FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Kto wygra mistrzostwo świata?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
13
Pierwszy awans na Euro:
17 listopada 2007 r. reprezentacja Polski pokonała Belgie na Stadionie Śląskim w Chorzowie 2:0 w el. ME. Ten dzień, ten zespół i sztab trenerski, a także ta publiczność ze Stadionu Śląskiego przejdą do historii. 17 listopada 2007 r. Polska zapewniła sobie awans na mistrzostwa Europy. Po raz pierwszy w historii. Koncerty gwiazd światowego rocka U-2 i Red Hott Chili Peppers rozgrzewały Stadion Śląski do czerwoności, ale nawet te wydarzenia nie wytrzymują porównania z "Orłami" Leo Beenhakkera. Ich gra i bramki strzelane przez niesamowitego Ebiego były jak wulkan, dzięki któremu nikt nie czuł mrozu. Smolarek junior zaliczył serial pięciu goli w dwóch kolejnych meczach eliminacyjnych (wcześniej hat-trick w starciu z Kazachami), o jakim jego tata Włodzimierz mógł tylko pomarzyć. Nic dziwnego zatem, że gdy Ebi schodził z boiska, stadion żegnał go na stojąco, a uradowany Leo Beenhakker aż podniósł swego snajpera do góry. Historyczny mecz zaczęliśmy jednak niewyraźnie. Jakby sparaliżowani stawką, która była większa, niż kiedykolwiek. Co więcej, w I połowie groźniejsza była Belgia, ale to my strzeliliśmy gola "do szatni". Belgowie grali "o pietruszką", ale nie wyglądali, jak baranki prowadzone na rzeź. Ciasno kryli naszych środkowych, blokowali również skrzydła, gdzie toczyła się większość akcji Orłów. Przebiliśmy się bokami w 24. min, ale najpierw Wojciech Łobodziński za mocno dośrodkował, a za moment Krzynówek, bijąc z prawej nogi nie trafił. Tak samo jak Michał Żewłakow z rzutu wolnego chwilę później.
Sceneria meczu była wspaniała. Leo Beenhakker wiedział, co mówi, gdy podkreślał: ,,Warunki pogodowe nam niestraszne. Wiem, że murawa jest w bardzo dobrym stanie”. Istotnie, nowiutki świeżo rozwinięty trawiasty dywanik wyglądał imponująco. Także kibice postarali się o doskonałą oprawę, w trakcie hymnu układając z kartoniady gigantyczną flagę, a przede wszystkim cały czas głośno wspierając zespół. Dzięki temu piłkarze nie mieli na co narzekać. Na dodatek wokół murawy krążyły cheerleaderki w narodowych barwach i zagrzewały do dopingu kibiców. Kontuzja, przez którą Jakub Błaszczykowski wypadł ze składu na mecz z Kazachstanem odbija mu się czkawką do dzisiaj. Prawoskrzydłowy Borussii Dortmund nie znalazł uznania w oczach Leo Beenhakkera na spotkanie z Belgami. Leo spodobał się na treningach we Wronkach Wojciech Łobodziński.
Po 10 minutach to Belgowie byli bliżsi zdobycia gola. Po szybkiej wymianie podań na lewej stronie Kevin Mirallas zostawił piłkę wbiegającemu w pole karne Farisowi Harounowi, a ten z lewej nogi przymierzył w lewy róg. Na szczęście dla nas Artur Boruc z kocią zwinnością rzucił się w tamtą stronę i dosięgnął piłki. Odpowiedzieliśmy 10 minut później. W polu karnym Belgów zakotłowało się, ale uderzenia Jacka Krzynówka i Macieja Żurawskiego zostały zablokowane. A Mirallas był cierniem w oku naszej defensywy. W 34. min Jacek Bąk musiał się ratować się faulem, bo Belg uciekał mu na czystą pozycję. Bąk obejrzał żółtą kartkę, a po chwili, po kropnięciu z 30 m z wolnego Jana Vertonghena nie straciliśmy gola tylko dzięki sprawności Boruca. Jak lampart rzuca się na antylopę - on poszybował w kierunku piłki i sobie tylko znanym sposobem przeniósł ją nad poprzeczką. Długo nie mógł tego pojąć trener Belgów Rene Vandereycken, który już widział piłkę w okienku polskiej bramki. Za moment znowu było groźnie, ale po strzale Mirallasa piłkę głową wybił Michał Żewłakow. Po przechwycie piłki brakowało nam przyspieszenia. Przy rozgrywaniu akcji zachowywaliśmy się czasem jak w szczypiorniaku, który nie bez kozery w języku słowackim i czeskim nazywany jest "hadzaną". Orłów do lotu poderwała akcja dobrze spisującej się dwójki Marcin Wasilewski - Radosław Sobolewski. "Sobol" ofiarnie minął dwóch rywali i wyłożył piłkę na szesnastkę Euzebiuszowi Smolarkowi. Ten uderzył celnie, ale za lekko, więc Stijn Stijnen spokojnie złapał piłkę. Stadion Śląski oszalał z radości tuż przed przerwą po prezencie Belgów. Vertonghen zbyt lekko wycofał do Stijnena. Wykorzystał to Ebi, który tylko czekał na taki przypadek. Poszedł do końca i choć bramkarz ratował się wybiciem piłki wślizgiem, Smolarek zablokował piłkę ciałem, podholował kilka metrów i z siedmiu metrów wpakował do pustej bramki! Na nic się zdała ratunkowa pogoń Daniela Van Buytena. Była godzina 21.17. ,,Wielkość Leo polega na tym, że on potrafi reagować na zmieniającą się sytuację. Nic nie jest w stanie go zaskoczyć”- podkreślał były asystent Holendra Dariusz Dziekanowski. Beenhakker potwierdził to w tym starciu. Prowadzenie do przerwy wcale go nie zadowoliło. Wiedział, że ta gra nie tak ma wyglądać. Dlatego "Żurawia" cofnął do drugiej linii, a Ebiego posłał do ataku, a na lewe skrzydło powędrował "Krzynek". Na początku drugiej połowy, gdy Ebi ukąsił po raz drugi, dla milionów Polaków rozsianych po całym świecie wszystko stało się prostsze i w jaśniejszych kolorach. Awansu na mistrzostwa Europy nie mógł nam wydrzeć. Nawet Bart Goor z Anderlechtu, który ze wściekłością kopnął na bramkę w 55. min (kolejna świetna interwencja Boruca). Choć gola na 2:0 zdobył również Smolarek, Leo Beenhakker po ojcowsku przytulił za niego wprowadzonego chwilę wcześniej Jakuba Błaszczykowskiego. Bo to właśnie Kubuś rozruszał ofensywę Orłów i zaczął bramkową akcję pięknym krzyżowym podaniem, po którym obrońcy zdołali odbić piłkę krótko - pod nogi Krzynówka. Ten wypalił ile sił, bramkarz odbił przed siebie, a dobitka Ebiego była formalnością. Jak zareagował Stadion Śląski? Chóralnym "Ebi!", "Leo!" i jeszcze głośniejszym "Mazurkiem Dąbrowskiego". Człowiek czuje się dumny z tego, że jest Polakiem.
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
7
@FCBparasiempre
17 listopada 1964 r. w Katowicach urodził się Krzysztof Warzycha. Popularny ,,Gucio” zaczynał karierę w Ruchu Chorzów wraz z Waldemarem Fornalikiem. Obaj dobrnęli do pierwszej drużyny, obaj przeżyli z nią spadek do drugiej ligi a potem szybki powrót do elity i równie błyskawiczne mistrzostwo Polski. ,,Po degradacji mogłem odejść. Były przymiarki do Legii Warszawa, do Śląska Wrocław… Jasne że chodziłoby o służbę wojskową ale zostałem, drużyna się nie rozpadła, to był fundament pod wygranie ligi”- zwraca uwagę pan Krzysztof. Podobnie jak w aktorskim epizodzie, Warzycha więcej osiągnął od Fornalika również w karierze piłkarskiej, dokładnie odwrotnie niż w trenerskiej, bo na tym polu ,,Waldek King” zbudował prawdziwe królestwo. Warzycha też próbował, między innymi również w Ruchu ale nie ma się czym pochwalić. Za to piłkarzem jest legendarnym i to dwóch klubów – Ruchu i Panathinaikosu Ateny. ,,Który jest mi bliższy? To są sprawy nieporównywalne. Z Polski wyjeżdżałem w wieku 25 lat, czyli więcej życia spędziłem już w Grecji. W Polsce grałem tylko w Ruchu, nastrzelałem dla niego sporo goli ale dla Panathinaikosu o wiele więcej. Z Ruchem miałem mistrzostwo kraju a z Panathinaikosem też krajowe tytuły, ponadto półfinał Ligi Mistrzów i w ogóle mnóstwo meczów, które niosły mnie jak na skrzydłach”- opowiada ,,Gucio”. Strzelił zwycięskiego gola Ajaxovi w Amsterdamie(1:0) w pierwszym półfinałowym meczu wspomnianej Ligi Mistrzów w 1996 r. To był dzień jego chwały. ,, W rewanżu przegraliśmy 0:3. Ajax miał fantastyczną drużynę, mocniejszą od naszej”- przyznaje bohater Koniczynek, który w 2000 r. w fazie grupowej LM strzelił gola także Juventusowi(3:1). Łącznie w tych prestiżowych rozgrywkach zdobył 8 goli. Do Aten trafił po mistrzowskim sezonie w Ruchu, kiedy z 24 golami został królem strzelców. W 15 jesiennych meczach dorzucił jeszcze 12 ligowych trafień i już nikt nie był w stanie go zatrzymać przed zmianą klubu.
,, W Panathinaikosie szukali napastnika bo poważną kontuzje złapał ich as Dimitris Saravakos. Dobrą opinie wystawił mi niezwykle ceniony w Grecji Kazimierz Górski ale decydujący był chyba dwumecz Ruchu w Pucharze Europy z CSKA Sofia. Na Stadionie Śląskim zremisowaliśmy 1:1. W rewanżu strzeliłem gola i choć przegraliśmy 1:5, najwyraźniej mi to nie zaszkodziło”- wspomina Warzycha. Trenerem greckiej drużyny był Christo Bonew, legenda bułgarskiego futbolu. Bardzo chciał mieć polskiego napastnika w składzie. Podjął fantastyczną decyzje! Panathinaikos zawdzięcza mu sprowadzenie najlepszego snajpera w historii klubu(288 goli w 503 oficjalnych meczach). W reprezentacji nie był taki skuteczny. W 50 występach strzelił tylko 9 goli ale naprawdę ważnego tylko raz, kiedy Polacy okrutnie męczyli się w starciu z Albanią na Stadionie Śląskim w eliminacjach MŚ ’90, gdzie wreszcie posłał zwycięską piłke do bramki. Zwykle jednak spadała na niego krytyka. Stał się wręcz symbolem piłkarza, który nie potrafił przełożyć formy z klubu na kadre narodową. ,,Ciągnie się ta łatka za mną przez całe lata ale dzisiaj mam już do niej duży dystans. W klubie sytuacja psychologicznie była dla mnie łatwiejsza. Nie wyszedł mi jeden mecz, nie wyszedł drugi a i tak grałem w trzecim, w którym umiałem znowu odpalić. W reprezentacji było inaczej. Przyjeżdżałem na zgrupowanie i już była presja że mam strzelać jak w lidze. Nie strzeliłem, to wypadałem. Ta świadomość zaczęła mi wreszcie ciążyć. Inna sprawa że w kadrze, zwłaszcza na początku, grałem w pomocy a ja zawsze najlepiej czułem się na szpicy. Nie robiłem z tego problemu. Grzecznie stosowałem się do decyzji a może jednak z większym naciskiem powinienem był tłumaczyć że jestem wysuniętym napastnikiem?”- zastanawiał się ,,Gucio”.
