FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
Powspominajmy:
Równo 50 lat temu w Barcelonie odbył się I Światowy Dzień Piłki na Camp Nou. Z okazji tej imprezy odbył się mecz Europa kontra Ameryka, w którym oprócz gwiazd Barçy( Cruijff czy też Sotil) zagrało kilku świetnych piłkarzy z całego świata, takich jak Eusebio, Cubillas, czy Rivelino. Najlepiej na boisku rozumieli się Cruijff z Eusebio. Z podania Holendra ,,Czarna Pantera z Mozambiku” strzeliła pięknego gola głową. Mecz zakończył się wynikiem 4:4 a w karnych zwyciężyli gracze z Ameryki. Kubala, ówczesny trener reprezentacji Hiszpanii i selekcjoner drużyny Europy, żalił się iż część graczy nie pojawiła się w Barcelonie a z niektórymi zawodnikami przywitał się dopiero kilka godzin przed spotkaniem. Nic w tym dziwnego, gdyż Węgier do każdego meczu podchodził bardzo poważnie. Najsłabszym elementem piłkarskiego święta była mała liczba widzów na trybunach a mianowicie jakieś 20 do 25 tysięcy.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
8
Ta wspaniała Copa!
30 października 1927 r. Argentyna pokonuje Boliwie 7:1 na Estadio Nacional w Limie. To był mecz inaugurujący 11-tą edycję Copa America. Po raz pierwszy w historii organizację turnieju powierzono Peru. Warunki klimatyczne Limy oraz odległość dzieląca stolicę tej andyjskiej republiki od metropolii nadatlantyckich, przysparzały dodatkowych problemów organizacyjnych. Przed turniejem ekipa Argentyny ćwiczyła intensywnie elementy kondycyjno-atletyczne na obiektach Boca Juniors po kierownictwem profesora Jose Lago Millana, specjalisty od kondycji fizycznej. Wtedy to narodziło się pojęcie ,,preparador fisico”, od tej pory nieodstępnego towarzysza wszystkich poważnych trenerów. Peru potraktowało impreze niezwykle prestiżowo, jako niewątpliwy awans do elity kontynentalnej. W ceremonii otwarcia uczestniczył prezydent państwa, dr. Augusto Leguia. Gospodarze dopiero raczkowali w wielkiej piłce, ba! Ich mecz z Urugwajem(1 listopada 1927) był w ogóle debiutem na arenie międzynarodowej. Toteż obu głównym faworytom ulegli różnicą 4 goli a z Boliwią wymęczyli pierwsze w dziejach zwycięstwo 3:2.
Jak zwykle wszystko miało się rozstrzygnąć pomiędzy Argentyną a Urugwajem. Albicelestes przywieźli do Limy dwóch przyszłych mistrzów Świata, jednak w 1934 r. ci wybitni piłkarze grali dla reprezentacji Włoch. Mowa tu o pomocniku Luisie Montim z San Lorenzo oraz napastniku Raymundo Orsim z Independiente B.A. Oprócz tej pary i znanego już wówczas napastnika Seaone, który został wybrany najlepszym piłkarzem tunieju, Argentyna pokazała cały zastęp piłkarzy wielkiego formatu. Argentyńskiej armadzie obrońca tytułu(Urugwaj) przedstawił wypróbowaną olimpijską gwardie(Andrade, Hector Scarone, Petrone) i kolejnych pretendentów do sławy, spośród których obrońca Tejera oraz napastnicy Arremon i Roberto Figueroa potwierdzili owe aspiracje. Swoje pozycje umacniali Lorenzo Fernandez i napastnik Hector Castro. Urugwaj w meczu z Argentyną grał doskonale, stworzył fascynujące widowisko. ,,Mag” Hector Scarone dał popis swej iście czarnoksięskiej magii. ,,Urusi” jednak przegrali to spotkanie z jednego powodu. Otóż z powodu kontuzji nie mógł wystąpić ich żelazny kapitan, wielka legenda- Jose Nasazzi. Okazało się że ,,Marszałka” nie są w stanie zastąpić nawet najzdolniejsi generałowie. W efekcie Argentyna pokonała Urugwaj 3:2 w przedostatnim meczu turnieju i sięgnęła po raz trzeci po puchar Ameryki Południowej. Co prawda w ostatnim meczu turnieju Argentyna grała jeszcze z Peru, jednak pewnie wygrała aż 5:1 więc dodatkowy mecz z Urugwajem nie był już potrzebny. W trakcie tych mistrzostw wydarzył się pewien incydent, który przeszedł do historii jako ,,gol de la diplomacia”. Chodzi o gola dyplomatycznego ambasadora USA w Limie, Poixdaxtera. Poproszono go o symboliczne kopnięcie piłki czyli kick-off. Pan ambasador w meloniku uśmiechnął się promiennie, ukłonił grzecznie i kopnął piłke do Nolo Ferreiry. Ten nie namyślając się wiele ruszył z nią do przodu, przekazał do Maglio, ten do Seaone. Futbolówka wróciła do Ferreiry, który spokojnie wjechał z nią do peruwiańskiej bramki. Stadion zamarł w osłupieniu. Obrońcy gospodarzy przyglądali się całej akcji, nawet nie myśląc o interwencji. Refleks wykazał tylko amerykański dyplomata. W swoich lakierkach przytrzymując ręką melonik, wpadł na boisko i po krótkiej rozmowie urugwajski sędzia Cariboni… anulował gola. Od tamtej chwili kick-off zachował wyłącznie symboliczny wymiar; po uroczystym kopnięciu piłka wracała do zawodników, którzy dopiero wówczas inicjowali(już między sobą) prawdziwą akcje.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
0
@Lionel_Messi10 Dopiero? coś za daleka ta pozycja...
0
@Lionel_Messi10 A to już jest transmisja? na jakim programie?
0
@FcPortoFan1999Ha,ha, ha. No masz racje, obecnie to gęsi i zbłąkane owce...
9
Polacy nie gęsi…
Dokładnie 30 lat temu Atletico Madryt rozgrywało spotkanie z FC Barceloną na Vicente Calderon a bohaterem owego meczu został… Roman Kosecki! Romario w tym meczu rozegrał jedno z najlepszych spotkań w Blaugranie, lecz to nie on został bohaterem. Po jego 3 golach Katalończycy prowadzili pewnie na Vicente Calderon a wynik mógł być nawet większy gdyby uderzenie lobem Romario nie trafiło w poprzeczke. W drugiej połowie najlepszy na boisku był już tylko Polak- Roman Kosecki, który strzelił 2 gole, w tym drugi dający remis. W 83 minucie Pirri z Atletico dostał czerwoną kartkę, lecz mimo to w 88 minucie Kosecki wyprowadził kolejną kontre, którą celnym strzałem zakończył Caminero. Dzięki temu gospodarze wygrali tamten wspaniały mecz 4:3! Nie zapominajmy że wówczas Kosecki dokonał tej sztuki grając przeciwko ,,Dream Team” Johana Cruijffa!
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
9
Panie i panowie, gdyby żył, świętowalibyśmy dzisiaj jego urodziny. Geniusz futbolu, którego wszyscy znamy a przynajmniej powinniśmy znać.
30 października 1960 r. w Lanus urodził się Diego Armando Maradona. Geniusz futbolu jakich niewielu, stawiany na równi z Pele! Jako piłkarz posiadał przydomki "El Diez" ("Dziesiątka") i "Pelusa" ("Puszek"). W internetowej sądzie na oficjalnej stronie FIFA, gdzie należało wskazać najlepszego piłkarza XX wieku uzyskał 53% głosów. W podobnym głosowaniu członków Komisji Futbolowej FIFA i prenumeratorów FIFA Magazine uzyskał trzecie miejsce.
Przygodę z futbolem Maradona rozpoczął w wieku 10 lat, gdy zapisał się do szkółki Los Cebollitas. Debiut w profesjonalnym futbolu datuje się na1976, gdy został piłkarzem Argentinos Juniors. W tym zespole rozegrał 167 spotkań, w których strzelił 115 goli. Kolejnym klubem był CA Boca Juniors (1981-1982), w barwach którego wystąpił w 40 spotkaniach i strzelił 28 goli. W latach 1979, 1980 i 1981 zdobywał tytuł króla strzelców Primera División Argentina, z osiągiem odpowiednio 27, 25 i 40 goli. Pierwszym zagranicznym klubem piłkarza była FC Barcelona. Grając w tym zespole Maradona zdobył Puchar Króla, Puchar Ligi Hiszpańskiej oraz Superpuchar Hiszpanii. Popadł jednak w konflikt z prezesem klubu Josepem Lluisem Núñezem, dodatkowo odniósł groźną kontuzję w starciu z Andonim Goikoetxeą. To wszystko zadecydowało o przeprowadzce do Włoch. Maradona przeszedł do włoskiego Napoli. W Neapolu został przywitany przez 75 tysięcy kibiców, co stanowiło niepobity rekord do 2009 roku. Pierwsze trofeum zdobył po trzech latach gry dla klubu i było to od razu Mistrzostwo Włoch. Kolejnymi zdobyczami były: puchar i superpuchar Włoch, a także kolejne scudetto. W 1989 roku Napoli zdobyło Puchar UEFA. Maradona stał się ikoną klubu. Dla Napoli zagrał 258 meczów i strzelił 115 bramek. Kolejnym klubem była hiszpańska Sevilla FC. Tutaj nie zanotował sukcesów. Głośny stał się konflikt z wiceprezesem Jose Marią del Nido i innymi członkami władz, dlatego spędził w nim ledwie sezon, po czym powrócił do Ojczyzny. Z zespołem Newell's Old Boys, zajął ostatnie, 20. miejsce w argentyńskiej ekstraklasie. W tym samym czasie FIFA nałożyła na Maradonę 15-miesięczną dyskwalifikację, za stosowanie niedozwolonych środków dopingujących. Piłkarz powrócił do piłki nożnej w 1995, podpisał wówczas ostatni w karierze kontrakt – z klubem Boca Juniors. Kłopoty ze zdrowiem i narkotykami nie przeszkodziły mu w zdobyciu tytułu wicemistrza Argentyny w 1998. Swój ostatni oficjalny mecz Maradona rozegrał 25 października 1997 roku, przeciwnikiem było River Plate, a drużyna Maradony wygrała 2:1. Piłkarz wystąpił w pierwszej połowie spotkania. 30 października 1997 oficjalnie ogłosił zakończenie kariery sportowej. Debiut Maradony w reprezentacji Argentyny miał miejsce 27 lutego 1977 na La Bombonerze, w wygranym meczu z Węgrami (5:1).
