2

@FCBparasiempre
Statystyki (stan przed meczem 6.03.2022):

Do tej pory drużyny z Manchesteru zmierzyły się ze sobą 186 razy, z czego:

77 wygrał Manchester United

53 razy padł remis

56 razy wygrał Manchester City

Bilans bramek to 265:253 na korzyść Manchesteru United.

Analizując statystyki, należy wyróżnić rekordy. Zacznijmy od tych drużynowych:

Najwyższe wygrane – aż 4-krotnie mecze derbowe kończyły się różnicą 5-bramek.

United 1–6 City (1926);

United 0–5 City (1955);

United 5–0 City (1994);

United 1–6 City (2011);

Największą frekwencją cieszył się mecz z 16 kwietnia 2011 roku. W ramach półfinału Pucharu Anglii na Wembley zebrało się 86549 kibiców. Poniżej prezentujemy uśrednione frekwencje:

Mecze, w których gospodarzem było City: 46500 (najwyższa 71364);

Mecze, w których gospodarzem było United: 54500 (najwyższa 75790);

Mecze na neutralnym terenie: 57000 (najwyższa 86549);

Najskuteczniejsi piłkarze w meczach derbowych:

Wayne Rooney (UTD)- 11;

Joe Hayes (MCI) – 10;

Francis Lee (MCI) – 10;

Bobby Charlton (UTD – 9

Sergio Agüero (MCI) – 9;

Colin Bell (MCI) – 8;

Eric Cantona (UTD) – 8;

Brian Kidd (UTD / MCI) – 8 (5/3);

Joe Spence (UTD) – 8;

Paul Scholes (UTD) – 7;

Dennis Viollet (UTD) – 7;

United w meczach derbowych było prowadzone przez 19 różnych menadżerów, a City przez 35.

Stosunek goli samobójczych to 8 (United) do 4 (City);

W meczach derbowych 23 krotnie padały bramki z rzutów karnych. 15 z nich wykonywało United. Ostatni raz United strzeliło gola z karnego 7 marca 2021 roku (Bruno Fernandes). City swój ostatni rzut karny wykorzystało w 19 stycznia 1910 roku (Tevez)

Aż 39 różnych piłkarzy występowało w obu klubach w swojej karierze. Więcej na ten temat pisaliśmy w tym miejscu. Dziś ten rekord zostanie prawdopodobnie ustalony na nowo za sprawą Sancho.

Były 4 przypadki, gdy menadżer jednej drużyny był wcześniej związany z drugą. Ernest Mangnall prowadził oba kluby, Matt Busby grał dla City, a trenował United, a Steve Coppell oraz Mark Hughes po karierach piłkarskich w barwach Czerwonych Diabłów zostali trenerami Citizens.

Dziś derby Manchesteru to nie tylko wojna o miasto, ale przede wszystkim wojna o Anglię. Aspiracje obu klubów już dawno wykraczają poza lokalną dominację, a utrata punktów w bezpośrednim starciu może rzutować na tym, kto ostatecznie wzniesie puchar mistrza Anglii. Rywalizacja znów się wyrównała, chociaż to City ma przewagę. Znane porzekadło mówi, że „derby rządzą się własnymi prawami”. Trudno, patrząc na przebieg spotkań pomiędzy City a United, nie zgodzić się z tym powiedzeniem. Losy obu drużyn, ich historia, ludzie, którzy w większym bądź mniejszym stopniu związani są z tymi klubami, tworzą niesamowitą aurę, która sprawia, że starcia między Obywatelami a Czerwonymi Diabłami wywołują ciarki na plecach kibiców nie tylko w Anglii, ale na całym świecie. Na sam koniec bardzo ciekawa anegdota: Kilka lat temu kibic Manchesteru United zgodził się oddać swojemu bratu ratujące życie komórki pod warunkiem, że brat przestanie kibicować wrogiej drużynie – Manchesterowi City. Emerytowany doradca Martin Warburton (50 lat) poprosił swojego brata Paula (59 lat) o podpisanie żartobliwego kontraktu, w którym zobowiązuje się dołączyć do grona kibiców Manchesteru United. Paul, który potrzebował przeszczepu, aby zwalczyć przewlekłą białaczkę limfatyczną B-komórkową, podszedł do zmiany drużyny w sposób filozoficzny. „Miałem prawdziwe szczęście, że komórki Martina były zgodne. Często się zdarza, że mając siedmioro bądź ośmioro rodzeństwa, nie można znaleźć pasujących komórek” – powiedział. Martin przyznał, że wykorzystał tę okazję z premedytacją, by jego brat przestał kibicować Manchesterowi City. „Ten kontrakt wprawdzie był żartem, ale on i tak go podpisał” – zakończył Martin.