W Ekstraklasie debiutował za czasów trenera Lenczyka, wiosną 1983, czyli w tej samej rundzie co wspomniany Fornalik. Następny sezon zaczął już w podstawowym składzie. Tak było w dwóch meczach ale w trzecim wszedł na boisko z ławki w 87 minucie i potrzebował kilkudziesięciu sekund by strzelić pierwszego ligowego gola. Na dodatek nie byle gdzie i nie byle komu – Legii przy Łazienkowskiej! Jego trafienie przypieczętowało wygraną 2:0. Po tym meczu Ruch był liderem a w następnej kolejce znowu wygrał, ponownie po golu Warzychy(wyjazdowe 2:0 z GKS Katowice). Finalnie Niebiescy ligi jednak nie podbili. Zajeli miejsce w środku stawki a po rundzie jesiennej Lenczyka zastąpił Alojzy Łysko. Młody Warzycha na dobre zadomowił się w podstawowym składzie i w marcu 1984 , mając niespełna 20 lat i mniej więcej tyle samo spotkań w ekstraklasie, zagrał w dorosłej reprezentacji Polski. W wyjazdowym meczu towarzyskim ze Szwajcarią(1:1), w którym gola strzelił Boniek, zastąpił na ostatnie 20 minut Włodka Smolarka. ,,Zaczynałem u selekcjonera Piechniczka i u niego 13 lat później kończyłem, gdy znowu prowadził kadre”- przypomina pan Krzysztof. Swego czasu uważano go za piłkarza niedostępnego dla polskich mediów. Sugerowano że jest obrażony za te wszystkie złośliwe uwagi w sprawie jego gry w kadrze. Gdy wiosną 1996 przyjeżdżał do Warszawy na ćwierćfinał Ligi mistrzów, Legia-Panathinaikos(0:0), nie chciał rozmawiać z dziennikarzami. W rewanżu mistrzowie Grecji wygrali 3:0 po 2 golach Warzychy. ,,Czy byłem obrażony? Nie przesadzajmy. Ja jestem skromnym chłopakiem, nie chciałem za często pojawiać się w mediach, taki mam charakter. To nie było po złości.”- zapewnia teraz Warzycha. W kwestii potyczek z Legią ma jeszcze jedną uwagę: ,,Wtedy ją ograliśmy ale rok później ona ograła nas w Pucharze UEFA. Uznajmy że wychodzi na remis.”- kończy rozmowe ,,Gucio”. Krzysztof Warzycha poza mistrzostwem Polski z Ruchem w 1989, 5-krotnie zdobywał mistrzostwo Grecji z Panathinaikosem i tyleż samo Pucharów Grecji oraz dwukrotnie Superpuchar Grecji.
7
Niespełnione legendy polskiego futbolu:
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
1
@Lionel_Messi10 No cóż, to teraz nie pozostało nic, jak tylko odreagować to w meczu z nienajmocniejszą ostatnio Brazylią...
3
Przyjacielu @Lionel_Messi10 , co się stało na ,,mojej ulubionej La Bombonera" że tak ,,polegliśmy na własnym terenie" z ,,Urusami?" Nie miałem czasu jeszcze oglądać skrótu i nawet nie wiem czy warto(?) aby się nie denerwować...
2
@Coutinho007 Jaki znowóż Grzmot???
2
@Lionel_Messi10 Oooo! No prosze, nigdy bym się po Kylianie Mbape nie spodziewał takiej wypowiedzi. Należy mu się wielki szacunek. Brawo ty!
12
Górnik wkracza na salony, czyli pierwszy polski ćwierćfinał Pucharu Europy:
Ponad pół wieku temu po raz pierwszy w historii mistrz Polski przebrnął przez drugą rundę Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Na starcie edycji 1967/68 stanęło 32 krajowych mistrzów. Oczywiście mapa Europy wyglądała wówczas zupełnie inaczej – jednego mistrza miały: Związek Radziecki, Jugosławia i Czechosłowacja, a w „rodzinie” UEFA nie było choćby Izraela. W pierwszej rundzie zabrzanie poradzili sobie z mistrzami Szwecji, Djurgardens Sztokholm, wygrywając 3:0 (Włodzimierz Lubański 2, Roman Lentner) i 1:0 (Jerzy Musiałek). Z kolei mistrzowie ZSRR po ciężkich bojach wyeliminowali Celtic Glasgow (2:1 w Szkocji, 1:1 w Kijowie). Na Stadionie Centralnym w Kijowie zasiadło 90 tysięcy kibiców, liczących na wygraną gospodarzy. Trener zabrzan dr Istvan Kalocsai wystawił w pierwszym składzie zamiast doświadczonego Lentnera, 18-latka z Michałkowic, Alojzego Deję i był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę, bowiem młodzian nie pękł przed utytułowanymi graczami wielkiego rywala. Taktyka Górnika była prosta – pieczołowite krycie radzieckich graczy i szybkie kontry. Ustawienie 4-4-2 zamiast 4-3-3 też zaskoczyło ekipę Wiktora Masłowa. Jeden piłkarz więcej w drugiej linii pozwolił na opanowanie sytuacji w środku pola. Pierwsza gol padł z samobójczego strzału Alfreda Olka, który w 12. minucie zaskoczył Huberta Kostkę. Stracony gol nie załamał Górnika. Zabrzanie doskonale przygotowani do tego meczu wyrównali już 180 sekund później po uderzeniu Zygfryda Szołtysika z 20. metrów. Bramkarz radziecki nawet nie drgnął. Decydujący gol padł w 61. minucie, po strzale głową Włodzimierza Lubańskiego. Lubański świetnie radził sobie z radzieckimi defensorami, stwarzając duże zagrożenie pod bramką Wiktora Bannikowa. W 82. minucie po rzucie wolnym z okolic narożnika pola karnego przed bramką Huberta Kostki powstało wielkie zamieszanie. Gdy wydawało się, że piłka już wpadnie do bramki Górnika, na linii bramkowej ręką zatrzymał ją Rainer Kuchta. Sędzia podyktował rzut karny. Do piłki podszedł Josef Szabo. Kostka jednak odbił strzał, a następnie nakrył ją przed bramką. Wtedy niezwykle chamskim zagraniem „popisał się” nieźle grający do tej pory Witalij Chmielnicki. Wszedł on z całym impetem w zabrzańskiego golkipera. Kostka zacisnął zęby i dotrwał na posterunku do końca, lecz po ostatnim gwizdku arbitra nie był w stanie o własnych siłach opuścić boiska.
17 listopada 1967, Stadion Centralny w Kijowie
1/8 finału Pucharu Europy
Dynamo Kijów – Górnik Zabrze 1:2 (1:1)
Gole: Olek 12., sam. – Szołtysik 15., Lubański 61.
Dynamo: Wiktor Bannikow – Władimir Szczegołkow, Wadim Sosnichin,Władimir Lewczenko, Wasilij Turjańczyk, Siergiej Krulikowski – Jozsef Sabo, Fiodor Miedwied, Wiktor Sieriebriannikow – Anatolij Byszowiec, Witalij Chmielnicki.
Górnik: Hubert Kostka – Rainer Kuchta, Stefan Floreński, Stanisław Oślizło, Henryk Latocha – Erwin Wilczek, Alfred Olek, Zygfryd Szołtysik, Alojzy Deja – Włodzimierz Lubański, Jerzy Musiałek.
@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
9
Trafiła kosa na kamień:
17 listopada 1998 r. wybuchł konflikt Nuñeza z Cruyjffem i Stoiczkowem. Dwa lata po odejściu Cruijffa z klubu jego stosunki z prezydentem Nuñezem wciąż nie były najlepsze. ,,Wyraziłem zgodę na 2 mecze pożegnalne dla Cruijffa. Gdybym się na to nie zdecydował, nie miałbym teraz problemów. Dodatkowo oskarżył mnie o to że nie pozwoliłem mu na ostatnie spotkanie z kibicami a to nie prawda. Jest jedyną znaną mi osobą, która będzie miała 4 mecze pożegnalne: w Barcelonie i Amsterdamie, gdy kończył karierę piłkarską i 2, które czekają go teraz. Chyba każdy, kto mógłby do tego zarobić 200 mln peset(Cruijff miał dostać za mecze ponad milion euro) byłby szczęśliwy. A może się myle?”- ironicznie opisywał sytuację Nuñez. Dodatkowo prezydent Barcelony był skonfliktowany ze Stoiczkowem, który opuścił klub w 1998 r.: ,,To był błąd iż pozwoliłem mu w 1996 r. wrócić do drużyny. Niektórzy nie umieją zaakceptować tego, że jak tracą jakość w grze, to trafiają na ławke rezerwowych. Mogłem przewidzieć że jak Stoiczkow nie będzie grał w podstawowym składzie , to zaczną się problemy”- żalił się Nuñez. Stoiczkow, a jakże! nie pozostał mu dłużny: ,,Nuñez oszukuje ludzi. Gratuluje mu lat, które spędził z nami. Kiedy mówimy o nim źle, odpowiada, że atakujemy całe środowisko ,,barcelonismo”. Nie, panie Nuñez, mówimy o panu. Dziedzictwo Barcelony pochodzi od socios i zawodników. Bez nas kilka lat temu Nuñez był nikim”.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
1
@Rust_Cohle Ile ty gówniarzu masz lat i gdzie pracujesz że możesz zarywać nocke? no chyba że nie pracujesz wtedy to i ja bym zarywał...
3
Vamos! Vamos! Argentina!
Vamos! Vamos! a ganar!
Cokolwiek by to nie znaczyło niech żyją ,,Albicelestes"!