Pierwszy poważny sukces reprezentacyjny osiągnął zdobywając w 1979 tytuł Mistrza Świata Juniorów. W finale jego drużyna pokonała ZSRR 3:1. Zajął ponadto drugie miejsce w klasyfikacji strzelców. W 1982 po raz pierwszy pojechał na turniej Mistrzostw Świata Seniorów. Argentyna odpadła w drugiej rundzie, a Maradona w ostatnim meczu został wyrzucony z boiska. Następne mistrzostwa w 1986 roku w Meksyku, drużyna Maradony wygrała, a on był zdecydowanie największą gwiazdą turnieju. W ćwierćfinale z Anglią Maradona strzelił dwa gole. Każdy wyjątkowy. Pierwszego ręką, natomiast drugiego po rajdzie przez niemal całe boisko i minięciu sześciu reprezentantów Anglii. Odnosząc się do pierwszego gola stwierdził, że pomogła mu ręka Boga. W przepięknym finale Argentyna pokonała reprezentację RFN 3:2. Cztery lata później na turnieju we Włoszech Maradona był kapitanem reprezentacji. Kierowana przez niego drużyna dotarła do finału, pokonując po drodze m.in. Brazylię, Jugosławię i Włochy. W finale przegrała jednak z drużyną RFN 0:1. Jedyny gol został zdobyty z karnego w ostatnich minutach spotkania. Przeprowadzony w marcu 1991 test antydopingowy wykrył w organizmie Maradony niedozwolone środki. Kolejny mundial, w Stanach Zjednoczonych w 1994 roku to był koniec reprezentacyjnej kariery Maradony. Rozegrał na nim co prawda świetne mecze przede wszystkim z Grecją, jednak wykluczenie po kolejnym w karierze pozytywnym teście antydopingowym było ciosem dla całego zespołu, z którego już się nie podniósł. Ostatnim meczem w reprezentacyjnej karierze było spotkanie z 25 czerwca 1994 roku z Nigerią, wygrane 2:1. W 2000 roku Maradona wydał swoją autobiografię, którą zatytułował "El Diego". Napisał ją we współpracy z Danielem Arcuccim i Ernesto Cherquisem Bialo. W książce opisał swoje dzieciństwo, karierę piłkarską, a także umieścił listę stu, według niego, najlepszych piłkarzy świata. Książka ukazała się także w Polsce pięć lat później. W 2004 roku, z okazji stulecia FIFA, Maradona oraz Brazylijczyk Pelé, zostali wybrani najwybitniejszymi zawodnikami wszechczasów.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
7
@FCBparasiempre
29 października 1970 r. urodził się Edwin van der Sar. Miał dwadzieścia pięć lat, kiedy z Ajaksem Amsterdam sięgnął po najważniejsze trofeum w klubowych rozgrywkach, czyli po Puchar Mistrzów. Zapewne sam wówczas nie spodziewał się, że po raz drugi taki sukces osiągnie dopiero na niedługo przed czterdziestymi urodzinami. Oto historia Edwina Van der Sara, który od sir Aleksa Fergusona otrzymał w Manchesterze United drugie piłkarskie życie. Dziś Holender jest żywą bramkarską legendą i jednym z najlepszych golkiperów XXI wieku, którego śmiało można wymieniać jednym tchem obok takich zawodników, jak Olivier Kahn czy Gianluigi Buffon. Jednak wcale nie musiało tak być – kiedy z Buffonem przegrał rywalizację o miejsce między słupkami w Juventusie, odszedł do przeciętnego Fulham, gdzie przez wielką piłkę został zapomniany. Z otchłani wyciągnął go dopiero Ferguson, a Van der Sar odwdzięczył się szkockiemu szkoleniowcowi w najlepszy z możliwych sposobów. Urodził się w 1970 roku w miasteczku Voorhout, a swoje pierwsze futbolowe kroki stawiał w miejscowym klubie Foreholte, z którego przeniósł się do VV Noordwijk. Swoimi występami zwrócił uwagę samego Louisa Van Gaala, od 1988 roku związanego z Ajaksem Amsterdam (początkowo jako asystent trenera, później już jako menedżer pierwszego zespołu). W ten sposób, w wieku dwudziestu lat, dołączył do najbardziej znanego holenderskiego klubu, z którym pod koniec XX wieku odnosił pasmo samych sukcesów. Cztery tytuły mistrzowskie, trzy krajowe puchary i trzy Superpuchary Holandii (znane także jako Tarcza Johana Cruffya) – to trofea zdobyte w tamtym okresie tylko na rodzimym podwórku, a do tego doszły przecież rozgrywki europejskie. Najważniejszy z nich – Puchar Mistrzów – Van der Sar podniósł 24 maja 1995 roku. Podopieczni Van Gaala byli sprawcami jednej z największych sensacji w historii Ligi Mistrzów, pokonując w finale wielki AC Milan prowadzony przez Fabio Capello, naszpikowany takimi gwiazdami jak Franco Baresi, Paolo Maldini czy Marcel Desailly. W tamtym czasie całemu światu zaprezentowali się m.in. Clarence Seedorf, Danny Blind, Edgar Davids i bracia de Boer. Długo wydawało się, że do wyłonienia zwycięzcy w tym spotkaniu potrzebna będzie dogrywka, jednak wprowadzony w drugiej połowie 19-letni Patrick Kluivert zdobył dla Holendrów bramkę na wagę złota pięć minut przed końcem regulaminowego czasu gry. Młody zespół Ajaksu zatriumfował, a między słupkami cały mecz rozegrał Van der Sar, popisując się bardzo dobrymi interwencjami przy dwóch strzałach Marco Simeone. Amsterdamczycy chcieli udowodnić, że sukces z 1995 roku nie był dziełem przypadku i dwanaście miesięcy później ponownie znaleźli się w finale Ligi Mistrzów. Tym razem zmierzyli się z Marcello Lippim i jego Juventusem Turyn, gdzie w ataku biegali Alessandro Del Piero oraz Gianluca Vialli. Po dziewięćdziesięciu minutach zmaganiach na tablicy świetlnej widniał wynik 1:1 (bramki Litmanena oraz Ravanellego), a w dogrywce również nie poznaliśmy zwycięzcy. W konkursie rzutów karnych po stronie Ajaksu spudłowali Davids i Sonny Silooy, natomiast Włosi strzelali bezbłędnie. Tytułu nie udało się obronić i puchar pojechał do stolicy Piemontu. Van der Sar nie popisał się żadną skuteczną interwencją w serii ,,jedenastek’’. Mimo że Edwin pojechał z kadrą narodową na mistrzostwa świata w 1994 roku do Stanów Zjednoczonych, to na debiut w dorosłej reprezentacji musiał czekać jeszcze dwanaście miesięcy. Swój pierwszy mecz w barwach Oranje rozegrał przeciwko Białorusi, niedługo po pokonaniu Milanu w Champions League. Udało mu się pojechać z kadrą Holandii na trzy kolejne ważne piłkarskie imprezy, ale… na każdej z nich odpadali po porażkach w rzutach karnych! Euro 1996 – pokonani przez Francuzów w ćwierćfinale, mundial 1998 – w półfinale lepsi okazali się Brazylijczycy, Euro 2000 – w półfinale zwyciężyli Włosi po słynnej podcince Francesco Tottiego. Trudno powiedzieć, co musiał czuć Van der Sar, który w ciągu trzech przegranych konkursów na trzynaście uderzeń obronił… tylko jedno, w wykonaniu Paolo Maldiniego. Niepowodzenia w drużynie narodowej wynagradzał sobie jednak w piłce klubowej. W 1999 roku został wykupiony przez Juventus za około pięć milionów funtów. Z Amsterdamu odchodził jako czterokrotny zdobywca nagrody dla Bramkarza Roku w Holandii (na przestrzeni lat 1994-1997; co ciekawe, bezpośrednio po bohaterze artykułu w tym plebiscycie dwa razy triumfował… Jerzy Dudek!). Jeszcze przed transferem do Turynu jego usługami zainteresowany był sir Alex Ferguson, który już wówczas szukał następcy dla odchodzącego z Manchesteru United Petera Schmeichela. W tamtym momencie swojej kariery Edwin wybrał jednak słoneczne Włochy, zamiast deszczowej Anglii.
,,Van der Sar był najlepszym bramkarzem, jakiego kiedykolwiek mieliśmy. Przez dwadzieścia lat utrzymywał się na światowym topie, zaliczył ponad sto występów w kadrze, a rzadko kiedy wiedzieliśmy go popełniającego jakiś błąd. Był diamentem koronie piłki nożnej”– Hans van Breukelen, legendarny holenderski bramkarz. Na Stadio delle Alpi przez dwa sezony był niepodważalnym numerem jeden w bramce. Wszystko zmieniło się wraz z rekordowym transferem Gigi Buffona, który został sprowadzony z Parmy za około trzydzieści dwa miliony funtów. Miejsca między słupkami było zdecydowanie za mało dla dwóch tak dobrych bramkarzy, dlatego w 2001 roku Van der Sar postanowił opuścić Italię. Jego licznik ligowych występów zatrzymał się na sześćdziesięciu sześciu grach, a w historii Juventusu zdołał się zapisać jako pierwszy cudzoziemski golkiper. W ciągu dwóch lat w barwach Starej Damy wygrał tylko Puchar Intertoto (1999 rok). Tym razem Edwin wybrał już angielską Premier League, ale nie trafił do żadnego czołowego klubu. Stał się bohaterem bardzo zaskakującego transferu do Fulham, które wówczas było świeżo upieczonym beniaminkiem w najwyższej klasie rozgrywkowej. Kosztował londyński klub siedem milionów funtów, a w jego barwach zadebiutował osiemnastego sierpnia 2001 w starciu z… Manchesterem United. Bardziej zaskakujące od transferu Van der Sara do Fulham jest to, że w tym typowym ligowym średniaku spędził aż cztery lata, notując sto dwadzieścia siedem meczów w Premier League. Jego występom cały czas uważnie przyglądał się Ferguson, który w 2005 roku w końcu dopiął swego i sprowadził go na Old Trafford za… dwa miliony funtów. Gdyby wówczas władze Fulham wiedziały, ile dla Manchesteru znaczyć będzie holenderski bramkarz, to zażądałyby za niego kwoty przynajmniej dziesięciokrotnie wyższej. Edwin stał się Czerwonym Diabłem w wieku trzydziestu pięciu lat, a w ostatnim sezonie w barwach Wieśniaków wsławił się tym, że w pojedynku z Aston Villą obronił dwa rzuty karne wykonywane przez Juana Pablo Angela. Nie wiadomo, kto bardziej potrzebował tego transferu. Z jednej strony Van der Sar po latach ligowej szarzyzny mógł znów poczuć smak walki o najwyższe trofea, a z drugiej – Manchester United przeżywał bardzo trudne chwile z kolejnymi nietrafionymi następcami Petera Schmeichela. W buty Wielkiego Duńczyka próbowali wejść m.in. Mark Bosnich, Massimo Taibi, Fabien Barthez, Tim Howard czy Roy Carroll. Jednak każdy z nich w czasie przygody z Czerwonymi Diabłami prędzej czy później zaliczył boiskową wpadkę, która całkowicie skreślała go w oczach Fergusona. Na pewno nie pomagało im również to, że lata przed przyjściem Edwina nie obfitowały w trofea. To nie przypadek, że transfer 35-letniego Holendra na Old Trafford zapoczątkował pasmo sukcesów podopiecznych sir Aleksa Fergusona. Jego pierwszy sezon zakończył się wicemistrzostwem – United musieli uznać wyższość Chelsea prowadzonej przez Jose Mourinho. Kolejna kampania jednak została już okraszona odzyskaniem krajowego tytułu po trzech sezonach, do którego walnie przyczynił się Van der Sar – dwie kolejki przed końcem ligi obronił rzut karny w starciu z Manchesterem City, co pozwoliło Czerwonym Diabłom na świętowanie długo wyczekiwanego sukcesu. Edwin to najlepszy bramkarz, jakiego mieliśmy od czasów Petera Schmeichela. Jest zwycięzcą. Wniósł ze sobą niesamowitą siłę charakteru; naprawdę o siebie dba i bardzo dobrze trenuje. Jego profesjonalizm i oddanie się pracy zapewniły mu długowieczność w tej grze – sir Alex Ferguson Rok 2008 był zdecydowanie najlepszym w jego karierze na Old Trafford. Zawodnikom Fergusona udało się wówczas nie tylko obronić tytuł mistrzowski, lecz także dołożyli do niego triumf w Lidze Mistrzów, której nie wygrali od pamiętnego starcia z Bayernem Monachium w 1999 roku. W deszczową środową noc 21 maja, trzynaście lat po zwycięstwie z Ajaksem, Van der Sar po raz drugi w swojej karierze wzniósł do góry najcenniejszy europejski puchar. Tym razem jednak odegrał o wiele ważniejszą rolę. Po dziewięćdziesięciu minutach zmagań Czerwonych Diabłów z londyńską Chelsea i kolejnych trzydziestu w dogrywce, wynik meczu wciąż nie był rozstrzygnięty (bramki Cristiano Ronaldo oraz Franka Lamparda). Po raz kolejny w karierze holenderskiego bramkarza o jego sukcesie zadecydować miał konkurs rzutów karnych, w których do tej pory zupełnie nie miał szczęścia. Fart sprzyjał mu jednak przed serią „jedenastek” – piłkarze The Blues dwukrotnie obijali obramowanie jego bramki, trafiając w słupek i poprzeczkę.
Długo wydawało się, że to znów nie będzie noc Van der Sara. Piłka po strzałach Lamparda i Ashleya Cole’a dwa razy prześlizgnęła mu się przez mokre rękawice. Kiedy Petr Cech obronił uderzenie Ronaldo, porażka United wyglądała na nieuniknioną. Wtedy decydującego karnego zmarnował John Terry, dzięki czemu Czerwone Diabły dostały kolejną szansę. Szansę, której z rąk Van der Sar już nie wypuścił – został bohaterem czerwonej części Manchesteru, broniąc strzał Nicolasa Anelki. Edwin, mając trzydzieści osiem lat, po raz drugi w karierze został mistrzem Europy. Pół roku później dołożył do tego sukcesu triumf w Klubowych Mistrzostwach Świata. Na Old Trafford zdobył w sumie jedenaście trofeów w ciągu sześciu sezonów. Mierzący prawie dwa metry imponował przede wszystkim grą na przedpolu i spokojem. Na pewno w swoich interwencjach nie był tak efektowny, jak David De Gea, ale był niesamowicie efektywny. Świetnie radził sobie z piłką przy nodze, przez co często był wykorzystywany przy rozgrywaniu piłki od tyłu. Był inspiracją dla samego Manuela Neuera, który w ostatnim czasie na nowo definiuje fach bramkarski. W osobie Van der Sara Manchester otrzymał potężną dawkę doświadczenia i pewności. W sezonie 2008/2009, kiedy Czerwone Diabły kroczyły po trzecie z rzędu mistrzostwo kraju, Edwin zapisał się w historii nie tylko piłki brytyjskiej, lecz także europejskiej. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale od piętnastego listopada do osiemnastego lutego nie wpuścił ani jednego gola w Premier League! Czternaście czystych ligowych kont, czyli 1311 minut (liczone od ostatniego straconego gola w starciu z Arsenalem). Holender skapitulował dopiero czwartego marca po strzale Petera Lovenkrandsa (w poprzednim ligowym spotkaniu, kiedy Manchester stracił bramkę, bronił Tomasz Kuszczak). Ten niesamowity wyczyn Van der Sara jest oczywiście bramkarskim rekordem minut bez wpuszczenia bramki. Niewiele zabrakło mu do zajęcia pierwszego miejsca w tej klasyfikacji na arenie międzynarodowej – do tej pory niedościgniony pozostaje Dany Verlinden, który w barwach Club Brugge nie dał sobie strzelić gola przez szesnaście spotkań (od trzeciego marca do dwudziestego szóstego września 1990 roku). Pozycja wicelidera jest jednak fantastycznym osiągnięciem. Edwin dodatkowo może pochwalić się rekordem czystych kont zachowanych w jednym sezonie Premier League, który dzieli z Peterem Cechem – obaj zagrali na zero z tyłu w dwudziestu jeden meczach. ,,Pierwszym, który wniósł nowe spojrzenie na sztukę bramkarską, był Edwin Van der Sar, który grał bardzo dużo nogami i pozwolił naszej pozycji wejść w nową fazę. Jego styl gry mnie zainspirował”– Manuel Neuer. To nie jedyne indywidualne osiągnięcia, które wyróżniają Van der Sara. Ma za sobą najwięcej występów w reprezentacji Holandii (sto trzydzieści), jest pierwszym zawodnikiem spoza Wielkiej Brytanii, który grał w najwyższej klasie rozgrywkowej po czterdziestych urodzinach, jako pierwszy bramkarz w historii dobrnął do pięćdziesięciu czystych kont w Lidze Mistrzów, a dodatkowo był też drugim najstarszym uczestnikiem finału tych rozgrywek (wyprzedził go tylko Dino Zoff). Jeśli chodzi o same zdobyte trofea, to jest drugim najbardziej utytułowanym bramkarzem w historii, ustępując jedynie Vitorowi Baii z Portugalii. Bez wątpienia zasługuje na miano jednego z najlepszych golkiperów wszech czasów. Karierę piłkarską zakończył 28 maja 2011, parę dni po przegranym finale Champions League przeciwko Barcelonie. Odchodząc z Manchesteru United powiedział: ,,Żałuję tylko, że nasze drogi nie skrzyżowały się wcześniej”. Z piłki nie odszedł jednak na długo. W 2012 roku został ogłoszony jako dyrektor marketingu Ajaksu Amsterdam. Na futbolowej emeryturze stara się działać aktywnie – bierze udział w charytatywnych spotkaniach i meczach towarzyskich, a także próbuje swoich sił w maratonach. W marcu 2016 roku zaliczył niespodziewany powrót na boisko. W wieku czterdziestu pięciu lat stanął w bramce Noordwijk, czyli klubu, w którym się wychował. Występujący obecnie na poziomie amatorskim zespół nie mógł w jednym meczu wystawić swojego podstawowego bramkarza. Zarząd zdecydował się poprosić o pomoc Van der Sara, a ten nie mógł odmówić. Stanął między słupkami, pojedynek z Jodan Boys zakończył się remisem 1:1, a nowy-stary golkiper… obronił rzut karny! Prawdziwy Latający Holender, który jest jak wino – im starszy, tym lepszy.
