6

@FCBparasiempre
Przedstawienie sylwetki „samorodnego” talentu, którego piłka słuchała się jak namiętna kochanka, jest czystą przyjemnością. Jak może być inaczej, skoro mowa o kimś, kto perfekcyjnie opanował sztukę gry obiema nogami, dostarczając partnerom wypielęgnowane piłki z krótkiego rozegrania. Koledzy z zespołu uwielbiali go za to , choć cenili go również z takiego powodu, że prowadził aktywne życie i w pełni poświęcił się nie tylko piłce. Był też przede wszystkim oddany ojczyźnie. Józef Kałuża, bo o nim mowa, to doskonały wzór do naśladowania. Niestety przyszło mu żyć w ciężkich czasach. Umarł przedwcześnie, głównie przez brak penicyliny, w targanym wojną kraju. Urodził się 11 lutego 1896 w Przemyślu, ale całe jego piłkarskie i zawodowe życie było związane z Krakowem, do którego przeniósł się w wieku siedmiu lat. Miał czterech braci, z którymi poznawał świat piłki nożnej, coraz popularniejszej na terenie Galicji. To ojciec( zawodowy podoficer) wpoił mu pewne zasady, które kiedyś ukształtowały też jego. Kałuża odznaczał się inteligencją nie tylko na boisku. Był bardzo zdolnym uczniem, wręcz urodzonym polonistą. Mimo braku pieniędzy, udało mu się ukończyć Seminarium Nauczycielskie, w którym w 1915 roku zdał maturę. Dwa lata później, po powrocie z wojska, rozpoczął pracę nauczyciela w szkole przy ulicy Żółkiewskiego. Zawód ten łączył z ogromną pasją do świata futbolu. Dodatkowo ciągnęło go też do dziennikarstwa. Kałuża połączył wszystkie swoje pasje. Jego analizy spotkań czy fachowe teksty na temat piłki nożnej można było znaleźć na łamach gazet „Raz, dwa, trzy” i „Przeglądu Sportowego”. Był wielkim autorytetem w dziedzinie metodologii piłkarskiej. Napisał nawet podręcznik do nauki taktyki, ale niestety zaginął on podczas Powstania Warszawskiego. Słynny Kałuża miał tylko 166 cm wzrostu i wątłą wagę. Nie był demonem szybkości, choć umiał zgubić rywala niespodziewanym sprintem. Jego talent dostrzeżono już, gdy miał 13 lat. Wtedy przyjęto go do Robotniczego Klubu Sportowego Kraków. Świadomy swojego talentu szukał większego klubu i w 1911 rozpoczął przygodę z Cracovią. W tym czasie mówiło się o „krakowskiej szkole piłkarskiej” , która szczyciła się ofensywnym stylem, polegającym na utrzymywaniu się przy piłce i grze w trójkącie. Każda dzielnica wówczas miała kilka swoich „reprezentacji”, które toczyły ze sobą boje o prymat na swoim terenie i w całym Krakowie. Pewnego razu, taka drużyna z Błoń, miała rozegrać kolejny mecz i nie mogła skompletować składu. Przysłuchujący się burzliwej dyskusji „niepozorny uczniak” z Podgórza, zaproponował swoją grę w ataku. Wywołało to salwę śmiechu wśród pewnych siebie krakowian, którzy dla poprawienia humoru przyjęli propozycję. ,,Grał inaczej niż my wszyscy. Piłka słuchała go, kleiła mu się do nogi. Wózkował (dryblował) świetnie, lecz wózkiem trudno nam było zaimponować. Rewelacją dla nas były natomiast jego strzały, ustawianie się do piłki, wybieganie na pozycję, wypuszczanie piłek łącznikom na przebój lub na skrzydła. Jego zagrania powiązały nasze bezplanowe indywidualne gierki i nadały im sens. Jak łatwo było przy nim zdobywać bramki” – pisał Stanisław Mielech we wspomnieniach o Józefie Kałuży w Przeglądzie Sportowym.

Cracovia była w tamtych czasach znakomitą drużyną. Po I wojnie światowej skład uzupełniono młodymi siłami. Józef Kałuża nie był jedynym oseskiem, który stał się tytanem „Pasów”. Nie wolno tu zapomnieć o Bolesławie Janie Kotapce. Ten był piłkarzem, obdarzonym niezwykłą techniką oraz wielką pracowitością. Jak wspomina nieoceniony Stanisław Mielech, Kotapka po treningach wyznaczał sobie dodatkowe zajęcia, nie dawał sobie taryfy ulgowej. Zmysłem przypominał Inzaghiego, jeżeli można użyć takiego porównania. „Kałapaka”(jak nazywali go koledzy) słynął z wykorzystywania dobitek. Pole karne było jego królestwem i zawsze wiedział jak się tam ustawić. Wyróżniał się niesłychaną zaciętością i chęcią do gry. Zdarzyło mu się zataić ropnia pod paznokciem dużego palca, którego usztywnił blachą i niemal nie spowodował tym jeszcze gorszego urazu. O jego umiejętnościach snajperskich świadczy fakt, że w 66 meczach zdobył 84 gole. W parze z Kałużą potrafili czynić cuda. Niestety ten duet nie mógł w pełni pokazać swoich możliwości, bo Kotapka zginął śmiercią tragiczną – w nocy z 24 na 25 kwietnia 1922 roku – został zasztyletowany. Kto raz ujrzał Bolka, to wychudzone chłopczątko, nie wierzył własnym oczom. Niezwykły poziom techniczny i rozum, z zawodnika zupełnie pozbawionego szybkości, zrobiły pierwszej jasności gwiazdę. Jako technik potrafił wszystko, jako taktyk miał szósty, albo i siódmy zmysł. To było tajemnicą skuteczności jego gry – tak opowiadał Józef Kałuża o Bolesławie Kotapce. Nigdy nie dowiemy się, czy Kotapka byłby tak wielki jak Kałuża. Józef posiadał bowiem zdolność zdobywania bramek z każdej pozycji. Różne źródła podają sprzeczne informacje dotyczące liczby goli zdobytych przez asa „Pasów” w oficjalnych meczach: 465-487 goli w 404-454 spotkaniach, licząc grę w reprezentacjach Krakowa i Polski, oraz pierwszy zespół Cracovii. O jego wielkiej klasie świadczy również fakt, że miał wyłączność na grę w środku ataku pasiastej drużyny – przez 18 lat! Boisko zmieniało go w rasowego, chorobliwie ambitnego snajpera, który niczym wieżyczka czołgu, jedynie obracał się i ustawiał celownik, by zadać śmiertelny cios. Poza murawą był zupełnie innym człowiekiem, pogodnym i skromnym. Boiskowy temperament często pchał go do kłótni z arbitrami, którzy pobłażali mu, ze względu na jego markę i zasługi. Był genialnym samoukiem, jednak cały kunszt i technikę wypracował zanim zaczął grać zawodowo. Właściwie półzawodowo, bo jak wcześniej wspominałem, nigdy nie rozstał się z posadą nauczyciela. Ożenił się w 1923 roku z Józefą Dudziak, która urodziła mu córkę Irenę. Jej poświęcał każdą wolną chwilę. Był ekspertem w grze sam na sam z bramkarzem. Gdy golkiper wybiegał, by skrócić kąt, pewne było że Kałuża i tak go ogra. Jak wspominał cytowany wcześniej kolega z Cracovii, Stanisław Mielech, chyba nie było w jego czasach tak kompletnego bramkarza, który by wyczuł intencję lidera „Pasów”. ,,Nigdy nie egzekwował rzutów wolnych i karnych. Do pierwszych brak mu było „atomowych” strzałów, a do drugich nerwów. Tym cenniejszy(w porównaniu z innymi „królami strzelców” jak Reyman, Peterek czy Kossok) był jego rekord goli zdobytych z przebojów i kombinacji”– Stanisław Mielech we wspomnieniach o Józefie Kałuży. Z każdym rokiem stawał się coraz większą legendą Cracovii. W 1921 był jednym z autorów mistrzostwa, w pierwszym sezonie regularnych rozgrywek.

