kogo trybuny uważają za jednego ze swoich ludzi. Dziś przyjrzymy się pięciu zawodnikom, którzy zdecydowali się na kontrowersyjny transfer.

Luis Figo, FC Barcelona-> Real Madryt

Nie będę owijał w bawełnę. Zaczynam od prawdopodobnie najbardziej wstrząsających przenosin w historii piłki. Był lipiec, 2000 roku. Portugalczyk będący prawdziwym idolem Camp Nou zdecydował się opuścić FC Barcelonę na rzecz śmiertelnego wroga, Realu Madryt. Pięć lat spędzonych na katalońskiej ziemi i mnóstwo świetnych występów w barwach Blaugrany dały Portugalczykowi status idola. Nic więc dziwnego, że wieść o – wtedy rekordowym – wartym 56 milionów dolarów transferze, rozjuszyła miejscowych kibiców. Jak w ogóle do tego doszło? Otóż gdy piłkarski świat dowiedział się o wstrząsającej transakcji, na Santiago Bernabeu odbywały się wybory na nowego prezydenta Los Blancos. Ówczesny boss w osobie Lorenzo Sanza zdawał się być niekwestionowanym faworytem. Stały za nim sukcesy i dobra kondycja klubu. Po co cokolwiek zmieniać? Jego konkurent Florentino Perez wiedział, że by wygrać, potrzebuje czegoś extra. Asem z rękawa miał być transfer Luisa Figo. Tak więc drugi z kandydatów obwieścił, że jeśli wygra wybory, Portugalczyk trafi do Madrytu. Jeśli natomiast do przeprowadzki nie dojdzie, kibice Los Blancos będą wchodzić na stadion za darmo, przez cały kolejny sezon. Zdeterminowany kandydat mówił, że ma już nawet podpisaną pewną, wstępną umowę z Figo. Sam zainteresowany zaprzeczał wszystkiemu, a Lorenzo Sanz drwił słowami: „Może następnym razem Florentino ogłosi, że zakontraktował Claudię Schiffer?” Deklaracje majętnego Hiszpana wyglądały na zwykłą kiełbasę wyborczą. Pokusa i ciekawość głosujących okazała się jednak nie do powstrzymania. Perez wygrał wybory. Maszyna ruszyła. Jak się później okazało, kontrkandydat Lorenzo Sanza nie rzucał słów na wiatr. Jeszcze przed rozstrzygnięciem wyborów wprowadził w życie niecny plan. Hiszpan skorzystał z przeciągających się negocjacji kontraktowych na linii Figo-Barcelona. Ówczesna umowa Portugalczyka zawierała klauzulę odstępnego w wysokości około 50 mln dolarów. Oznaczało to tyle, że każdy, kto będzie gotów zapłacić tę kwotę, będzie miał wolną drogę, by sprowadzić Portugalczyka do swojego klubu. Pod warunkiem, że ten się na to zgodzi. Perez zadbał również o to. W odpowiednim momencie dał Portugalczykowi ofertę nie do odrzucenia. Prezes Realu zaoferował agentom Figo ponad 2 mln dolarów za sam fakt, podpisania porozumienia, które zobligowałoby go do przejścia do Los Blancos, tylko wtedy jeśli Perez wygra wybory. Wówczas wydawało się to niemożliwe. Kwota ta miała być łatwym zarobkiem dla Portugalczyka – który dziś twierdzi, że o niczym nie miał pojęcia – i jego agentów. Rzeczywistość okazała się inna. Perez triumfował w wyborach, wpłacił klauzulę i tym samym zmusił Figo do przeprowadzki. Majstersztyk. Czy piłkarz Barcelony miał jakieś wyjście? Tak. Ale tu pojawia się kolejny haczyk. Umowa na linii Perez-Figo zawierała również zapis, w wyniku którego sam piłkarz, lub jego pracodawca może unieważnić dokument. Warunkiem było jednak wpłacenia blisko 30 mln dolarów, jako rekompensatę za zerwanie umowy. Katalońska strona znalazła się pod ścianą. Idol Camp Nou trafił na Santiago Bernabeu. Perez dotrzymał słowa. Ówczesny, wówczas świeżo upieczony prezydent Barcelony, Joan Gaspart wspomina: „Żeby przekonać fanów, że umowa z Figo była prawdziwa, Perez obiecał im darmowy wstęp na stadion przez rok, jeśli Figo nie podpisze kontraktu z Realem. W jaki sposób? Finansując to z rekompensaty, którą musielibyśmy wypłacić w imieniu Figo. Jak mógłbym to zrobić?. Jestem nowym prezydentem Barcelony i mam płacić kibicom Realu Madryt, żeby w każdy weekend mogli oglądać swoją drużynę? Umarłbym… umarł!” Wszyscy doskonale wiemy, co było potem. Już pierwsza wizyta Figo na Camp Nou wiązała się z traumatycznymi momentami dla Portugalczyka. Przeraźliwy hałas, wulgarne epitety, a także latające zewsząd fałszywe banknoty, ozdobione jego wizerunkiem. To jednak nic. Sezon później skrzydłowy nie pojawił się na Camp Nou z powodu kontuzji. Do prawdziwego ekstremum doszło jednak w kolejnych rozgrywkach w roku 2002. To do czego piłkarz zdążył się już przyzwyczaić, było zaledwie zapowiedzią kolejnych absurdów. Wszelakie próby wykonywania rzutów rożnych przez piłkarza Realu kończyły się prawdziwym bombardowaniem z trybun. Na murawę leciały monety, zapalniczki, butelki po whiskey, a nawet… świński łeb. Do dziś nie wiadomo jak to możliwe, że fanatycy dali radę wnieść go na stadion. Jedno jest pewne, żadna inna przeprowadzka, nie zagotowała piłkarskich fanów do tego stopnia.