Statystyki i osiagnięcia
Osiągnięcia klubowe
Ajax
Eredivisie 4x: 1993–94, 1994–95, 1995–96, 1997–98
KNVB Cup 3x: 1992–93, 1997–98, 1998–99
Superpuchar Holandii: 1993, 1994, 1995
Liga Mistrzów 1x: 1994–95 + 2 miejsce 1995–96
Puchar UEFA 1x: 1991–92
Superpuchar UEFA 1x: 1995
Puchar interkontynentalny 1x: 1995
Juventus
Puchar Intertoto 1x: 1999
Fulham
Puchar Intertoto 1x: 2002
Manchester United
Premier League 4x: 2006–07, 2007–08, 2008–09, 2010–11
Puchar Ligi 2x: 2005–06, 2009–10
Tarcza dobroczynności 3x: 2007, 2008, 2010
Liga Mistrzów 1x: 2007–08 + 2 miejsce 2x: 2008–09, 2010–11
Klubowe mistrzostwo świata 1x: 2008
Osiągnięcia indywidualne
Bramkarz roku w Holandii 4x:1994, 1995, 1996, 1997
Brmkarz roku w Europie 2x: 1995, 2009
Drużyna roku ESM 2x: 1995–96, 2008–09
Gracz roku w Ajaxie 1x: 1997–98
Złota rękawica Holandii 1x: 1998
Gracz roku w Fulham 1x: 2004
Drużyna roku Premier League 3x: 2006–07, 2008–09, 2010–11
Drużyna sezonu Ligi Mistrzów 1x: 2008
Złota rękawica Premier League 1x: 2008–09
5
Żywe legendy futbolu:
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
0
@FcPortoFan1999 No i bardzo ładnie, tak trzymać!
1
@Prorokk Zgadza się, jednak ,,to se newrati" już...
12
@FCBparasiempre
29 października 1973 r. urodził się Robert Pires, rewelacyjny skrzydłowy, odznaczający się świetną wizją gry, której nie powstydziliby się najlepsi rozgrywający świata. Oprócz znakomitych inklinacji do gry kombinacyjnej wyróżniał się instynktem strzeleckim najwyższej klasy snajpera. Jego bramki zawsze były piękne oraz starannie dopieszczone. „Przed kontuzjami był najlepszym piłkarzem na świecie na swojej pozycji. Wystarczyło oddać mu piłkę, a on robił resztę.” – zwykł mawiać na temat Roberta Piresa zasłużony menedżer Arsenalu, Arsene Wenger. Aby rozjaśnić nieco więcej faktów z piłkarskiego życia francuskiego skrzydłowego, zanurzmy się w jego historii. Niemal każdy młody chłopak, kopiąc futbolówkę na podwórku, żyje marzeniami o grze w piłkę na profesjonalnym poziomie, reprezentując swój kraj i zdobywając trofea. Nie inaczej było w przypadku młodego Roberta. Jednak nie był on taki sam jak inni chłopcy. Miał trudniej. Mimo tego, że urodził się we Francji, słabo radził sobie z językiem, jego mama bowiem była Hiszpanką, a ojciec – Portugalczykiem. A tego powodu w domu nie posługiwano się francuskim. Jednak pasja do piłki nożnej, którą zaszczepił w Robercie jego ojciec, oraz talent do gry pokonały przeciwności losu, gdyż w wieku 15 lat opuścił szkołę i zaczął realizować własne marzenia, rozpoczynając karierę w Stade Reims, a później przenosząc się do akademii FC Metz. Kariera Piresa rozwijała się w naturalny sposób. Powoli, krok za krokiem, dawał znaki, że jest gotowy do gry w pierwszej drużynie z północno–wschodniej Francji. Przełomowym momentem w karierze Roberta był rok 1996. Mając wówczas 23 lata, ugruntował swoją pozycję w klubie, strzelając, jak na lewoskrzydłowego, imponującą liczbę bramek, bo aż 22 w samej lidze, na przestrzeni dwóch sezonów. Forma młodego Francuza zaowocowała debiutem w reprezentacji i coraz większym zainteresowaniem ze strony silniejszych i bogatszych klubów, co w końcu przekuło się w transfer do Olympique Marsylia. Tam nie czuł się jednak dobrze. Nie mógł się zaaklimatyzować, mimo tego, że został w kraju. Grał sporo, ale już nie aż tak efektywnie, jak miało to w FC Metz. Koniec końców, po dwóch latach gry w klubie znad Lazurowego Wybrzeża, poleciał na Wyspy Brytyjskie. by tam stać się legendą Arsenalu. Sześć milionów funtów wystarczyło, aby skusić właścicieli Marsylii do sprzedania Francuza. Przyszły numer 7 Arsenalu stanął w obliczu dużego wyzwania, ponieważ zmiana ligi zawsze niesie ze sobą ryzyko, a dodatkowo przybył na Highbury, aby zastąpić Marc Overmarsa, który odszedł do hiszpańskiej Barcelony za ogromną kwotę trzydziestu dziewięciu milionów euro.
Jednak wszystko zdawało być się łatwiejsze, ze względu na to, że nowym trenerem Roberta został jego rodak – Arsene Wenger. Mimo wszystko kibice z dużym dystansem patrzyli na nowy nabytek, który nie omieszkał skrytykować stylu gry, jaki jest prezentowany w Anglii. Francuz zamknął jednak usta fanom cudownym golem zdobytym przeciwko Lazio w Lidze Mistrzów. Potem mogło być już tylko lepiej!
Pires jest jednym z niewielu piłkarzy, którzy mogą być dumni zarówno ze swoich osiągnięć w klubie, jak i w reprezentacji. Grając w barwach narodowych, zaliczył 79 meczów i 14 goli. Jednak najważniejszymi osiągnięciami w karierze Roberta są dwa złote medale wywalczone w MŚ we Francji w 1998 roku oraz ME w Belgii i Holandii w 2000. Były to dwie świetne imprezy dla Trójkolorowych, gdzie pierwsze skrzypce dla grali wówczas tacy piłkarze jak Zinedine Zidane, Thierry Henry, Emmanuel Petit czy Laurent Blanc. Jednak niemałą zasługę w obu tych sukcesach odegrał główny bohater dzisiejszego tekstu – Robert Pires, aczkolwiek z pewnych, sympatycznych dla niego przyczyn, to turniej z 2000 roku zapamięta bardziej. Asystował przy złotym golu Davida Trezegueta w finale z Włochami, który dał tytuł Trójkolorowym. W 2005 roku został odsunięty od kadry Francji. Wówczas trenerem Les Bleus był Raymond Domenech, który… darł koty z większą częścią reprezentacji. W tym kręgu znajdowali się tacy piłkarze jak: Franck Ribery, Henry czy Nicolas Anelka. Pires czuł się w Arsenalu jak ryba w wodzie. Szalał po skrzydle rozumiejąc się bez słów z Patrickiem Vieirą, Thierrym Henrym czy Denisem Bergkampem. Czysta siła ognia z przodu londyńczyków zagwarantowała Kanonierom mistrzostwo w sezonie 2001/2002 oraz 2003/2004, który chyba najbardziej zapadł w pamięć każdemu kibicowi piłki nożnej. Wówczas drużyna prowadzona przez Wengera nie przegrała żadnego meczu w sezonie i została ochrzczona przydomkiem „The Invincibles” – Niepokonani. Niemałą zasługę w tym pozytywnym zamieszaniu miał Pires, który strzelał dużo, bardzo dużo – dokładnie 19 bramek w sezonie. Po sześciu latach gry w koszulce Arsenalu Robert zmienił otoczenia. Po pewnym czasie zdecydował się udzielić wywiadu dla News of the World, w którym przyznał, co naprawdę stało u podstaw przenosin do Villarreal CF. Ostatnim meczem Roberta w barwach Kanonierów był ten w finale Ligi Mistrzów z Barceloną, w którym musiał opuścić boisko po kilkunastu minutach gry, ponieważ ówczesny bramkarz londyńczyków, Jens Lehmann, ujrzał czerwoną kartkę. „W finale Ligi Mistrzów zagrałem wówczas tylko 18 minut. Wenger zabił wtedy moją chęć do dalszego reprezentowania Arsenalu. Dlatego przeniosłem się do Villarrealu” – powiedział – „Graliśmy wtedy w Paryżu, na meczu była cała moja rodzina i przyjaciele. Decyzja trenera naprawdę zabolała” Po przygodzie w Villareal i rocznym powrocie na Wyspy i występowania w koszulce Aston Villi, nadeszła oczekiwana przerwa. Jednak mimo wszystko 38-letni wówczas Francuz nie powiedział ostatniego słowa. Po trzech latach okazało się, że wciąż drzemie w nim chęć do gry w piłkę i zarobienia niemałych pieniędzy. Ostatnim klubem w jego bogatej karierze okazał się być… indyjski FC Goa. Po zakończeniu sezonu 2014/2015 odczekał jeszcze kilka miesięcy i 25 lutego 2016 roku za pośrednictwem Twittera ogłosił zakończenie kariery, dodając przy tym wymowne zdjęcia z podpisem „Thank you” – Dziękuję.
7
Żywe legendy francuskiego futbolu:
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sensible
@Symson
8
Nieco zapomniane postacie futbolu:
29 października 1947 r. urodził się Henry Michel. Grał na pozycji pomocnika w drużynie FC Nantes i w latach 1967–1980 zaliczył 58 występów w reprezentacji. Trzykrotny zdobywca tytułu mistrza Francji. Przejął olimpijską kadrę Francji w 1982 roku, prowadząc ją do złotego medalu w Los Angeles w 1984 roku, gdzie w finale pokonali Brazylię. Następnie Michel przejął francuską drużynę składającą się z Michela Platiniego, która właśnie zdobyła Mistrzostwa Europy pod wodzą Michela Hidalgo. Pod rządami Michela Francja dotarła do półfinału Mistrzostw Świata w 1986 roku, gdzie przegrała 2:0 z Niemcami Zachodnimi. Czas Michela u steru drużyny dobiegł nieszczęśliwego końca, gdy jego drużynie nie udało się zakwalifikować do Euro 1988, a następnie zremisował 1:1 ze skromnym Cyprem w eliminacjach do Mistrzostw Świata w 1990 roku. Po pobycie we Francji Michel przez krótki czas był trenerem Paris Saint-Germain na początku lat 90., zanim poprowadził wiele afrykańskich drużyn, po czym pojechał na trzy kolejne Puchary Świata z Kamerunem (1994), Marokiem (1998) i Wybrzeże Kości Słoniowej (2006). Był jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy francuskiego futbolu. Zmarł 24 kwietnia 2018 r.