7

@FCBparasiempre
Mecze derbowe zawsze niosą za sobą coś więcej, niż rywalizację sportową. Nie inaczej jest w rywalizacji Manchesteru United z Manchesterem City. Dwa kluby z miasta konkurują ze sobą od zawsze, a historia walki o władzę przypomina koniunkturę gospodarczą — raz na wozie, raz pod wozem. Pomimo deklarowanej wrogości, ekipy te nie mogą bez siebie istnieć, a kibice wykrzykujący wrogie przyśpiewki wobec oponentów z pewnością muszą pamiętać, że były w historii momenty, gdy jeden klub ratował ten drugi. Oto historia rywalizacji o kolor Manchesteru. Pierwszy nieoficjalny mecz derbowy miał miejsce 12 listopada 1881 roku, kiedy to klub Newton Heath (obecnie Manchester United) gościł drużynę West Gorton (obecnie Manchester City). Spotkanie zakończyło się zwycięstwem The Heathens 3:0. Osiem lat później, 26 lutego 1889 derby Manchesteru rozegrano po raz pierwszy mecz przy sztucznym świetle. Zwycięstwo Newton Heath nad Ardwick (taką nazwę przyjął West Gordon – w 1984 roku klub ostatecznie przemianowano na Manchester City) oglądało wówczas 10 tys. kibiców, a samo spotkanie zostało rozegrane w cieniu tragedii w miejscowej kopalni węgla. Do 1894 roku spotkania pomiędzy tymi zespołami przyjęły formę meczów towarzyskich oraz lokalnych turniejów. W 1892 Newton Heath przystąpił do rozgrywek rozszerzonej Division One, jednak po dwóch sezonach spadł do drugiej ligi. W tym samym roku Ardwick został jednym z dwunastu klubów założycielskich Division Two. 3 listopada 1894 roku po raz pierwszy doszło do spotkania tych drużyn w rozgrywkach ligowych. W obecności 14 tys. kibiców The Heathens upokorzyli gospodarzy na ich obiekcie, zwyciężając 5:2. Cztery bramki w tym spotkaniu zdobył Dick Smith. To jedyny piłkarz, który w derbach Manchesteru ustrzelił „karetę”. W rewanżu, w styczniu 1895 roku, na stadionie Bank Street spotkanie zakończyło się ponownym zwycięstwem Newton Heath. Na pierwszy triumf kibice (wówczas już) City nie musieli długo czekać. W grudniu 1895 wygrali 2:1. Wtedy po raz pierwszy w historii derbowych potyczek został podyktowany rzut karny, który jednak nie został wykorzystany przez The Heathens. Rok później w Boże Narodzenie 1896 roku na stadionie przy Bank Street zjawiło się 18 tys. kibiców. Jeden z redaktorów lokalnej gazety napisał wówczas, że nigdy jeszcze nie widział takiego tłumu i był zachwycony prowadzeniem dopingu przez młodszą część publiczności w pierwszej części spotkania. Sezon 1898/99 Manchester City zakończył na pierwszym miejscu i awansował po raz pierwszy w historii do Division One. Kolejne derby rozegrano cztery lata później. Przed rozpoczęciem sezonu 1902/03 zespół Newton Heath z powodu problemów finansowych przyjął nową nazwę — Manchester United F.C. W Boże Narodzenie 1902 roku, na Bank Street doszło do jedenastych ligowych derbów. Na spotkanie przybyło około 40 tysięcy kibiców i był to rekord frekwencji w spotkaniu pomiędzy tymi zespołami. Mecz zakończył się remisem 1:1, ale emocji nie brakowało. Billy Meredith dwukrotnie uderzył w poprzeczkę, United kończyło mecz w dziesiątkę po tym, jak kontuzji doznał bramkarz Herbert Birchenough. W rewanżu, rozegranym 10 kwietnia 1903 roku, na Hyde Road, United pewnie zwyciężyli 2:0. Przerwało to passę spotkań bez porażki Manchesteru City, która trwała ponad trzy miesiące, ale nie przeszkodziła zespołowi w awansie do Division One. Wiosną 1906 roku Manchester United po raz pierwszy pod nową nazwą awansował do najwyższej ligi angielskiej. Wtedy też ówczesny menadżer United, Ernest Mangnall, ściągnął do zespołu czterech zawodników Manchesteru City (m.in. Billy’ego Mereditha, zamieszanego w próbę przekupstwa jednego z zawodników Aston Villi — więcej o tym zawodniku przeczytacie tutaj). Na początku grudnia 1906 roku, na obiekcie City Hyde Road, w obecności 40 tys. widzów, doszło do pierwszego meczu derbowego w najwyższej klasie rozgrywkowej. Spotkanie to zakończyło się zwycięstwem gospodarzy 3:0. W rewanżu na Bank Street padł remis 1:1, a w składzie United wystąpili trzej z czterech sprowadzonych do klubu byłych piłkarzy City: Meredith, Turnbull i Burgess. 21 grudnia 1907 w meczu na Bank Street, Sandy Turnbull został usunięty z boiska i był to pierwszy tego typu przypadek w historii derbów. Dwa lata później czerwoni zdobyli pierwsze w historii mistrzostwo kraju, a w 1909 roku także po raz pierwszy sięgnęli po Puchar Anglii. Sezon 1908/09 The Citizens zakończyli na 19. miejscu (przedostatnim) i spadli do Division Two. Wraz z wybuchem I wojny światowej zawieszono rozgrywki ligowe i pucharowe. Mimo trwających działań zbrojnych sezon 1914/1915 dokończono. Co prawda później nie kontynuowano ogólnokrajowych rozgrywek, ale w zamian utworzono sekcje lokalne. Obydwa kluby z Manchesteru podczas czterech sezonów wzięły udział Lidze hrabstwa Lancashire oraz dodatkowych turniejach towarzyskich. Wprowadzono jednak odrębne przepisy, głównie ze względów bezpieczeństwa, m.in. skrócono mecze do 80 minut bez możliwości przeprowadzenia przerwy, kluby były zmuszone do ograniczenia liczby widzów, a także zmniejszono górny limit płac. W okresie międzywojennym United spadał z pierwszej ligi trzykrotnie, City dwukrotnie. Był to czas, w którym obydwie drużyny się mijały. W 1920 roku spłonęła jedna z trybun stadionu Hyde Road i podjęto decyzję o budowie nowego stadionu. Pierwsze, derbowe spotkanie na nowo utworzonym Maine Road miało miejsce 12 września 1925 – ponad dwa lata po otwarciu. Zanotowano wówczas rekordową frekwencję – 63 tys. widzów. W sezonie 1939/40 rozegrano zaledwie trzy kolejki. Wybuch wojny spowodował przerwanie wszystkich rozgrywek piłkarskich, wielu graczy zostało wezwanych przez brytyjską armię. Podobnie jak podczas I wojny światowej, zorganizowano rozgrywki dla poszczególnych regionów. W pierwszym sezonie podczas wojny obydwa zespoły z Manchesteru przydzielone zostały do Western Regional League, a w latach 1940-1946 do North Regional Section. W wyniku zniszczeń, jakie wywołało zbombardowanie Manchesteru i okolic 20 grudnia 1940 roku, w którym ucierpiał także stadion Old Trafford, Manchester United zmuszony był wynajmować obiekt City – Maine Road do końca sezonu 1948-1949. Łącznie w 73 meczach, rozegranych w roli gospodarza na Maine Road, zremisowaliśmy 17 meczów, a przegraliśmy 3. Strzeliliśmy 193 bramki i straciliśmy 70, osiągając przy tym rekordowy po dziś dzień wynik 10:0 w europejskich pucharach.