Luis Enrique, Real Madryt -> Barcelona

Trzeba jednak przyznać, że kibice Blaugrany wykazali się stosunkową krótką pamięcią. W momencie, w którym Luis Figo przeżywał dramat na murawie Camp Nou, tamtejsze trybuny miały swojego lokalnego idola z przeszłością w… Realu Madryt. Luis Enrique trafił do Los Blancos ze Sportingu Gijon w roku 1991. Nigdy nie był pierwszoplanową postacią w barwach Królewskich, co nie zmienia faktu, że spędził na Santiago Bernabeu aż pięć lat. Trudno nazywać go ulubieńcem trybun, rola „zapchajdziury” nigdy nie dała mu statusu gwiazdy. Kiedy kontrakt Hiszpana dobiegał końca, zarząd zdawał się nie być zdeterminowanym, by podpisać z nim nową umowę. Niezadowolony z tego faktu zawodnik postanowił zagrać na nosie Królewskim, kiedy to zgłosiła się po niego Barcelona. I tak szokująca przeprowadzka stała się faktem. Enrique mówił prowokacyjnie na łamach Marci: „Kiedy widzę siebie na naklejkach i w telewizyjnych transmisjach, uważam, że w białym mi nie do twarzy. Purpurowy połączony z niebieski pasują mi znacznie lepiej.” Co ciekawe, zawodnik dodaje po latach (Four Four Two): „To nie była trudna decyzja. Podpisałem z Realem kontrakt na pięć lat i tyle też dla nich grałem. Wypełniłem swoje zobowiązanie, nie złamałem umowy”. Hiszpan początkowo miał problem ze zdobycie uznania w oczach fanów Blaugrany. Nie pomagał mu w tym fakt, że swego czasu zdobył jedną z bramek w El Clasico, w którym to Real rozgromił Barcę aż 5:0. Mocny charakter pomógł jednak Hiszpanowi, który zaliczył dublet w ligowym debiucie i z każdym meczem zyskiwał poparcie trybun, by ostatecznie zostać kapitanem zespołu. Punktem kulminacyjnym w porozumieniu między piłkarzem a kibicami Blaugrany był jego gol w bezpośrednim starciu Realu z Barceloną, w roku 1997. Duma Katalonii pokonała rywali 3:2, a jedną z bramek zdobył Enrique. Piłkarz nie miał zamiaru tonować emocji. Szalona radość i eksponowanie herbu to coś, co musiało rozwścieczyć sympatyków Los Blancos. Gdy obecny selekcjoner reprezentacji Hiszpanii wspomina tę chwilę w podcaście Colgados del Aro, mówi: „Jeśli się strzela gola, to należy go celebrować…” Piłkarz spędził na Camp Nou 8 lat, zdobywając w tym czasie dwa Mistrzostwa Hiszpanii, Puchar Zdobywców Pucharu, Superpuchar Europy, a także trzy inne, krajowe trofea.

Robin Van Persie, Arsenal -> Manchester United

Kiedy Holender pojawił się na Highbury w 2004 roku, angielscy kibice nie wiedzieli o nim zbyt wiele. Zanim piłkarz zaczął świecić pełnym blaskiem, fani Kanonierów musieli wykazać się sporą cierpliwością. Oczywiście, od samego początku przygody Van Persiego w Londynie, widać było, że jest to piłkarz z ogromnym potencjałem. Mimo wszystko nauka gry na pozycji napastnika (wcześniej grał jako skrzydłowy), zmiana otoczenia, a także niedające mu spokoju kontuzje sprawiały, że piłkarz miał spory problem, by pokazać pełną klasę. Wenger obdarzył jednak swojego podopiecznego sporym zaufaniem i pozwalał mu na harmonijny rozwój. Holender spędzał w stolicy Anglii kolejne lata, stając się coraz bardziej istotną postacią zespołu. Przełomowymi rozgrywkami zdaje się być sezon 2010/2011, kiedy to Holender 18-krotnie trafił do siatki ligowych rywali i powoli wyrastał na topowego napastnika. Regularna forma, a także cechy przywódcze, coraz bardziej doświadczonego piłkarza, zaowocowały jeszcze większym uznaniem ze strony Wengera. Francuz wręczył Van Persiemu opaskę kapitańską na kolejny sezon. Szybko okazało się, że ta decyzja to strzał w dziesiątkę. Zaufanie menedżera popchnęło Holendra do najlepszego indywidualnego sezonu w życiu. I tak w kampanii 2011/2012 napastnik strzelił zawrotną liczbę 30 ligowych goli, dokładając do tego aż 14 asyst. Taka forma musiała zaowocować nagrodą piłkarza sezonu Premier League, a także jeszcze większymi oczekiwania kibiców i menedżera, którzy wierzyli, że w kolejnych miesiącach Holender popchnie zespół do sukcesów. No właśnie. Trofea to coś, co może zakręcić w głowie piłkarza, nawet bardziej niż pieniądze. Tak było w przypadku Van Persiego, który ogłosił, że nie podpisze nowego kontraktu z klubem. Arsenal nie był gwarantem zwycięstw. Fani byli zdruzgotani. Sympatycy The Gunners nie mogli pojąć jak – bądź co bądź – świeżo upieczony kapitan, może ich opuścić, po swoim najlepszym sezonie w życiu. To nie miało tak wyglądać! Rozgoryczenie było tym większe gdy okazało się, że Van Persie trafi do… Manchesteru United. Czy mogło być gorzej? Tak, tylko jeśli zdecydowałby się na transfer do Tottenhamu. To byłby jednak absurd. Niemniej rywalizacji na linii Kanonierów i Czerwonych Diabłów, którzy to wspólnie zdominowali rozgrywki w latach 1992-2004, była czymś, co tworzyło między tymi klubami silny antagonizm. Chęć wygrywania była jednak dla Van Persiego zbyt wielka, by patrzeć na sentymenty. Sam piłkarz uważa, również, że Kanonierzy pokpili sprawę nowego kontraktu (BT Sports): „Moją przygodę z Arsenalem możecie porównywać do małżeństwa. Ja i moja żona – Arsenal – byliśmy w związku przez 8 lat. Możliwe, że po ośmiu latach moja żona się trochę mną zmęczyła. Takie są fakty. (…)Faktem jest to, że nie zaproponowano mi przedłużenia kontraktu. Musiałem się rozejrzeć wokół. Byłem ambitny. Wciąż chciałem wygrać ligę. Takie jest życie. Miałem do wyboru trzy opcje. Jedna zagraniczna opcja szybko stała się nieaktualna. W grze pozostał Manchester City i Manchester United.” Mimo wszystko trudno dziś uwierzyć, że Arsenal nie chciał zatrzymać w klubie swojego najlepszego piłkarza. Niemniej, trafił on na Old Trafford, za około 30 mln euro, gdzie z miejsca spełnił swoje marzenie, jakim był triumf w rozgrywkach Premier League w sezonie 2012/2013. Wydatnie się zresztą do niego przyczynił, strzelając 26 goli i sięgając po drugą z rzędu Koronę Króla Strzelców. Dziś sam Holender twierdzi, że było warto.