Pora już spać bo rano tsza wstać do roboty a więc dobranoc wszystkim
9
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
16 listopada 1919 r. urodził się Tadeusz Parpan, środkowy obrońca i pomocnik. W pierwszym sezonie po II wojnie światowej, w bitwie o pierwsze miejsce w tabeli łeb w łeb szły ze sobą dwa krakowskie zespoły: Wisła i Cracovia. Biała Gwiazda górowała w ofensywie dzięki takim piłkarzom, jak Józef Kohut czy Mieczysław Gracz. Pasy potrafiły się jej jednak przeciwstawić znakomitą defensywą i to one wyszły z tego boju zwycięsko. Największą zasługę w tym dziele miał znakomity obrońca – Tadeusz Parpan. Kiedy UEFA po II wojnie światowej organizowała mecz Reprezentacji Europy z Wielką Brytanią, wysłała do selekcjonerów kadr narodowych listy zgłoszeniowe dla kandydatów do tego prestiżowego starcia. Henryk Reyman(Wiślak z krwi i kości) nie miał wątpliwości kto z Polaków mógłby unieść to ważne brzemię odpowiedzialności. Na karcie skreślił nazwiska Gracza oraz defensora Cracovii – Parpana. Ostatecznie piłkarzowi Pasów, pomimo powołania, nie udało się zagrać w tym meczu z powodu braku paszportu. Parpan budził wielkie zainteresowanie kibiców w tych pierwszych powojennych sezonach ze względu na swój wzrost. Mierzył 186 centymetrów, co wówczas stanowiło rzadko spotykany wymiar u piłkarza. Stąd nazywano go powszechnie ,,Wielkoludem z Cracovii”. Te warunki fizyczne dawały mu znaczną przewagę w pojedynkach główkowych. Jego główna zaletą było jednak znakomite ,,czyszczenie pola”. Parpan nie dopuszczał po prostu przeciwników w pobliże swojej ,,jedenastki”, przez o mawiano że bramkarz Cracovii na ogół jest bezrobotny. Znakomicie kierował też defensywą swej drużyny. Przyczyniło się to do wywalczenia przez Cracovie mistrzostwa Polski w 1948 r. O wszystkim(jedyny raz w historii Ekstraklasy) decydował baraż dwóch najlepszych drużyn tabeli. Po zakończeniu rozgrywek okazało się bowiem że Pasy i Biała Gwiazda wywalczyły równą ilość punktów. Ostatecznie na neutralnym boisku Garbarni, Cracovia wygrała 3:1 i po raz ostatni w swej historii zdobyła mistrzostwo Polski. Parpan nie mógł zagrać w tym decydującym meczu. Przez cały sezon był jednak zdecydowanie najważniejszą postacią defensywnie nastawionych Pasów. Dowodzą tego liczne wyróżnienia indywidualne za ten okres. Obrońca znalazł się na 6 miejscu w Plebiscycie ,,Przeglądu Sportowego” na Najlepszego Sportowca 1948 roku. Przez kolejne ćwierć wieku jedynym futbolistą, któremu udało się wyrównać ten wynik, był Deyna. W 1949 Parpan znalazł się zaś na 9 miejscu. Przez następne 20 lat dwa razy z rzędu pozycje w Top-10 udało się utrzymać tylko Cieślikowi oraz Szymkowiakowi. Oprócz mistrzostwa z Cracovią, wywalczył wicemistrzostwo. Miał wtedy 32 lata. Najlepszy okres zabrała mu niestety wojna. Nim wybuchła(a był przecież ledwie rok młodszy od Wilimowskiego) nie zdążył wpłynąć na szerokie wody. Grał tylko w Łagiewiance, klubie założonym przez swego ojca Piotra, z braćmi Tadeuszem i Leopoldem. Dopiero podczas okupacyjnych rozgrywek zwrócił na siebie uwagę Pasów, co pozwoliło zasilić szeregi tej drużyny w pierwszym okresie po odzyskaniu niepodległości. Podczas II wojny światowej nie tylko kopał piłke ale był też żołnierzem Armii Krajowej i za swoje męstwo został uhonorowany odznaczeniami. Do dziś nikt z piłkarzy Cracovii nie pobił go w liczbie występów w reprezentacji. Jako zawodnik tego klubu rozegrał w biało-czerwonych barwach 20 meczów, strzelając jednego gola. Po ledwie 4 występach został nominowany kapitanem, co dowodziło jego umiejętności przywódczych. Lepiej pod względem skuteczności wygląda jego dorobek w Cracovii. W 63 meczach w Ekstraklasie zdobył 13 goli. Średnia 0,2 trafienia do dziś wygląda imponująco jak na obrońcę. Trzeba jednak wiedzieć iż Parpan zaczynał jako pomocnik i czasem jeszcze ustawiany był przez trenerów w linii środkowej a nawet jeśli grywał już tam, gdzie pokazywał najwięcej ze swoich umiejętności, to nie udało się całkowicie wyplenić z niego ciągu na bramke. Po odejściu z Cracovii krótko występował jeszcze w Garbarni razem ze swoim bratem Leopoldem. Kariere zakończył w 1951 r. Później pełnił role trenera obydwu krakowskich zespołów, w których występował w Ekstraklasie. Był też kierownikiem Pasów. Nie zdecydował się jednak na powiązanie tego etapu życia wyłącznie z piłką. Jako inżynier z wykształcenia pracował przede wszystkim na Politechnice Krakowskiej. Tadeusz Parpan został wybrany do najlepszej jedenastki 105-lecia Małopolskiego Związku Piłki Nożnej. Jest też patronem stadionu Armatury Kraków(dawnej Łagiewianki). Zmarł w 1999 roku.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
0
@vangoor Rozumiem ale ja co dopiero wróciłem z pracy a wcześniej nie miałem możliwości udostępnić takiego komentarza na internecie...
Jedynie w soboty, niedziele i święta moge od rana zamieszczać takie wspaniałe informacje o ukochanym klubie...
7
Wszyscy cules powinni o tym wspominać(wiedzieć):
Dokładnie 20 lat temu w towarzyskim meczu FC Porto z FC Barceloną(na otwarcie Estadio do Dragão) zadebiutował niejaki… Lionel Messi! Argentyńczyk, mając zaledwie 16 lat i 145 dni, wszedł na boisko w 71 minucie zastępując Fernando Navarro, jednocześnie stając się trzecim najmłodszym piłkarzem pierwszej drużyny, który zadebiutował w barwach Blaugrany(po Alcantarze i Babangidzie). ,,Byłem tak podekscytowany iż nie mogłem zasnąć w noc przed meczem. Najważniejsze było dla mnie zagrać przynajmniej kilka minut. Udało się i to jest dla mnie najważniejsze. Po meczu trener Rijkaard podziękował mi za gre, byłem zadowolony ale oczywiście wolałbym żebyśmy wygrali’’-podsumował sytuację Messi. Szkoda tylko że Barça przegrała ten mecz 0:2. Taki oto był początek geniusza futbolu…
Spójrzcie:
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
1
@Lionel_Messi10 No właśnie...
W każdym razie ślicznie dziękuje ze wszelkie życzliwe informacje :)
1
@Lionel_Messi10 O masz! No to też dupa blada! Czyż oni nie mogą zagrać choć raz z soboty na niedziele!?
1
@Lionel_Messi10 A! No to tak coś czułem że w nocy, więc dupa blada(!) bo musze o 5.30 wstawać do roboty. No trudno, obejrze po robocie z jutuba.
Ps. a kiedy gramy hicior z Brazylią? dokładnie i na jakim kanale?
1
@Lionel_Messi10 Ale kiedy do cholery gramy z Urugwajem? No i prosze mi nie ,,ksywować" przy wyjściowych nazwiskach :)
1
@Lionel_Messi10 Kiedy ,,gramy" z Urugwajem? i kim jest do cholery Dibu?
10
Wybitne legendy Dumy Katalonii:
15 listopada 1927 r. urodził się Joan Segarra, głównie środkowy obrońca, wielka legenda Dumy Katalonii. Segarra był charyzmatycznym kapitanem(miał przydomek ,,el Gran Capitan”) między innymi ,,Barcelony Pięciu Pucharów”. Cechował go wysoki wzrost i doskonałe przygotowanie fizyczne. Przez 15 sezonów rozegrał aż 402 spotkania we wszystkich rozgrywkach, co daje mu jedno z czołowych miejsc w historii klubu. Mimo gry na pozycjach defensywnych strzelał dużo goli, szczególnie w sezonie 1958/59, kiedy to Blaugrana zdobyła podwójną korone. Z powodu problemów z gałką oczną nie zagrał w finale Pucharu Europy z Benfiką. W reprezentacji rozegrał 25 spotkań, ostatnie na Mistrzostwach Świata w Chile w 1962 r. przeciwko Czechosłowacji. Zmarł 3 września 2008 r.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
14
Bitwa o ,,Highbury”:
Bardzo często mówi się, że styl wyspiarskiej piłki nożnej odznacza się grą siłową. W tamtych czasach jednak mieliśmy do czynienia z gladiatorami muraw. Brutalne mecze im więc nie były straszne. Mecz z 14 listopada 1934 roku jest również określane „prawdziwym meczem o mistrzostwo świata”. Do Londynu przyjechała reprezentacja Włoch, która w 1934 roku wygrała mundial na swoim terenie. Anglicy nie brali udziału w tamtym turnieju, ponieważ w 1928 roku rodzima federacja wystąpiła ze struktur FIFA. Choć był to mecz towarzyski, to brano go jak najbardziej na poważnie. Sam Benito Mussolini obiecał każdemu zawodnikowi, że w przypadku wygranej, otrzymają po 150 funtów oraz samochód, a konkretnie wybrany przez siebie model Alfy Romeo.