W 1945 roku menadżerem Manchesteru United został były piłkarz Manchesteru City, Matt Busby, podpisując wówczas pięcioletni kontrakt. Po II wojnie światowej zespół z czerwonej części zmuszony był wciąż rozgrywać swoje mecze w roli gospodarza na stadionie lokalnego rywala – Maine Road, płacąc przy tym czynsz za wynajęcie w wysokości 5000 funtów rocznie + ustalony procent ze sprzedaży biletów. Zniszczony w 1940 roku przez Luftwaffe Old Trafford, został oddany ponownie do użytku w lecie 1949 roku. W sezonie 1946/47 Manchester City zajął pierwsze miejsce w Division Two i powrócił do ekstraklasy. W pierwszym powojennym meczu derbowym padł (do dziś niepobity) rekord frekwencji. 20 września 1947 roku na stadion Maine Road przyszło 78 tys. widzów. 31 sierpnia 1957 roku. Ta data to dla kilku piłkarzy United, zwanymi Dziećmi Busby’ego, był ostatni derbowy pojedynek. Strzelcy bramek – Duncan Edwards i Tommy Taylor oraz Roger Byrne, Eddie Colman, David Pegg, Liam Whelan zginęli w katastrofie lotniczej pod Monachium 6 lutego 1958 roku (Edwards w wyniku odniesionych obrażeń zmarł 15 dni później w szpitalu), wracając z rozegranego dzień wcześniej, ćwierćfinałowego meczu Pucharu Europy z Crveną Zvezdą. W czerwcu 1962 roku były piłkarz The Citizens Denis Law, po rocznym pobycie we włoskim Torino, przeszedł za rekordową wówczas sumę 115 000 funtów do United. 15 maja 1963, w przedostatniej kolejce spotkań, doszło do starcia, w ramach którego obydwa zespoły walczyły o utrzymanie. Mecz zakończył się remisem, który praktycznie przesądził o spadku City do Division Two. Cztery minuty przed końcem The Citizens prowadzili 1:0, jednak bramkarz gospodarzy Harry Dowd sfaulował w polu karnym Denisa Lawa, a sędzia podyktował rzut karny. Wykorzystał go Albert Quixall. W trakcie meczu doszło do niemiłych incydentów z udziałem piłkarzy. W ostatniej kolejce sezonu 1962/63 Manchester City przegrał na Upton Park z West Hamem 1:6 i spadł do drugiej ligi. Manchester United z kolei pokonał na Old Trafford Leyton Orient 3:1 i zapewnił sobie utrzymanie w ekstraklasie. Derby Manchesteru na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych nie cieszyły się dobrą sławą. W grudniu 1970 roku George Best podczas wślizgu złamał nogę Glynowi Pardoe. Rok później w meczu na Maine Road, w którym padł wynik 3:3, Francis Lee oskarżył Besta o symulowanie i aktorstwo. W pierwszym spotkaniu sezonu 1973/74 Lou Macari i Mike Doyle otrzymali czerwone kartki, jednak nie godząc się z opinią sędziego, nie chcieli opuścić placu gry. Dopiero po interwencji arbitra i kolegów z zespołu, obydwaj udali się do szatni. W tym samym sezonie, w ostatniej kolejce spotkań, doszło do starcia na Old Trafford. Czerwone Diabły, którym widmo degradacji zaglądało w oczy, musiały ten mecz wygrać, by mieć jeszcze szansę na utrzymanie. Po 80 minutach spotkania na tablicy było 0:0. Wtedy to Francis Lee podał do Denisa Lawa (dwukrotnego mistrza Anglii, zdobywcy Pucharu Anglii oraz zdobywcy Pucharu Europy z United), a ten piętką skierował piłkę do bramki United. Piłkarze City gratulowali mu gola, jednak ten zdawał sobie sprawę, że pogrążył swój były klub. Po zdobytej bramce natychmiast został zmieniony, a boisko opuszczał ze spuszczoną głową. Tuż przed końcem meczu na boisko wtargnęli kibice United, spotkanie przerwano. Matematyka jednak udowodniła, że gol ten był bez znaczenia, ponieważ nawet w przypadku wygranej, Manchester United spadłby z ligi. Denis Law po meczu przyznał, że nigdy w karierze nie czuł się tak przygnębiony. Ten dzień zapisał się w kalendarzu sympatyków Manchesteru City jako „dzień, w którym Denis Law wysłał United do II ligi”. W sezonie 1974/75 Czerwone Diabły zajęły pierwsze miejsce w Division Two.W 1983 roku na Maine Road Manchester City potrzebował przynajmniej remisu w meczu z Luton Town, by pozostać w Division One. Mecz ten wygrali goście po bramce legendarnego Radomira Anticia. W niedzielę, 26 października 1986, po raz pierwszy przeprowadzono telewizyjną transmisję na żywo z meczu derbowego. Kibice na stadionie i przed telewizorami byli świadkami remisu 1:1. 23 września 1989 Manchester City, jako beniaminek, pokonał na Maine Road rywala zza miedzy aż 5:1. Po trzech minutach od rozpoczęcia spotkania na murawę wtargnęli kibice, a sędzia zmuszony był przerwać mecz i nakazał piłkarzom obydwu drużyn zejście do szatni. Dopiero po 10 minutach i interwencji policji, gra została wznowiona. W sezonie 1990/91 obydwa kluby zajęły wysokie miejsca w tabeli (City piąte, United szóste), lecz żaden nie był wtedy zaliczany do faworytów. W październiku na Maine Road padł wynik 3:3, a na początku maja na Old Trafford Manchester United wygrał 1:0 po bramce siedemnastoletniego wówczas Ryana Giggsa, dla którego był to pierwszy gol w karierze. W pierwszych derbach sezonu 1992/93, czyli zaraz po utworzeniu Premier League, Manchester United pokonał City 2:1. Było to debiutanckie spotkanie dla Érica Cantony. 7 listopada 1993 roku, na Maine Road, United pokonało City 3:2, mimo iż do przerwy było 2:0 dla The Citizens. Po dwie bramki w tym spotkaniu zdobyli Niall Quinni i Éric Cantona. W listopadzie 1994 roku na Old Trafford United zdeklasowało rywala 5:0, a hat-trickiem popisał się Andriej Kanczelskis, który parę sezonów później przeszedł do Manchesteru City. W sezonie 1995/96 miały miejsce ostatnie mecze derbowe w tamtej dekadzie. Spowodowane było to spadkiem City do niższej ligi. W połowie października 1995 roku bramka dwudziestoletniego wówczas Paula Scholesa wystarczyła do wygranej. Na początku kwietnia na Maine Road Czerwone Diabły wygrały ponownie. Tym razem 3:2.