Sol Campbell, Tottenham -> Arsenal

Wenger nie powinien mieć jednak pretensji zarówno do swojego napastnika, jak i Sir Alexa Fergusona. Około dekadę wcześniej sam przeprowadził manewr, którym rozwścieczył fanów rywala. Animozje kibiców Tottenhamu i Arsenalu są stare jak świat. Zarówno dla jednych, jak i drugich Derby północnego Londynu to najważniejsze spotkania sezonu. Rywalizacja Kanonierów i Kogutów to całe lata złośliwości i niechęci jaką serwują sobie kibice tych zespołów. Nic więc dziwnego, że kiedy w lipcu, 2001 roku, Sol Campbell zdecydował się zamienić White Harte Lane na Highbury, cała piłkarska Anglia zadrżała. Ale od początku. Pomiędzy sezonami 2000/2001 a 2001/2002 ten potężnie zbudowany, środkowy obrońca Kogutów oznajmił, że nie ma zamiaru przedłużać kontraktu z klubem. Kibice Tottenhamu byli niepocieszeni. Campbell był symbolem klubu, wychowankiem i jednym z lepszych obrońców w lidze. Fani zastanawiali się gdzie powędruje ich lider. Bezgotówkowy transfer związany z wygasającą umową otwierał wiele kierunków. Warunki finansowe przedstawione przez działaczy Spurs były rzekomo nie do przyjęcia, a z defensorem łączono Liverpool, Chelsea, Barcelonę czy Real. Każda z tych opcji byłaby łatwiejszą do przełknięcia dla społeczności z White Harte Lane, niż ta, którą wybrał sam piłkarz. Wieść spadła jak grom z jasnego nieba. Campbell zostanie Kanonierem! Szok był tym większy, że całość negocjacji udało się sfinalizować z dala od medialnego zgiełku. Wenger wspomina z satysfakcją: „Osiągnęliśmy porozumienie, które nie wyszło do prasy. Pamiętam jego konferencję prasową, która odbyła się w ośrodku treningowym. Zjawiło się zaledwie dwóch dziennikarzy i nigdy nie zapomnę ich min, gdy na salę wszedł Sol. „Sol Campbell z Tottenhamu”, nie mogli w to uwierzyć! (…) Sol wiedział, że do nas dołączy na tydzień przed wygaśnięciem jego kontraktu, a przynajmniej złożył nam taką obietnicę. Uświadomiłem sobie jak ważne to było, gdy graliśmy pierwszy wyjazdowy mecz z Tottenhamem, ale to jest facet, który nie boi się odważnych decyzji.” Wyżej wspomniany mecz nie był dla Campbella bułką z masłem. Przeraźliwie gwiżdżący tłum, a także transparenty z napisem „Judas” były tym co przywitało Anglika na starych śmieciach. Defensor do dziś zmaga się z łatką jednego z największych zdrajców w historii futbolu. Dziennik Daily Mail umieścił go swego czasu na szczycie takiego rankingu. Sam piłkarz, który spędził na Highbury pięć lat, mówił w 2014 roku, na łamach Sky Sports: „Przykro mi z powodu tego jak moje przenosiny wyglądały w oczach kibiców. Nie zamierzam jednak za to przepraszać, gdyż moja przeprowadzka do Arsenalu dała mi wiele sukcesów”. Cóż, dwa triumfy w Premier League, trzy Puchary Anglii, a także udział w finale Ligi Mistrzów, sprawiają że trudno się z Campbellem nie zgodzić.

Manuel Neuer, Schalke -> Bayern

Obecny bramkarz reprezentacji Niemiec to żywa legenda, zarówno drużyny narodowej jak i Bayernu Monachium. Neuer gra w Bawarii od 2011 roku, co sprawia, że jest mocno z tym klubem utożsamiany. Do tego stopnia, że niektórzy z kibiców mogą nie pamiętać o tym, że bramkarz ten zaczynał swoją karierę w Schalke 04, a więc w zespole, którego kibice wprost nienawidzą swoich wyżej wspomnianych rywali. Mało tego. Reprezentant Niemiec w swoich młodzieńczych latach był zagorzałym fanem klubu z Arena AufSchalke. Młody Neuer był regularnie widywany na stadionie Królewsko-Niebieskich, gdzie wraz z najzagorzalszymi fanami wspierał swoich miejscowych bohaterów. To naprawdę był chłopak z Gelsenkrichen! Nic dziwnego, że letni transfer rozwścieczył miejscowych fanów, którzy nie potrafili wybaczyć piłkarzowi tej zdrady. Nie pomógł nawet triumf w Pucharze Niemiec. Kiedy Schalke sięgało po to wyróżnienie, po pokonaniu MSV Duisburg, w meczu finałowym, spekulowano już o tym, że Neuer od nowego sezonu zagra w Bayernie. Bramkarz mógł myśleć, że triumf w prestiżowych rozgrywkach pomoże mu w godnym pożegnaniu się z fanami w trakcie fety. Nic bardziej mylnego. Podczas uroczystości jeden z fanów jasno dał do zrozumienia Neuerowi, co myśli o jego przeprowadzce. Miejscowy kibic spoliczkował piłkarza na oczach tysięcy mieszkańców miasta. Video z tego zdarzenia jest do znalezienia w internecie po dziś dzień. Tak czy inaczej transfer stał się faktem. Neuer zasilił Bayern za kwotę blisko 30 mln euro i od tamtego czasu regularnie broni bramki zespołu z Bawarii. Sam zawodnik wówczas mówił: „Wiem, że część kibiców traktuje mnie jak Judasza, ale Schalke zawsze zostanie częścią mnie.” Nie sądzę by te słowo zmieniły cokolwiek w optyce kibiców z Gelsekirchen. Faktem jest jednak, że ta przeprowadzka, pozwoliła Neuerowi na wygranie takich trofeów jak: ośmiokrotne Mistrzostwo Niemiec, dziewięć krajowych pucharów a także Ligę Mistrzów oraz Superpuchar Europy. Niestety dla fanów z Królewsko-Niebieskich, w ich klubie nie byłoby to możliwe.