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
9
Gol! stadiony świata:
29 października 1977 r. Polska zremisowała z Portugalia w eliminacjach MŚ ‘78. Na trybunach stadionu Śląskiego zasiadło 80 tysięcy widzów. Od początku to my prowadziliśmy grę. Mieliśmy wiele sytuacji bramowych. Brakował jednak kropki nad „i” w postaci gola. W 36 minucie daleki strzał wybił na rzut rożny portugalski obrońca Humberto Coelho. Do kornera podszedł Deyna. W tym momencie trener Gmoch dokonał zmiany. Za Bohdana Masztalera wszedł na boisko Zbigniew Boniek. Przerwa w grze wyraźnie zdekoncentrowała graczy z półwyspu Iberyjskiego. Dopiero po dwóch minutach Deyna wykonał rzut z rogu. Alfredo Murca stojący przy krótszym słupku bramki oddalił się od niego na nie więcej niż metr. Był przekonany, że piłka będzie skierowana w centralny punkt pola bramkowego. Tymczasem Deyna uderzył w lukę pomiędzy Portugalczykiem a słupkiem. Tak zwanego „rogala”. "Deyna... Gol! Prosto z rogu, Kazimierz Deyna! Coś niesamowitego, proszę Państwa! Rzadko się zdarza w meczach międzypaństwowych taka sytuacja. Osłupieli zupełnie Portugalczycy, nie bardzo wiedzieli, co się stało"- skomentował niezapomniany Jan Ciszewski w Telewizji Polskiej. Szał radości został przerwanym gwizdami w momencie kiedy spiker podał nazwisko strzelca. Sytuacja niewyobrażalna. Piękny gol, prowadzenie i prymitywne zachowanie publiczności. Widownia klubowe wojenki przedłożyła nad sukces Polski. Deyna był piłkarzem Legii Warszawa, która nie cieszyła się i do dnia dzisiejszego nie cieszy, popularnością poza stolicą. W 61 minucie wyrównał Manuel Fernandes po podaniu z lewej strony Octavia Machado. Na nasze szczęście do końca meczu wynik nie uległ zmianie.
„W końcówce nie było łatwo ale remis dał nam awans. Ten mecz zapamiętałem z dwóch skrajnych sytuacji, z jednej strony wynik 1:1 dał nam upragniony awans, a z drugiej był niesmak spowodowany gwizdami na Kazia Deynę. Strzelił wtedy bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego, a kibice i tak gwizdali. Potem już w końcówce, nie wiem dlaczego czy z powodu kontuzji, kiedy schodził z boiska, to gwizdy były jeszcze większe. Był jednak twardą sztuką, wytrzymał presję i nie zrezygnował z gry w reprezentacji, pojechał na kolejne mistrzostwa”- tak opisał wrażenia z twego meczu Henryk Kasperczak na łamach katowickiego Sportu. Pojechaliśmy do Argentyny jako faworyt. Wróciliśmy bez medalu. Zaraz po mundialu ze stanowiskiem pożegnał się Jacek Gmoch. Tylko trzy razy w historii reprezentacja Polski strzeliła gola bezpośrednio z rzutu rożnego. Pierwszą bramkę zdobył także na stadionie Śląskim Kazimierz Kmiecik. Przegraliśmy 1:2 w sparingu towarzyskim z Argentyną w roku 1976 . Drugim w kolejności był gol w meczu z Portugalią. Trzecie trafienie zaliczył Maciej Żurawski w spotkaniu z Irlandią Północną w 2004. Graliśmy w roli gościa na Mourneview Park w mieście Lurgan.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
5
Campeonato Sudamericano de Selecciones:
Panie i Panowie, pasjonaci futbolu, dokładnie 100 lat(!) temu mecz Argentyna - Paragwaj(4:3) zainaugurował 7 edycje Copa America. W 1923 r. znów Urugwaj gościł uczestników Sudamericano. Tym razem do Montevideo nie dojechali Chilijczycy, zaś Brazylia kompletnie bez sensu niemal zupełnie wymieniła zwycięski skład z przed roku. Pochłonięty przeprowadzką do Boca Juniors znakomity Fleitas Solich nie zagrał w drużynie paragwajskiej. W tych okolicznościach było jasne iż finałowa batalia rozstrzygnie się między Urugwajem a Argentyną. Zresztą pod tym właśnie kątem organizatorzy ułożyli kalendarz spotkań, który i w przyszłości stał się niepisaną regułą. Tak jak smakowity deser spożywa się na końcu posiłku, tak podobnie i starcie futbolowych gigantów znad La Platy miało od tej pory stanowić smakowitą kulminacje imprezy. Tak więc 2 grudnia 1923 r. wszystkie emocje skupiły się na starciu Urugwaj-Argentyna, czyli de facto finale. ,,Albicelestes” choć dokładali starań, nie byli w stanie dorównać gospodarzom. Do ich składu po paroletniej przerwie powrócił fenomenalny Hector Scarone i on też wodził rej na Estadio Parque Central. Jednak debiutanci: Nassazi, Andrade, Petrone czy Cea, nie ustępowali mu ani na jotę. Do 22 tys. zdumionych i oczarowanych widzów docierało przeczucie iż towarzyszą właśnie narodzinom drużyny, jakiej jeszcze świat nie widział. Swój popis futbolowej maestrii ,,Celestes” zakończyli dwoma golami(Petrone i Sommy), które przygwoździły waleczną , lecz momentami niemal bezradną Argentynę. Szczególnie wśród koneserów starszej generacji dominuje pogląd że wciąż jeszcze nie narodził się obrońca lepszy niż Jose Nasazzi. Największy autorytet futbolowy i dziennikarski po tamtej stronie Atlantyku, Śp. Diego Lucero, uważa że porównanie z nim wytrzymują najwyżej Beckenbauer i Passarella. Ta opinia ma swój ciężar gatunkowy. Trzeba również pamiętać iż zwycięstwo Urugwaju w turnieju dało kwalifikację do Igrzysk Olimpijskich organizowanych w 1924 roku.
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@Arkon
1
@AssisMoreira Zgadza się, jego historia jest smutna, zwłaszcza kres jego życia. No ale tak to jest, kiedy człowiek utonie w nałogach. A co do książki ,,Pele, Garrincha i futbol" to akurat tej nie czytałem ale jak uda mi się ja zdobyć to z pewnością będe czytał. Ja osobiście czytałem ,,Garrincha, samotna gwiazda". To był genialny piłkarz, gdyby nie kalectwo a zwłaszcza jego frywolny tryb życia to nawet Messi by mu nie dorównał. No właśnie, ,,gdyby"...
6
Feliz cumpleaños panie Filipie! Z okazji 53 urodzin!
29 października 1970 r. urodził się Phillip Cocu. Holenderski pomocnik trafił na Camp Nou za darmo z PSV Eindhoven w 1998 r. W pierwszym sezonie strzelił aż 12 goli w La Liga co zaowocowało mistrzostwem Hiszpanii, jedynym tytułem jaki Holender zdobył w barwach Blaugrany. W kolejnych latach był pewnym punktem drużyny a w 2003 r. zgodził się nawet na obniżke pensji ze względu na trudną sytuacje finansową klubu. Rok później nie doszedł do porozumienia w sprawie przedłużenia kończącego się kontraktu. ,,To było wspaniałe 6 lat, chociaż pod względem sportowym nie było już tak dobrze. Mimo że dałem z siebie wszystko nie odczułem wdzięczności ze strony klubu”-podsumował Holender. Cocu wrócił do PSV, któremu obiecał w 1998 r. że powrót do Eidhoven będzie dla niego priorytetem.
@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
3
@FCBparasiempre
Pluskal podczas tournée się rozchorował i nie zagrał w meczu z Santosem, ale to jak ważnym jest zawodnikiem w drużynie, pokazał podczas innej wizyty na kontynencie amerykańskim. W 1960 r. William D. Cox wcielił w życie pomysł utworzenia w Stanach Zjednoczonych Interligi, w której rywalizowałyby czołowe europejskie kluby, co miało przełożyć się na wzrost zainteresowania piłką nożna w USA. W 1961 r. do udziału w drugiej edycji zaproszono Duklę. Rozgrywki toczyły się w dwóch ośmiozespołowych grupach, których zwycięzcy spotkać się mieli w finale. Prażanie w siedmiu meczach strzelili aż 36 bramek, tracąc tylko sześć. Pewnie wygrali swoją grupę, a w pokonanym polu zostawili takie ekipy jak AS Monaco, Crvena Zvezda, Español czy wiedeński Rapid. W finałowym dwumeczu ich przeciwnikiem był Everton. Zespół z Czechosłowacji nie pozostawił nikomu złudzeń. Wygrali 7:2 i 2:0 i w pełni zasłużenie mogli cieszyć się z sukcesu. Rok później nieco zmieniła się formuła rozgrywek. Znów były dwie grupy i znów ich zwycięzcy mierzyli się ze sobą w dwumeczu. Wygrany zostawał mistrzem Interligi i w kolejnym dwumeczu ze zwycięzcą sprzed roku grał o Puchar Ameryki. To właśnie w tej fazie do rywalizacji przystępowała praska Dukla. Ich przeciwnikiem miała być brazylijska drużyna América ze stanu Rio de Janeiro. Pierwszy mecz zakończył się remisem 1:1, a drugi też nie zapowiadał się na łatwą przeprawę. Brazylijczycy postawili bardzo twarde warunki i prażanom ciężko było sforsować ich szyki obronne. Wtedy Pluskal przypomniał wszystkim, że znakomicie potrafi grać głową. Często, kiedy drużynie nie szło, ruszał do przodu i szukał swojej szansy po centrach kolegów. Tak też było w tym meczu. Pluskal wziął długi rozbieg i wyskoczył do dośrodkowania. Uderzył piłkę głową na linii pola karnego i nie dał szans bramkarzowi rywali.
Dukla wygrała drugi mecz 2:1, a gol Pluskala na długo zapadł kibicom w pamięć. Czesi posiadali wreszcie drużynę, z której mogli być dumni. Dukla była na ustach wszystkich, a duża część piłkarskiego świata z zazdrością i podziwem spoglądała na praską ekipę. Władze chciały wykorzystać sukces z 1961 r. W tym celu razem z piłkarzami wysłali do Ameryki wspomnianego już wyżej Otę Pavla, który miał napisać książkę o drużynie. Przez cały czas towarzyszył ekipie i bez końca zadawał piłkarzom pytania, ale, co ważne, potrafił też słuchać z nieustającym zaangażowaniem. ,,Przeżyłem z nimi sławę i owacje, przeżyłem szał kibiców, którzy wygrażali im pięściami i pluli na szyby autokaru. W nowojorskim Central Parku biegałem z nimi w strasznym amerykańskim upale, dusiłem się i spływałem potem, krótko mówiąc, harowałem jak dziki osioł”– wspominał Pavel. Efektem jego pracy jest znakomita książka Dukla mezi mrakodrapy (w wolnym tłumaczeniu Z Duklą wśród drapaczy chmur). Pavel opisuje w niej pobyt zespołu w Ameryce, rozgrywane przez nich mecze i przybliża sylwetki zawodników. Historię tę opowiada naprawdę pięknie, niektórzy mówią, że wręcz baśniowo i wielka szkoda, że książka nie doczekała się jeszcze polskiego wydania. Do Ameryki wracali jeszcze trzykrotnie. W 1963 r. wygrali z West Hamem, który wcześniej okazał się lepszy od Górnika Zabrze. Rok później w wielkim finale pokonali sosnowieckie Zagłębie i dopiero w 1965 r. musieli uznać wyższość Polonii Bytom z Edwardem Szymkowiakiem, Janem Liberdą i Zygmuntem Anczokiem w składzie. Sukcesy na amerykańskiej ziemi cieszyły, ale prawdziwą weryfikacją umiejętności czechosłowackich piłkarzy miały być mistrzostwa świata w Chile w 1962 r. Nasi południowi sąsiedzi pierwszy sygnał, że ich futbol wchodzi na coraz wyższy poziom, wysłali już w 1960 r. Wtedy to w premierowym turnieju o mistrzostwo Europy zajęli trzecie miejsce. Pluskal zagrał co prawda tylko w dwóch spotkaniach eliminacyjnych, ale swoją małą cegiełkę do sukcesu dołożył. O bilety do Chile Czechosłowacja walczyła ze Szkocją i Irlandią. U siebie nie dali szans rywalom, wygrywając odpowiednio 4:0 i 7:1. Na wyjeździe w Dublinie wygrali 3:1, ale w Glasgow grając bez Pluskala minimalnie przegrali 2:3. Wobec równej liczby punktów o awansie decydował wówczas trzeci mecz. W Brukseli do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka. Ostatecznie jednak Czechosłowacja wygrała 4:2 i mogła się szykować do wyjazdu na swój kolejny mistrzowski turniej.
Nastroje przed mistrzostwami nie były jednak najlepsze. Reprezentacja nie zachwycała swoją grą i pojawiały się nawet głosy, żeby zrezygnować z udziału w turnieju. Na szczęście tak się nie stało. Trener Rudolf Vytlačil postawił na mieszankę rutyny z młodością. Najbardziej doświadczonymi zawodnikami byli oczywiście kapitan Ladislav Novák, Josef Masopust i Svatopluk Pluskal. To oni byli niekwestionowanymi liderami zespołu i to na nich opierała się gra drużyny. W grupie trafili na Meksyk, Hiszpanię i po raz trzeci z rzędu na aktualnego mistrza świata, którym tym razem była Brazylia. Pierwszy mecz Czechosłowacja grała z Hiszpanami. Bój był wyrównany i długo utrzymał się bezbramkowy remis. Hiszpanie grali bez di Stéfano, ale w ataku nie brakowało wielkich graczy. Jednak ani Francisco Gento, ani Ferenc Puskás, ani Luis Suárez nie potrafili rozbić szyków obronnych rywali. W bramce Czechosłowacji świetnie spisywał się Viliam Schrojf, a obronę w ryzach trzymali Pluskal, Popluhár i Novák. Ostatecznie wygrali nasi południowi sąsiedzi, a autorem zwycięskiej bramki na dziesięć minut przed końcem był młody Jozef Štibrányi. Drugie spotkanie Pluskal i spółka grali z Brazylią. Canarinhos również wygrali swój pierwszy mecz i obu ekipom w pierwszej kolejności zależało na tym, żeby nie przegrać. Pojedynek z aktualnym mistrzem świata to jednak zawsze duże wydarzenie. Nie dziwi więc fakt, że w czechosłowackiej szatni przed pierwszym gwizdkiem było spore napięcie. Wszyscy w milczeniu i w nerwach czekali na rozpoczęcie spotkania, ale Pluskal po raz kolejny pokazał, że potrafi zadbać o dobrą atmosferę w zespole.