W latach 1996-2000 Manchester City występował w Division One oraz w Division Two. W tym czasie Czerwone Diabły zdobyły trzy tytuły mistrza kraju, jeden Puchar Anglii i triumfowali w Lidze Mistrzów. W ostatniej kolejce sezonu 1999/2000 drugiej ligi Manchester City po zwycięstwie nad Blackburn Rovers na Ewood Park świętował powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej. Od razu jednak spadli do drugiej ligi, mając zbyt słaby skład. Pierwsze derby Manchesteru po powrocie City do Premier League miały miejsce w listopadzie 2000 roku. Na Maine Road Manchester United po bramce Davida Beckhama zwyciężył 1:0. W meczu tym Roy Keane brutalnie sfaulował Alfa-Inge Haalanda i otrzymał czerwoną kartkę. Keane w swojej książce wydanej rok później przyznał, że zrobił to celowo, ponieważ Irlandczyk w 1997 roku walcząc o piłkę z Haalandem (grającym wtedy dla Leeds) doznał groźnej kontuzji, a Norweg oskarżał go o symulowanie. Keane pauzował siedem miesięcy, ale cały czas myślał o Norwegu. Wejście Irlandczyka było brutalne, a kontuzja Haalanda tak groźna, że piłkarz nie wrócił już do pełnej sprawności i był zmuszony zakończyć karierę. City w 2001 roku spadło z ligi, jednak od razu tam wrócili. W listopadzie 2002 roku na Maine Road The Citizens wygrali 3:1, było to zarazem ostatnie spotkanie derbowe na stadionie Maine Road. W sezonie 2002/03 w Manchesterze City występował Peter Schmeichel. Co ciekawe, Duńczyk, broniąc barw obu klubów, nie przegrał ani jednego derbowego spotkania. W kolejnym sezonie na Old Trafford gospodarze wygrali 3:1, natomiast w marcu po raz pierwszy rozegrano mecz derbowy na nowym obiekcie City of Manchester Stadium. Gospodarze pewnie wygrali 4:1. Obiekt ten był szczęśliwy dla Czerwonych Diabłów w maju 2007 roku. Wtedy wygrali 1:0 (po bramce Cristiano Ronaldo) i po tym zwycięstwie świętowali zdobycie mistrzostwa. 6 lutego 2008 przypadała 50. rocznica katastrofy lotniczej pod Monachium, a cztery dni później na Old Trafford przed meczem uczczono minutą ciszy osoby (w większości piłkarzy United), które straciły życie w tej tragedii. Samo spotkanie zakończyło się zwycięstwem City 2:1, pierwszym na terenie lokalnego rywala od 1974 roku. W 2008 roku Manchester City został przejęty przez Abu Dhabi United Group. Szybko stało się jasne, że ambicje nowych właścicieli wykraczają daleko poza uprzykrzenie życia sąsiadom z Old Trafford. Duże transfery i terapia szokowa wykonana na żywym organizmie klubu z City of Manchester Stadium zaczęła przynosić spodziewane efekty. 20 września 2009 roku odbyło się spotkanie, które Sir Alex Ferguson określił mianem „najlepszych derbów w historii”. Manchester United wygrał mecz 4:3, a zwycięskiego gola zdobył Michael Owen w 96. minucie gry. The Citizens zaczęli budować drużynę, godną do walki o najwyższe cele. Kuszeni wysokimi pensjami zawodnicy przechodzili do klubu nawet od bezpośrednich rywali. Tak było z Tevezem, Adebayorem, Nasrim i wieloma innymi.