Powyższe przykłady futbolowych „zdrajców” nie wyczerpują oczywiście tematu. Wszystkie przypadki to bezpośrednie przeprowadzki z jednej strony barykady na drugą. Spokojnie mogłoby się tu znaleźć również miejsce dla takich zawodników jak Bernd Schuster (z FC Barcelony do Realu), Michael Laudrup (ten sam przypadek), Mario Goetze (z Borussii do Bayernu) czy Ashley Cole (z Arsenalu do Chelsea). Istnieje również grupa piłkarzy, która podpadła fanom z powodu samego faktu gry dla zwaśnionych ze sobą klubów, mimo że pomiędzy tymi epizodami, decydowali się na przygody w zupełnie innych zakątkach świata. Możemy mieć tu na myśli Ronaldo (Barcelona, Inter, Real, Milan), Mo Johnstona ( Celtic, Rangers) czy Michaela Owena (Liverpool, Manchester United). Są tacy, którzy rozumieją, że piłka nożna dla części zawodników, jest niczym innym jak pracą- idziesz tam, skąd masz ofertę. Pozostali twierdzą, że futbol to jednak coś więcej, a szacunek dla fanów to rzecz nadrzędna. Jeśli chodzi o mnie, stoję gdzieś po środku. Z jednej strony razi mnie transfer Luisa Figo bo widzę w nim chęć zarobku i brak poszanowania tradycji, z drugiej rozumiem posunięcie Manuela Neuera, gdyż jest ono tożsame z pragnieniem rozwoju. Klubowe waśnie i transferowe sagi to jednak zawsze tematy złożone, w których nie ma prostych odpowiedzi.

8

0

@regatta52 To prawda ale z drugiej strony nie wiemy jeszcze co pokaże i co osiągnie Yamal...? Dorównać Messiemu tego, co osiągnął będzie jemu piekielnie ciężko, jeśli wogóle będzie to możliwe w wykonaniu Yamala...?

9

@FCBparasiempre
16 listopada 1893 r. powstała Sparta Praga, najbardziej utytułowany zespół w historii czeskiej (i Czechosłowackiej) piłki nożnej. Po I wojnie światowej była jedną z najlepszych drużyn w Europie i odnosiła niemałe sukcesy na arenie międzynarodowej. Powstanie Sparty datuje się na 1893 rok w wyniku rozłamu, do jakiego doszło w zespole AC Praha, założonego dwa lata wcześniej. Na samym początku nazywała się zupełnie inaczej, niż dzisiaj: AC Královské Vinohrady. Rok później zmieniono nazwę na AC Sparta, a człon „Praga” zostanie dodany dopiero w latach 50. XX wieku. Klub wywodzi się z miasta Vinohrady, która w 1922 roku zostanie dołączona do aglomeracji Pragi jako jedna z jej dzielnic. Niemal od samego początku istnienia gra w charakterystycznych ciemno-czerwonych barwach u siebie i w żółtych barwach na wyjeździe. Stało się to dzięki podróży ówczesnego prezesa klubu dr Petříka do Anglii. Podpatrzył tam ekipę Arsenalu i postanowił przywieźć ze sobą jeden zestaw koszulek londyńskiego zespołu. Na samym początku istnienia Spartanie mieli problemy, z powodu braku wsparcia stołecznego Ratusza, mimo wcześniejszych obietnic. Treningi zawodników odbywały się na poligonie wojskowym, a mecze rozgrywano na specjalnie wyznaczonym terenie w parku. Pierwsze lata występów nie były owocne w sukcesy, ale w 1904 roku, po przyjściu trzech utalentowanych piłkarzy ze Slavi Praga, Jana Košeka, Jindřicha Baumruka i Rudolfa Krummera, Sparta stała się jedną z najlepszych ekip na terenie Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Jeszcze w tym samym roku, w Boże Narodzenie, pokonali First Viennę 7:2 i 7:0, Budapeszt BTK 4:1, a z aktualnym mistrzem Anglii Newcastle United minimalnie przegrali 2:3. Na początku XX wieku klub ze stolicy Czech była tak mocny, że nawet jej druga drużyna była w stanie wygrywać z ligowymi rywali, a nawet z pierwszą drużyną Sparty. Dlatego w 1912 roku, kiedy odbyły się pierwsze mistrzostwa Czeskiego Związku Piłki Nożnej, mistrzostwo Spartan nikogo nie zdziwiło. W trakcie pierwszej wojny światowej rozgrywki niemal stanęły w miejscu, z powodu działań wojennych, ale Sparta nie próżnowała. W 1915 założyła szkółkę juniorską, a po zakończeniu działań wojennych skumulowała w swojej kadrze wielu świetnych zawodników, stając się jedną z najlepszych drużyn na świecie. To w większości piłkarze Sparty zapewnili reprezentacji Czechosłowacji dojście do finału Igrzysk Olimpijskich w Antwerpii w 1920 roku. W Finale Czechosłowacja przegrała z Belgią 2:0. Tuż po końcowym gwizdku oprotestowała rezultat meczu, za co została zdyskwalifikowana. Choć w pierwszych latach po zakończeniu I wojny światowej rozgrywki krajowe oficjalne nie istniały, to organizowano je oddolnie. Sparta była najlepsza nieprzerwanie od 1919 do 1923 roku, wygrywając 59 na 60 rozegranych meczów, z łącznym rezultatem bramkowym 235-46. Generalnie eksperci piłkarscy uważają Spartę Praga, FC Barcelonę i FC Nürnberg za najlepsze drużyny pierwszej połowy lat 20. XX wieku. W 1921 roku w prestiżowym turnieju o tytuł nieoficjalnego mistrza kontynentu Spartanie pokonali obu rywali na swoim terenie, Norymbergę 2:1 i Barcelonę 3:2.