Anglicy już na początku spotkania pokazali, że traktują ten mecz towarzyski jak prawdziwy finał. W pierwszej minucie świetną okazję na zdobycie bramki zmarnował Eric Brook, który nie wykorzystał rzutu karnego, sprezentowanego przez Ceresciolego. Włoski piłkarz w dosyć głupi sposób sfaulował w polu karnym Teda Drake’a. Zaledwie 120 sekund później Brook się zrehabilitował i otworzył wynik tego spotkania. Można powiedzieć, że od tego momentu puściły hamulce po obu stronach. W 10. minucie Brook ustrzelił dublet, lecz na tym gospodarze nie poprzestali. Chwilę po wznowieniu gry, boisko musiał opuścić Luis Monti, który po zderzeniu z Drake’iem doznał złamania nogi. Od tej chwili goście grali w osłabieniu (w owym czasie nie wprowadzono jeszcze przepisu dotyczącego zmian). Wykorzystując przewagę, trzecią bramkę wbił na domiar złego…Ted Drake. Włosi nie wytrzymali i rewanżowali się jak tylko można. Najlepiej to obrazuje starcie, po którym Eddie Hapgood musiał opuścić boisko z powodu złamanego nosa. Mało? Niedługo potem opatrywany był Ray Bowden z powodu skręcenia kostki, a Eric Brook opuścił murawę na skutek złamania kości przedramienia. Na drugą połowę Włosi wychodzili więc w przewadze. Bramka strzeżona przez Franka Mossa była ostrzeliwana raz za razem. Włosi szturmowali połowę Anglików, czego efektem były dwa gole Giuseppe Meazzy. O ile sytuacja na boisku trochę się uspokoiła, to nadal dochodziło do starć, choćby między Luigim Bertolinim i Wilfem Coppingiem. Na szczęście Anglików, wynik spotkania do ostatniego gwizdka nie uległ zmianie. Po tej batalii – piłkarzy uznano za bohaterów narodowych i mistrzów świata, a potocznie nazywano ich „Lwami Highbury”. W meczu tym wystąpił także sir Stanley Matthews. Agresja i brutalność, jaka towarzyszyła temu spotkaniu, w efekcie doprowadziła do poważnych rozmów na temat rezygnacji organizowania oficjalnych spotkań międzypaństwowych…
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
9
Wybitne legendy polskiego futbolu:
14 listopada 1907 r. w Krakowie urodził się Henryk Martyna, obrońca i kapitan Legii Warszawa, 24-krotny reprezentant Polski, członek zespołu, który zajął czwarte miejsce na IO w Berlinie w 1936 r. ,,Miał słynny, oswobadzający wykop oraz bił potężne rzuty karne i wolne. Pamiętam, jak raz na meczu z austriackim Rapidem strzelił wolnego niemal ze środka boiska i trafił w poprzeczkę. Gdzie te czasy?” – wspominał jego grę redaktor Bohdan Tomaszewski. Antałek to mała beczułka przeznaczona do przechowywania wina albo piwa, w potocznym języku oznaczająca po prostu grubasa. Właśnie Antałkiem nazywano Martynę i faktycznie jego sylwetka daleka była od ideałów fitnessu, przy wzroście 167 cm ważył ponad 80 kg. Jednak twardo stał na nogach, grał z wielkim wyczuciem i poświęceniem a rywali straszył swoimi atomowymi strzałami. Przygodę z futbolem zaczynał w krakowskich klubach (Orzeł, Korona), w stolicy Małopolski skończył też szkołę handlową. W 1928 r. rozpoczął służbę wojskową w Warszawie i trafił do Legii, gdzie przeżył najlepsze lata swojej kariery. Dla Wojskowych rozegrał 160 meczów i zdobył 18 goli. Odszedł w 1936 r. i do wybuchu wojny grał w Warszawiance. Był pierwszym strzelcem gola dla reprezentacji w meczu o punkty – 15 października 1933 r. w eliminacjach MŚ pokonał legendarnego bramkarza Františka Pláničkę strzałem z rzutu wolnego (przegraliśmy 1:2). W kadrze debiutował 28 września 1930 r. w towarzyskim meczu ze Szwecją (zwycięstwo 3:0) a przygodę z drużyną narodową zakończył 4 października 1936 r. z Danią (zszedł w 21. minucie w meczu przegranym 1:2). W czasie kampanii wrześniowej walczył w obronie Twierdzy Modlin. Niemcy zwolnili go z obozu jenieckiego w Iławie i wrócił do Warszawy. W rozgrywkach konspiracyjnych w stolicy reprezentował barwy KS Radość. W czasie Powstania Warszawskiego był cywilnym komendantem kamienicy przy ul. Mokotowskiej 52, a po zakończeniu walk trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie. Uciekł stamtąd i resztę życia spędził w Krakowie. Był współwłaścicielem firmy poligraficznej a także kierownikiem sklepu, w czym z pewnością pomogło mu wykształcenie ekonomiczne. W Reprezentacji rozegrał 23 mecze, strzelając 4 gole.
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon
8
Ku pamięci legend:
14 listopada 1986 r. zmarł Ferdinand Daučik. Pochodził on z Czechosłowacji a do Barcelony przybył w 1950 r. jako trener węgierskich uciekinierów z komunistycznego kraju, których liderem był jego szwagier, Ladislao Kubala. Josep Samitier, wielka legenda Barçy był zachwycony poziomem węgierskiej drużyny i doradził prezydentowi FCB zatrudnienie zarówno Daučika, jak i Kubali. Już w pierwszym sezonie Blaugrana dzięki nowym nabytkom zdobyła mistrzostwo Hiszpanii a w dwóch kolejnych podwójną koronę. W 1954 r. Daučik odszedł z Barcelony i przez ponad 20 lat prowadził kilkanaście klubów, głównie hiszpańskich. W sumie był trenerem przez 30 lat bez przerwy, co jest rzadko spotykane. Jeszcze we wrześniu 1980 r. Daučik w wieku 70 lat był pełen werwy i pomysłów: ,,Jestem co raz bardziej przekonany że moja witalność bierze się z tego iż cały czas jestem aktywny. Do teraz widząc dzieci biegające za piłką przyłączam się do gry. Moja głowa jest pełna pomysłów, które zrewolucjonizują futbol hiszpański. To ostatni cel, który sobie postawiłem. Futbol hiszpański jest chory od ponad 15 lat, konkretnie od porażki na Mistrzostwach Świata w Anglii. Wiem że jestem osobą kontrowersyjną ale gdyby brać pod uwagę matematykę w piłce, to pod względem zwycięstw i trofeów byłbym numerem jeden”- powiedział Daučik w 1980 r.
@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
0
@MateS To prawda, lecz większość w końcu wygrywa a jakoś ,,Niebieskim" to się nie udaje...
0
Co się dzieje z ,,Niebieskimi"? Nowy trener, walczą, walczą, walczą i... nic!
5
@FCBparasiempre
Adam Wolanin, bo o nim mowa, urodził się 13 listopada 1919 roku we Lwowie. Wychowywał się w dzielnicy Łyczaków. W czasach, gdy Lwów znajdował się pod zaborem austro-węgierskim, policjanci często uganiali się za miejscowymi chuliganami z okrzykiem „betyar” na ustach. Było to słowo oznaczające w języku węgierskim „awanturnika”. Określenie to tak przypadło do gustu miejscowym, że w późniejszym czasie sami zaczęli dumnie nazywać siebie „batiarami”. Łyczaków pełen był właśnie takich batiarów, ulicznych bardów czy włóczęgów. W ich towarzystwie dorastał i hartował swój charakter młody Wolanin. W późniejszym czasie zaowocowało to nieugiętą postawą na boisku. Dziennikarze i kibice często określali go mianem „Dziecka Łyczakowa”. Jego nieustępliwość i wola walki była charakterystyczna dla mieszkańców tej dzielnicy. W latach 30. nikt poważny nie wiązał jeszcze swojej przyszłości z futbolem. Piłka nożna stanowiła formę zabawy i rozrywki, ale w żadnym wypadku nie była źródłem utrzymania. Wolanin kształcił się więc na mechanika, by mieć jakikolwiek fach w ręku.
Młody lwowiak, który chciał zostać piłkarzem, stawał przed nie lada trudnym wyborem. Pogoń czy Czarni? W mieście na poważnie liczyły się tylko te dwa kluby. Wolanin wybrał „Pogoniarzy”. Od czasów juniorskich przejawiał ogromny talent. Co prawda nie imponował warunkami fizycznymi i siłą (mierzył 168 cm), ale nadrabiał to boiskowym sprytem i charakterem. Szybko zauważono jego talent strzelecki. Pod bramką przeciwnika wykazywał się intuicją godną najlepszych napastników. Między innymi dzięki jego wspaniałej postawie, juniorzy Pogoni wywalczyli w 1937 roku wicemistrzostwo Polski juniorów. W finale lwowiacy musieli uznać wyższość Wisły Kraków, z którą przegrali 0:1. W barwach „Białej Gwiazdy” zagrali m.in. Jerzy Jurowicz i Mieczysław Gracz, powojenni reprezentanci Polski. Wicemistrzostwo kraju dla młodych „Poganiaczy”, jak pieszczotliwie nazywano drużynę z Kresów, zbiegło się w czasie z problemami ich starszych kolegów. W 1936 roku Pogoń zakończyła rozgrywki ligowe na szóstym miejscu. Następna kampania ligowa rozpoczęła się jeszcze gorzej. W siedmiu pierwszych meczach zespół prowadzony przez trenera Ludwika Szabkiewicza zdobył zaledwie jedną bramkę. W tej sytuacji postanowiono sięgnąć po uzdolnioną młodzież. Do drużyny seniorów promowano: Adama Wolanina, Władysława Bałę, Kazimierza Gamskiego, Piotra Drehera, Stanisława Szmyda, Tadeusza Jedynaka i Eustachego Poticha. Już w następnej kolejce Pogoń pokonała ŁKS 2:1. Wolanin zaś mógł rozwijać swój talent u boku takich piłkarzy jak Michał Matyas, Spirydon Albański czy Alfred Zimmer. Swojego debiutanckiego gola w 1 lidze zdobył w meczu przeciwko Cracovii 17 października 1937 roku. Pogoń zakończyła sezon ponownie na 6 pozycji. W kolejnym roku „niebiesko-czerwoni” uplasowali się w tabeli o jedno miejsce wyżej. Adam Wolanin ustrzelił w tamtej kampanii siedem goli. Rok 1938 to był też czas debiutu polskiej kadry narodowej na piłkarskim Mundialu. W zespole, który pojechał do Francji, zabrakło jednak miejsca dla piłkarzy Pogoni. Co prawda pewny plac w reprezentacji miał Jan Wasiewicz, ale na dziesięć dni przed czempionatem złapał kontuzję i nie znalazł się w ekipie kompletowanej przez Józefa Kałużę. Tym samym piłkarzowi „Poganiaczy” nigdy nie udało się zagrać na najważniejszym piłkarskim turnieju. Tak uważa część historyków futbolu. Czy na pewno jest to prawdą? Do tego jeszcze dojdziemy. W ostatnim sezonie przed wybuchem II Wojny Światowej Adam Wolanin znów wykazywał się dobrą formą strzelecką. Już w meczu inaugurującym rozgrywki ligowe, ustrzelił swojego pierwszego (i jedynego) ligowego hat-tricka. Jego ofiarą padł zespół Garbarni Kraków. Do 1 września 1939 roku zdołał zgromadzić na swoim koncie sześć goli. Agresja Niemiec na Polskę przerwała dobrze zapowiadającą się karierę. Jego bilans ligowy zatrzymał się na liczbie 29 spotkań i 14 goli. Wielu upatrywało w nim następcę wielkiego Ernesta Wilimowskiego. Określano go największym talentem ostatniej dekady. Niestety te przepowiednie nie miały prawa się spełnić. Hitlerowskie czołgi, które rozorały polską ziemię, złamały życie wielu młodym ludziom. Także Wolaninowi.