23 października 2011 po raz pierwszy w historii doszło do meczu derbowego, gdy obydwie drużyny zajmowały pierwsze i drugie miejsce w tabeli. City ośmieszyło gospodarzy 6:1 i to ich najwyższe zwycięstwo w wyjazdowych derbach od 56 lat. Było to prawdziwe upokorzenie i pokaz nowej siły w Premier League. Czerwone Diabły z kolei po raz ostatni straciły na Old Trafford sześć bramek w 1930 roku, ulegli wówczas Huddersfield Town 0:6. Era post-Fergusonowa Sezon 2011/12 był prawdopodobnie jednym z najlepszych w historii w kontekście walki o tytuł. Gdy wydawało się, że Manchester United wypracował przewagę, która pozwoli bezpiecznie dotrwać na szczycie tabeli do końca sezonu, zaczął tracić punkty, co brutalnie wykorzystał lokalny rywal. Manchester City wyrwał mistrzostwo w doliczonym czasie ostatniego meczu sezonu z QPR. Mniej więcej od tego momentu The Citizens przestali być tylko hałaśliwymi sąsiadami, jak ich określił Sir Alex Ferguson, ale poważnym rywalem, który w kolejnych meczach derbowych dominował nad United. Kryzys, który ogarnął Czerwone Diabły po abdykacji Fergusona szedł w parze z dalszym wzrostem ekipy z Etihad. Przyśpiewki „The City is Yours”, czy „City are a joke” straciły na aktualności. Niestety dziś aktualną przyśpiewką(w obie strony) jest „She said no”, która jest wyrazem dezaprobaty wobec napaści seksualnych dokonywanych przez piłkarzy. Dziś to do gry ,,The Citizens” wzdychają młodzi kibice, a gra United bywa ciężka w odbiorze nawet dla zagorzałych fanów Czerwonych Diabłów. Jest to skutkiem wielu składowych. Częste roszady na ławce trenerskiej, brak długofalowej polityki transferowej i idący za tym brak chemii w drużynie sprawiają, że United przestał budzić strach wśród przeciwników. Tymczasem City sezon po sezonie doskonaliły swoją grę, a zakontraktowanie Guardioli na stanowisko menadżera było prawdopodobnie najlepszą decyzją personalną na wyspach od wielu lat. Jednak kluczową decyzją ważącą obecną sytuację obu klubów nie było odejście Fergusona, a zmiany w strukturach zarządczych City i United. W 2012 City zatrudniło Txiki Beguiristaina, czyli dyrektora sportowego wielkiej FC Barcelony. United w tym czasie awansował na dyrektora wykonawczego Eda Woodwarda. Ten doskonale radził sobie jako menadżer ds. marketingu, natomiast nie dorównywał Txikiemu doświadczeniem w budowie pionu sportowego. To się później odbijało na kolejnych transferach, które przestały być mocną stroną United. W czasie gdy Old Trafford wciąż powiększał swoją wartość komercyjną, Citizens postawili na budowę silnej drużyny i pracę u podstaw, czyli stworzenie jednej z najnowocześniejszych akademii piłkarskich na świecie. Na przestrzeni niespełna dekady role w walce o prym wmieście obróciły się niemal o 180 stopni.

5

Dokładnie 142 lat temu odbyły się pierwsze derby…(dla zainteresowanych w odpowiedzi na mój komentarz):

@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@patataj
@Sensible
@Symson

0

@Pawlak1992 Akurat te kraje co wymieniłeś to nie miały większej ilości wybitnych piłkarzy co Polska, więc zgoda. Jednak zasadniczo brak Urugwaju i Holandii w twoim pierwszym komentarzu to futbolowy grzech...
Ps. Kojarzysz wogóle Denisa Law'a? Jest zdobywcą Złotej piłki...

4

Wygrać z Deportivo Alaves jest absolutnym obowiązkiem! Remis będzie traktowany jako nieporozumienie. Natomiast porażka będzie tylko i wyłącznie kompromitacją!
Tak więc Vamos po 3 punkty!

9

Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:

12 listopada 1976 r. urodził się Mirosław Szymkowiak, pomocnik. Dwie świetne przygody w europejskich pucharach, kierownicza rola w reprezentacji Polski podczas awansu na mundial w 2006 r., pokaźna kolekcja trofeów, status gwiazdy i… nagły rozbrat z futbolem. Sinusoida Szymkowiaka raczej nie zahaczała o nudę. Był naprawdę świetnym reżyserem gry Wisły Kraków w okresie jej największych sukcesów na początku XXI wieku. Żurawski i Frankowski szaleli w ataku. Kosowski oraz Kalu Uche robili ,,wiatr” na skrzydłach. Szymkowiak w pełni zaś panował nad środkiem pola. To on nadawał tempo akcjom Białej Gwiazdy, aż trudno więc uwierzyć że ten błyskotliwy dyrygent zadebiutował w Ekstraklasie jako… prawy obrońca! Doszło do tego w Olimpii Poznań. Pół roku wcześniej ,,Szymek” skończył zaledwie 16 lat! Wobec kiepskiej sytuacji w tabeli, trener Białek zaryzykował jednak i wpuścił ,,dzieciaka” na boisko do pierwszej minuty. Nadziei nie zawiódł. Wystąpił jeszcze w trzech z czterech ostatnich meczów tej edycji rozgrywek, z czego dwukrotnie już na swojej nominalne pozycji. Nie uratowało to Olimpii przed spadkiem. Pobyt na zapleczu potrwał jednak tylko sezon. Szymkowiak wraz z zespołem z Wielkopolski powrócił do elity. Wkrótce potem ściągnął go Widzew Łódź. Już w debiucie ligowym zdobył dla niego gola. W tym zespole dwukrotnie wywalczył mistrzostwo i raz wicemistrzostwo Polski. Awansował także do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Potem jednak wspominał że przed pierwszym meczem w tych rozgrywkach nabawił się stresu, co przyprawiło go o… poważne problemy żołądkowe. Łatke ,,nerwowego” później musiał długo od siebie odklejać. Ostatecznie udało mu się to chyba już za czasów gry w Wiśle.