Z czasem konkurencja w kraju i za granicą zaczęła rosnąć wraz z popularyzacją piłki nożnej, a Sparta przestała się rozwijać, przez co rywale zaczęli ją doganiać. Mimo wszystko nadal byli znaną marką na arenie międzynarodowej. Drużyna w 1926 wyruszyła na piłkarskie tournée po Ameryce Północnej, gdzie rywalizowała z angielskimi i szkockimi zespołami. Na 12 meczów wygrali siedem, w dwóch przegrali, w trzech zremisowali. W 1924 roku Czechosłowacki Związek Piłki Nożnej ustanowił zasady profesjonalizacji piłki nożnej, tworząc oficjalną ligę, która rozpoczęła działalność dwa lata później. Warto przy tym spojrzeć na historię pierwszego ligowego meczu, wygranego 7:1 przez Spartę z SK Union Vršovice. Sędzia jednak nie uznał wyniku meczu ze względu na nieodpowiedni teren. Po wielu miesiącach zarządzono rozegranie ponownego meczu. Tym razem wygrana 3:2 bardzo bolała Spartę, bo zmieniony rezultat bramkowy bezpośrednio doprowadził to przegranego tytułu ligowego. Następne lata były już zdecydowanie lepsze i do 1938 roku Sparta Praga sześciokrotnie została mistrzem kraju. W latach, kiedy nie wygrywała ligi, zawsze była druga, z wyjątkiem sezonu 1927/28. Poza tym triumfowała w międzynarodowych rozgrywkach o Puchar Mitropa w 1927 i 1935 roku, w którym brały udział najsilniejsze kluby ze środkowej części kontynentu m.in. Włoch, Austrii, Węgier czy Jugosławii. W marcu 1939 III Rzesza dokonała aneksji państwa Czechosłowackiego, a we wrześniu doprowadziła do wybuchu II wojny światowej. Mimo tych okoliczności rozgrywki ligowe w Czechosłowacji dalej się odbywały. Sparta Praga odczuła trudy wojny. W sezonie 1940/41 zajęła dopiero czwarte miejsce w lidze. Źle rozpoczęła kolejny sezon i po jesiennej części rozgrywek zajmowała ostatnie miejsce. Dodatkowo w derbach ze swoim odwiecznym rywalem, Slavią Praga, odniosła kompromitującą porażkę 7:0. Uratowania drużyny podjął się Vlasta Burian. Został on nie tylko trenerem, ale także inwestorem. Z własnej kieszeni zatrudnił kilku zawodników, obchodząc tym samym nazistowski zakaz profesjonalizmu w piłce nożnej. Od nowa podłożył fundamenty funkcjonowania klubu, dzięki czemu Sparta uratowała się przed spadkiem z ligi w ostatnim meczu sezonu 1941/42. Nowe wzmocnienia zaczęły odciskać piętno, w kolejnym sezonie zakończyli rok na zmagania na pozycji wicelidera, a w sezonie 1943/44 wygrali czeską ligę, już po raz dziesiąty w swojej historii. To był jednocześnie ostatni rozegrany sezon w okresie II wojny światowej. Po wyzwoleniu kraju większość zawodników Sparty trafiła do kadry narodowej. Po wojnie życie piłkarskie szybko wróciło do normy, a w lidze czeskiej było po staremu. Naprzemiennie dominowały kluby z Pragi: Sparta i Slavia. To się zaczęło zmieniać w latach 50-tych, kiedy oba zespoły zostały wyparte przez trzy zespoły: Bratysławskie Sokol NV i Červená hvezdę, a dodatkowo na miejscowym podwórku, czyli w stolicy, powstał wojskowy klub ATK. Ta trójka sięgnęła po większość trofeów w latach 50-tych, ale Sparta dwukrotnie nie dała za wygraną, wygrywając ligę w 1952 i 1954 roku. Nie miała jednak okazji na wiele prestiżowych rywalizacji międzynarodowych, z powodu zamknięcia się bloku komunistycznego na zachód. Pod koniec dziesięciolecia Sparta zaczęła podupadać i dwa ostatnie sezony 1958/59 i 1959/60 spędziła na bronieniu się przed spadkiem. Sparta Praga utrzymała swój solidny poziom, ale już na stałe straciła pozycję lidera w lidze. Nadal wygrywała, ale już nie tak często, jak miało to miejsce w przeszłości. Lata 60-te to tylko dwukrotnie wygrana liga, a lata 70-te to trzy zdobyte puchary krajowe. Bardzo skromny dorobek w przeciągu 20 lat jak na zespół z taką historią i aspiracjami. Dwukrotnie wygrana liga dała przepustkę do dwóch występów w Pucharze Europejskich Klubów Mistrzowskich, czyli ówczesnej Lidze Mistrzów. Spartanie zaprezentowali się w obu rozgrywkach naprawdę dobrze, dochodząc do Ćwierćfinałów. W pierwszym ćwierćfinale ulegli w dwumeczu Partizanie Belgrad, gdzie po wygranej 4:1 u siebie skompromitowali się w drugim meczu porażką 5:0. W drodze do drugiego ćwierćfinału rozgromili kolejno: FC Lausanne-Sport, Górnik Zabrze, Skeid Oslo i RSC Anderlecht, a powstrzymał ich dopiero Real Madryt.