17 września 1939 roku, gdy Polacy odpierali nazistowską nawałnicę, wbito nam w plecy kolejny sztylet. Na wschodnie tereny przybyła „Armia Czerwona”. Lwów przestał być polski. „Perła Kresów” znalazła się w rękach Sowietów. Rozwiązano wszelkie towarzystwa sportowe. Także Pogoń. Na ich miejsce pozakładano jednak nowe. Lokomotyw, Spartak, Dynamo… Rozpoczęła się sowietyzacja okupowanych terenów. Właśnie w jednym z takich radzieckich przeszczepów, przez jakiś czas piłkę kopał Adam Wolanin. Jego talent przykuł uwagę najeźdźców. Zainteresował się nim Spartak Moskwa. Do stolicy ZSRR udał się wraz z Bolesławem Habowskim. Ten drugi przed wojną grał w Junaku Drohobycz. Zdążył rozegrać dwa mecze w polskiej kadrze. Strzelił nawet gola Łotyszom. Reprezentowanie barw moskiewskiej drużyny nie do końca spodobało się Wolaninowi. Przynajmniej nie w takich okolicznościach. Wkrótce zaciągnął się do armii gen. Andersa. Przeszedł szlak bojowy prowadzący przez Iran, Palestynę i Afrykę. Ostatecznie trafił do Anglii. Zawód mechanika, którego wyuczył się w młodości we Lwowie, przydał mu się podczas żołnierskiej tułaczki. Służył w lotnictwie, lecz parał się nie tylko naprawianiem samolotów. Miał 709 godzin nalotu. Trzykrotnie został odznaczony Krzyżem Walecznych. Grywał w piłkę w drużynach wojskowych. Wystąpił w noworocznym spotkaniu pomiędzy polskimi pilotami a ich kolegami z Royal Air Force. Być może Polacy odczuwali jeszcze skutki sylwestrowej zabawy, gdyż przegrali tę towarzyską potyczkę aż 0:8. Koniec wojny miał słodko-gorzki smak. Co prawda Niemcy zostali pokonani, ale Polska pozostała w łapach komunistów. W dodatku ukochany Lwów Wolanina nie znajdował się już nawet w granicach Rzeczpospolitej. „Perła Kresów” została przywłaszczona przez Stalina. „Dziecko Łyczakowa” nie za bardzo miało gdzie wracać. Jako były żołnierz armii Andersa, w Polsce Ludowej prawdopodobnie padłby ofiarą komunistycznych prześladowań. Postanowił więc zostać na Wyspach Brytyjskich jak wielu innych Polaków. Zdołał awansować do stopnia chorążego. Stacjonował w bazie sił powietrznych w Bury St. Edmund w pobliżu Ipswich. Narzeczona namówiła go, aby spróbował swoich sił w jednym z angielskich zespołów. Zgłosił się na testy do Blackpool. W debiucie strzelił pięć goli rezerwom Morecombe. Dzięki temu dano mu szansę w kolejnych meczach sparingowych. Ostatecznie znalazł się w składzie drużyny rezerw. Być może z czasem przebiłby się do pierwszego zespołu, w którym występował, chociażby Stanley Matthews. Wolał jednak wyjechać do USA, gdzie znajdowała się największa diaspora lwowiaków.
Po drugiej stronie oceanu osiadł w Chicago. Występował w klubach polonijnych. Najpierw w Chicago Maroons, a następnie w AAC Eagles. Ci drudzy grali w lokalnej lidze NSL. Jego talent został dostrzeżony przez amerykańskich działaczy, którzy montowali zespół mający wystąpić na pierwszym powojennym Mundialu w Brazylii. Wolanin jak ulał pasował do drużyny Jankesów. W jej składzie znajdowały się takie osobowości jak: Joe Gaetjens, Haitańczyk, który wystąpił jako reprezentant Stanów Zjednoczonych, nie mając nawet amerykańskiego obywatelstwa. John Macca, Belg walczący podczas wojny w ruchu oporu. Frank Wallace, żołnierz, który przesiedział 15 miesięcy w niemieckim obozie dla jeńców. Sami przyznacie, była to mieszanka osobowości, do której „Dziecko Łyczakowa” pasowało idealnie. Większość zawodników tamtej drużyny to byli jednak piłkarze, których dziś nazwalibyśmy hobby-player. Dość powiedzieć, że Wolanin znalazł się w składzie, ponieważ Ben McLaughlin nie dostał urlopu na turniej a dodatkowo miał w planach wesele. Ta zbieranina, która do Brazylii udawała się w roli dostarczyciela punktów, sprawił jedną z największych niespodzianek w historii piłkarskich Mistrzostw Świata. Za taką uznawane jest zwycięstwo z buńczucznymi Anglikami, po bramce wspomnianego Gaetjensa. Tamten mecz znany jest jako „Cud na trawie”. Historia tej potyczki doczekała się nawet ekranizacji (film nazywa się „Gra ich życia”). Adamowi Wolaninowi niedane jednak było wystąpić w tym wiekopomnym wydarzeniu. Trener William Jeffrey wstawił go do składu na inauguracyjne spotkanie z Hiszpanią. W kronice filmowej z tamtych mistrzostw widać jak Wolanin przed meczem wita się z legendarnym Telmo Zarrą. Jankesi ulegli jednak Hiszpanom 3:1, a Zarra zdobył gola pieczętującego wygraną. Szkocki selekcjoner zapewne uznał, że przed meczem z „Synami Albionu” trzeba zrobić w składzie pewne korekty. Ofiarą tych rewolucji padł Polak. Jak się okazało, posunięcia Jeffreya przyniosły oczekiwany skutek. Jego drużyna zwyciężyła z faworytem całego turnieju. W ostatniej grze przegrali jednak 5:2 z Chile i ostatecznie zajęli ostatnie miejsce w swojej grupie. Wolanin mecz z Latynosami również obejrzał tylko z wysokości trybun.
Po powrocie do USA nadal mieszkał w Chicago. W mieście znanym z przetwórstwa mięsnego Wolanin założył niewielką masarnię. Nadal grywał w „soccer”. Przez jakiś czas trenował również kluby polonijne. W pierwszej reprezentacji Stanów Zjednoczonych już więcej nie zagrał. Wystąpił za to kilkukrotnie w drużynie olimpijskiej. Grał tam z innym lwowiakiem — Ukraińcem Zenonem Snylykiem. W tym czasie w kadrze Kanady grał Ostap Steckiv. Także były mieszkaniec „Perły Kresów”. „Dzieciak Łyczakowa” prowadził również niewielką restaurację. Po zakończeniu przygody z piłką Wolanin często zaglądał do kieliszka. Być może przez utraconą szansę na zrobienie większej kariery? A może z tęsknoty za ukochanym Lwowem? Trudno odgadnąć. Ostatnie lata jego życia to tajemnica. Zerwał kontakt ze znajomymi. Być może przez problem z alkoholem. Wiadomo jedynie, że zmarł w 1987 roku. W 1976 roku został wprowadzony wraz z resztą zespołu z Mundialu w Brazylii do National Soccer Hall of Fame. Ilu takim chłopakom jak on karierę złamała zawierucha wojenna? Jak potoczyłyby się jego dalsze losy? Czy dorównałby talentem Ernestowi Wilimowskiemu? Tego już nigdy się nie dowiemy. Został jedynym graczem Pogoni Lwów, który zagrał na Mundialu. Jednak ten występ to istny chichot losu.
11
Pierwszy Polak na powojennym mundialu:
W 1938 roku reprezentacja Polski zadebiutowała na mistrzostwach świata w piłce nożnej. Niestety piekło II wojny światowej oraz lata siermiężnej komuny sprawiły, że na kolejny występ biało-czerwonych na mundialu przyszło czekać polskim kibicom 36 lat. Migracja ludów, spowodowana zawieruchą wojenną porozrzucała wielu naszych rodaków po całym świecie. Dzięki temu jeden z obiecujących, przedwojennych talentów polskiej piłki zagrał na światowym czempionacie w 1950 roku. Reprezentował Stany Zjednoczone. Poznajcie jego historię(w odpowiedzi na komentarz).
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
8
Wybitne legendy polskiego futbolu:
13 listopada 1955 r. w Warszawie urodził się Stanisław Terlecki. Synonim wielkiego pecha w polskim futbolu. Dwukrotnie był bardzo bliski wyjazdu na mistrzostwa świata, jednak na przeszkodzie stawały mu dziwne przypadki. Ostatecznie nie zagrał na tej imprezie, choć w opinii wielu Terlecki był jednym z najlepszych lewoskrzydłowych lat 70-tych i 80-tych na świecie! ,,Brylantowe” – mawiał podobno o jego umiejętnościach sam Gmoch. Zawodnik był pewniakiem w jego drużynie szykowanej do występu na Mistrzostwach Świata. Na drodze stanął mu jednak ligowy występ w barwach ŁKS przeciwko Polonii Bytom. Niespełna miesiąc przed mundialem obrońca rywali Czesław Bryłka popełnił brzydki, perfidny faul, po którym Terlecki doznał kontuzji łąkotki. Wykonał olbrzymią prace aby powrócić do zdrowia w ekspresowym tempie. Stawił się nawet na specjalnych testach zarządzonych przez selekcjonera, przechodził kolejne egzaminy ale kiedy przyszło do wykonania strzału piłka lekarską, musiał odpuścić. Gmoch wprost przyznawał że ten niespodziewany wypadek przewrócił do góry nogami całą jego koncepcje gry opierającą się głównie na Terleckim. Cenił go nawet wyżej niż Gadoche. Uważał że posiada wszystkie zalety tamtego a dodatkowo jest skuteczniejszy. Pomimo braku powołania, przyjechał na lotnisko powitać powracającą z mundialu kadre. Pomagał nawet wynosić bagaże Masztalerowi. Natomiast Bońka i Kukle częstował szampanem. Za drugim razem na drodze stanął mu jego charakter. Inteligentny i błyskotliwy Terlecki z czasem zaczął być coraz bardziej bezkompromisowy. Przekornie stawał okoniem w reakcji na wiele decyzji. Już raz spotkał się z dyskwalifikacją, za… szczekanie na dziennikarzy. Kilka miesięcy później popadł w jeszcze większe tarapaty, gdy razem z Bońkiem i Żmudą protestował przeciwko karze dla Młynarczyka. Całą czwórke ukarano za to dyskwalifikacją. Piłkarze Widzewa ukorzyli się przed PZPN-em i przeprosili. Terlecki pozostał niezłomny w swej decyzji. Przypłacił za to absencją mundialową. Świat nie mógł znów obejrzeć w akcji znakomitego technika…