,,Chłopcy! Ale ci Brazylijczycy muszą się nas bać! Spotkałem teraz Djalmę Santosa, a on ze strachu jest cały biały!”– zawołał do kolegów, którzy momentalnie wybuchnęli śmiechem. Spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem. Obie ekipy nie zrobiły sobie krzywdy, ale w dość przypadkowym starciu Pelé doznał urazu, który wykluczył go z gry do końca turnieju. Przed ostatnim grupowym meczem z Meksykiem Czechosłowacja była już pewna awansu. Trener mówił swoim podopiecznym, żeby nieco odpuścili, ale ci byli innego zdania. Już w 1. minucie wyszli na prowadzenie i myśleli, że mecz sam się wygra. Ambitni Meksykanie jednak wyrównali i potem wyszli na prowadzenie. Ostatecznie wygrali 3:1. Dzięki temu Czechosłowacja w ćwierćfinale trafiła na Węgrów zamiast na Anglię. Po dość wyrównanym boju wygrali 1:0 po golu Scherera i po raz pierwszy od 1934 r. znaleźli się w sferze medalowej. W półfinałowym meczu z Jugosławią nie brakowało twardej gry i ostrych starć. Zresztą cały chilijski turniej zapisał się w historii jako jeden z bardziej brutalnych. W 48. minucie Czechosłowację na prowadzenie wyprowadził strzałem głową Kadraba, ale dwadzieścia minut później wyrównał Jerković. Czas płynął i coraz więcej kibiców zaczynało myśleć o dogrywce. Jednak na dziesięć minut przed końcem Scherer strzelił na 2:1, a w 84. minucie z rzutu karnego ustalił wynik na 3:1 i Czechosłowacja mogła szykować się na finał. W wielkim finale spotkali się w wielką Brazylią. Przewaga była po stronie Canarinhos, ale nieoczekiwanie to nasi południowi sąsiedzi pierwsi strzelili bramkę. W 15. minucie trafił Masopust, ale radość nie trwała długo, bo już dwie minuty później było 1:1. Błąd Schrojfa wykorzystał Amarildo, który zastąpił w składzie Pelégo. W drugiej połowie Zito wyprowadził Brazylię na prowadzenie, a Vavá ustalił wynik meczu na 3:1. Brazylia była wtedy poza zasięgiem. Czechosłowacja pokazała się jednak z bardzo dobrej strony. Chwaleni byli przede wszystkim za grę w defensywie. Świetny turniej rozegrał bramkarz Schrojf i cała linia obrony z Pluskalem na czele. Spotkania Dukli z polskimi zespołami w Stanach Zjednoczonych nie były jednymi kontaktami naszych klubów z czeską ekipą. Kiedy na początku lat sześćdziesiątych Górnik Zabrze powoli pukał do bram piłkarskiej Europy, to właśnie Dukla stawała w progu i nie przepuszczała zabrzan dalej.
Pierwszy raz obie ekipy mogły się spotkać już w sezonie 1961/62. Górnik jednak dość pechowo przegrał rywalizację z Tottenhamem już w rundzie wstępnej. Anglicy dotarli do ćwierćfinału, gdzie ich rywalem była właśnie Dukla. Czesi po drodze odprawili CSKA Sofia i Servette FC. Jednak w zderzeniu z twardym, angielskim futbolem polegli. Podobnie jak Górnik wygrali pierwszy mecz u siebie, ale w rewanżu nie byli w stanie obronić zaliczki. Kolejny ćwierćfinał Pluskal, Masopust i koledzy zaliczyli sezon później. Tym razem musieli uznać wyższość Benfiki z Eusébio w składzie, z którą przegrali 1:2 w Lizbonie. Sezon 1963/64 Górnik zaczął od zwycięskiego trzymeczowego boju z Austrią Wiedeń. Dukla z kolei w rundzie wstępnej trafiła na mistrza Malty – Vallettę FC, z którą nie miała żadnych kłopotów. Łatwej przeprawy prowadzeni przez Jaroslava Vejvodę piłkarze spodziewali się też z Górnikiem. Tymczasem nieoczekiwanie dla prażan zespół z Zabrza wygrał 2:0 i sam Vejvoda przed rewanżem nie był w najlepszym nastroju. Dukla miała jednak w składzie kilku wicemistrzów świata i była nieznacznie, ale jednak lepszym zespołem od Górnika. Ta przewaga uwidoczniła się podczas meczu w Pradze, gdzie Dukla pewnie wygrała 4:1 i awansowała dalej. Tam trafili na Borussię Dortmund. Porażka 0:4 w pierwszym meczu praktycznie przekreśliła ich szanse, a Pluskal rozegrał wtedy jeden ze swoich słabszych meczów. Jak niewielu innych, dość rzetelnie przestrzegał założeń taktycznych. Większość graczy daje się ponieść grze i często nie realizuje lub zapomina o otrzymanych instrukcjach. To się nie przytrafiało Svatopulkowi. Zapomniał o nich tylko raz podczas meczu Pucharu Europy z Borussią Dortmund – wspominał po latach Jaroslav Vejvoda. Rewanż w Dortmundzie wygrali co prawda 3:1, ale na tym ich pucharowa przygoda w tamtym sezonie się zakończyła. Nie będzie chyba wielką przesadą stwierdzenie, że Dukla i Górnik były w połowie lat sześćdziesiątych czołowymi klubami wschodniej socjalistycznej Europy. W sezonie 1964/65 los skrzyżował ich drogi już w rundzie wstępnej. Po porażce 1:4 w Pradze kibicom Górnika trudno było wierzyć, że Lubański, Oślizło, Pohl i spółka będą w stanie odwrócić losy rywalizacji. Tymczasem 20 września na Stadionie Śląskim w Chorzowie Górnik wygrał 3:0. Zasada bramek strzelonych na wyjeździe jeszcze wtedy nie obowiązywała i o awansie miał rozstrzygnąć trzeci mecz. Ten rozegrano w Duisburgu, ale przez 120 minut żadna ze stron nie była w stanie strzelić gola. O tym, że do następnej rundy przejdzie Dukla, zadecydowało losowanie. Tam jednak prażanie musieli uznać wyższość Realu Madryt. Największy sukces w Pucharze Europy Dukla odniosła w 1967 r., kiedy dotarła aż do półfinału. Po drodze ograli duński Esbjerg, Anderlecht i Ajax. Na drodze do finału stanęła im świetna ekipa Celtiku. Pluskala jednak nie było już wówczas w Pradze. Svatopluk Pluskal nie był wybitnym technikiem. Zawsze jednak grał z pełnym zaangażowaniem, nigdy nie odstawiał nogi, a jego koszulka po meczu często była tak mokra, że można było ją wyżymać. Był dobrym kolegą, któremu inni często się zwierzali. Swoim humorem i optymizmem potrafił zarażać innych i często też podnosił kolegów na duchu. Na boisku czasami grał ryzykownie. Jako jeden z pierwszych zaczął wykorzystywać w swojej grze wślizgi. ,,Nieważne czy boisko było trawiaste, czy żużlowe – kiedy sytuacja tego wymagała, Pluskal odważnie atakował piłkę. Dzięki swoim długim nogom mógł praktycznie otoczyć nimi rywala i odebrać mu piłkę. Całe generacje rozgrywających nauczyły się od Pluskala bardzo skutecznego elementu gry – czystego wejścia wślizgiem pod nogi przeciwnika. To jest wkład Pluskala w rozwój futbolu, który przetrwa wieki”– mówił o jego grze legendarny Sepp Herberger. To właśnie z gry wślizgiem uczynił jeden ze swoich największych atutów. Nie był piłkarzem wybitnym i wszystko, co osiągnął, było efektem wielu godzin ciężkich treningów. Vejvoda wspominał, że Pluskal pracował nawet więcej, niż trzeba było. I to właśnie ta pracowitość pozwoliła mu się wybić ponad przeciętność. Niezbyt przywiązywał wagę do dbałości o sprzęt. Kiedy Novák i Masopust starali się, żeby zawsze mieć czyste buty, to Pluskal bez skrępowania zakładał ubłocone po poprzednim meczu obuwie, tłumacząc, że to zwycięskie błoto.
Częsta gra wślizgiem pociągała za sobą liczne urazy, ale ani trochę nie osłabiało to jego woli walki i nigdy nie narzekał. Nawet kiedy w jednym z meczów doznał kontuzji łąkotki, to nie chciał nawet słyszeć o zejściu z boiska i mimo ogromnego bólu w kolanie dokończył mecz. Nawarstwiające się przez lata mikrourazy i nie zawsze zaleczone kontuzje odcisnęły jednak piętno na jego silnym organizmie. W końcu Pluskal musiał pogodzić się z faktem, że nie jest już w stanie grać na takiej intensywności jak kiedyś i dawać drużynie tyle, ile by chciał. Z reprezentacją pożegnał się w przegranym 0:1 meczu z Portugalią 25 kwietnia 1965 r. Z kolei w 1966 r. opuścił Duklę i przeniósł się do zespołu LIAZ Jablonec, gdzie po jednym sezonie zawiesił swoje pewnie ubłocone buty na kołku. Swoim występem na chilijskim mundialu czechosłowaccy piłkarze zrobili spore wrażenie na dziennikarzach i ekspertach. Kiedy w 1963 r. z okazji stulecia angielskiej federacji zorganizowano na Wembley mecz Anglii z zespołem reszty świata, to przeciw Anglikom zagrało aż trzech piłkarzy z Czechosłowacji. Byli to Ján Popluhár, Josef Masopust i oczywiście Svatopluk Pluskal. Gospodarze wygrali 2:1, ale dla takich piłkarzy jak Pluskal, sam udział w takim meczu był ogromnym wyróżnieniem. Zawsze podkreślał, że kiedy grał w narodowych barwach, to czuł wielką radość w sercu, ale kiedy został wybrany do zespołu reszty świata, to odczuwał naprawdę wielką dumę. Mówił, że dzięki temu, że otrzymali od organizatorów po 100 funtów, to po raz pierwszy czuł się jak prawdziwy zawodowiec. Nie wiedział nawet za bardzo, co zrobić z taką gotówką. Nie było zbytnio czasu na zakupy w Londynie, a oficjalnie do Czechosłowacji pieniędzy nie mógł za bardzo przywieźć. Schował więc je do butów. Po zakończeniu czynnej kariery próbował swoich sił jako trener. Doprowadził praski Bohemians do awansu do I ligi, a później trenował jeszcze Škodę (dzisiejsza Victoria) Pilzno. Jako jeden z pierwszych Czechów pracował w klubach cypryjskich, gdzie zdobył sobie całkiem sporą renomę. Zdecydowanie lepiej jednak radził sobie na boisku niż na ławce trenerskiej. Kiedy skończył 70 lat, to w przeprowadzonym wywiadzie z rozrzewnieniem wspominał czasy swojej gry w piłkę. Żalił się też, że we znaki daje mu się kolano. Podbiegnięcie na tramwaj czy wejście po schodach do mieszkania były już dla niego dość dużym wysiłkiem. Z domu wychodził rzadko, dwa lub trzy razy w miesiącu. Głównie na pocztę, żeby opłacić rachunki. Zaznaczał jednak przy tym, że zawsze przy okazji wstępował do pubu, gdzie wypijał parę piw ze znajomymi, którzy często zachęcali go do piłkarskich wspomnień. W domowym zaciszu cenił sobie szklaneczkę dobrej szkockiej whisky, a popielniczka już po południu zwykle była pełna. Palił też w trakcie swojej kariery. Trener Vejvoda o tym wiedział, ale uważał, że te kilka papierosów dziennie nie jest w stanie zaszkodzić tak silnemu organizmowi. Pluskal po latach wspominał, że palenie wciągnęło go po sukcesach w USA. W nagrodę piłkarze dostali wojskowe awanse. Svata został kapitanem. Nocami nie mogąc zasnąć, palił i zastanawiał się, czy dobrze zrobił, przyjmując nominację. W 2004 r. czeskie media poinformowały, że Pluskal miał ciężki udar. Został przykuty do łóżka i wymagał stałej opieki, przez co trafił do domu spokojnej starości w Uściu nad Łabą. Tam też zmarł 29 maja 2005 r. Miał 74 lata. W pamięci kibiców najczęściej zapisują się ci, którzy grali najbardziej efektownie i strzelali najwięcej bramek. Gracze mniej błyskotliwi, tacy jak Pluskal często popadają w zapomnienie i odchodzą w samotności. Bez nich jednak ci najwięksi wirtuozi nie mogliby sobie pozwolić na tak efektowną grę. Pluskal jest też znakomitym przykładem piłkarza, który do wszystkiego doszedł ciężką pracą. Od pierwszych treningów w Zlínie do końca kariery zawsze dawał z siebie wszystko. Zawsze też najważniejsze dla niego było dobro zespołu. Świetnie dbał o atmosferę, zarażał uśmiechem, ale kiedy trzeba było na murawie nieco podostrzyć, to w tej roli też się znakomicie odnajdował. To od niego wślizgów uczył się Stefan Florenski i całe rzesze innych obrońców. Kiedy był w formie, stanowił na boisku zaporę niemal nie do przejścia. Nie sposób było go ominąć dołem, bo świetnie grał wślizgiem, ani górą, bo w powietrzu radził sobie równie dobrze. Tacy zawodnicy są na wagę złota. Nie będzie chyba przesadą nazwanie go defensorem kompletnym i jednym z fundamentów sukcesów czechosłowackiej piłki w latach sześćdziesiątych.