Lata 70-te były najtrudniejszym okresem w historii klubu. Kilkukrotnie obronili się przed spadkiem, ale w sezonie 1974/75 Sparta spadła do II ligi, jedyny raz w swojej historii. Co prawda rok później wróciła do najwyższej klasy rozgrywkowej, ale w następnych sezonach nadal przebywała w dolnej części tabeli. Wielkim paradoksem jest fakt, że to właśnie w tym okresie Sparta odnotowała także największy sukces na arenie międzynarodowej. W 1973 roku awansowała do półfinału Pucharu zdobywców Pucharów. W półfinale, po zaciętej i równej batalii, ulegli AC Milanowi, ale tak dzielna postawa drużyny, która na krajowym podwórku odnosiła porażkę za porażką, budziła spory szacunek. Swój powrót na szczyt Sparta Praga może zawdzięczać przede wszystkim trenerowi Václavowi Ježekowi. Prowadził wcześniej zespół w latach 1964-69, a teraz przybył, by całkowicie odmienić skład zespołu i styl gry. To poskutkowało i w sezonie 1983/84, po siedemnastoletniej przerwie, Sparta wygrała ligę czeską, a następnie całkowicie ją zdominowała. Drużyna trenera Ježki odnosiła sukcesy także na arenie międzynarodowej, gdzie w latach 1983-1985 Sparta awansowała do ćwierćfinału Pucharu UEFA i Pucharu Mistrzów, ale na tym skończyły się dalsze sukcesy za granicą. Spartanie mieli wtedy bardzo silną kadrę, dzięki skupieniu się na regularnym rozwijaniu mniej znanych graczy do wysokiego poziomu. To między innymi z tego powodu dziewięciu piłkarzy Sparty reprezentowało Czechosłowację na Mistrzostwach Światach w 1990 roku. Podobnie było sześć lat później, na Mistrzostwach Europy 1996, gdzie Czesi zdobyli srebrny medal. To także w tamtym okresie dla Spartan grał Jiří Novotný, defensywny pomocnik, który był filarem swojego zespołu i doprowadził do zdobycia aż 14 tytułów ligowych. Lata 90-te charakteryzowały się również tym, że dochodziło do częstej rotacji składu. Tak swoją szansę w Sparcie dostały przyszłe legendy w historii czeskiej piłki, takie jak Pavel Nedvěd, Jan Koller czy Tomáš Rosický. Choć liczba pięciu wygranych sezonów na przestrzeni lat 2000-2010 na papierze wygląda bardzo dobrze, to w porównaniu do przeszłości i w odniesieniu do trudnych momentów w czeskiej piłce była świadectwem, że legendarna Sparta zaczyna powoli gasnąć. Sytuacja z płacami piłkarzy była wręcz dramatyczna, a kluby częściej ponosiły straty, niż dochody. Doszło do tego, że talenty piłkarskie, w tym te młodzieżowe, po rozegraniu kilku udanych meczów w lidze czeskiego poszukiwało dalszej kariery za granicą. Z tego powodu każdy musiał sięgnąć po alternatywne rozwiązania. Swoje szanse dostawali coraz młodsi zawodnicy, lub piłkarze, którzy nie mogli wcześniej wywalczyć miejsca w podstawowej jedenastce. Postawiono też na czeskich weteranów, którzy po udanym epizodzie na boiskach europejskich wracali do kraju, na ostatni etap swojej przygody z piłką. To miało swoje przełożenie w piłce międzynarodowej. Choć Sparta często awansowała do Ligi Mistrzów, to przeważnie odpadała w fazie grupowej. Później sytuacja tylko się pogarszała, bo zarząd klubu nie był w stanie zapewnić stałych zarobków, a zmiennicy, którzy pojawiali się w miejsce sprzedanych piłkarzy, nie prezentowali wymaganej od nich jakości. W porównaniu do innych klubów Sparta z tym wyzwaniem poradziła sobie słabo. Pozostała silną czeską ekipą, ale utraciła status najlepszej. Ostatni tytuł ligowy Sparta Praga wywalczyła w sezonie 2013/14, a ostatni puchar kraju w 2020 roku. Podsumowując na przestrzeni całej swojej historii, czeski klub wygrywał ligę 37 razy, a puchar kraju 27 razy, co jest krajowym rekordem. Sięgnął także trzykrotnie po Superpuchar, dwukrotnie, w 2010 i 2014 roku, na łamach rozgrywek o Czeski Superpuchar, a w 2020 roku już w ramach innych rozgrywek: o Superpuchar Czechosłowacji. W ostatnich latach Sparta często awansuje do Ligi Europy, ale najczęściej odpada albo w fazie grupowej, albo tuż po przejściu do dalszej fazy rozgrywek. Regularnie znajduje się w ścisłej czołówce czeskiej ligi, często ją kończąc na drugim lub trzecim miejscu, ale tracąc zbyt dużo punktów do lidera rozgrywek. Obecnie trenerem drużyny jest Brian Priske, a od grudnia 2018 roku dyrektorem sportowym jest były zawodnik klubu i legenda Arsenalu Tomáš Rosický.

1

@FcPortoFan1999 Dokładnie tak! Chodziłem wówczas do podstawówki i był to mój pierwszy w życiu obejrzany mecz!

1

@FcPortoFan1999 No nie tylko ten pan miał te szczęście oglądać to na żywca...