Z dobrej strony pokazał się też w reprezentacji, gdzie wystąpił dwadzieścia razy, strzelając osiem goli. Józef Kałuża był dla kadry tak samo ważny, jak dla Cracovii. W książce „Cracovia znaczy Kraków” wspomniana jest historia o tym, jak Imre Pozsonyi, trener kadry w jej pierwszym historycznym meczu, wezwał w pewnym momencie Józefa do siebie, by ten wziął ciężar gry na siebie. Polak posłuchał trenera i już po kilku minutach rozciągnął grę ze środka. Piłka dotarła do Wacława Kuchara, a ten stanął oko w oko z węgierskim bramkarzem Zsakiem. Piłka po strzale tak mocno uderzyła go w głowę, że padł na ziemię, niczym rażony piorunem. Co zrobił Kuchar? Oczywiście nie dobijał, choć mógł na stale zapisać się w historii polskiej reprezentacji, jako zdobywca pierwszego w jej dziejach gola. On zaczął… go cucić. Napastnik Pogoni Lwów stał się synonimem piłkarskiego fair play, zanim zaczęto tak nazywać kulturalne zachowania w piłce. Józef Kałuża także był wyjątkowym trenerem. Potrafił poskładać zespół, wykorzystać jego największe atuty, jakimi były indywidualności, a także mądrze wprowadzić nowych graczy. Zanim mógł poprowadzić Polaków, musiał potwierdzić swoją skuteczność na ligowej ławce. Wiedza i doświadczenie jakie gromadził, przybliżały go do najważniejszego trenerskiego stanowiska. Rok po zakończeniu kariery, w 1932 roku, stał się najważniejszą osobą w polskiej piłce. Stało się tak, dzięki wykładom trenerskim, jakich udzielał. Został wówczas kapitanem związkowym PZPN, czyli selekcjonerem kadry. Poprowadził polską ekipę do 4. miejsca na IO w Berlinie i pierwszego awansu do mundialu w 1938 roku. To on był trenerem Orłów, podczas słynnego meczu z Brazylijczykami, gdy przegraliśmy 5:6 i kiedy pokonaliśmy wicemistrzów świata – Węgrów 4:2, tuż przed wybuchem wojny. Łącznie poprowadził reprezentację w 47 spotkaniach. To pod jego ręką w kadrze błyszczały takie gwiazdy jak Ernest Wilimowski, Gerard Wodarz czy Władysław Szczepaniak. Gorzkie życie w okupowanym Krakowie, płynęło mu pod znakiem słów jakie kierował do młodzieży: ,,Młodzi niech sobie grają – nam jednak nie można sprawiać pozorów, że życie sportowe w naszym, podbitym przez najeźdźców kraju, płynie normalnie”. Tak widział sytuację Polaków po przegranej kampanii wrześniowej. Jednak nigdy nie można było powiedzieć, że się poddał. Wręcz przeciwnie. Okupant chciał kontrolować Polaków w każdej sferze. Najwybitniejszemu polskiemu piłkarzowi lat 20-tych, zaproponowali posadę „Sportfuerhera”, który miał kontrolować, za zgodą Niemców, życie sportowe w Generalnym Gubernatorstwie.

Dumny Pasiak nie mógłby żyć z piętnem zdrajcy i kolaboranta. Jego osobowość przyciągała nielicznych pozostałych w kraju członków zarządu PZPN. Tym też się zajął. Starając się unikać uwagi Niemców, kierował życiem sportowym kraju. Od małego był chorowity. W młodości zmagał się z podejrzeniem, częstej w tamtych czasach gruźlicy. Zmarł nagle, 11 października 1944 na zakażenie krwi. Można było tego uniknąć, stosując penicylinę. Jak się łatwo domyślić, nie była ona jednak łatwo dostępna w okupowanym mieście. Kałuża ciężko znosił nie tylko chorobę, ale też okupację. Był symbolem manifestującej polskość grupy krakowian, która żegnała ukochanego Pasiaka, mentora i piłkarskiego dominatora. Dzisiejsze ulokowanie stadionu Cracovii nie przypadkiem ma miejsce na ulicy jego imienia. Wielkość Józefa Kałuży nie podlega dyskusji. Skala jego wkładu w rozwój polskiej piłki jest nie do przecenienia. Jeżeli do liczby goli które ustrzelił nie ma pewności, to jest ona w innej kwestii– takiego Pasiaka już nie będzie.

4

0

@Comentateiro Legenda trenerska Lecha Poznań??? No bez przesady! A co on z tym Lechem takiego wygrał(?) bo nie przypominam sobie?

10

Feliz cumpleaños panie Jose!

11 lutego 1963 r. urodził się Jose Mari Bakero, pomocnik, jedna z legend FC Barcelony. W 1988 r. do stolicy Katalonii ściągnął go Johan Cruijff i uczynił go czołową postacią swojej drużyny. Bakero jest jednym z niewielu piłkarzy, którzy zdobyli 6 tytułów mistrzowskich i to w dwóch różnych klubach(2 w Realu Sociedad i 4 w FCB). W czasie całej swojej kariery, Bakero cechowała niesamowita wola walki. Jose umiał poderwać zespół do lepszej gry, co na trybunach trudno było uchwycić. Bakero nie tylko wspomagał kolegów mentalnie, lecz również potrafił wykonywać kluczowe podania otwierające zawodnikom droge do bramki. Najważniejszym trafieniem Jose Bakero był gol z 6 listopada 1991 r. przeciwko FC Kaiserslautern, dający awans Blaugranie do fazy grupowej Ligi Mistrzów i w efekcie późniejszy tryumf w tych rozgrywkach. Jose Mari do dziś obok swojego partnera ze środkowej formacji- Josepa Guardioli, jest jednym z symboli legendarnego ,,Dream Teamu”.


@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Symson
@Sysia11

9

Był sobie… nieprzeciętny piłkarz:

10 lutego 1926 r. urodził się Danny Blanchflower, pomocnik. Jeśli przeciętny kibic piłki nożnej usłyszy o Irlandii Północnej, natychmiast pomyśli o George’u Beście. Jednak Ulster wydał na świat wielu znakomitych piłkarzy. Jednym z nich był Danny Blanchflower, uchodzący za gracza kompletnego, wszechstronnie wyszkolonego i inteligentnego na boisku. Zawodową karierę zaczynał w Barnsley w skąd dwa lata później trafił do Aston Vila (148 gier i 10 goli). Następnie został zawodnikiem Tottenhamu, w którym zapracował na miano klubowej ikony (337 występów i 15 goli). To właśnie on jako kapitan drużyny poprowadził Tottenham do dwóch triumfów w Pucharze Anglii i zdobył pierwsze dla londyńskiej drużyny trofeum na arenie międzynarodowej – Puchar Zdobywców Pucharów. W reprezentacji zagrał 56 razy i strzelił dwa gole.


@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sysia11

0

Panie Julianie Alvarez, pan jesteś w gorącej wodzie kąpany...

0

A coż to tam się dzieje na ,,Etihad Stadium"? Pepito czadu! Czadu a ganar!

4

@FCBparasiempre
10 lutego 1903 r. urodził się Matthias Sindelar. „Papierowy człowiek”, jak nazywano Sindelara ze względu na kruchą budowę ciała, występował na środku ataku, doskonale wpisując się w nurt tzw. naddunajskiej szkoły piłkarstwa, opierającej się na dużej liczbie krótkich podań. „Mozart futbolu” jak też o nim mówiono imponował niepospolitą techniką, wyjątkową kreatywnością, niezłą skutecznością, świetnym dryblingiem oraz przede wszystkim inteligentnym poruszaniem się po murawie. Był uosobieniem powiedzenia „lepiej mądrze stać, niż głupio biegać”. Poza boiskiem raczej nie był wzorem do naśladowania dla początkujących zawodników – nie lubił trenować, pił, palił, utrzymywał związki z prostytutkami, chętnie spędzał czas w kasynie. Miał trudny charakter, nienawidził się podporządkowywać. Specyficzne usposobienie nie przeszkodziło mu zostać największą gwiazdą zarówno drużyny klubowej – Austrii Wiedeń, jak i austriackiej kadry narodowej, choć nie wykluczone, że znacząco przyspieszyło koniec jego barwnego życia. Sindelar w 1999 roku został przez IFFHS uznany najlepszym austriackim piłkarzem XX wieku. Z całą pewnością jego umiejętności były nietuzinkowe, jednak nie można zapomnieć iż występował w najlepszym okresie w historii austriackiego futbolu. Reprezentacja pod wodzą Hugo Meisla siała postrach na całym świecie, nie przegrywając 14 meczów z rzędu, pokonując m.in. Szkocję 5:0, Niemcy 6-0 w Berlinie oraz 5-0 w Wiedniu, 8-1 Szwajcarię, Węgry 8-2, Belgię 6-1 czy Włochy 2-1(stąd nazwa Wunderteam – cudowna drużyna). „Sindi” był sztandarową postacią kadry, stając się rozpoznawalny w całej Europie. Nagły rozwój piłki nożnej w Austrii związany był z założeniem w 1924 roku drugich na świecie zawodowych rozgrywek piłkarskich. Znacząco podniósł się poziomo ligi, założonej przecież sporo wcześniej, bo już w 1911 roku. Wraz z lepszymi widowiskami pojawili się kibice, którzy tłumnie zaczęli odwiedzać stadiony piłkarskie – za średnią frekwencję uważano wówczas 40 tysięcy widzów, co bez wątpienia napędzało dalszy rozkwit futbolu w Austrii.