Po prawdzie długo mu się zbierało na taka dyscyplinarną absencje. Jako potomek magnaterii był chyba jedynym jawnym przeciwnikiem komunizmu wśród piłkarzy. W czasie strajków studenckich nawet samochodem dowoził prowiant protestującym. Jako jeden z nielicznych legitymował się studiami i to nie na AWF-ie ale na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Łódzkiego. Zawsze zresztą podkreślał wage nauki. Kariera klubowa nie przyniosła mu zbyt wielu trofeów. Ani w Gwardii, ani w ŁKS-ie, w którym stał się gwiazdą ligi, nie dane mu było choćby raz stanąć na podium. Raz zagrał w finale Pucharu Polski. Dopiero po powrocie zza granicznych wojaży, już w barwach Legii Warszawa, 2-krotnie został zdobywcą Pucharu Polski. Nigdy zaś nie zdobył mistrzostwa Polski. Pomimo tego niewątpliwie stał się jedną z największych gwiazd Ekstraklasy pod koniec lat 70-tych. Do tej pozycji uprawniał go niesamowity drybling i umiejętności techniczne. Dzięki szybkości i naturalnej kiwce łatwo przedostawał się pod pole karne rywali. Wytrzymałość sprawiała natomiast że można było się spodziewać jego kolejnych rajdów praktycznie w każdej chwili, nawet pod sam koniec meczu. Dla tych popisowych numerów na stadion ŁKS-u ściągały tłumy. Szacuje się iż większość Stanisławów urodzonych w tym mieście pod koniec lat 80-tych zawdzięcza swoje imie właśnie temu piłkarzowi. Jego ściągnięcie klub zawdzięcza włókniarkom, które poskarżyły się Gierkowi że ich mężowie myślą o braku tego piłkarza a nie o pracy. Starszym fanom z miejsca przypominał swojego poprzednika z ofensywy łodzian – Jerzego Sadka. Może Terlecki obdarzony był nieco słabszym wykończeniem niż Sadek, za to miał jeszcze lepszy drybling. Wielu uważało nawet że nie widziało lepszego piłkarza w swoim życiu. W barwach ŁKS-u sięgnął po swoje najważniejsze indywidualne wyróżnienie w karierze – tytuł Odkrycia Roku w Plebiscycie ,,Piłki Nożne”. W reprezentacji w sumie zagrał 29 razy i strzelił 7 goli. Najlepiej wypadł w starciu ze Szwajcarią w 1979, gdy strzelił 2 gole. Po dyskwalifikacji już nigdy nie włożył biało-czerwonej koszulki reprezentacji. Wyjechał do USA, gdzie w New York Cosmos został następcą Pelego. Po powrocie do Polski występował jeszcze w ŁKS-ie, Legii oraz Polonii Warszawa. Później zajął się biznesem. Prowadził też własną szkółke piłkarską. Spisał biografie pt. ,,Pele, Boniek i ja”. Był felietonistą w ,,Superexpresie”. W ostatnim czasie jednak wycofał się ze środowiska piłkarskiego. Stanisław Terlecki zmarł w grudniu 2017 r. po wieloletnich problemach z psychiką i alkoholem.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
1
@FCBparasiempre
Znakomite występy dawały kibicom nadzieje na równie dobry start w kolejnym sezonie. Tym bardziej że zabrzanie byli w świetnej formie. Niestety, ale po interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji marzenia prysły. UEFA chciała oddzielić kraje kapitalistyczne od komunistycznych. Wobec tych planów państwa zza żelaznej kurtyny wycofały się z rozgrywek. Wszystkie oprócz Czechosłowacji. Nasi południowi sąsiedzi dobrze na tym ruchu wyszli, bo właśnie wtedy Slovan Bratysława zwyciężył w rozgrywkach o Puchar Zdobywców Pucharów. To w tych rozgrywkach Górnik, jako zdobywca krajowego pucharu, reprezentował Polskę sezon później. Jeśli nas regularnie czytacie, to z pewnością znacie historię występu zabrzan w tamtym sezonie. Oślizło oczywiście odgrywał jedną z głównych ról. To on właśnie namówił Gorgonia, żeby w rewanżowym meczu z Romą ruszył do przodu i spróbował szczęścia. Opłaciło się. Gorgoń wywalczył rzut karny, który na bramkę zamienił Lubański. Przed trzecim, dodatkowym meczem, niewiele brakowało, a zawodnicy Górnika nie dojechaliby na czas na stadion i przegraliby walkowerem. A wszystko przez sztuczki Helenio Herrery. Omal nie spóźniliśmy się na mecz, choć w mieście byliśmy przecież odpowiednio wcześniej. Wszystko dlatego, że autokar w ogóle nie podjechał po nas pod hotel. Na szczęście polonusi z Francji i Niemiec, którzy przyjechali do nas po autografy, zabrali nas swoimi samochodami! To była ostatnia chwila! Wbiegłem na stadion 20 minut przed pierwszym gwizdkiem, przebierałem się w strój, jadąc już samochodem. Włosi dawno się rozgrzewali. Potem okazało się, że Helenio Herrera, trener Romy, powiedział kierowcy, że ma po nas… nie jechać, bo autokar jest do wyłącznej dyspozycji włoskiej ekipy i ma na nią czekać na parkingu. Tymczasem organizatorzy przygotowali jeden autokar dla obu drużyn – opowiadał Oślizło. Starcie zakończyło się oczywiście remisem. Dziwnym trafem w dogodnej sytuacji dla Górnika zgasło światło. Zabrzanie jako pierwsi objęli prowadzenie, ale Włosi wyrównali po wątpliwym karnym. Wobec braku rozstrzygnięcia nadszedł czas na losowanie. Pierwsze w tym meczu, które decydowało o kolorze strojów, wygrali Włosi. Tym razem jednak szczęście było po naszej stronie. Właściwie nie była to moneta, a żeton – zielony z jednej, czerwony z drugiej strony. Sędzia nie wskazał wówczas, który z nas ma pierwszeństwo wyboru. Szybko się więc wyrwałem i pokazałem na „zieleń”. „Kolor nadziei” – pomyślałem sobie. A poza tym czerwonego to ja bardzo nie lubiłem… Sędzia podrzucił żeton. Te sekundy, kiedy frunął w powietrzu, były straszne. W końcu arbiter pozwolił upaść mu na ziemię. I wtedy zobaczyłem ten mój kolor na wierzchu! Wyrzuciłem w górę ręce z radości – wspominał jeden z najważniejszych momentów w swojej karierze Oślizło. Przed finałem z Manchesterem City koledzy namówili swojego kapitana, żeby poszedł do prezesa i spróbował wynegocjować jakąś dodatkową premię. W odpowiedzi usłyszał, że mają grać i wygrać, a krzywdy im nie zrobią. Do Wiednia pojechały dwa autokary, w których oprócz zawodników, znalazło się też miejsce dla żon, działaczy, dygnitarzy i rozmaitych dyrektorów. Dojechali na miejsce w dniu meczu przed południem. Dostali dwie godziny wolnego na zakupy, ale czynników, które wpłynęły na wynik meczu, było z pewnością więcej. Jeszcze przed upływem kwadransa Anglicy objęli prowadzenie. Drugiego gola zdobyli po błędzie zabrzańskiej obrony. Stefan zagrał do mnie niezbyt precyzyjnie. Z trudem doszedłem do piłki. Chciałem ją od razu podać do Olka, lecz nie uczyniłem tego dokładnie i Lee wyczuł moje intencje. Murawa była śliska, przewróciłem się, a rywal samotnie ruszył na naszą bramkę – wspominał z żalem stoper Górnika. Kiedy do końca pozostawało 20 minut, Oślizło postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Wiele nie ryzykował, a zawsze miał ciągoty ofensywne. Akcja poszła prawą stroną. Banaś posłał płaskie dośrodkowanie w pole karne wprost do kapitana. Byłem odwrócony bokiem do bramki. Przyjąłem prawą nogą, obróciłem się o 180 stopni i uderzyłem lewą, tą słabszą. Nie powiem, że z zamkniętymi oczami, ale jednak bez mierzenia. Piłka dostała jeszcze poślizgu i wpadła do bramki. Czasu na radość nie było, szybko pobiegłem do środka boiska. „Jeszcze 20 minut” – kołatała mi w głowie myśl– opisywał. Anglicy dobrze jednak wiedzieli co robić. Grali na czas. Jak najczęściej starali się wybijać futbolówkę poza boisko, a nie było wtedy ustawionych co pięć metrów chłopców do podawania piłek. Górnik przegrał. Na pomeczowej, wspólnej kolacji mieli jednak okazję napić się szampana z okazałego pucharu.