Do Białej Gwiazdy trafił pierwszej zimy XXI wieku. Razem z tym zespołem zdobył 4 mistrzostwa, jedno wicemistrzostwo oraz 2 Puchary Polski. Świetnie rozumiał się w tej drużynie zarówno na boisku, jak i prywatnie z Żurawskim, Kosowskim oraz Baszczyńskim. To przekładało się na osiągane wyniki. Razem przeżyli też udaną przygodę w Pucharze UEFA, gdy wyeliminowali Schalke 04 oraz AC Parme i zakończyli zmagania na ⅛ finału po dwumeczu z Lazio Rzym. ,,Szymek” należał do jednych z najważniejszych postaci w tamtej kampanii. Podobnie było w zakończonych awansem eliminacjach mundialu 2006, gdzie stanowił podstawowego gracza w talii Janasa. Na samym turnieju zagrał przeciwko Ekwadorowi i Kostaryce. Była to jedyna duża impreza w jego dorobku. W kadrze wystąpił 33 razy i strzelił 3 gole. Gre w biało-czerwonej koszulce zakończył kilka miesięcy po MŚ. Niedługo po tym poinformował też o całkowitym przerwaniu wyczynowej kariery. W Polsce przyjęto to z niedowierzaniem. Uważano że piłkarz chciał opuścić Trabzonspor, gdzie trafił w 2005 r. Kiedy jednak FIFA rozwiązała jego kontrakt z klubem a on mimo to nie zdecydował się na powrót do Ekstraklasy, stało się jasne że ,,Szymek” nie symulował. Od dłuższego czasu informował bowiem o swoich problemach zdrowotnych. Przez ostatnie miesiące grał regularnie na blokadach. Przerwał gre w wieku niespełna 30 lat. Później amatorsko kopał w oldbojach Wisły i w Prądniczance Kraków. Prowadził też swój biznes związany z branżą fryzjerską. Nikogo to specjalnie nie zdziwiło. Szymkowiak słynął bowiem z dość fantazyjnych fryzur w okresie gry. Ponadto zajmuje się szkoleniem młodzieży w swojej szkółce piłkarskiej.



@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

0

@DaPidejpi Nikt ci nie każe, ignorancie historii...

7

@FCBparasiempre
W dzisiejszych czasach to, że w większości reprezentacji znajdują się piłkarze naturalizowani lub tacy, którzy korzenie mają na drugim końcu świata, jest już właściwie normą. W ostatnich latach piłkarze w pewien sposób związani z Polską reprezentowali na mistrzostwach świata i Europy światowe potęgi – Francję, Niemcy, Anglię, Argentynę czy Brazylię. Obecność takich zawodników w kadrach narodowych to jednak zjawisko niemal tak stare jak sama piłka nożna. Zapraszamy Was do przeczytania historii o jednym z pionierów – pierwszym piłkarzu polskiego pochodzenia, który zagrał na mundialu. Kurytyba to liczące prawie dwa miliony mieszkańców miasto w południowej Brazylii i stolica stanu Parana. Aktualnie w Kurytybie mieszka ok. 400 tys. potomków Polaków, a polska kultura i tradycja wciąż jest tam żywa. Jednym z największych terenów zielonych w mieście jest park Jana Pawła II, w którym znaleźć można m.in. skansen z chatami pierwszych polskich emigrantów czy restaurację, która gościom serwuje barszcz oraz pierogi. W Kurytybie urodził się, chociażby doskonale znany kibicom reprezentacji Polski Thiago Cionek – uczestnik Euro 2016 i MŚ 2018. Historia polskiej emigracji do Kurytyby sięga jednak końca XIX w., gdy polscy rolnicy wyjeżdżający do Ameryki Południowej otrzymywali od rządu Brazylii hektary ziemi za darmo. To właśnie w Kurytybie 12 listopada 1910 roku na świat przyszedł syn Polaka i Niemki– Rodolfo Barteczko, znany również pod pseudonimem Patesko. Gdy futbol na kontynencie południowoamerykańskim jeszcze raczkował, Brazylia była w cieniu dwóch potęg – Argentyny i Urugwaju. Lokalni rywale na zmianę triumfowali w Copa America, natomiast „Canarinhos” odgrywali rolę ubogiego krewnego, tylko dwukrotnie przerywając ten duopol – akurat wtedy, gdy kontynentalne mistrzostwa rozgrywane były w „Kraju Kawy”. Ten układ sił potwierdziły pierwsze Mistrzostwa Świata w 1930 roku. Po porażce w pierwszym meczu z Jugosławią jasne stało się, że druga i ostatnia grupowa potyczka z Boliwią będzie tylko meczem o honor. Brazylijczycy z zazdrością mogli spoglądać na sąsiadów, którzy spotkali się w pierwszym historycznym finale turnieju o Złotą Nike. Przed kolejnym mundialem brazylijski futbol był w trakcie ogromnych zmian – przejścia z amatorstwa na zawodowstwo. Problemy biurokratyczne sprawiły, że Brazylijczycy nie mogli wysłać do Włoch najmocniejszej reprezentacji. Przed MŚ funkcjonowały de facto dwa brazylijskie związki piłki nożnej: stary, który zrzeszał kluby amatorskie i nowy, do którego należało większość najważniejszych zespołów z Rio de Janeiro i Sao Paulo. FIFA do wysłania reprezentacji na turniej zobligowała stary związek, do którego wciąż należało Botafogo. Dwie brazylijskie federacje nie doszły do porozumienia, wskutek czego na włoski mundial wysłano liczącą zaledwie siedemnastu zawodników drużynę. W jej skład wchodziło dziewięciu piłkarzy Botafogo, do których dokooptowano ośmiu profesjonalistów. Wśród tych zawodowców byli między innymi słynny Leonidas czy wspomniany Patesko. Brazylijczyk o polskich korzeniach karierę zaczynał w lokalnym klubie Palestra Italia, w którym szybko zdobył status gwiazdy, a w 1932 roku triumfował w Campeonato Paranaense (mistrzostwa stanu Parana). Rok później reprezentował już barwy urugwajskiego Nacionalu, czołowego wówczas klubu Ameryki Południowej, z którym w 1933 roku został mistrzem kraju. Gdy brazylijska federacja tworzyła ekipę na Mistrzostwa Świata, zdecydował się na powrót do kraju.