Podopieczni Meisla, pod nieobecność przedstawicieli ojczyzny piłki nożnej Anglii, uważani byli za faworytów rozgrywanych w 1934 roku na terenie Włoch drugich mistrzostw świata. Tam jednak zawiedli, zajmując jedynie 4 miejsce. „Sindi” zdobył na turnieju ledwie jedną bramkę, trafiając w wygranym 3:2 spotkaniu z Francją. Duże nadzieje wiązano z następnym Mundialem w 1938 roku, niestety chęć dominacji nad światem ich rodaka – Adolfa Hitlera, bezlitośnie zamknęła im drogę na francuski turniej. Warto wspomnieć, że część austriackich piłkarzy(m.in. Josef Stroh, Rudolf Raftl, Franz Wagner czy Willi Schamus) wystąpiła na mistrzostwach przyjmując, w przeciwieństwie do Sindelara, propozycję gry w zespole III Rzeszy. Sindelar przez niemal całą karierę związany był z jednym klubem – Austrią Wiedeń. Jedynie początek swojej futbolowej przygody spędził w innym wiedeńskim zespole – ASV Hertha, do którego trafił w wieku 15 lat, po rekomendacji nauczyciela, który pełnił funkcję quasi – skauta, wyszukując młode talenty dla kilkunastu drużyn. Już w wieku 18 lat zadebiutował w pierwszym zespole, szybko zyskując sobie uznanie kibiców i ekspertów. W wieku 20 lat odniósł ciężko kontuzję kolana, która postawiła jego dalsze występy pod znakiem zapytania. Dopiero operacja przeprowadzona przez dr Hansa Spitzy’ego pozwoliła wrócić „Sindiemu” do gry, jednak był zmuszony do końca kariery nosić na kolanie specjalną opaskę(właśnie tą kontuzją tłumaczył Herbergerowi swoją odmowę). W wieku 21 lat, po spadku Herthy, który nieodłącznie wiązał się z kłopotami finansowymi, przeszedł do rywala zza między, ówczesnego mistrza Austrii – SV Amateure. Z Sindelarem w składzie w 1926 roku po raz drugi wygrali ligę, a następnie zmieniono nazwę na FK Austria. „Papierowy człowiek” nie miał więcej okazji świętować krajowego mistrzostwa, celebrując za to zdobycie 5 Pucharów Austrii oraz sukcesy na międzynarodowej arenie. Sidnelar skrupulatnie wykorzystywał swoją popularność, reklamując zegarki i produkty mleczne oraz grając w filmie…samego siebie. Był ulubieńcem prasy sportowej i kawiarnianego towarzystwa Wiednia. Tak jak na Wyspach kibice mają swoje puby, tak w Austrii mieli swoje kafejki. Miejscem spotkań fanów „Fioletowych” była „Café Parsifal”, gdzie obok zwykłych miłośników piłki zasiadali także piłkarze, władze klubu, a nawet znani pisarze i dziennikarze. Tam „Sindiego” poznał austriacki pisarz Friedrich Torberg, który lakonicznie podsumował „Mozarta futbolu”: „Był po prostu geniuszem.”

23 stycznia 1939 roku doszło do jednej z najbardziej tajemniczych śmierci w historii piłki nożnej. Tego dnia w Wiedniu, w apartamencie mieszczącym się w kamienicy przy Annagase 3 odnaleziono nieprzytomną kobietę leżącą przy nagich zwłokach 35 – letniego mężczyzny. Jak ustalono podczas nieprzeciętnie błyskawicznego śledztwa, ten nie żył już od 10 dni. Kobieta zmarła wkrótce po przewiezieniu do szpitala. Oficjalny komunikat brzmiał: zatrucie dwutlenkiem węgla. Jednakże ci, którzy znali męską ofiarę rzekomego wypadku, a prawdę powiedziawszy mało kto o nim nie słyszał, powątpiewali w wersję nazistowskich władz. W ten osobliwy, skrajnie zagadkowy sposób, austriacki futbol stracił swego najwybitniejszego syna, symbol siejącego do niedawna popłoch Wunderteamu, ulubieńca wiedeńskich kawiarni – Matthiasa Sindelara. Hipotez co do przyczyny jego śmierci jest kilka. Wersja oficjalna, rozpowszechniana przez nazistowską propagandę mówi, jak wspomniano na wstępie, o przypadkowym zatruciu dwutlenkiem węgla. Jest ona o tyle prawdopodobna, że sąsiedzi Sindelara często narzekali na nieszczelne instalacje gazowe. Aczkolwiek należy wspomnieć o kilku faktach, mocno ją podkopujących. Po pierwsze śledztwo trwało zadziwiająco krótko, zostało zamknięte zaledwie po 2 dniach. Co więcej, cała dokumentacja dotycząca dochodzenia w enigmatycznych okolicznościach zaginęła. Istnieli także świadkowie twierdzący, że naciskano z samej stolicy III Rzeszy, ażeby uznać sprawę za nieszczęśliwy wypadek. Inna teoria sugeruje, że Sindelara zamordowała kobieta przy której znaleziono martwego piłkarza – potomkini cór Koryntu, będąca jednocześnie jego dziewczyną, Żydówka włoskiego pochodzenia Camilla Castagnola. Ta dowiedziawszy się o planowanym przez „Mozarta futbolu” zerwaniu, postanowiła otruć najpierw jego a następnie siebie, składając ich związek na swoistym ołtarzu miłości. Rozważa się również podwójne samobójstwo. Sindelar wraz ze swoją partnerką mieli pozbawić się życia w ramach buntu wobec szerzącej się hitlerowskiej zarazie, której efektem była utrata suwerenności przez Austrię oraz antysemityzm, stopniowo pożerający ich przyjaciół, a także w bliskiej perspektywie zagrażający im samym. Oprócz tego w grę wchodzi zemsta alfonsa Castagnoli– Ameriki Maxiego, który delikatnie to ujmując, nie był wniebowzięty z powodu utraty podopiecznej. Jednak najwięcej argumentów zdaje się przemawiać za tym, że „Mozart futbolu” stał się po prostu ofiarą bezwzględnej „vendetty” nazistowskich prominentów, na którą ciężko pracował od dobrych kilku miesięcy.