,,Nie urodził się wielkim piłkarzem, ale stał się takim dzięki swoim cechom”– trafnie podsumował go Jaroslav Vejvoda.
7
@FCBparasiempre
W latach sześćdziesiątych czechosłowacki futbol stał na bardzo wysokim poziomie. W 1962 r. nasi południowi sąsiedzi dotarli do finału mistrzostw świata, a czeskie kluby na czele z praską Duklą były liczącą się siłą w Europie. Bardzo ważnym elementem obu ekip był Svatopluk Pluskal. Ten twardo grający zawodnik stanowił na boisku zaporę niemal nie do przejścia i jako jeden z pierwszych stosował grę wślizgami. Poza murawą zmieniał się w sympatycznego, skorego do żartów człowieka, który zawsze dbał o dobrą atmosferę w zespole. Położona na wschodnich Morawach miejscowość Zlín na początku XX w. była małym, zapyziałym miasteczkiem, o którym Czesi mówili, że tam kończy się chleb, a zaczyna kamień. Jednak to właśnie w Zlínie przedsiębiorczy Tomáš Baťa postanowił otworzyć fabrykę obuwia, która wkrótce odmieniła oblicze miasteczka. Dzięki zamówieniom dla wojska i wizjonerskiemu spojrzeniu na biznes firma szybko stała się ważnym graczem nie tylko na krajowym, ale i na europejskim rynku. Baťa zainstalował taśmy produkcyjne, zbudował lotnisko, otwierał szkoły i wprowadził pięciodniowy tydzień pracy z wolnymi sobotami. Pracownicy mieli pracować od siódmej do siedemnastej, ale w południe przysługiwała im dwugodzinna przerwa. Do dyspozycji mieli również największe w Europie Środkowej kino z dwoma tysiącami miejsc. Liczba ludności Zlína wzrosła od niespełna trzech tysięcy u progu XX stulecia do ponad 20 tysięcy w roku 1930. Dbał również o rozwój sportu. Kiedy piłkarze z miejscowego klubu SK Zlín po zakończeniu I wojny światowej mieli problem ze znalezieniem miejsca do gry, o pomoc zwrócili się do Baťy. Przedsiębiorca udostępnił im położoną w pobliżu jego fabryki i linii kolejowej łąkę, którą wkrótce zamieniono na boisko z prawdziwego zdarzenia. W 1924 r. klub został członkiem krajowego związku i za namową przyrodniego brata Tomáša(Jana Antonína) przeszedł pod opiekę fabryki i został przemianowany na SK Baťa Zlín. W takim właśnie otoczeniu we wtorek 28 października 1930 r. przyszedł na świat Svatopluk Pluskal. Jego ojciec Alois nie pracował jak większość mieszkańców w fabryce obuwia. Zajmował się krawiectwem i miał własny warsztat. Mieszkali na Cigánovie – biednym osiedlu nad brzegami Dřevnicy, nad którym górowało wzgórze, będące w przeszłości miejscem straceń. Ojciec pochłonięty pracą nie do końca zdawał sobie sprawę z pasji, jaka ogarniała dwójkę jego synów. Nie był też do końca zadowolony, że tuż obok wnosiło się ogrodzenie boiska klubu Letná Zlín. Svatopluk i jego brat Jaroslav spędzali sporo czasu na obserwowaniu, jak grają starsi i marzyli, żeby samemu móc biegać za piłką. Wybitny czeski prozaik Ota Pavel pisze w swojej książce Dukla mezi mrakodrapy, że dla obu braci świat za ogrodzeniem miał zapach trawy i gorzkich mleczów. Często pomagali w usuwaniu tych kwiatków z murawy i w nagrodę za to zarządca obiektu nazwiskiem Talaša pożyczał im na trochę piłkę, żeby mogli pograć. Gra prawdziwą piłką była jednak dla nich rzadkością, więc postanowili, że założą młodzieżowy zespół Letnej. Na pierwszy mecz Talaša wręczył im jaskrawoczerwone koszulki, które zabrali do łóżek i z którymi spali całą noc. Ojciec początkowo uważał grę w piłkę na marnotrawstwo czasu, a chłopcy przywykli do zadawanych co wieczór pytań, gdzie tak długo byli i gdzie tak zniszczyli buty. Widział jednak, z jak wielkim sercem podchodzą do gry i zrozumiał, jak wiele futbol dla nich znaczy. Odwiedzający go klienci często chwalili jego synów i Alois w końcu zdecydował się wybrać na boisko i zobaczyć swoich chłopców w akcji. Na jednym razie się nie skończyło i od tej pory regularnie obserwował grę Svaty i Jaroslava. Kierownictwo zespołu postanowiło nawet, że u podnóża wielkiej wierzby postawią dla pana Alosia ławeczkę, co na swój sposób było wyrazem szacunku dla umiejętności jego synów. Ota Pavel pisze, że Svatopluk nie był może aż tak uzdolniony, jak jego brat, ale braki nadrabiał pracą. Nawet podczas przechadzek nad brzegami Dřevnicy podskakiwał do gałęzi i starał się głową sięgnąć do liści. To właśnie dobra gra w powietrzu stała się jednym z pierwszych jego znaków rozpoznawczych i obrońcy coraz baczniej zwracali na niego uwagę przy stałych fragmentach gry. Po zakończeniu II wojny światowej mógł w pełni skupić się na piłce i wkrótce zwrócił na siebie uwagę klubu SK Baťa Zlín. Lokalny potentat chciał podobno w pierwszej kolejności ściągnąć do siebie brata Svaty, ale niestety Jaroslav doznał urazu kręgosłupa w wyniku wypadku samochodowego i musiał przez jakiś czas zapomnieć o futbolu. Od kiedy opiekę nad klubem roztoczyła firma Baťa, znacząco się on rozwinął. Pojawiało się coraz więcej klasowych zawodników i częstsze stały się kontakty międzynarodowe. O rosnącej klasie morawskiej ekipy dobrze świadczy fakt, że w towarzyskim meczu w Poznaniu pokonała ówczesnego mistrza Polski – Wartę. W 1937 r. w klubie utworzona została pierwsza w pełni profesjonalna drużyna. Po roku wywalczyła awans do pierwszej ligi z imponującym bilansem w swojej grupie (25 zwycięstw i jeden remis w 26 meczach). W najwyższej klasie rozgrywkowej swój premierowy sezon zakończyli na dobrym, piątym miejscu. W czasach Protektoratu Czech i Moraw dwukrotnie zajmowali w krajowych rozgrywkach trzecie miejsce (1942/43 i 1943/44).
Po wojnie zespół nadal utrzymywał dobrą formę. Podczas trzech wyjazdów na tournée do Francji wygrali piętnaście z szesnastu meczów. W pokonanym polu zostawili m.in. Olympique Marsylia, a gazeta Le Courier pisała po spotkaniu o spektakularnym pokazie piłki nożnej zespołu Baty. Podczas wizyty we Francji za granicą zdecydował się pozostać jeden z czołowych zawodników Josef Humpál. W zespole nie brakowało jednak innych klasowych graczy. O obliczu tamtej ekipy decydowali znakomity strzelec Vladimír Hönig, środkowy pomocnik Rudolf Bartonec, skrzydłowy Josef Janík i obrońca Stanislav Kocourek. Wszyscy oni zaliczyli też występy w drużynie narodowej. Sezon 1946/47 zakończyli tuż nad strefą spadkową. W ostatniej kolejce grali z SK Kladno i wygrali 2:0, dzięki czemu się utrzymali. Wkrótce jednak wyszło na jaw, że spotkanie było ustawione i oba kluby zostały zdegradowane. Pluskal, kiedy dołączył do zespołu, miał ledwie 17 lat. Doskonale zdawał sobie sprawę, że niczego za darmo nie dostanie i pozycję w drużynie będzie musiał sobie sam wywalczyć ciężką pracą. Początki nie były jednak łatwe. Josef Hlobil, kiedy zobaczył młokosa na pierwszym treningu, stwierdził, że chodzi po boisku, jak bocian po oborniku. Svata jednak się nie poddawał i przez cały czas uczciwie pracował. Po zajęciach, kiedy inni zawodnicy udawali się już do domu, Pluskal zostawał i aplikował sobie dodatkowe porcje treningów. Potrafił pokonywać od dziesięciu do piętnastu okrążeni wokół stadionu, asystując tym samym średniodystansowym biegaczom. Wkrótce miał zacząć zbierać owoce swojej pracy. W lutym 1948 r. doszło w Czechosłowacji do zamachu stanu. W konsekwencji pełnia władzy znalazła się w rękach komunistów na czele z Klementem Gottwaldem. Zmiany, jakie wprowadzali, dotyczyły nie tylko życia społecznego i politycznego, ale także sportu. Podobnie jak w Polsce pojawił się pomysł zrzeszeń sportowych, a zmiany nazw klubów stały się czymś powszednim. Nazwę klubu Pluskala z SK Baťa Zlín zmieniono na ZK Botostroj I. Zlín. 1 stycznia 1949 r. przemianowano z kolei miasto Zlín na Gottwaldov, żeby uhonorować w ten sposób sekretarza generalnego partii komunistycznej. Fabryka obuwia też zmieniła nazwę – z Baťa na Svit, a klub nazywał się już ZSJ Sokol Svit Gottwaldov. Rok później z nazwy zniknął Sokol i jako ZSJ Svit Gottwaldov Pluskal wraz z kolegami wywalczyli awans do pierwszej ligi. W tabeli zajęli drugie miejsce za ZSJ Trojice Ostrava. Być może awansować udałoby się im szybciej, ale na przeszkodzie stawały ciągłe poszukiwania optymalnego formatu rozgrywek zaplecza ekstraklasy. Praktycznie co roku wyglądały one inaczej. Drużyna Pluskala zawsze była jednak w czołówce – zarówno wtedy, kiedy rozgrywki toczono w kilku regionalnych grupach, jak i wtedy, kiedy II liga była ogólnokrajowa (jak w roku 1950, kiedy awansowali). W czasie, kiedy rywalizowali w grupach regionalnych, to jednym z ich głównych rywali do awansu, był zespół Vítkovické železárny, który swe mecze rozgrywał w Ostrawie. W skład tej ekipy wchodzili tacy piłkarze jak Josef Bican czy dobrze u nas później znany Jaroslav Vejvoda. W latach 1948 i 1949 Pluskal z kolegami dwukrotnie musieli uznać ich wyższość na finiszu rozgrywek. Sam Svata jednak w starciach z renomowanymi rywalami pokazał się z bardzo dobrej strony. Vejvoda, który później był jego trenerem w Dukli, tak zapamiętał pierwsze spotkanie z nim: ,,Poznałem go jeszcze jako zawodnik, w Vítkovicach. Tam Svata rozegrał swój pierwszy ligowy mecz dla Gottwaldova w drugiej lidze. Prowadziliśmy po bramce Bicana, a sędzia odgwizdał przeciw nam jedenastkę. Wśród rywali panowała spora nerwowość i nikt nie kwapił się do wzięcia odpowiedzialności. Nawet tak doświadczeni gracze jak Křižák, Sršeň, Majer czy Hlobil. Nagle zobaczyłem, jak chwytają za koszulkę najmłodszego zawodnika, takiego żylastego, chudego blondyna i ciągną go za rękę w pole karne. Wtedy usłyszałem jak mówią do niego: „Ananasku, jak nie trafisz, to rozbijemy ci dziób”. Svata wziął rozbieg, nasz bramkarz Petruška rzucił się w kierunku słupka, a piłka wylądowała w siatce na środku bramki”– opowiadał po latach Jaroslav Vejvoda. Sam Pluskal zapytany po latach o tę sytuację odpowiedział z przymrużeniem oka, że tak naprawdę chciał posłać piłkę przy słupku. Bramkarz zauważył to w jego ruchu i rzucił się w dobrą stronę, ale Pluskal nieczysto trafił w futbolówkę i ta poleciała w środek bramki. Sam Vejvoda z kolei mówił, że takie żartobliwe umniejszanie swoich dokonań i zasług było typowe dla Pluskala. Svit Gottwaldov długo w pierwszej lidze nie zabawił. W dość wyrównanej stawce czternastu zespołów zajęli dwunaste miejsce, co oznaczało spadek. Do utrzymania zabrakło im dwóch punktów. Grali jednak bez kompleksów i nie bali się ofensywnego futbolu, o czym świadczy fakt, że tylko jeden zespół strzelił więcej bramek niż oni. Gottwaldov po roku wróci do elity, ale już bez Svaty w składzie. W swoim debiutanckim sezonie na najwyższym szczeblu Pluskal był podstawowym zawodnikiem zespołu i wystąpił w 23 meczach, strzelając jedną bramkę. Pokazał się jednak z tak dobrej strony, że postanowił po niego sięgnąć praski ATK. Ten wojskowy klub w 1953 r. zostanie przemianowany na ÚDA, a trzy lata później na AS Dukla. Nazwa pochodziła od Przełęczy Dukielskiej na Słowacji, gdzie armia czechosłowacka pod koniec II wojny światowej toczyła wyjątkowo krwawe boje z Niemcami.