W podróż do Europy Brazylijczycy wyruszyli 12 maja 1934 roku. Były to jeszcze czasy, w których piłkarze nie podróżowali drogą powietrzną. Trzynastodniowa podróż na małym statku Biancamano nie należała do najbardziej komfortowych. Brazylijczycy cierpieli z powodu choroby morskiej, a do Europy dotarli dopiero dwa dni przed pierwszym meczem. Na domiar złego już na początku turnieju „Canarinhos” trafili na bardzo mocną reprezentację Hiszpanii z legendarnym bramkarzem Ricardo Zamorą. W tych okolicznościach to Hiszpanie byli faworytem meczu na Stadio Luigi Ferraris w Genui i zgodnie z oczekiwaniami pokonali zmęczonych rywali 3:1, choć nie bez kontrowersji – Brazylii należał się ponoć rzut karny po interwencji hiszpańskiego obrońcy, który ręką zatrzymał strzał Leonidasa. W drużynie Brazylii zagrał oczywiście Rodolfo Barteczko, zostając tym samym – na cztery lata przed debiutem reprezentacji Polski na MŚ – pierwszym piłkarzem polskiego pochodzenia na mundialu. Po Mistrzostwach Świata Patesko trafił do Botafogo, gdzie znalazł swoje miejsce na ziemi. W klubie z Rio de Janeiro ten lewonożny napastnik występował do 1943 roku (z krótką przerwą na grę w Atletico Mineiro i Fluminense), strzelił w tym czasie 102 gole dla klubu i zapracował na status jednej z klubowych legend. Dobra gra w klubie pomogła mu również rozwinąć skrzydła w reprezentacji Brazylii, w której łącznie rozegrał piętnaście oficjalnych meczów i zdobył sześć bramek. W świetnej formie był podczas Copa America w 1937 roku, ale w decydującym o tytule meczu „Canarinhos” przegrali po dogrywce z Argentyną. Mundial w 1938 roku miał być czasem ostatecznej próby dla „Canarinhos”. Tym razem działacze z Rio de Janeiro i Sao Paulo doszli do porozumienia, więc Brazylijczycy jechali do Francji w najmocniejszym możliwym składzie, z błogosławieństwem prezydenta kraju Getulio Vargasa. Nie popełniono też błędów sprzed czterech lat – przed turniejem piłkarze spędzili miesiąc na zgrupowaniu w uzdrowisku Caxambu, a do Francji dotarli na trzy tygodnie przed pierwszym meczem. Nic dziwnego, że oczekiwania kibiców były ogromne, a pierwszy rywal miał być tylko przystawką przed daniem głównym – walką o medale. A jednak Polska nieoczekiwanie postawiła potentatowi z Ameryki Południowej bardzo twarde warunki. W barwach „Canarinhos” błyszczał Leonidas, ale Polacy mieli w swoich szeregach genialnego Ernesta Wilimowskiego, który nie ustępował brazylijskiemu magikowi. Temu meczowi poświęcono już wiele artykułów, więc ograniczmy się do samego wyniku – po jednym z najlepszych spektakli w historii mundiali Brazylijczycy triumfowali po dogrywce 6:5. Ogromna rywalizacja w brazylijskiej kadrze sprawiła, że Patesko akurat w tym meczu nie zagrał. W rezerwie pozostał również na mecz drugiej rundy z wicemistrzem świata sprzed czterech lat, Czechosłowacją. W drużynie naszych południowych sąsiadów główne role odgrywali król strzelców poprzedniego mundialu Oldrich Nejedly i bramkarz Frantisek Planicka, który mecz z Brazylią kończył ze złamaną ręką. Sam mecz był jednym z najbrutalniejszych w historii mundiali, a w piłkarskich kronikach zapisał się jako „bitwa w Bordeaux”. Brazylijczycy kończyli mecz w dziewiątkę, a mimo to udało im się dociągnąć do końca remis 1:1. Regulamin nie przewidywał rzutów karnych, więc dwa dni później zaplanowano powtórkę. Trener Brazylii Ademar Pimenta wymienił praktycznie cały zespół, na czym skorzystał Patesko, który wskoczył do składu. Znowu błyszczał Leonidas, który wprowadził „Canarinhos” do strefy medalowej, ale potem – poturbowany i skrajnie wyczerpany – nie mógł wystąpić w półfinale z Włochami. Mecz odbył się w Boże Ciało, dzięki czemu transmisji radiowej mogły słuchać miliony Brazylijczyków liczących na awans drużyny narodowej do finału. Trzeci morderczy mecz w ciągu pięciu dni – to było jednak zbyt wiele. Brazylijczycy winą za porażkę obwiniali sędziego, ale obiektywni obserwatorzy uznali, że wypoczęci Włosi byli po prostu lepsi od zmęczonych i pozbawionych swojej największej gwiazdy rywali. Na otarcie łez Leonidas i spółka w meczu o 3. miejsce ograli jeszcze Szwedów. Patesko rozegrał trzy mecze (grał w drugim meczu z Czechosłowacją, z Włochami i ze Szwecją), nie strzelił gola i pozostał w cieniu największej gwiazdy drużyny. Mimo że Brazylijczycy wracali do domów „tylko” z brązowymi medali, na ulicach Rio de Janeiro byli owacyjnie witani przez tłumy kibiców. Chociaż niekwestionowaną gwiazdą tej drużyny był właśnie Leonidas, to na przełomie lat 30. i 40. XX wieku Rodolfo Barteczko stworzył w reprezentacji zabójczy duet z Timem. W 13. tomie encyklopedii piłkarskiej FUJI czytamy o nich: ,,Głównym atutem brazylijskiego ataku była jego lewa strona: Tim – Patesco. Znakomicie zgrani, świetni technicznie, wchodzili jak w masło w każdą obronę. ,,Elba de padua lima , prawdziwy arbiter elegancji, był jednym z najwybitniejszych rozgrywających tamtych czasów i mistrzem mierzonych podań. Oczarowana jego finezją prasa argentyńska ochrzciła go mianem . Miał on u boku wysokiego, szczupłego dryblera o jasnych włosach, który jego intencje wyczuwał w okamgnieniu.” Co ciekawe Tim jeszcze raz oglądał, jak Polacy strzelają pięć goli w jednym meczu 44 lata później, gdy prowadzona przez niego na Mundialu Espana ’82 reprezentacja Peru uległa biało-czerwonym 1:5.