Był zagorzałym przeciwnikiem ideologii narodowo–socjalistycznej oraz wszystkiego co z nią związane. W jego teczce w Gestapo znalazły się takie określenia jak „socjaldemokrata”, „czeski nacjonalista” czy „sojusznik Żydów”, co samo w sobie wystarczyło do wydania wyroku śmierci. Ponadto, nie zważając na dezaprobatę decydentów, pomagał przetrwać swoim żydowskim przyjaciołom, a pozostałych przedstawicieli narodu Dawidowego traktował w dalszym ciągu z szacunkiem. Za przykład może posłużyć sytuacja z sierpnia 1938 roku, gdy Sindelar podczas zakupu kawiarni nie wykorzystał trudnego położenia jej właściciela Leopolda Drilla, którego z racji pochodzenia zmuszono do sprzedaży kafejki za bezcen, płacąc mu uczciwą cenę 20 tysięcy marek. Na korzyść „Sindiego” nie działała także przynależność klubową– wiedeńska Austria uważana była za zespół żydowskiej burżuazji. Zresztą z „Fiołkami” wiąże się kolejna anegdota, wyraźnie wskazująca jakimi wartościami kierował się Sindelar. W ramach wszechobecnej antysemickiej nagonki zabroniono piłkarzom rozmawiać z żydowskimi pracownikami klubu(zarówno obecnymi jak i byłymi, których jeszcze nie wyrzucono). Do tego grona należał m.in. do niedawna prezydent klubu dr Emanuel Schwarz. Gdy tuż przed wyjazdem z Austrii spotkał „Sindiego” usłyszał: „Nowy prezydent zabronił mi z panem rozmawiać, ale ja zawsze z panem porozmawiam, Herr Doktor.” Do tego dochodził rodowód Sindelara, który nie był czystej krwi Austriakiem, ale pochodzącym z Moraw czeskim imigrantem. Urodził się w roku 1903, w leżącym na terenie multinarodowych Austro-Węgier Kozlovie jako Matěj Šindelář. W 1905 roku jego rodzice postanowili przenieść się do Wiednia, osiedlając się w biednej, robotniczej dzielnicy Favoriten. Dopiero tam postanowiono zmienić rodzinne nazwisko na Sindelar, a przyszłemu kapitanowi Wunderteamu zmodyfikować imię na ułatwiające asymilację Matthias. Jakkolwiek to wszystko może wystarczyłoby do zwrócenia uwagi przedstawicieli Tysiącletniej Rzeszy w Austrii, natomiast na pewno nie ściągnęłoby na Sindelara gniewu berlińskiej centrali nazistowskiego imperium. O to zadbał sam „Mozart futbolu”, prawdopodobnie podając ostatni gwóźdź do trumny zbijanej dla niego przez fanatyków narodowego socjalizmu. 3 kwietnia 1938 roku na wiedeńskim Praterze odbyło się spotkanie mające uczcić Anschluss Austrii do III Rzeszy. Naprzeciwko siebie stanęły kadra narodowa Niemiec i występujący po raz ostatni legendarny Wunderteam, aczkolwiek już pod nową nazwą– Marchia Wschodnia(Ostmark). Na życzenie swojego kapitana Sindelara, Austriacy zamiast w tradycyjnych biało – czarnych trykotach, wystąpili w kolorach swojej flagi – czerwone koszulki, białe spodenki, czerwone getry, co już samo w sobie mogło zostać odebrane jako prowokacja. Aby nikt nie poczuł się urażony, ustalono, że mecz miał zakończyć się braterskim, pojednawczym remisem. Pierwsza połowa toczyła się według groteskowego scenariusza – każdy zawodnik, w tym Sindelar, pudłował z sytuacji z których wydawało się nie można spudłować. Wszystko układało się tak jak uzgodniono w politycznych gabinetach. Jednak 20 minut przed końcem meczu „Papierowy człowiek” nie wytrzymał - pokonał niemieckiego bramkarza, a następnie podbiegł pod trybunę zajmowaną przez nazistowskich dygnitarzy, aby poprzez taniec okazać swoją radość. Jakby tego było mało, tłum zgromadzony na trybunach zaczął skandować „Austria! Austria!”, co ośmieliło kolegów Sindelara - Karl Sesta zdobył gola na 2:0, tym samym ustalając wynik meczu.

Zapewne żaden sportowiec od czasów czarnoskórego Jesse’ego Owensa, z łatwością pokonującego niemieckich wysokich blondynów na Igrzyskach w Berlinie, nie rozwścieczył w takim stopniu Hitlera i jego popleczników, co wtedy austriaccy piłkarze z „Mozartem futbolu” na czele. Oczywiście całokształt przewinień poszedłby w niepamięć, przysłonięty wybitną grą Sindelara dla chwały III Rzeszy, lecz ten postanowił zakończyć karierę, wielokrotnie odmawiając niemieckiemu selekcjonerowi Seppowi Herbergerowi, tłumacząc się zaawansowanym wiekiem oraz prześladującą go od dawna kontuzją kolana. Późniejszy Mistrz Świata z 1954 roku wspominał: „Próbując raz po raz namówić go do gry, w końcu zrozumiałem, że kierowały nim inne powody. Miałem wrażenie, że miało to związek z niepokojem i odrazą, jakimi darzył wydarzenia na scenie politycznej. To nie dawało mu spokoju i prawdopodobnie zaważyło na jego odmowie.” Na pogrzeb Sindelara przyszło ponad 15 tysięcy ludzi. Zapewne nigdy nie będzie możliwe stwierdzenie ze stuprocentową pewnością w jaki sposób zmarł. Niechybnie wersja głosząca nazistowską zemstę buduje mit bohaterskiego Austriaka, który oddał życie za swoje przekonania. Świetnie wyraził to Jonathan Wilson, angielski dziennikarz, zajmujący się futbolową historią: „Dostępne dowody wyraźnie sugerują, że śmierć Sindelara była wypadkiem, a jednak poczucie, iż bohater nie może zginąć w tak przyziemny sposób przeważa. Przecież co lepiej odda klimat Austrii w czasie Anschlussu niż sportowiec, artysta, pupil społeczeństwa wiedeńskiego, brutalnie zagazowany wraz ze swoją Żydowską dziewczyną?”.

5

1

@Lionel_Messi10 Swoją drogą to ciekawe jest to zdjęcie(pierwszy raz je widze) ale jeszcze ciekawsze z czego obaj się śmieją?

0

@Mixtape Co prawda w ubiegłym sezonie Girona pewnie pokonała u siebie ,,Białych" ale to bodaj La Liga była już rozstrzygnięta? W tym sezonie Real nie leży Gironie i nic dobrego dzisiaj na Santiago Bernabeu im nie wróże. Wierz mi że bardzo chciałbym się mylić...

0

@tristan87 Tym się nie trzeba chwalić. To trzeba tylko przypominać, gdyż jest to wydarzenie historyczne w dziejach polskiego futbolu!

0

@FcPortoFan1999 W takim razie za młody jesteś! Nie masz prawa głosu... :)

8

Czy wiemy że…

10 lutego 1999 r. Wojciech Kowalczyk zdobył 1000 gola dla reprezentacji Polskiej w całej jej historii występów. Działo się to na Malcie w towarzyskim meczu z Finlandia, z którą Polacy zremisowali 1:1. Kowalczyk gola zdobył w 34 sekundzie meczu!


@Arkon
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sysia11

9

Blaugrana w europejskich pucharach:

10 lutego 1960 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Woolverhampton 4:0 w pierwszym ćwierćfinałowym meczu Pucharu Mistrzów. Gole dla Barçy zdobyli: Villaverde(2), Kubala oraz Evaristo. Rewanż był równie okazały ale o tym przypomnę mniej więcej za miesiąc.




@Sysia11
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@AssisMoreira
@Arkon

7

Wybitne rekordy, wybitni piłkarze:

10 lutego 1901 r. na stadionie Camp del Hotel Casanovas doszło do pojedynku pomiędzy FC Barceloną a Club Franco Espanyol w ramach Copa Macaya. Mecz ten wygrała Duma Katalonii w stosunku 13:0! Uwaga, w meczu tym został ustanowiony klubowy rekord goli. Niejaki… Joan Gamper ,,huknął’’ w tym spotkaniu 9 goli! Mało tego, niespełna miesiąc później Gamper wyrównał klubowy rekord strzelając 9 goli Gimnasticowi Tarragona również w Copa Macaya!

Również 10 lutego(cóż za zbieg okoliczności) tyle że w roku 1952, Ladislao Kubala dokonał rzeczy wprost niebywałej! Otóż w starciu ze Sportingiem Gijon w ramach 22 kolejki La Liga strzelił 7 goli! Strzelał kolejno w 11, 27, 70, 73, 75, 83 i 89 minucie. Proszę zauważyć że Kubala w 19 minut strzelił 5 goli! To wyczyn iście spektakularny. Jest jeszcze tylko jeden piłkarz w całej historii Primera Division, który dorównał osiągnięciu Kubali a mianowicie Bask Agustin Sauto Arana, znany lepiej jako Bata. Bata również strzelił 7 goli i to w meczu przeciwko…FC Barcelonie, w którym Athletic Bilbao rozgromił Barçe 12:1! Kubala jest jednak nieco lepszy ponieważ strzelił 5 goli pod rząd, czego nie udało się dokonać Bacie. Co ciekawe, tak genialny snajper jak Leo Messi nie strzelił nawet 5 goli w La Liga a miał ku temu naprawdę wiele okazji. Tak czy inaczej Ladislao Kubala był bez wątpienia największym crackiem Dumy Katalonii XX wieku.