Na początku lat 70. mimo już dosyć zaawansowanego wieku Oślizło ciągle prezentował bardzo dobrą formę. Jednak jego przygoda z reprezentacją zakończyła się po pechowej porażce z RFN na Stadionie Dziesięciolecia 10 października 1971 r. Polacy przegrali 1:3, a winą za porażkę obarczono Jana Tomaszewskiego i resztę formacji defensywnej, z Oślizłą na czele, choć nikt go palcem nie wskazywał. W Górniku jednak jego pozycja była niepodważalna. Niestety kontuzja, którą odniósł 21 października 1972 r., była początkiem końca jego piłkarskiej kariery. Kwadrans przed końcem meczu z Pogonią doznał urazu w starciu ze skrzydłowym Ryszardem Mańką. Korki przeciwnika przebiły prymitywny ochraniacz i zatrzymały się na kostce. W szatni, po ściągnięciu getrów, zobaczyłem jednak wielką dziurę w nodze, z wystającą kością! Nie była złamana, ale i tak konieczna okazała się wizyta w szpitalu i szycie. A następnego dnia rano koledzy odlatywali do Kijowa na pierwszy mecz PEMK z miejscowym Dynamem. Prezes Wyra poprosił mnie, bym przyjechał pożegnać chłopaków, jako dobry duch drużyny. Ale byłem tak słaby po zabiegu, że nie udało mi się nazajutrz dojechać do klubu i życzyć drużynie „wszystkiego dobrego”. Najwyraźniej właśnie z tego powodu doszło do ochłodzenia naszych stosunków – wspominał obrońca. W Kijowie Górnik przegrał, a w prasie podkreślano, że bardzo był widoczny brak Anczoka i Oślizły. W rewanżu 8 listopada pan Staszek już zagrał, ale drużynie nie udało się odwrócić losów dwumeczu. 12 listopada wyszedł w wyjściowym składzie w meczu z Lechem. Górnik wygrał 3:0. Nikt nie przypuszczał, że to ostatnie ligowe spotkanie legendarnego stopera. Miał już 35 lat, ale ciągle czuł się na siłach, żeby grać. O tym, że nie ma dla niego miejsca w zespole, dowiedział się od krawca. Na początku 1973 r. zabrzanie mieli polecieć na ponadmiesięczne tournée do Meksyku, Gwatemali, Kostaryki i Kolumbii. Tradycyjnie po jednym z treningów piłkarze poszli na przymiarkę garniturów, w których mieli udać się za ocean. Krawiec sprawdzał listę zawodników, ale próżno było na niej szukać nazwiska Oślizły. Wzburzyło mnie to, poszedłem do kierownika, Mariana Olejnika. „Nie ma mnie na liście” – mówię. Bardzo się zmieszał, speszył, wreszcie mówi: „Prezes Wyra polecił, żeby cię już nie zabierać. Że już masz dość tych dachówek na dom w Szczyrku” – przedstawiał sytuację Oślizło. Ostatnie zdanie odnosi się do domku letniskowego, którego budowę pan Staszek powoli kończył. Długie lata zastanawiał się, czy prezes był o tę daczę zazdrosny, czy chodziło o coś innego. Mimo że wielokrotnie się spotykali, to Oślizło nigdy nie zapytał o powody tej decyzji. Kiedy Górnik był w Ameryce, to obrońca trenował razem z drugą drużyną. Pracował nad dojściem do jak najwyższej formy. Chciał jeszcze udowodnić swoją przydatność dla drużyny. Na próżno prezesa do zmiany zdania próbował przekonać trener Jan Kowalski. Swoje niezadowolenia ze sposobu, w jaki potraktowano Oślizłę, wyrażali też zawodnicy na czele z Lubańskim. Nikt nic nie wskórał. 14 kwietnia przy okazji derbowego meczu z Ruchem oficjalnie pożegnano wielkiego obrońcę. To był mój pierwszy tej wiosny mecz, w którym pojawiłem się na stadionie. W garniturze, na trybunach. W przerwie poproszono mnie na bieżnię, podziękowano za lata gry w Górniku. Dostałem telewizor kolorowy. I tyle – opowiadał. Po zakończeniu boiskowej kariery próbował swoich sił jako trener. Prowadził sporo drużyn, z lepszymi, bądź gorszymi rezultatami. Myślał, że będzie to dość łatwa praca – wystarczyło przekazać młodszym to, co samemu najlepiej się potrafiło – ale jednak nie było to takie proste. Zdecydowanie lepiej radził sobie jako piłkarz niż jako szkoleniowiec. Eryk Wyra proponował mu posadę kierownika sekcji, ale Oślizło uniósł się honorem i grzecznie podziękował. Wkrótce potem okazało się, że musi podjąć normalną pracę w górnictwie, bo tylko trenerzy pierwszego zespołu byli z niej zwolnieni. Na szczęście dano mu możliwość wyboru działu, w którym będzie pracował i dzięki temu został inspektorem BHP. Pracując w kopalni, równoległe był szkoleniowcem drużyn młodzieżowych. Kilka razy zmieniał miejsce zatrudnienia, ale zawsze pilnował tego, żeby mieć ciągłość pracy w górnictwie i nie stracić przywileju górniczej emerytury. W 1990 r. został drugim trenerem Górnika u boku swego przyjaciela Jana Kowalskiego. Obaj panowie doprowadzili zabrzański zespół do wicemistrzostwa kraju, a rok później do finału Pucharu Polski. Kiedy w 1995 r. zwolniono Edwarda Lorensa i Waldemara Fornalika ich miejsce zajął właśnie Oślizło. Swój ukochany klub poprowadził jednak tylko w dwóch meczach. Jeden wygrał i jeden przegrał. Przez cały czas był związany z klubem. Najpierw jako rzecznik, później jako doradca prezesa. Jako jedyny z dawnych gwiazd Górnika ma własny gabinet na stadionie. Z zabrzańskim klubem ośmiokrotnie zdobywał tytuł mistrza Polski. Sześciokrotnie wznosił w górę Puchar Polski. Czterokrotnie zwyciężał w plebiscycie Sportu o Złote Buty. W reprezentacji rozegrał 57 spotkań. Strzelił jedną bramkę (ze Szwecją we Wrocławiu w 1966). Wiele razy wyprowadzał kadrę na boisko jako kapitan. Niestety, jak całe pokolenie lat 50. i 60. był niespełniony w reprezentacji. Żeby awansować na wielką imprezę, zawsze czegoś brakowało, zawsze coś stawało na przeszkodzie. Wzór do naśladowania tak na boisku, jak i poza nim. Zawsze oddany i waleczny, ale jednocześnie elegancki i grający fair. Dokładnie taki, jaki powinien być kapitan.
1
@FCBparasiempre
Coraz lepiej zapowiadająca się kariera, młodzieńcza miłość i powołania do juniorskiej reprezentacji sprawiły, że Stanisław zrezygnował ze studiów. Po powrocie z turnieju zaległości na uczelni miał już na tyle duże, że stwierdził, że nie ma sensu tego dłużej ciągnąć. To wtedy podjął definitywną decyzję o zostaniu piłkarzem. Rodzice nie robili mi specjalnych wymówek, gdy zrezygnowałem z Akademii. Ojciec zaczynał odczuwać dumę z moich sukcesów, gdy koledzy pytali go, czy ten Oślizło w reprezentacji juniorskiej to jego syn – wspominał. Na styczniowych konsultacjach był jeszcze zawodnikiem Kolejarza, ale do Budapesztu pojechał już jako zawodnik Górnika Radlin. W 1951 r. klub odniósł największy sukces w swojej historii – zdobył wicemistrzostwo kraju. Kiedy Oślizło do niego dołączał, zespół grał na zapleczu ekstraklasy. Był za silny na drugą ligę i za słaby na pierwszą. Wcześniej działacze snuli plany uczynienia z niego wizytówki górnictwa. Byłem zadowolony z propozycji Górnika z wielu względów. Raz – że mogłem w ten sposób wrócić do rodzinnego domu. Dwa – że przecież niewątpliwie był to sportowy awans. No i trzy – bo do narzeczonej miałem dużo bliżej… Zresztą tak naprawdę to właśnie zdanie jej oraz mojej przyszłej teściowej ostatecznie skłoniło mnie do zmiany klubu. Do obu pań działacze Górnika dotarli wcześniej niż do mnie – opisywał zmianę klubowych barw pan Staszek. Pierwszy raz w nowych barwach zagrał 8 kwietnia 1956 r. Była to trzecia kolejka rozgrywek drugiej ligi. Górnik Radlin wygrał w Bydgoszczy z CWKS-em (dzisiejszym Zawiszą) 1:0. Oślizło miał 18 lat, a grał już pierwszym składzie na bardzo odpowiedzialnej pozycji stopera. W prasie podkreślano, że posiada nieprzeciętny talent, ale musi jeszcze dużo pracować. Zdarzały mu się słabsze występy, choć w większości meczów spisywał się bardzo dobrze. Był ambitny i chciał jak najszybciej nadrabiać braki. Często zostawał po treningach i pracował nad słabszymi elementami swojej gry. Klub chciał poważnie zaistnieć w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale warunki były bardzo skromne. Rolę szatni spełniał dość prymitywny barak. Na środku stał „żeleźniok”, czyli żelazny piec z wychodzącą z niego rurą. Siadaliśmy wokół niego po treningu i suszyliśmy koszulki. Samemu trzeba było zadbać o strój. O buty także. Co prawda dostarczał je klub, ale po każdych zajęciach czy po meczu zabierałem je do domu, samodzielnie czyściłem i wypychałem gazetami, by nie straciły „profilu”. Z kąpielą bywało różnie. Czasami zdarzała się ciepła woda i wtedy chodziło się do łaźni z przyjemnością. Częściej jednak z kranu leciała zimna. Nie narzekałem jednak – mówił Oślizło. To podczas pobytu w Radlinie ustatkował się i wziął ślub. Wcześniej za pierwsze pieniądze, które zaoszczędził, sprawił sobie motocykl Iż. Później udało mu się okazyjnie kupić moskwicza od pewnego przedsiębiorcy z Radlina, który zaproponował mu, że zakup może spłacać w ratach. Niewiele brakowało, a jak większość młodych mężczyzn trafiłby do wojska. Dostał nawet bilet, co wywołało niemałe zamieszanie w klubie. Na szczęście był oficjalnie zatrudniony jako górnik, przez co służba wojskowa go ominęła. W górniczym klubie spędził cztery sezony. Dwukrotnie awansował z nim do ekstraklasy i dwukrotnie z niej spadał. Ten drugi spadek, który zespół zanotował w 1959 r., był ostatnim. 15 listopada Górnik Radlin zremisował w Łodzi z ŁKS-em 1:1 i nigdy więcej na najwyższym szczeblu nie zagrał. Ostatnią bramkę dla klubu na tym poziomie strzelił właśnie Oślizło. Zdawał sobie sprawę, że nadchodzi czas na zmianę otoczenia. Kibice przychodzili na stadion głównie, żeby podziwiać jego grę. Był w bardzo dobrej formie, dziennikarze go chwalili, coraz częściej pojawiały się głosy, że odejdzie z Radlina. Grał w juniorskiej reprezentacji, wiedział, że jeśli chce zaistnieć w dorosłej kadrze i dalej rozwijać, to musi poszukać nowych wyzwań. Swoje kroki skierował do Chorzowa. W Ruchu grali Antoni Nieroba, Eugeniusz Faber czy Kazimierz Polok, których Oślizło dobrze zdążył poznać w kadrze juniorskiej. Liczył, że dzięki pomocy kolegów szybciej zaaklimatyzuje się w nowym miejscu. Poza tym miał w pamięci wspomnienie z wczesnej młodości, kiedy to będąc na licealnej wycieczce, miał okazję oglądać spotkanie Ruchu z Polonią Bytom. Chorzowianie wygrali 7:0, co zrobiło ogromne wrażenie na młodym Staszku. Kiedy jednak zjawił się na Cichej, zastał tam tylko gospodarza obiektu. Ten wskazał mu miejsce, gdzie spotka członka zarządu. Działacz wcale nie kwapił się z podjęciem decyzji i powiedział, żeby Oślizło przyszedł innym razem, kiedy będzie więcej decyzyjnych osób. Zawodnik zraził się w ten sposób do chorzowskiego klubu, a Ruch stracił jednego z najlepszych polskich stoperów w historii.