8

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

16 listopada 1919 r. urodził się Tadeusz Parpan, środkowy obrońca i pomocnik. W pierwszym sezonie po II wojnie światowej, w bitwie o pierwsze miejsce w tabeli łeb w łeb szły ze sobą dwa krakowskie zespoły: Wisła i Cracovia. Biała Gwiazda górowała w ofensywie dzięki takim piłkarzom, jak Józef Kohut czy Mieczysław Gracz. ,,Pasy” potrafiły się jej jednak przeciwstawić znakomitą defensywą i to one wyszły z tego boju zwycięsko. Największą zasługę w tym dziele miał znakomity obrońca – Tadeusz Parpan. Kiedy UEFA po II wojnie światowej organizowała mecz Reprezentacji Europy z Wielką Brytanią, wysłała do selekcjonerów kadr narodowych listy zgłoszeniowe dla kandydatów do tego prestiżowego starcia. Henryk Reyman(Wiślak z krwi i kości) nie miał wątpliwości kto z Polaków mógłby unieść to ważne brzemię odpowiedzialności. Na karcie skreślił nazwiska Gracza oraz defensora Cracovii – Parpana. Ostatecznie piłkarzowi Pasów, pomimo powołania, nie udało się zagrać w tym meczu z powodu braku paszportu. Parpan budził wielkie zainteresowanie kibiców w tych pierwszych powojennych sezonach ze względu na swój wzrost. Mierzył 186 centymetrów, co wówczas stanowiło rzadko spotykany wymiar u piłkarza. Stąd nazywano go powszechnie ,,Wielkoludem z Cracovii”. Te warunki fizyczne dawały mu znaczną przewagę w pojedynkach główkowych. Jego główna zaletą było jednak znakomite ,,czyszczenie pola”. Parpan nie dopuszczał po prostu przeciwników w pobliże swojej ,,jedenastki”, przez o mawiano że bramkarz Cracovii na ogół jest bezrobotny. Znakomicie kierował też defensywą swej drużyny. Przyczyniło się to do wywalczenia przez Cracovie mistrzostwa Polski w 1948 r. O wszystkim(jedyny raz w historii Ekstraklasy) decydował baraż dwóch najlepszych drużyn tabeli.

Po zakończeniu rozgrywek okazało się bowiem że Pasy i Biała Gwiazda wywalczyły równą ilość punktów. Ostatecznie na neutralnym boisku Garbarni, Cracovia wygrała 3:1 i po raz ostatni w swej historii zdobyła mistrzostwo Polski. Parpan nie mógł zagrać w tym decydującym meczu. Przez cały sezon był jednak zdecydowanie najważniejszą postacią defensywnie nastawionych Pasów. Dowodzą tego liczne wyróżnienia indywidualne za ten okres. Obrońca znalazł się na 6 miejscu w Plebiscycie ,,Przeglądu Sportowego” na Najlepszego Sportowca 1948 roku. Przez kolejne ćwierć wieku jedynym futbolistą, któremu udało się wyrównać ten wynik, był Deyna. W 1949 Parpan znalazł się zaś na 9 miejscu. Przez następne 20 lat dwa razy z rzędu pozycje w Top-10 udało się utrzymać tylko Cieślikowi oraz Szymkowiakowi. Oprócz mistrzostwa z Cracovią, wywalczył wicemistrzostwo. Miał wtedy 32 lata. Najlepszy okres zabrała mu niestety wojna. Nim wybuchła(a był przecież ledwie rok młodszy od Wilimowskiego) nie zdążył wpłynąć na szerokie wody. Grał tylko w Łagiewiance, klubie założonym przez swego ojca Piotra, z braćmi Tadeuszem i Leopoldem. Dopiero podczas okupacyjnych rozgrywek zwrócił na siebie uwagę Pasów, co pozwoliło zasilić szeregi tej drużyny w pierwszym okresie po odzyskaniu niepodległości. Podczas II wojny światowej nie tylko kopał piłke ale był też żołnierzem Armii Krajowej i za swoje męstwo został uhonorowany odznaczeniami. Do dziś nikt z piłkarzy Cracovii nie pobił go w liczbie występów w reprezentacji. Jako zawodnik tego klubu rozegrał w biało-czerwonych barwach 20 meczów, strzelając jednego gola. Po ledwie 4 występach został nominowany kapitanem, co dowodziło jego umiejętności przywódczych. Lepiej pod względem skuteczności wygląda jego dorobek w Cracovii. W 63 meczach w Ekstraklasie zdobył 13 goli. Średnia 0,2 trafienia do dziś wygląda imponująco jak na obrońcę. Trzeba jednak wiedzieć iż Parpan zaczynał jako pomocnik i czasem jeszcze ustawiany był przez trenerów w linii środkowej a nawet jeśli grywał już tam, gdzie pokazywał najwięcej ze swoich umiejętności, to nie udało się całkowicie wyplenić z niego ciągu na bramke. Po odejściu z Cracovii krótko występował jeszcze w Garbarni razem ze swoim bratem Leopoldem. Kariere zakończył w 1951 r. Później pełnił role trenera obydwu krakowskich zespołów, w których występował w Ekstraklasie. Był też kierownikiem Pasów. Nie zdecydował się jednak na powiązanie tego etapu życia wyłącznie z piłką. Jako inżynier z wykształcenia pracował przede wszystkim na Politechnice Krakowskiej. Tadeusz Parpan został wybrany do najlepszej jedenastki 105-lecia Małopolskiego Związku Piłki Nożnej. Jest też patronem stadionu Armatury Kraków(dawnej Łagiewianki). Zmarł w 1999 roku.