@Arkon
@AssisMoreira
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sysia11

10

@FCBparasiempre
9 lutego 1931 r. urodził się Josef Masopust, genialny czeski pomocnik. Josef był jednym z sześciu dzieci i od początku nie miał lekko. Rodzina nie miała zbyt wiele pieniędzy, co nauczyło go skromności, nigdy nie stał się rozrzutny. Od dziecka był też uczony szacunku do innych. Wszyscy z jego otoczenia powtarzali, że zawsze był dobry, pomocny i nigdy nie zrobił nic złego innej osobie. Niewątpliwy wpływ na to miała też wojna, która wybuchła, gdy miał on 8 lat. To wszystko sprawiło, że Masopust na boisku odznaczał się nie tylko wspaniałą grą, ale też postawą fair play. Był on wzorem człowieka – zarówno na murawie, jak i poza nią. To właśnie o takich ludziach powinno się opowiadać wszystkim młodym adeptom futbolu. Sam piłkarz, wspominając dom, szczególnie mocny nacisk kładł na rolę ojca w jego piłkarskiej karierze. W wywiadzie dla Przeglądu Sportowego, który udzielił w zeszłym roku, wspominał m.in.: „tata mówił mi, że jeśli chcę być dobrym zawodnikiem, muszę kopać lewą i prawą nogą”. Poszedł za radą ojca, a umiejętność gry obiema nogami była jego wielkim atutem w przyszłości. Pierwszym (i prawdopodobnie najcenniejszym) zdaniem, jakie usłyszał od rodzica w związku z piłką nożną, było jednak: „żadnych potańcówek, tylko biegać, biegać, biegać”. Posłuchał. Opłaciło się. Ojcu Masopusta dziękować mogą też kibice Dukli Praga. To on poradził synowi, by – gdy ten chciał przejść do większego klubu bezpośrednio z Mostu – najpierw zaliczył mniejszy zespół, w którym dostanie szansę na rozwój. Tak zrobił. I ostatecznie, mimo że pierwotnie miejsce w jego sercu zajmowała Slavia, trafił do jej praskiej rywalki. 1952 oraz 1968. Śmiało lata te można uznać za początek i koniec „ery Masopusta” w drużynie ze stolicy Czech. Josef stał się jej najwybitniejszym piłkarzem w historii, zdobywając z nią osiem mistrzostw Czechosłowacji oraz trzy krajowe puchary. Raz – w 1966 roku – udało się Dukli zdobyć dublet. Również na arenie europejskiej klub prezentował się świetnie. Kilka razy awansował do ćwierćfinału Pucharu Europy, a raz dotarł nawet do 1/2, gdzie zespołem lepszym okazał się Celtic Glasgow, późniejszy zwycięzca. Masopust Dukli oddał całe swe serce i ogromną część piłkarskiej kariery, ale sam w wywiadach, udzielanych głównie w ostatnich latach, przyznawał, że w głowie kołatała mu się myśl o wyjeździe (choć bardziej pasującym słowem byłaby „ucieczka”) za granicę. Powód był prosty: w Czechosłowacji panował komunizm, zarobki piłkarzy były minimalne, a zawodnikiem tej klasy interesowały się zagraniczne kluby. W wywiadzie z Markiem Wawrzynowskim Josef przyznawał, że otrzymał raz ofertę z Sampdorii Genua, która natychmiast została odrzucona. Inne nawet do niego nie docierały, choć zainteresowanie było – przepisy nie pozwalały jednak na taki transfer. Przed ucieczką na „Zachód” powstrzymywała go też myśl o rodzinie, którą musiałby zostawić w kraju. Po zakończeniu swej kariery piłkarskiej – ostatnie dwa lata spędził w Belgii, gdy w końcu (mając 38 lat) dostał pozwolenie na wyjazd – wrócił do ojczyzny… i Dukli. Prowadził ją przez kilka lat jako trener. Zresztą zaliczył nawet trzyletnią przygodę z reprezentacją. W pewnym momencie znalazł się aż w Indonezji, gdzie zajmował się pracą z młodzieżą, ale jego dom, jak sam mówi w rozmowie z Grzegorzem Rudynkiem, „od pół wieku stoi w tym samym miejscu, nieopodal stadionu Dukli”. To najlepiej pokazuje, gdzie ten wielki piłkarz zostawił swe serce.

Słowem wstępu: debiut w kadrze „Rycerz” (bo taki przydomek mu nadano) zaliczył w roku 1954 przeciwko Węgrom, a sześć lat później, wraz ze swymi kolegami z boiska, zdobył brąz mistrzostw Europy. To, co najważniejsze w jego przygodzie z kadrą Czechosłowacji, zdarzyło się jednak w trakcie chilijskiego mundialu w roku 1962. Powiedzieć, że Czesi nie byli faworytami, to jak nie powiedzieć nic. Wieszczono im pożegnanie się z turniejem już w fazie grupowej. Zdaniem większości osób, które obserwowały światowy futbol w tamtym czasie, podopieczni Rudolf Vytlačila śmiało mogli skupić się na zwiedzaniu i poznawaniu nowego dla nich kraju. Miał to być jedyny pozytywny akcent w ich wyjeździe. Stało się inaczej. Dzięki swej fantastycznej grze – której tempo nadawał oczywiście Masopust – Czesi dotarli aż do finału. Tam napotkali (po raz drugi w tym turnieju, do pierwszego meczu jeszcze wrócimy) Brazylię. Josef zdobył bramkę w 15. minucie spotkania. Później, w wielu wywiadach przyznawał, że „przez minutę czuliśmy się jak mistrzowie świata”. Przez minutę, bo po takim czasie wyrównał Amarildo. W drugiej połowie Brazylijczycy dołożyli kolejne dwa gole i to oni mogli świętować. Jak przyznawał sam „Rycerz” Czesi nie byli rozczarowani porażką. Uznawali srebrny medal za swój wielki sukces – całkiem inaczej niż dwanaście lat wcześniej Węgrzy, przeciwko którym Masopust w kadrze debiutował. Podobne zdanie mieli mieszkańcy Pragi, którzy tłumnie wyszli przywitać piłkarzy, gdy ci autobusem przemierzali ulice stolicy. Zresztą już w czasie turnieju z Czechosłowacji przybywać zaczęło do piłkarzy mnóstwo listów, widokówek itp. ze słowami wsparcia i gratulacji. Po śmierci Masopusta ze wszystkich czechosłowackich piłkarzy, którzy brali udział w tamtym turnieju, przy życiu pozostało sześciu: Josef Jelinek, Josef Kadraba, Vladimir Kos, Jan Lala, Vaclav Masek i Jiri Tichy. Po fantastycznym występie na mundialu, Masopust stał się jednym z faworytów do zdobycia Złotej Piłki. Wiedział o tym, że znalazł się na liście nominowanych, ale nie przypuszczał – choć, jak mówił, nie został całkowicie zaskoczony otrzymaniem nagrody – że zwycięży. O tym fakcie dowiedział się w rozmowie telefonicznej od znajomego dziennikarza. Ten, przewidując możliwy szok, najpierw zapytał zawodnika, czy siedzi. Dopiero potem powiedział mu o tym, że został wybrany zawodnikiem roku. W tamtych latach nie było jeszcze wielkich gali z mnóstwem zaproszonych gości, nie robiono z wręczenia Złotej Piłki wydarzenia na skalę światową. W przypadku „Rycerza” podarowano mu nagrodę przed meczem Dukli z Benficą. Wręczył ją redaktor „France Football”, uściskiem dłoni pogratulował mu Eusebio i inni zawodnicy, a po chwili rozpoczęło się spotkanie. Nic więcej. Niepotrzebne były przemowy, swoją grą, a więc tym, co najważniejsze, Josef mógł już po chwili udowodnić, że na ZP zasłużył. Losy Masopusta i Brazylijczyka dość często się ze sobą przeplatały. Już w 1959 roku Dukla Praga pojechała do Meksyku, gdzie – w meczu towarzyskim – zmierzyła się z ekipą Santosu. Dla „Rycerza” było to jedno z ważniejszych spotkań w karierze, a jego drużyna wygrała 4:3. Wtedy spotkali się z najlepszym (to opinia bohatera tego tekstu) piłkarzem w historii po raz pierwszy. Kolejne ważne spotkanie to oczywiście mecz opisanych już Mistrzostw Świata w roku 1962. Nie finałowy. W nim Pele nie wystąpił. Tu musimy „cofnąć się” do fazy grupowej, gdzie Czechosłowacja bezbramkowo zremisowała z Brazylią. Co takiego wyróżnia to spotkanie na tle pozostałych? Fakt, że mieliśmy w nim do czynienia z jednym z najsłynniejszych zachowań fair play w historii piłki nożnej. W trakcie meczu Pele doznał – według Masopusta przy oddawaniu strzału – kontuzji. W tamtych latach nie dopuszczano jeszcze możliwości zmiany zawodników, więc Brazylijczyk na boisku musiał zostać, by nie osłabiać swej drużyny. „Rycerz” powiedział więc partnerom z drużyny, by ci nie faulowali Czarnej Perły. I faktycznie, Pele był oszczędzany przez rywali, co pozwoliło mu dokończyć starcie.