To w Pradze Pluskal stworzył znakomity duet z Josefem Masopustem. Nie był może tak błyskotliwy, jak on i nie imponował takim wyszkoleniem technicznym, ale w dużej mierze dzięki Pluskalowi, który zabezpieczał tyły, Masopust mógł grać tak odważnie. Panowie poznali się jeszcze zanim trafili do Pragi. Pluskal grał wówczas w Zlínie, a Masopust był zawodnikiem Vodotechny Teplice. Obaj otrzymali powołania na zgrupowanie młodzieżowej reprezentacji. Byłem jeszcze wtedy w Teplicach, a on był w Zlínie. Spotkaliśmy się na zgrupowaniu narodowej drużyny „lwiątek” (jak nazywano reprezentację juniorów – przyp. aut.) w Klánovicach. Przywiózł ze sobą torbę z bułkami od mamy. Ostatecznie nie zagraliśmy, ale zjedliśmy wszystkie bułeczki i wróciliśmy do domu. Od tamtej pory jesteśmy przyjaciółmi – wspominał pierwsze spotkanie z Pluskalem Josef Masopust. Wspólne początki w Pradze nie należały jednak do najlepszych. Swój pierwszy sezon w stolicy Pluskal i Masopust zakończyli dopiero na ósmym miejscu w tabeli. Udało im się jednak zdobyć krajowy puchar po wygranej 4:3 nad Sokolem Hradec Králové, choć trzeba zaznaczyć, że nie wszystkie kluby brały udział w tych rozgrywkach. Początek lat 50-tych to jednak czas, kiedy w Pradze zaczyna powstawać naprawdę klasowa ekipa. Do wojskowego klubu ściągano najzdolniejszych piłkarzy ze Sparty czy Slavii. Zatrudniano cenionych szkoleniowców i nie szczędzono pieniędzy na sprzęt i boiska. Działacze postawili sobie za cel stworzenie drużyny, która zawojuje Europę i świat. Najpierw jednak trzeba było zawojować Czechosłowację. Pierwszy sukces na krajowym podwórku prażanie odnieśli już w 1953 r. W sezonie, na którego wyniki składała się tylko jedna runda spotkań, ÚDA zajęła pierwsze miejsce i Pluskal z Masopustem mogli cieszyć się ze swojego pierwszego mistrzostwa. Obaj bardzo szybko wypracowali na boisku nić porozumienia. Na pamięć potrafili odczytywać wzajemne intencje i rozumieli się niemal bez słów. W systemie 4-2-4 stanowili prawdziwy kręgosłup drużyny. Trzecim znakomitym zawodnikiem, który zasilił szeregi praskiej ekipy w tym samym czasie, co Pluskal i Masopust był obrońca Ladislav Novák. Swoją grą bardzo szybko zdobyli serca kibiców, którzy zaczęli ich nazywać świętą trójcą. Do zdobytego w 1953 r. mistrzostwa dołożyli kolejne w 1956 r. już jako Dukla. Sukces powtórzyli też w sezonie 1957/58, który był przejściowym, wydłużonym ze względu na zmianę systemu rozgrywek na jesień-wiosna. Mistrzowski tytuł zdobyty w 1956 r. otworzył Dukli możliwość występu w Pucharze Europy. Pierwszy raz czechosłowacki klub wziął udział w rozgrywkach w trakcie drugiej edycji i był to Slovan Bratysława. Teraz wielki europejski futbol miał zawitać do Pragi. Do rywalizacji Dukla przystąpiła od pierwszej rundy. Los nie był dla nich szczególnie łaskawy, bo trafili na będący wówczas w bardzo dobrej formie Manchester United. Prowadzona przez Matta Busby’ego ekipa, w której ważne role odgrywali młodzi, utalentowani zawodnicy grała bez kompleksów. Piłkarze Dukli mieli dotąd raczej ograniczony kontakt z brytyjskim futbolem. Na Old Trafford w Manchesterze nie byli w stanie upilnować będącego w świetnej formie Duncana Edwardsa i przegrali 0:3. Rewanż wydawał się formalnością, ale czeska ekipa odrobiła lekcje. W Pradze zagrali dużo uważniej w defensywie, nie spuszczali oka z Edwardsa i mieli przewagę w posiadaniu piłki. Ta przełożyła się jednak tylko na jedną bramkę, a to było za mało, żeby myśleć o awansie.
Dobre występy w klubie nie mogły pozostać niezauważone przez sztab reprezentacji. Pluskal pierwszy raz w narodowych barwach zagrał 11 maja 1952 r. w przegranym 1:3 meczu z Rumunią, a swój debiut uświetnił bramką. Jak się później okazało, było to jego pierwsze i jedyne trafienie dla reprezentacji. Kilka miesięcy po nim swój reprezentacyjny debiut zliczył też Novák. Masopust na swoją kolej musiał jeszcze poczekać dwa lata. Pluskal i Novák znaleźli się w kadrze na mistrzostwa świata w 1954 r. Lepsze wejście do reprezentacji miał Novák, który zdołał uzbierać jedenaście występów, a na turnieju pełnił funkcję kapitana. Pluskal miał na koncie ledwie trzy mecze w narodowych barwach. Czechosłowacja nie jechała na mistrzostwa jako faworyt. Ich futbol ciągle był na etapie budowania i do Szwajcarii jechali głównie po naukę. W grupie ich rywalami były Szkocja, Austria i mistrz świata Urugwaj. Po porażce z Urusami 0:2 w pierwszym meczu musieli pokonać Austrię, żeby myśleć o awansie. Pluskal, który nie grał w pierwszym meczu, miał zagrać jako obrońca. Obok niego linię defensywną tworzył Novák i inny kolega z klubu František Šafránek. Żaden z nich nie może jednak miło wspominać tego meczu. Pierwszą bramkę stracili już w 3. minucie po trafieniu Stojaspala, a ledwie minutę później Probst podwyższył na 2:0. Dwadzieścia minut później było już 4:0 po kolejnych dwóch golach Probsta, wynik w 65. minucie ustalił Stojaspal. Tak wysoka porażka pokazała Czechom i Słowakom, że jeszcze sporo im brakuje do europejskiej i światowej czołówki. Zdobyte doświadczenie miało jednak zaprocentować w przyszłości. Cztery lata później w Szwecji w grupie znowu trafili na mistrzów świata – RFN. Oprócz Niemców rywalami Czechosłowacji były Irlandia Północna i wracająca na mistrzostwa po długiej nieobecności Argentyna. Reprezentację prowadził Karel Kolský. Ten sam szkoleniowiec był też wtedy trenerem Dukli. Pluskal, Masopust i Novák byli już wówczas pełnoprawnymi reprezentantami i odgrywali główne role w drużynie. Bogatsi o pucharowe doświadczenia jechali do Szwecji z nadziejami na dobry wynik. Tym bardziej że w sierpniu 1956 r. potrafili ograć na Maracanie Brazylijczyków, co wcześniej nie udało się żadnemu z europejskich zespołów. Mecz otwarcia na szwedzkiej imprezie znów im jednak nie wyszedł. Przegrali 0:1 z Irlandczykami i mocno skomplikowali sobie sytuację w grupie. W drugiej kolejce ich przeciwnikiem był zespół RFN. W starciu z mistrzami świata nie byli faworytami. Przed meczem atmosfera w drużynie była dość napięta, bo każdy zdawał sobie sprawę, że kolejna porażka przekreśli ich szanse na dobry wynik w turnieju. Dodatkowo napięcie podnosił fakt, że przed rozpoczęciem pojedynku piłkarze mieli zostać przedstawieni królowi Gustawowi Adolfowi VI. Ta ceremonia miała dość sztywną i mocno oficjalną oprawę, ale podniosły nastrój szybko się ulotnił, kiedy król podszedł do Pluskala. ,,Guten Tag, Herr König!”– rzekł z rozbrajającą szczerością Pluskal do monarchy. To był właśnie cały Pluskal – jednym żartobliwym stwierdzeniem potrafił rozładować napiętą atmosferę w zespole. W życiu codziennym nie zawsze mu się układało, ale do drużyny za każdym razem wnosił dużo radości i potrafił odpowiednio zmotywować kolegów. Z Niemcami zagrali dość spokojnie i nad wyraz skutecznie. Do przerwy po bramkach Dvořáka z karnego i Zikána prowadzili 2:0. Jednak piłkarze RFN nie po raz pierwszy pokazali, że zawsze grają do końca i w drugiej połowie odrobili straty. Wynik 2:2 sprawiał, że Czechosłowacy ciągle zachowali szanse na wyjście z grupy. W ostatnim meczu bez Pluskala w składzie rozbili aż 6:1 Argentynę i razem z Irlandczykami mieli na koncie po trzy punkty. W myśl ówcześnie obowiązującego regulaminu konieczne stało się rozegranie dodatkowego meczu. Po 90 minutach był remis 1:1, ale gol McParlanda w 99. minucie dał wygraną Irlandczykom. Czechosłowacja na swoją szansę musiała jeszcze poczekać, ale już niedługo. Koniec lat sześćdziesiątych to czas, kiedy w Pradze była już drużyna, którą można się było pochwalić za granicą. Kluby, które pozostawały pod opieką państwa, a zwłaszcza kluby wojskowe, jakim była Dukla, mogły za pośrednictwem swoich działaczy załatwić naprawdę wiele. Kierownictwo praskiego klubu skrzętnie z tego korzystało. Niczym niezwykłym nie były już zimowe zgrupowania na jugosłowiańskim wybrzeżu Adriatyku. Zdawano sobie również sprawę, że żeby podnosić swoje umiejętności, konieczny jest jak najczęstszy kontakt z zespołami zagranicznymi. Rozgrywane w europejskich pucharach mecze nie były jedynym kontaktem Dukli z drużynami z innych państw. W celu znalezienia odpowiednich partnerów chętniej zaczęto spoglądać za ocean. Pod koniec grudnia 1958 r. Dukla wybrała się na małe tournée do Ameryki. Najpierw wzięła udział w Torneo Cuadrangular w San José w Kostaryce. Nie zaprezentowali się tu najlepiej, wygrywając tylko jeden mecz z Alajuelense i przegrywając dwa (z Saprissą i Bangu z Brazylii). Nieco lepiej poszło czechosłowackiej ekipie na turnieju w Meksyku. W stawce pięciu ekip – América, Guadalajara, León i brazylijski Santos – zajęli drugie miejsce. Mocno we znaki dawały im się miejscowe upały, ale w każdym meczu dawali z siebie wszystko. Ostatnie spotkanie rozgrywali z Santosem z ciągle jeszcze młodziutkim Pelé w składzie. Po pierwszej połowie przegrywali już 0:2. Po przerwie jednak rzucili się do odrabiania start i wygrali 4:3.
6
Czeski rygiel:
@Sensible
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
4
@FCBparasiempre
Wieczór 17 października 1973 był wyjątkowy dla polskiego futbolu. Gdyby nie to, co wydarzyło się wówczas, nie byłoby późniejszych sukcesów. Nie byłoby wspomnień o wielkich „Orłach Górskiego” i niezapomnianych bojów z Argentyną, Włochami czy Brazylią. Nie byłoby słynnego meczu na wodzie z RFN. Prawdopodobnie nie byłoby też wielkiej drużyny Antoniego Piechniczka i medalu na mundialu w Hiszpanii. To o czym w wielu polskich domach opowiada się do dziś, jest w dużej mierze zasługą Jana Domarskiego. To on strzelił być może najważniejszego gola w dziejach polskiej piłki. Domarski zaczynał karierę w Stali Rzeszów i jest prawdziwą legendą tego klubu. Występował w nim, gdy rzeszowianie grali w najwyższej klasie rozgrywkowej. Kiedy spadli do drugiej ligi, późniejszy architekt pierwszego powojennego awansu Polaków na mundial musiał odejść. Nie trzeba było wyjeżdżać daleko. W jego rodzinnych stronach w siłę rosła Stal Mielec, która miała wielkie ambicje sportowe. Po latach występów w stolicy Podkarpacia w 1972 roku przeniósł się do lotniczego miasta. Już wtedy miał na koncie debiut w reprezentacji. Po raz pierwszy w narodowych barwach zagrał bowiem już w 1967 roku. Ówczesny selekcjoner Michał Matyas powołał go na mecze eliminacji turnieju olimpijskiego przeciwko drużynie Związku Radzieckiego. W pierwszym spotkaniu Domarski siedział na ławce rezerwowych. Zagrał za to od początku w rewanżu na Łużnikach. Polacy przegrali bój o igrzyska, ale pochodzący z Podkarpacia zawodnik został zapamiętany, zwłaszcza przez Kazimierza Górskiego, który wówczas pełnił funkcję asystenta selekcjonera. Wielkie chwile Domarskiego pod wodzą tego trenera miały dopiero nadejść. Jak już wspomniałem, w Mielcu powstawała drużyna z dużymi aspiracjami. Nic dziwnego, skoro w jej szeregach znajdowali się tacy zawodnicy jak Grzegorz Lato, Zygmunt Kukla czy Henryk Kasperczak. Mimo to chyba mało kto przypuszczał, że zespół ten będzie w stanie wejść na szczyt krajowego futbolu. Tymczasem już w pierwszym sezonie gry Domarskiego w Mielcu, Stal sięgnęła po mistrzostwo Polski. Rywalizację zakończyła, mając trzy punkty przewagi nad Ruchem Chorzów. Dla piłkarskiego środowiska stanowiło to duże zaskoczenie. Edward Kazimierski, który pełnił wówczas rolę wiceprezesa Stali, powiedział: ,,Pamiętam, jak ogólnopolskie media pisały o nas, że jesteśmy prowincjonalnym mistrzem, że to przypadek. Wyśmiewano nas, nazywano wieśniakami. Dla wielu dziennikarzy było niepojęte, że mistrzem nie jest ani Górnik, ani Legia, ani nawet Ruch, Zagłębie Sosnowiec, Wisła Kraków czy Gwardia Warszawa. Tytułu nikt jednak nie mógł mielczanom zabrać. Solidnie na niego zapracowali. W kraju nad Wisłą pojawiła się nowa piłkarska siła”.