Talent Oślizły zaczynał dostrzegać inny wielki klub ze Śląska – zabrzański Górnik. W Zabrzu świętowano właśnie drugi w historii tytuł mistrzowski, miasto było dużo liczniejsze od Radlina i miało też większy stadion. Działało tutaj aż osiem kopalń, więc o zaplecze finansowe klubu nie trzeba się było martwić. Młody obrońca nie mógł chyba lepiej trafić. Pierwszy raz wystąpił w nowych barwach 29 listopada 1959 r. w towarzyskim meczu z opolską Odrą. Był jeszcze wtedy graczem klubu z Radlina. Parę dni później w Zabrzu zaproponowano mu wyjazd z drużyną na zachodnioeuropejskie tournée. W jego dotychczasowym miejscu pracy nie robiono mu problemów i udzielono zgody na wyjazd. Na ten wyjazd pojechałem jako prawy obrońca. Szukano bowiem w Zabrzu następcy dla szykującego się do zakończenia przygody z piłką Antka Franosza. Pozycja stopera należała do reprezentanta, Stefana Florenskiego. Ale i tak dobrze mi się w tej nowej roli grało. Zdecydowałem więc, że moim klubem będzie właśnie Górnik Zabrze – wspominał. Zmiana barw klubowych nie była tak prosta. Transfery między klubami były wówczas niezbyt częste, oczywiście nie licząc tych piłkarzy, którzy odbywali służbę wojskową w Legii. W Radlinie zakładano, że w kolejnym sezonie klub wróci do ekstraklasy, a tak klasowy gracz, jakim był już wtedy Oślizło, miał odegrać w tym powrocie jedną z głównych ról. Staszek próbował interweniować u Andrzeja Kropaczka – prezesa klubu i dyrektora kopalni w jednej osobie – ale bez skutku. Na dodatek jeszcze go zawieszono. Wobec silnych finansowych argumentów z Zabrza prezes w końcu ustąpił. Oślizło kosztował niebotyczne wtedy 100 tys. złotych. Jemu samemu za transfer zapłacono 25 tys., czyli równowartość 10 górniczych pensji. Jak się miało później okazać, piłkarz był zdecydowanie wart wydanych pieniędzy. Ale w Radlinie straszyli mnie Zabrzem. „Nie idź tam, Stadiek. Rozpijesz się, tam przecież same pijaki!”, mówili. Ale ja się nie bałem. Nie piłem, nie paliłem i zawsze słuchałem trenerów. Wiedziałem, że przecież nikt na siłę wódki do gardła nie będzie mi wlewał – wspominał w książce Pawła Czado. Oślizło musiał z marszu wkomponować się w drużynę. Miał grać na prawej stronie, ale po kontuzji, jakiej doznał Florenski w Rzymie, udanie zastąpił go na pozycji stopera. Sezon zakończył z zespołem dopiero na trzecim miejscu. Sam przyznaje, że nie było to wejście smoka, ale najlepsze miało nadejść. W zabrzańskim klubie szybko stał się jednym z liderów. Mimo młodego wieku wkrótce wybrano go na kapitana zespołu. A warto pamiętać, że w drużynie było wielu znakomitych, bardziej doświadczonych graczy. W tajnym głosowaniu zdecydowano jednak, że najbardziej godnym noszenia kapitańskiej opaski jest właśnie Oślizło. Już w drugim sezonie zwyciężył w plebiscycie Sportu i zdobył swoje pierwsze Złote buty. Górnik w tamtym sezonie przegrał tylko dwa spotkania, zaliczając fantastyczną passę 22 meczów bez porażki. W cuglach wygrali mistrzostwo. Pierwsze z ośmiu, jakie stało się udziałem pana Stanisława. Zawsze grał twardo i nieustępliwie, będąc przy tym jednocześnie dżentelmenem. Kiedy do klubu przyszedł młodziutki Włodzimierz Lubański, to właśnie Oślizło otoczyć miał go opieką. Podczas tournée w USA czy na pierwszych zgrupowaniach byli razem w pokoju. Sztab wiedział, że przy ułożonym i spokojnym Staszku, młodemu Włodkowi nie grozi nic złego. Przyjęli mnie znakomicie. Staszek Oślizło, kapitan drużyny, opiekował się mną jak ojciec. W Górniku potrafiono wprowadzać młodych piłkarzy do zespołu, co wcale nie jest sprawą prostą – wspominał swój początek w klubie Lubański. Relacje prasowe z czasów jego gry są pełne pochwał pod jego adresem. Sporadycznie jedynie zdarzały mu się słabsze spotkania. Najczęściej w Sporcie można było przeczytać, że na uwagę zasługuje znakomita postawa stopera Oślizły. Wspaniale grał głową. Dzięki uprawianej w młodości siatkówce dysponował bardzo mocnym odbiciem. ,,Stasiek to wyjątkowa postać. Tworzyliśmy parę stoperów, która w tym czasie miała największy skok dosiężny. Być może wynikało to z faktu, że Stasiek wcześniej trenował siatkówkę, grał w koszykówkę. Ja miałem 71 centymetrów, Stasiek – 72 centymetry”– opowiadał Jacek Gmoch, z którym Oślizło przez lata grał w reprezentacji. Cieszył się opinią eleganckiego i uprzejmego zawodnika. Miał jednak w swojej karierze kilka incydentów dyscyplinarnych. Jednym z nich było zdarzenie z Warszawy, sprzed meczu z Gwardią. Dzień przed spotkaniem Górnik przyjechał do stolicy późnym wieczorem. Zawodnicy zjedli kolację i część wyszła przed hotelową restaurację. Czekali przed autokarem, aż zjawi się reszta ekipy. Nagle zjawił się patrol milicji, który nakazał zawodnikom się rozejść i nie robić zbiegowiska. Tłumaczenia, że są piłkarzami i czekają na kolegów, na nic się zdały. Emocje zaczęły narastać, pojawiła się też policyjna suka. Nagle Oślizło, który żywo dyskutował z milicjantami, poczuł, że ktoś próbuje założyć mu kajdanki. Chciał się wyrwać, ale na niewiele się to zdało i wpakowano go do samochodu. W tym samym czasie z hotelu wyskoczył Karol Kapciński, który zazwyczaj był rezerwowym. Bez namysłu uderzył jednego z mundurowych w twarz i zniknął w ciemnościach. W raporcie milicjanci jako winnego tego zajścia wskazali Oślizłę. Efekt? ,,Dostałem pod pachę koc i wpakowali mnie do celi. Siedziały w niej już w typki o bardzo nieciekawym wyglądzie. Pietra miałem sporego, gdy ich zobaczyłem. Grzecznie oddałem im koc, po czym skuliłem się gdzieś w kącie i usiłowałem zdrzemnąć”– wspominał noc w areszcie pan Staszek.
Na nogi postawiono najważniejszych działaczy Górnika, dygnitarzy partyjnych w Zabrzu, aż w końcu sprawa oparła się o prezesa PZPN Wiesława Ociepkę, który był jednocześnie członkiem KC PZPR. Oślizłę wypuszczono rano o 10:00, dopiero po okazaniu, w którym rozpoznał go jeden z milicjantów. Kiedy zawodnicy wychodzili na mecz, funkcjonariusze uważnie przyglądali się każdemu piłkarzowi Górnika, szukając Kapcińskiego. Ten jednak nie został nawet wpisany do protokołu i czekał w hotelu. Dzięki zabiegom na różnych szczeblach całą sytuację udało się załagodzić, ale dla zawodnika nie był to koniec problemów. „Wie pan, pobity funkcjonariusz musiał zmienić pracę…” – stróże prawa dawali mi wyraźnie do zrozumienia, że jakiś „prezent” dla pokrzywdzonego pozwoli ją wyciszyć. Po takiej sugestii wróciłem do Zabrza, wziąłem z klubu cały kupon gabardyny – materiały na galowy mundur górniczy – i pojechałem z nim ponownie do stolicy. Pokręcili nosem… „Święta się zbliżają, coś by się przydało pod choinkę” – usłyszałem. Nie było wyjścia; podjąłem – niemałe – pieniądze z książeczki PKO, wsadziłem w kopertę i zawiozłem do Warszawy. Dopiero wtedy ostatecznie zamknięto dochodzenie – wspominał. Dominacja Górnika w lidze nie każdemu się podobała. Czasami zdarzało się, że sędziowie bardziej sprzyjali przeciwnikom. Pojawiały się też rozmaite propozycje odpuszczenia meczu, ale nikt nigdy nie proponował pieniędzy za przegraną czy remis. Miała też miejsce sytuacja, w której wyniku Oślizło został zawieszony. Górnik grał z GKS-em Katowice. Przegrywali już 0:2, ale w końcu do siatki trafił Alozjy Deja, a potem do remisu doprowadził Hubert Skowronek. Ta druga bramka nie została jednak uznana przez sędziego. Bogdan Hirsch dopatrzył się pozycji spalonej, jak i faulu Erwina Wilczka. Zaczęły się protesty. Zostałem czynnie znieważony. Uderzył mnie zawodnik Górnika, Florenski. Wcześniej byłem atakowany przez Oślizłę i Wilczka. Obaj trzymali jednak ręce przy sobie – żalił się mediom arbiter. Dla Hirscha było to pierwsze spotkanie prowadzone na tym szczeblu. Wcześniej piętnastokrotnie sędziował na drugoligowych boiskach. Mecz został przerwany, według zabrzan niesłusznie. Oślizło, który był kapitanem, złożył oficjalny protest z powodu naruszenia przepisów gry i domagał się odnotowania tego w protokole. ,,Sędzia nie uznał nam prawidłowo – moim zdaniem – zdobytej braki. Chłopcy otoczyli go, gestykulując dość gwałtownie. Mówią, że Włodek Lubański położył arbitrowi rękę na ramieniu, że nim „potrząsnął”. Ja tego nie wiem – byłem pod własną bramką. Z tym większą konsternacją przyjąłem decyzję arbitra, który wskazał na tunel, przerywając mecz”– przedstawiał swoją wersję Oślizło. Kilka dni później przyszły do klubu wezwania na Wydział Dyscypliny. Ośliźle zarzucono obrazę słowną sędziego, a Florenskiemu czynne znieważenie arbitra. Kapitan Górnika przypuszcza, że koniecznie chciano kogoś ukarać i padło na najstarszych. Ich kariery zbliżały się już powoli do końca, a zawieszenie takiego zawodnika jak choćby Lubański, byłoby znaczącym osłabieniem dla reprezentacji. Na posiedzeniu, kiedy kazano nam z „Florkiem” siąść przed wysokim gremium, poczułem się jak na ławie oskarżonych w sądzie. Odczytano protokół pana Hrischa. „Oj, panie Stanisławie, nigdy bym nie przypuszczał, że tak zrównoważony człowiek może się uciec do takich zachowań” – usłyszałem komentarz zza stołu, przy którym siedzieli członkowie wydziału. „Pan wierzy w to, że ja mógłbym postąpić tak, jak to opisał sędzia?” – zapytałem przewodniczącego. „Ale ja, niestety, muszę respektować to, co jest napisane” – nie odpowiedział mi wprost na moje pytanie. Wtedy już wiedziałem, że jestem na straconej pozycji – opowiadał stoper. Ostateczne Kostka, Oślizło i Wilczek otrzymali karę sześciu miesięcy dyskwalifikacji w zawieszeniu na rok. Oślizło został dodatkowo pozbawiony funkcji kapitana na dwa lata. Florenskiego zdyskwalifikowano na okres dwóch lat, co oznaczało dla niego praktycznie koniec kariery. Piłkarze wiedzieli, że to niesprawiedliwe, żaden jednak nie zaprotestował. Wszyscy chcieli chronić Lubańskiego. Brał udział w wielu pucharowych bojach Górnika. Pierwsze ich występy bywały pechowe, o czym szerzej przeczytacie w naszej książce. Dopiero pod wodzą Gezy Kalocsaya udało im się bardziej zaistnieć w rozgrywkach. W 1967 r. wiosną spotkali się z Manchesterem United, prowadzonym przez Matta Busby’ego. W Anglii Polacy przegrali, ale u siebie postawili Anglikom bardzo trudne warunki i wygrali 1:0. Gola strzelił Lubański, a asystę przy tym trafieniu zanotował Oślizło. Nie wystarczyło to jednak do awansu i zabrzanie pożegnali się z rozgrywkami.