Gest ten, jakże dziwnie wyglądający w dzisiejszych czasach(czasach futbolu nastawionego przede wszystkim na zwycięstwo za wszelką cenę) do dziś wspominany jest przez Pelego. Brazylijczyk zresztą szczerze podziwia i docenia osiągnięcia „Rycerza”. Gdy był obecny na 80. urodzinach Masopusta, składając Czechowi życzenia powiedział: „Dziękuję ci za wszystko, co zrobiłeś dla piłki nożnej. Byłeś w niej przede mną, otworzyłeś drzwi dla mnie i kolejnych pokoleń piłkarzy”. Trudno o wyraz większego uznania. Historia Masopusta jest ciekawa. Oto jeden ze zdobywców Złotej Piłki. Piłkarz uniwersalny, o bajecznej technice. Człowiek, którego zagraniami zachwycali się wszyscy: kibice, rywale, trenerzy. Wicemistrz świata, zdobywca brązowego medalu na pierwszych mistrzostwach Europy. Andrzej Gomołysek analizując grę Masopusta napisał: „Niewielu zawodników w historii było tak uniwersalnych i miało na piłkę w swoim kraju taki wpływ jak on”. I faktycznie tak było. Czesi o tym pamiętają. W roku 2000 „Rycerz” wybrany został graczem stulecia w Czechach, a cztery lata później zawodnikiem pięćdziesięciolecia UEFA (w każdym kraju członkowskim wybierano takiego). W 2006 roku uhonorowany został Medalem Za Zasługi I stopnia. Przed stadionem Dukli stoi jego pomnik a obiekt jego pierwszego klubu(Baniku Most) bierze nazwę od jego imienia.



I o ile w swej ojczyźnie Masopust był uwielbiany do końca swych dni, o tyle na Zachodzie(a nawet w Polsce) wydawał się być postacią nieco zapomnianą. Sam przyznam szczerze, że po raz pierwszy usłyszałem o nim zaledwie dwa lata temu, gdy do rąk wziąłem biografię Pelego. Z czego to wynika? Wydaje się, że z faktu, iż sukcesy Masopust odnosił w komunistycznej Czechosłowacji, z której wyjechać mógł dopiero pod koniec życia, a w której obserwować go mogło niewielu fanów futbolu czy dziennikarzy. Zapisał się oczywiście w historii światowej piłki, choćby występem na MŚ w Chile, jednak były to czasy genialnej Brazylii, o której teraz mówi się w pierwszej kolejności. Na liście zdobywców Złotej Piłki nazwisko „Rycerza” wydaje się być niepasującym elementem, anomalią, która nigdy więcej nie miała miejsca. Na szczęście tylko „wydaje się”. Bo pasuje on tam równie mocno, jak Di Stefano, Charlton czy Cruijff. Tu należy ukłonić się w stronę Michela Platiniego, który – dosłownie w ostatnim dniu życia Josefa – wręczył mu Nagrodę Prezydenta UEFA. On o Czechu pamiętał. Śmierć Josefa Masopusta okazała się w pewnym sensie punktem zwrotnym w powolnym „zacieraniu się” pamięci o tym wielkim piłkarzu. Smutne, ale prawdziwe. Potrzebna była ta tragedia, by serwisy i gazety na całym świecie przypomniały sobie, że taki piłkarz istniał i czarował. Nie „kopał”, nie „grał”. Czarował. Jego rajdy na trwałe zapisały się w historii futbolu jako „slalom Masopusta”, a jego przegląd sytuacji, opanowanie w kluczowych momentach spotkania i zmysł taktyczny widać na każdym nagraniu z meczów, w których brał udział. To, że nie ma go już wśród nas, jest prawdziwą tragedią dla futbolowego świata. Pamięć „Rycerza” uczczono minutą ciszy przed finałem ME U21 rozgrywanych w Czechach.

Zarówno przed, jak i po jego śmierci, wiele osób wypowiadało się o czeskim piłkarzu. Tu starałem się zebrać jak najwięcej tych wypowiedzi, tworząc swego rodzaju „pomnik” ku pamięci Josefa Masopusta.

Michel Platini: „Josef Masopust to gracz, którego szczerze podziwiałem. Był dżentelmenem, zarówno na boisku, jak i poza nim. W swoich czasach Josef był naprawdę wybitnym graczem. Był wielkim pomocnikiem Dukli Praga z talentem i umiejętnością zdobywania bramek oraz z niesamowitą zdolnością do eleganckiego dryblowania. Zasłużenie wygrał Złotą Piłkę w roku 1962 oraz był częścią wspaniałego składu Czechosłowacji, która zdobyła wtedy wicemistrzostwo świata.”

Miroslav Pelta (szef piłkarskiej federacji Czech): „To strata nie do zastąpienia. Był wyjątkową osobowością, zarówno na boisku, jak i poza nim.”

Pele: „Masopust był jednym z najlepszych graczy, jakich kiedykolwiek widziałem, ale to niemożliwe, by urodził się w Europie. Z tymi dryblingami musiał być Brazylijczykiem!” „Bez wątpienia był jednym z najlepszych graczy w historii Europy. On i Beckenbauer.”

Eusebio: „Josef jest legendą. Był lepszym piłkarzem, niż ja kiedykolwiek.”

Gianni Infantino: „Josef Masopust jest legendą, wielkim piłkarzem Dukli Praga.”

Josef Jelinek (srebrny medalista MŚ 1962): „Czuję się, jakby zmarł mój ojciec. Starałem się spłacić mu pewne rzeczy i zapewnić opiekę. Był skromnym człowiekiem i wielkim piłkarzem. To smutne, że musimy pożegnać tak wielką legendę. Będę pamiętać, jak wyszedł ze szpitala po poważnej chorobie. Był wesoły, nawet o tym żartował.”

Bohuslav Sobotka (były premier Czech): „Z wielkim żalem przyjąłem wiadomość o śmierci tak wybitnej osobistości czeskiego futbolu, jaką był Josef Masopust. Na zawsze pozostanie on jednym z najlepszych piłkarzy w historii Czech, a także wzorem dla wielu obecnych i przyszłych sportowców.”

Vaclav Masek (srebrny medalista MŚ 1962, były gracz Sparty Praga): „Był 10 lat starszy, ale wobec mnie zawsze zachowywał się bardzo dobrze. Nauczyłem się od niego wiele. Był wspaniałym technikiem i strzelcem. Ze swoją głową był w stanie wymyślić rzeczy niesamowite. Będę wiązać z nim wspaniałe wspomnienia. Choć graliśmy w innych klubach, zawsze znajdował dla mnie dobre rady.”

Ivo Viktor(złoty medalista ME 1976, legenda Dukli Praga): „Jego umiejętności piłkarskie najlepiej dokumentują nagrody, które otrzymał. Dzięki swemu myśleniu na boisku, był jednym z najlepszych piłkarzy, obok Pelego czy Cruijffa. Jestem 11 lat młodszy, więc dla mnie był też wzorem do naśladowania. Miał osobowość nie tylko na boisku – w trakcie naszych wyjazdów zawsze śpiewał lub opowiadał anegdoty. Z powodu swoich umiejętności językowych na miejscu załatwiał wszystko, czego tylko potrzebowaliśmy za granicą. Będzie mi go bardzo brakować.”

Uwe Seeler (legenda niemieckiej piłki nożnej, były gracz reprezentacji Niemiec i HSV): „Masopust to Pele czeskiego futbolu. Grał świetnie, strzelał, zdobywał bramki… był po prostu wielkim graczem. Dokładnie wiedział, co w danej chwili zrobić z piłką i, co najważniejsze, zawsze robił to poprawnie. Był wielkiej klasy piłkarzem, którego ogromnie doceniam. Wspaniały przyjaciel.”