Wprawdzie Domarski zadebiutował w reprezentacji wcześnie, ale musiał długo czekać, by zadomowić się w niej na dobre. Niecałe trzy lata po premierowym meczu z ZSRR zagrał jeszcze w towarzyskiej potyczce z Irakiem. Ponownie biało-czerwony strój założył dopiero w 1973 roku, kiedy wybiegł na murawę podczas jednego z najważniejszych spotkań w historii naszego kraju. 6 czerwca na Stadionie Śląskim w Chorzowie zespół Kazimierza Górskiego walczył o punkty w eliminacjach mistrzostw świata. Rywalem była Anglia, z którą nigdy wcześniej Polacy nie wygrali. Tego dnia udało się jednak dokonać czegoś wyjątkowego. Gospodarze zwyciężyli 2:0. Domarski pojawił się na boisku w drugiej połowie, kiedy koszmarnej kontuzji, mającej duży wpływ na dalszą karierę, doznał Włodzimierz Lubański. Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, jak trudno będzie zastąpić gwiazdę Górnika Zabrze, ale rzeszowianin pokazał, że jest w stanie dać wiele kadrze w najbliższej przyszłości. Kibice mogli się o tym przekonać 26 września, kiedy w niezwykle ważnym meczu eliminacyjnym Polska pokonała Walię 3:0. Domarski zdobył jedną z bramek. Wyjazd do RFN wydawał się coraz bardziej realny. Z jednej strony, przed ostatnim meczem w eliminacjach, od awansu dzielił nas tylko remis. Z drugiej, trzeba było zdobyć wymarzony punkt w jaskini lwa, na słynnym Wembley, w starciu z reprezentacją Anglii, która zaledwie siedem lat wcześniej sięgnęła po tytuł najlepszej drużyny globu. Mimo zwycięstwa w Chorzowie nikt nie dawał Polakom wielkich szans na sprawienie kolejnej niespodzianki. A jednak nadzieja się tliła. Chyba każdy zna historię o tym, jak lekceważąco do polskich piłkarzy odnosili się Anglicy. Nie pierwszy raz w sporcie brak szacunku do rywala i nadmierna pewność siebie przyniosły zgubę.
17 października 1973 roku to być może najważniejsza data w dziejach polskiej piłki. Na początku drugiej połowy kapitalną akcję przeprowadziła trója ze Stali Mielec. Kasperczak, Lato i Domarski. Resztę znamy na pamięć. To wtedy padł gol, który stał się legendą. Tego dnia Anglicy przeważali. Zdołali wyrównać, ale na więcej nie było ich stać. Remis dał Polakom awans, pierwszy po wojnie. Tak na łamach wydanej przez „Rzeczpospolitą” publikacji „Piłka w grze” wspominał tę chwilę Kazimierz Górski: ,,Przejmująca cisza na trybunach. Starsi angielscy kibice mieli łzy w oczach. W czasie meczu panował taki huk, że nic nie było słychać. A teraz mogłem coś powiedzieć normalnym głosem i słychać by mnie było pod drugą bramką”. Największymi bohaterami tamtego pamiętnego wieczoru byli Jan Tomaszewski, o którym do dziś mówi się, że zatrzymał Anglię oraz, rzecz jasna, Domarski. Przez lata opowiadał o tym wydarzeniu. Opowiadanie o tamtym meczu nigdy mi się nie znudzi. Taka bramka i taka historia? To nie męczy nigdy. Naprawdę – mówił w wywiadzie przeprowadzonym przez Łukasza Jachimiaka na portalu Sport.pl. Nigdy nie ukrywał dumy. Nic dziwnego – w końcu razem z kolegami dokonał czegoś wielkiego. Tak wspominał to wyjątkowe wydarzenie na portalu Łączy nas piłka: ,,Pytają mnie często, jakie było to uczucie, gdy pokonałem Petera Shiltona. Muszę powiedzieć, że radość, radość i jeszcze raz radość. Nawet po wielu latach, to uczucie we mnie nie maleje a wręcz przeciwnie, narasta. Myślę, że to dotyczy wszystkich chłopaków, którzy wystąpili 17 października 1973 roku na Wembley. Weszliśmy do elity…” Gol na Wembley nie był zwykłą bramką. To nie tylko trafienie na wagę pierwszego po wojnie awansu do finałów mistrzostw świata. To niemal element popkultury. Świadczyć może o tym jedna ze scen w filmie „Wesele” Wojciecha Smarzowskiego. To gol, którego nie zapomnimy nigdy. W 1974 roku Domarski pojechał do RFN na mistrzostwa świata. Zabrakło tam kontuzjowanego Lubańskiego a jednak pochodzący z Rzeszowa napastnik nie był pierwszoplanową postacią naszej drużyny. W pierwszej jedenastce zadomowił się Andrzej Szarmach. ,,Żadnej sensacji w tym nie ma. To była zdrowa rywalizacja i Andrzej Szarmach pokazał, że ma więcej atutów. Nie wykluczam, że mogła decydować jego świetna gra głową. Po tych wszystkich przygotowaniach nikt z nas nie miał wątpliwości, że miejsce w jedenastce należy się Szarmachowi”– wspominał na łamach Newsweeka Andrzej Strejlau, ówczesny asystent Górskiego. Sam zainteresowany nie miał do nikogo pretensji i rozumiał selekcjonera, o czym można przeczytać w cytowanym wcześniej artykule Antoniego Bugajskiego: ,,Nie jestem i nie byłem rozczarowany. Trener Górski postawił na Szarmacha i trudno mieć pretensje, bo przecież spełnił oczekiwania, na mundialu strzelił aż pięć goli. Byłoby śmieszne, gdybym kwestionował ten wybór”. Na mundialu Szarmach był jedną z największych gwiazd. W dużym stopniu przyczynił się do olbrzymiego sukcesu, jakim było zajęcie trzeciego miejsca. Domarski wystąpił w trzech spotkaniach. Wchodził z ławki rezerwowych w wygranych meczach z Argentyną i Jugosławią. Od pierwszej minuty wyszedł na plac gry w słynnym „meczu na wodzie” przeciwko gospodarzom. O tej rywalizacji chyba już napisano wszystko. Zawodnik Stali Mielec zastąpił tego dnia kontuzjowanego Szarmacha. Robił co mógł, ale to Niemcy awansowali do finału. Dalsza część historii jest znana. Biało-czerwoni pokonali Brazylię i mogli poszczycić się mianem trzeciej drużyny świata. Domarski nie został postacią pierwszoplanową, ale był częścią wspaniałego zespołu, który do dziś rozpala wyobraźnię polskich kibiców i przywołuje piękne wspomnienia. Domarski już nigdy później nie zagrał w reprezentacji. Nie znaczy to jednak, że jego przygoda z piłką się zakończyła. W sezonie 1975/76 drugi raz w karierze zdobył mistrzostwo Polski, po czym zdecydował się odejść z Mielca. Przeniósł do Francji, gdzie przez dwa sezony reprezentował barwy Nimes Olympique. Następnie wrócił do ukochanego Rzeszowa. Przez krótko znów był piłkarzem Stali. W sezonie 1979/80 został graczem jej lokalnego rywala – Resovii, dla której występował przez trzy sezony. Zawodniczą karierę kończył w Stanach Zjednoczonych, amatorsko kopiąc piłkę w klubie SAC Wisła Chicago. Kiedy Jan Domarski przestał biegać za piłką, nie chciał definitywnie kończyć z futbolem. Próbował sił jako trener. W roli szkoleniowca pracował na Podkarpaciu. Prowadził m.in. trzecioligową Stal Sanok czy występujący na piątym poziomie rozgrywkowym Wisłok Wiśniowa.
Zdobywca najsłynniejszej polskiej bramki zaliczył też epizod w polityce, ale większego powodzenia w tej dziedzinie nie odniósł. Kilka lat temu dostał pracę w Podkarpackim Związku Piłki Nożnej. Został szefem Rady Trenerów. W przywoływanym już artykule redaktora Bugajskiego mówił: ,,Jestem przy piłce, bo trudno się od niej oderwać. Ze starymi kumplami z boiska też próbuję mieć kontakt. Warto się spotykać i wspominać, bo życie ucieka”. Nie ma wątpliwości, że Jan Domarski to postać zasłużona dla polskiego futbolu. Zawsze będzie kojarzył się z październikowym wieczorem na Wembley i złotym kopnięciem, po którym piłkę pod brzuchem puścił Peter Shilton. Nie ma w tym nic dziwnego. Ta bramka zapewniła mu szczególne miejsce w historii naszego piłkarstwa. Należy jednak pamiętać też o innych osiągnięciach. Domarski to w końcu medalista mistrzostw świata, dwukrotny mistrz Polski, a do tego lokalny bohater. Jeden z najważniejszych zawodników w dziejach podkarpackiej piłki. Pamiętajmy, że to w dużej mierze dzięki niemu oglądanie archiwalnych nagrań z komentarzem Jana Ciszewskiego budzi, również dziś, wzruszenie w milionach polskich domów.
Osiągnięcia i statystyki:
Osiągnięcia klubowe:
Stal Mielec
2 x mistrzostwo Polski (1973, 1976)
Osiągnięcia Reprezentacyjne:
3. miejsce na mistrzostwach świata (1974)
3
Legenda Wembley kończy dziś 77 lat:
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
1
Stare sportowe porzekadło mówi nam że niewykorzystane sytuacje się mszczą i tak też było w tym Klasyku. Po drugie nasza Barcunia powinna nauczyć się zamykać mecze w pierwszej połowie inaczej nie będziemy wygrywać meczów z mocnymi rywalami...
W La Liga jeszcze nic nie rozstrzygnięte, można jeszcze dużo poprawić a do tego powrócą wszyscy kontuzjowani zawodnicy i powinno być lepiej...
0
@difranco No tak szczerze to musze ci powiedzieć że jesteś dużym ryzykantem...
Ale jak to mówią, kto nie ryzykuje ten nie pije szampana...
Powodzenia!
0
@Nicko Jakiej kontuzji? bo nie pamiętam żeby w meczu Barcy złapał kontuzje
0
Z jakie powodu Jules Kounde nie może zagrać od początku w El Clasico? Przecież nie jest kontuzjowany?
0
@difranco Ile??? 1000 zł??? To ile ty użytkowniku zarabiasz!? 10 tysięcy za miesiąc? a może więcej?
Mnie nie stać żeby 100 zł postawić, ba! nawet 50 zł!
A ponoć tak narzekają co niektórzy na życie w Polsce...
7
Grande Espectacolo El Clasico!
28 października 2018 r. FC Barcelona pokonała Real Madryt 5:1(!) na Camp Nou w ramach 10 kolejki La Liga i umocniła się na pozycji lidera z siedmiopunktową przewagą nad Królewskimi. Klasyku bez udziału Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo nie było od dawna. Mecz nie zawiódł. Podopieczni Ernesto Valverde zdominowali Real Madryt i wygrali aż 5:1(2:0). Pod nieobecność Argentyńczyka rolę lidera znakomicie odegrał Luis Suarez. Bohaterem meczu a zarazem i jego antybohaterem został Luis Suarez. Wielka forma Urugwajczyka. Napastnik Barcelony miał wprawdzie w tym meczu kilka nieudanych zagrań, ale przez większość czasu był piłkarzem totalnym. Strzelał, podawał, tworzył sytuacje kolegom i wykorzystywał własne. Skompletował hat-tricka i niemal w pojedynkę rozmontował defensywę Realu. Tak, antybohaterem tego spotkania także był napastnik Barcelony. Powodem brutalny faul w drugiej połowie na Nacho Fernandezie. Sędzia ukarał go wprawdzie za to żółtą kartką, ale powtórki jasno pokazały, że Suarez powinien był zobaczyć czerwień.
Oto jak padały gole:
1:0 (11’) – świetnie poprowadzili kontrę gospodarze. Najpierw znakomicie na lewe skrzydło podał Ivan Rakitić. Jordi Alba wbiegł w pole karne, podał do Philippe Coutinho, a ten pewnym uderzeniem nie dał szans Thibautowi Courtois.
2:0 (30’) – sędzia po zastosowaniu systemu VAR podyktował rzut karny dla Barcelony po faulu Raphaela Varane’a na Luisie Suarezie. Urugwajczyk sam wykonał stały fragment gry i precyzyjnym, mierzonym strzałem w dolny róg bramki pokonał Courtois.
2:1 (50’) – dobry kontratak Realu Madryt. Isco dośrodkowywał w pole karne, piłka minęła jednak kilku zawodników, aby wreszcie trafić do Marcelo. Brazylijczyk zabawił się w polu karnym, ale wreszcie strzelił prawą nogą i pokonał Marca-Andre ter Stegena.
3:1 (75') – Suarez wykończył kolejną akcję Barcelony. Urugwajczyk pięknie uderzył głową po podaniu Sergiego Roberto. Courtois próbował sięgnąć piłki, ale nie dał rady. Piękne trafienie napastnika gospodarzy.
4:1 (83') – kolejna kontra Barcelony. W efekcie sam na sam z bramkarzem Realu znalazł się Suarez, lekko podciął piłkę i znowu oszukał Courtois.
5:1 (87') – wprowadzony chwilę wcześniej na boisko Arturo Vidal pokonał Courtois i strzelił ostatniego w tym meczu gola dla Barcelony.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
2
@Warty Dokładnie! A więc musisz przeczytać!