@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360

10

Debiut ,,La Pulgi” w Dumie Katalonii:

16 listopada 2003 r. w towarzyskim meczu FC Porto z FC Barceloną(na otwarcie Estadio do Dragão) zadebiutował niejaki… Lionel Messi! Argentyńczyk, mając zaledwie 16 lat i 145 dni, wszedł na boisko w 71 minucie zastępując Fernando Navarro, jednocześnie stając się trzecim najmłodszym piłkarzem pierwszej drużyny, który zadebiutował w barwach Blaugrany(po Alcantarze i Babangidzie). ,,Byłem tak podekscytowany iż nie mogłem zasnąć w noc przed meczem. Najważniejsze było dla mnie zagrać przynajmniej kilka minut. Udało się i to jest dla mnie najważniejsze. Po meczu trener Rijkaard podziękował mi za gre, byłem zadowolony ale oczywiście wolałbym żebyśmy wygrali’’-podsumował sytuację Messi. Szkoda tylko że Barça przegrała ten mecz 0:2. Taki oto był początek geniusza futbolu…

Tylko spójrzcie:


8

Debiut geniusza:

16 listopada 2003 r. w towarzyskim meczu FC Porto z FC Barceloną(na otwarcie Estadio do Dragão) zadebiutował niejaki… Lionel Messi! Argentyńczyk, mając zaledwie 16 lat i 145 dni, wszedł na boisko w 71 minucie zastępując Fernando Navarro, jednocześnie stając się trzecim najmłodszym piłkarzem pierwszej drużyny, który zadebiutował w barwach Blaugrany(po Alcantarze i Babangidzie). ,,Byłem tak podekscytowany iż nie mogłem zasnąć w noc przed meczem. Najważniejsze było dla mnie zagrać przynajmniej kilka minut. Udało się i to jest dla mnie najważniejsze. Po meczu trener Rijkaard podziękował mi za gre, byłem zadowolony ale oczywiście wolałbym żebyśmy wygrali’’-podsumował sytuację Messi. Szkoda tylko że Barça przegrała ten mecz 0:2. Taki oto był początek geniusza futbolu…

Spójrzcie:



@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sysia11

2

Tego Cristiano Ronaldo to zdecydowanie trzeba wziąść w kaftan i zawieźć do szpitala psychiatrycznego na permanentne leczenie!

10

Cenne 3 punkty na wyjeździe:

O kolejne trzy punkty wzbogaciła się reprezentacja Polski w eliminacjach piłkarskich mistrzostw Europy. 15 listopada 2006 r. Biało-czerwoni wygrali w Brukseli bardzo ważny mecz z Belgią 1:0. Zwycięskiego gola strzelił napastnik GKS Bełchatów Radosław Matusiak. To trzecia wygrana z rzędu kadry prowadzonej przez Leo Beenhakkera. Holenderski selekcjoner reprezentacji Polski zaskoczył wszystkich. W środku boiska za chorego Mariusza Lewandowskiego zagrał nie Przemysław Kaźmierczak, nie Łukasz Garguła i nie Rafał Murawski, a Dariusz Dudka. Jak widać Beenhakker wie co robi, bo piłkarz Wisły Kraków rozegrał w Brukseli dobre spotkania. Podobnie jak Marcin Wasilewski, którego ostatecznie do gry na prawej obronie wystawił selekcjoner kosztem Marcina Baszczyńskiego. Od początku spotkania to Polska dyktowała warunki gry. Już w 10 minucie obrońcy gospodarzy uratowali swój zespół przed utratą gola po akcji Euzebiusza Smolarka z Radosławem Matusiakiem. W 19 minucie biało-czerwoni objęli prowadzenie. Rozgrywający świetny mecz Matusiak wygrał pojedynek biegowy z defensorem Bayernu Monachium Danielem Van Buytenem i technicznym strzałem w długi róg pokonał Stijna Stijnena. Matusiak potwierdził, że staje się zawodnikiem europejskiego formatu. Oprócz strzelonego gola radził sobie z obrońcami rywali, a także stwarzał sytuacje strzeleckie kolegom z drużyny. Widać, że dwa gole strzelone w meczu z Wisłą Kraków to nie był przypadek i mamy kolejnego dobrego napastnika. Po zdobyciu gola przez Polaków obraz spotkania nie zmienił się. Belgowie nie mieli atutów ani pomysłu na sforsowanie naszej obrony, która grała bardzo pewnie. Na środku defensywy nie mylili się Jacek Bąk i Michał Żewłakow a kolejny bardzo dobry mecz rozegrał Grzegorz Bronowicki. Biało-czerwoni czekali na okazje do kontr i mieli wyśmienite szanse na podwyższenie prowadzenia. W 36 minucie po bardzo dobrym podaniu Matusiaka w sytuacji sam na sam znalazł się bohater dwóch poprzednich spotkań eliminacyjnych, Smolarek, ale strzelił tuż obok słupka. Tuż przed przerwą ten sam piłkarz miał jeszcze jedną szansę. Tym razem dośrodkował Maciej Żurawski, a po uderzeniu głową piłki przez Smolarka centymetrów zabrakło nam do szczęścia.

W II połowie Belgowie zagrali ofensywnie i częściej robiło się nerwowo pod bramką Artura Boruca. Biało-czerwonych wspierało jednak 15 tys. wspaniale dopingujących kibiców, którzy zasiedli na stadionie w Brukseli. ,,Gramy u siebie. Polacy, gramy u siebie” - roznosiło się po obiekcie skandowanie fanów. Największe zagrożenie gospodarze stworzyli już w doliczonym czasie gry, kiedy do ataku przeszedł rosły Van Buyten. Bezbłędnie bronił jednak Boruc, który raz ubiegł właśnie wspominanego wcześniej piłkarza a później Emila Mpenzę. W 79 minucie na boisku pojawił się Rafał Murawski, wychowanek MRKS Gdańsk i były piłkarz Prokomu Arki Gdynia, czy Lecha Poznań i zapisał się w historii polskiej piłki nożnej jako 800 piłkarz, który wystąpił w biało-czerwonych barwach.

,,Zawsze gramy o trzy punkty i tak samo było w Brukseli. Staramy się jak najdłużej utrzymać przy piłce, żeby przejść do akcji ofensywnej. Mieliśmy więcej sytuacji i zasłużyliśmy na zwycięstwo. Cieszę się, że rok zakończyliśmy dwoma jakże cennymi wygranymi” - powiedział Dariusz Dziekanowski, asystent Leo Beenhakkera.

@Adran360
@Arkon
@Culer9002
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?