7

Nie zapominajmy o wybitnych słowiańskich legendach futbolu:

@Sysia11
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@AssisMoreira
@Arkon

12

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

9 lutego 1928 r. w Zabrzu urodził się Antoni Franosz. Był piłkarskim symbolem defensywy Górnika z jego pionierskich czasów. Grać w piłkę zaczął już w Preußen, w którym zadebiutował w 1944 r. Po wojnie od początku istnienia klubu związany z Górnikiem. Wielu wspomina go jako jednego bardzo ambitnego i twardego człowieka. ,,Zawsze rwał się do gry i nie przeszkadzały mu w tym nawet kontuzje. Owijał nogę jakimś bandażem i wracał na boisko. W Londynie, kiedy graliśmy z Tottenhamem, jeden z Anglików korkami rozwalił mu kolano. W przerwie kazał sobie to miejsce polać spirytusem, obwiązać i wyszedł na boisko”– wspominał Roman Lentner. Wyprzedził swoją epokę. Jako pierwszy zaczął atakować flanką. Chodził przy linii, jak skrzydłowy a wówczas żaden obrońca tak nie grał. Wyglądał niepozornie ale rywale bardzo szybko przekonywali się, że nie można go lekceważyć. Zawsze ciągnęło go do przodu. Był kapitanem Górnika praktycznie do końca kariery i bardzo chętnie dzielił się doświadczeniem i udzielał wskazówek młodszym kolegom. W zabrzańskim zespole występował do 1961 r. Przeszedł w tym czasie drogę od występów w klasie A Śląska Opolskiego do gry w elicie i zdobycia trzech tytułów mistrza kraju (1957, 1959 i 1961). Zdążył też zagrać w europejskich pucharach. Dzięki swojemu niespożytemu zapałowi był ulubieńcem kibiców. Był znakomitym dyrygentem zespołu o niekwestionowanym autorytecie. Nigdy nie dostąpił zaszczytu gry w reprezentacji. Jako trener też związał się z Zabrzem. Pracował w Górniku, Pogoni i Gazobudowie, a także w Czarnych Pyskowice. W stanie wojennym wyjechał do Niemiec i osiadł w Kolonii.


@Arkon
@AssisMoreira
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Sysia11

9

Feliz cumpleaños panie Valverde! Cules pamiętają…

9 lutego 1964 r. urodził się Ernesto Valverde Tejedor, hiszpański trener i piłkarz, którego wszyscy doskonale znamy. Bardzo dziękujemy za te nie liczne ale jednak sukcesy z Blaugraną. Mimo wszystko 2 mistrzostwa Hiszpanii, Puchar Króla i Superpuchar Hiszpanii mają swoją niepodważalną wartość. Bywaj zdrów panie Ernesto.



@Sysia11
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@AssisMoreira
@Arkon

1

@Sysia11 No to wygląda na to że Argentina U-23 jest traktowana troche po macoszemu...

12

Ikony sportu, wybitne legendy Dumy Katalonii:

9 lutego 1928 r. urodził się Rinus Michels, były napastnik Ajaxu oraz jeden z najwybitniejszych trenerów w historii futbolu, także i FC Barcelony. Holender jest pionierem stylu znanego jako ,,futbol totalny”, który zrewolucjonizował piłke nożną w latach 70-tych. Po wygraniu z Ajaksem Pucharu Europy w 1971 r. Michels przejął Barçe i prowadził ją przez 6 sezonów z dwuletnią przerwą a w kolejnych latach był mentorem Johana Cruyijffa, którego z resztą sprowadził w 1974 r. do Barcelony. Dzięki naukom Michelsa, Cruijff stworzył swój ,,Dream Team” i przekazał tajniki futbolu totalnego Guardioli. Podczas wizyty w Barcelonie w 2002 r. wyraził taką oto opinie: ,, W futbolu musi istnieć równowaga pomiędzy uczuciem a zdrowym rozsądkiem”. Rinus Michels w ciągu swojej bogatej kariery trenerskiej zdobył 4 mistrzostwa Holandii, 3 puchary Holandii oraz Puchar Europy z Ajaksem. Mistrzostwo, puchar Hiszpanii oraz Puchar Miast Targowych z FC Barceloną. Ponadto puchar Niemiec z FC Köln i wreszcie Mistrzostwo Europy i wicemistrzostwo Świata z reprezentacją Holandii. W 1999 r. FIFA przyznała mu tytuł ,,Trenera Stulecia”.



@Arkon
@AssisMoreira
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Sysia11

1

@Lionel_Messi10 Obyś miał racje bo z Brazylią nigdy nic nie wiadomo...

5

Wczoraj byłem świadkiem ,,szalonego" meczu pomiędzy Argentyną i Paragwajem. Nie dość że zarwałem kawałek nocy, to jeszcze byłem rozczarowany postawą ,,naszej kochanej Albicelestes". Druga linia w porządku, w ataku bardzo niska skuteczność ale jeszcze jako tako, natomiast w defensywie niemal tragedia! Zachowanie muru przy wyrównującym golu dla Paragwaju na 1:1 to jest po prostu piłkarski kryminał! Remis okazał się bardzo ale to bardzo szczęśliwy. Przez pryzmat pojedynku z Paragwajem to ja nie widze przesłanek na zwycięstwo z Brazylią w niedziele, gdyż tylko takie rozwiązanie wchodzi w gre o awans na Igrzyska Olimpijskie. Nie wiem jak musiałby Mascherano odmienić ten zespół w dwa, trzy dni aby przeszedł jakąś metamorfoze i pokonał ,,Canarinhos"?

3

Vamos, Vamos Argentina! Vamos Vamos a ganar!

Argentina para siempre!

8

Zasłużone postacie(nie tylko) Argentyńskiego futbolu:

8 lutego 1959 r. urodził się Maurico Macri, argentyński polityk, przedsiębiorca i działacz sportowy. Kiedy w 1995 r. Macri wygrywał wybory na prezesa Boca Juniors, klub ten pogrążony był w kryzysie finansowym. Z zawodu inżynier budownictwa, nowy prezes zarządzał wcześniej koncernem Sevel, mającym licencje na produkcje argentyńskich wersji fiatów i peugeotów. W 1991 r. został porwany przez skorumpowaną grupę policjantów, która przetrzymywała go przez 12 dni, do czasu aż jego rodzina zdecydowała się zapłacić okup. To właśnie w czasie uwięzienia Macri miał podjąć decyzje o wejściu do polityki a jego przygodę z Boca można uważać za sprawdzian umiejętności wyborczych i okazje do budowania zaplecza wśród mieszkańców Buenos Aires. Choć wydawałoby się że między kojarzonym z centroprawicą Macrim a wywodzącymi się głównie z klasy robotniczej kibicami Boca powinny istnieć fundamentalne różnice, plan się powiódł. W 20015 r. Macri został następcą Cristiny Kirchner na fotelu prezydenta Argentyny. Po raz pierwszy w dziejach Boca miała jasny biznesplan, pozwalający klubowi wyjść z długów. Wśród wprowadzonych przez Macriego innowacji była infolinia, zdecentralizowany system sprzedaży biletów i wydzielenie na stadionie przestrzeni gdzie korporacje mogły wynajmować loże dla swoich pracowników. Sukcesy pozaboiskowe nie miałyby jednak znaczenia bez zwycięstw na murawie. Macri szybko zdał sobie sprawę że jedynym sposobem na funkcjonowanie argentyńskiego klubu jest pogodzenie się z rolą wylęgarni talentów dla o wiele bogatszych zespołów z Europy. Pod jego rządami Boca postawiła więc na szkolenie młodzieży, rozwijała swoją akademię, wyszukiwała obiecujących juniorów z całego kraju i kupowała zawodników, których w przyszłości mogłaby odsprzedać z zyskiem. Rozkwit Buenos Aires nastąpił w okresie eksportu argentyńskich dóbr na Stary Kontynent. Macri odwołał się do tej tradycji, czyniąc z Boca Juniors wybieg dla piłkarzy myślących o wyjeździe do Europy. Sukcesy jakie przyniosła jego strategia są niekwestionowane. W ciągu 12 lat prezesury zarobił dla klubu 80 milionów funtów na transferach piłkarzy a zarazem mógł się cieszyć z 16 trofeów.

Rzecz jasna na wprowadzenie zmian potrzebował czasu. Gdy w lipcu 1998 roku Carlos Bianchi zostawał trenerem Boca, mijało 6 lat od chwili gdy drużyna pod Oscarem Tabarezem wygrywała Aperture. Krytycy Bianchiego mogliby wprawdzie twierdzić że(podobnie jak w Velez Sarsfield) odziedziczył zespół niemal w pełni uformowany, jednak choć rzeczywiście zawodnicy, których poprowadził do sukcesów, trenowali już w klubie, to potrafił wyciągnąć z nich więcej niż Bilardo i Veira, po części pewnie dlatego że nie miał do czynienia z zamieszaniem wokół Maradony. Nowy trener odsunął od składu Caniggie, który wkrótce zerwał kontrakt z klubem, pozbył się Diego Latorre mówiącego że szatnia Boca przypomina kabaret a także Nestora Fabbriego, Nolberto Solano i Sergio Castillo, po czym zbudował niewielki i lojalny skład, w czym tkwił jego zdaniem klucz do sukcesu. Nie znaczy to, rzecz jasna że wszystko szło jak z płatka. Napastnicy Martin Palermo i Barros Schelotto na przykład szczerze się nie znosili, z czym musiał sobie jakoś poradzić. ,,Zamkną się z nami w jednym pomieszczeniu i powiedział że wie, że się nie lubimy ale teraz to się musi zmienić bo zamierza wystawiać nas przez 19 kolejek w wyjściowej jedenastce”- opowiadał Schelotto. Boca nie przegrała w żadnej z tych 19 kolejek, zwyciężając 13 razy i remisując w sześciu meczach i w efekcie wygrywając Aperture z przewagą 9 punktów! Kiedy w końcu na 3 kolejki przed zamknięciem Clausury ulegli Independiente, seria meczów bez porażki wydłużyła się do 40-tu. W ten sam weekend przegrało zresztą również River, co oznaczało że mistrzostwo kraju pozostaje w rękach Boca. W defensywie zespół Bianchiego grał uważnie i twardo. W tamtym sezonie tracili mniej niż gola na mecz, zarówno w trakcie Apertury, jak i Clausury, za to w ofensywie zachwycał przede wszystkim dzięki cudownej kreatywności Juana Romana Riquelme. Był to zaledwie 20-letni wiecznie zamyślony, sprawiający wrażenie niemal nieobecnego wizjoner a zarazem piłkarz, dzięki któremu(jak powiedział Jorge Valdano) ,,futbol nigdy nie zostanie zapomniany. Piłkarz jakby żywcem przeniesiony z czasów gdy życie było wolniejsze niż dzisiaj a my wynosiliśmy krzesła na ulice i robiliśmy z nich bramki podczas meczów z sąsiadami”. Jak przystało na zawodnika z innej epoki, Riquelme przypominał raczej kogoś pogrążonego w żałobie i z niechęcią wykonywującego normalne czynności życiowe. Brakowało mu szybkości, nie potrafił raptownie przyśpieszyć w stylu, który niegdyś charakteryzował Maradone a później Messiego i wydawał się niemal rozkoszować wolnym tempem. Był mistrzem ,,la pausa”, najwspanialszym interpretatorem owej sztuki nagłego wyciszenia od czasów Ricardo Bochiniego. Co czyniło go jeszcze bardziej atrakcyjnym, wydawało się że jest jej ostatnim wykonawcą…


@Sysia11
@Symson
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@Arkon

1

@LM10GOAT Johan Cruijff owszem ale ex aequo z Mario Zagalo!

14

Feliz cumpleaños panie Christo!

8 lutego 1966 r. urodził się Christo Stoiczkow, bułgarski napastnik, którego wszyscy cules bardzo dobrze znają. Bułgara przyuważył w meczu Barçy z CSKA Sofia w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów i ściągnął do klubu Johan Cruyff. Na Camp Nou trafił w 1990 r. i z miejsca stał się gwiazdą drużyny a także ulubieńcem cules. Szybko przekonano się także o tym, jak krewki jest to piłkarz, nie bez powodu nazywany ,,Vulgar Bulgar”. Jego współpraca z Cruyffem stawała się coraz trudniejsza i w efekcie w 1995 r. Stoiczkow został sprzedany do Parmy. Jednak wraz z odejściem Cruyffa, powrócił do Barcelony, gdzie jednak pełnił drugoplanowe role i ostatecznie na dobre odszedł w 1998 r. Stoiczkow jest niechlubnym rekordzistą w ilości czerwonych kartek otrzymanych przez piłkarza Blaugrany a mianowicie 11. W barwach Dumy Katalonii rozegrał 336 spotkań strzelając w nich 162 gole. Zdobył 5 mistrzostw Hiszpanii, 2 puchary Hiszpanii, Puchar Europy Mistrzów Klubowych, Puchar Zdobywców Pucharów, 2 Superpuchary Europy oraz 4 Superpuchary Hiszpanii.



@Arkon
@AssisMoreira
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj

9

Żywe legendy rodzimego futbolu:

Pseudonim „Koza”, przedsiębiorca, reprezentacyjny obrońca z Krakowa, srebrny medalista olimpijski z Barcelony (1992), pierwszy polski piłkarz „sprzedany” po igrzyskach do Włoch. To Marek Koźmiński, urodzony 7 lutego 1971 r. w Krakowie w rodzinie absolwentów miejscowej AWF, Zbigniewa (trenera koszykówki, działacza, wiceprezesa Wisły Kraków) i Teresy z d. Mally (trener pływania i gimnastyki artystycznej), absolwent XI Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie (1989), studiował (2 lata) na AWF Kraków, których jednak nie ukończył. Piłkarz (178 cm, 75 kg), lewy obrońca lub lewy pomocnik, wychowanek miejscowego Hutnika 1984-1992 (wymarzona kariera od juniora aż po awans do ekstraklasy), później zawodnik klubów włoskich: UC Udinese (1992-1997), Brescia (1997-15.03.2002) i Ancona (15.03-30.05.2002), greckiego PAOK Saloniki (15.08.2002-30.01.2003) oraz Górnika Zabrze (od 10.02.2003). Występował w reprezentacji olimpijskiej (28 razy) i 38-krotnie (do 2001) reprezentował barwy narodowe (38 występów, strzelając jednego gola).

Zadebiutował w Mielcu w spotkaniu z Izraelem (9 września 1992) a jedyną bramkę zdobył w meczu z Holandią w Rotterdamie (14 października 1992). Jego szybka i zdecydowana gra na lewej stronie boiska podczas IO zrobiła wielkie wrażenie m. in. na szkoleniowcach włoskich (Udinese), którzy na pniu kupili krakowskiego obrońcę (Hutnik chciał 1 milion, otrzymał 600 tys. dolarów). Koźmiński z numerem 10 na koszulce wystąpił już we wrześniu 1992 w meczu Udinese – Inter Mediolan. Jego włoską karierę piłkarską przerwała uciążliwa kontuzja (1996), którą jednak wyleczył. Po dłuższej przerwie powrócił do reprezentacji (Jerzego Engela) i w roli pomocnika wystąpił w meczach eliminacyjnych do mistrzostw świata i samych mistrzostwach (2002). Niestety, bez sukcesów. Wybrany został sportowcem 50-lecia Hutnika Kraków. Odznaczony również srebrnym medalem PKOl (1999).


@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Culer9002
@Compadre
@AssisMoreira
@Arkon

8

O krok od Blaugrany:

7 lutego 1989 r. FC Barcelona była bardzo blisko pozyskania legendarnego holenderskiego napastnika Marco van Bastena. Cruijff trenował Marco w Ajaksie i był jego mentorem. Jak mawiali dziennikarze w tamtych czasach: ,,Gdyby Johan nakazał van Bastenowi skoczyć w przepaść, ten by to zrobił”. Pikanterii całej sprawie dodawał fakt, że menedżerem Marco był… szwagier Cruijffa. Van Basten żartował że ,,zapoznałby się z ofertą FC Barcelony jeżeli przybyliby na rozmowy z tymi samymi pieniędzmi, które dali Koemanowi”. Co ciekawe, stosunki pomiędzy Milanem a Blaugraną ochłodziły przed transferem Ronalda Koemana w 1988 r. Włosi włączyli się do negocjacji o piłkarza i Barça musiała podobno podwyższyć oferte o około milion euro. ,,Mogę jedynie potwierdzić że rozmawiam często z Cruijffem”- podgrzewał atmosferę van Basten. Po 20 latach Marco przyznał, że FC Barcelona była kilkukrotnie bliska zatrudnienia go w stolicy Katalonii: ,,Dwukrotnie byłem naprawdę o krok od podpisania kontraktu w Barcelonie. Nie rozumiałem się dobrze z Arigo Sacchim i chciałem odejść z Milanu. Barcelona Cruijffa była idealnym kandydatem. Najpierw doznałem jednak kontuzji a potem dogadałem się z Sacchim i zostałem w Milanie”. No cóż, wypada jednak żałować i to bardzo że transfer nie doszedł do skutku…



@Arkon
@AssisMoreira
@Compadre
@Culer9002
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj

Media

Sonda

Kto wygra mistrzostwo świata?