W 1942 roku, gdy Europa pogrążona była w wojnie, Patesko zapisał ostatni rozdział swojej reprezentacyjnej kariery. Podczas Copa America strzelił nawet dwa gole w meczu z Chile, ale ostatecznie „Canarinhos” ponownie musieli uznać wyższość Urugwaju i Argentyny. Brazylijczyk z polskimi korzeniami przeszedł do historii jako jeden z najlepszych brazylijskich napastników pierwszej połowy poprzedniego stulecia, brązowy medalista mistrzostw świata i legenda Botafogo. Zmarł 13 marca 1988 roku na gruźlicę w Rio de Janeiro. Historia rodziny Patesko i okoliczności jego narodzin nie są do końca wyjaśnione. W 43. tomie encyklopedii piłkarskiej FUJI „Herosi Złotej Nike” można przeczytać, że Barteczko urodził się w rodzinie polskiego emigranta w Niemczech, a do Kurytyby trafił jako dziecko. W tomie 13. „Copa America” Barteczko nazwany został „owocem polsko-austriackiego związku”. Z tomu 7. „Rocznik 93-94” dowiadujemy się natomiast, że jest on synem polskiego emigranta z Austrii, ale urodził się już w Kurytybie. Większość internetowych źródeł przyjmuje, że Patesko urodził się w Brazylii jako syn polskiego imigranta i Niemki. W tym samym czasie, co reprezentacja Brazylii, swój mecz rozgrywali Niemcy, którzy w składzie również mieli trzech piłkarzy polskiego pochodzenia: Fritza Szepana, Paula Zielinskiego i Stanislausa Kobierskiego.

7

2

@FCBparasiempre
Kolejnym przystankiem w jego przygodzie z piłką była Marsylia. Tam inny majętny człowiek tworzył inny wielki klub. Tapie i jego Olympique odegrali jednak dużo istotniejszą rolę w europejskim futbolu. W 1990 r. klub zdobył mistrzostwo Francji, a Enzo był podstawowym zawodnikiem zespołu. Razem z Chrisem Waddlem grali za plecami Papina. Urugwajczyk dbał o dostarczanie piłek do francuskiego snajpera. W Ligue 1 grało wtedy wielu znakomitych piłkarzy. Pamiętajmy o obowiązujących wówczas limitach dla obcokrajowców. Tym cenniejsze jest więc zdobycie przez niego tytułu najlepszego zagranicznego piłkarza w lidze. Pokonał w tej rywalizacji takich piłkarzy jak: Klaus Allofs, Enzo Scifo, George Weah, Abédi Pelé czy Ramón Díaz, co musi budzić uznanie. Pomógł też drużynie w dotarciu do półfinału Pucharu Mistrzów. Tam musieli uznać wyższość Benfiki. Francescoli nie mógł rozwinąć skrzydeł, bo stał się obiektem brutalnych zagrań Portugalczyków. Praktycznie każdy jego kontakt z piłką kończył się faulem. Wówczas bardziej polowano na nogi, sędziowie pozwalali na więcej. Tylko osiem rozegranych spotkań w najważniejszych klubowych rozgrywkach w Europie. To bilans Urugwajczyka. W Marsylii spędził jednak tylko sezon. To właśnie jego grę starał się podglądać pewien młody chłopak. Ten syn algierskich imigrantów przychodził na treningi Olympique i chciał grać tak, jak Enzo. Sześć lat później obaj panowie zagrają przeciwko sobie, a w 1998 r. ten młody chłopak strzeli dwie bramki w finale mistrzostw świata. Kiedy zobaczyłem jak gra Francescoli, to stał się dla mnie wzorem. Chciałem być taki jak on. Był piłkarzem, którego oglądałem i podziewałem w Marsylii. Był moim idolem, kiedy grałem przeciwko niemu w Juventusie. Enzo jest jak Bóg – mówił Zidane. Postanowił spróbować swoich sił w najsilniejszej wtedy lidze świata.Nie przeszedł do zespołu z topu, ale do drużyny, która miała walczyć o utrzymanie. Jego wybór padł na Cagliari. Zanim jednak przeniósł się na Sardynię, pojechał z reprezentacją na mistrzostwa świata. Kibice ciągle czekali na sukces drużyny narodowej, która dobrze spisywała się na kontynencie, ale do mundiali szczęścia nie miała. Francescoli jako kapitan miał pomóc w przełamaniu tej złej passy. Urugwaj odpadł jednak w 1/8 z gospodarzami turnieju, czyli Włochami. W zespole beniaminka Serie A występował z dwoma kolegami z reprezentacji – Danielem Fonsecą i José Óscarem Herrerą. Wspólnie zapewnili zespołowi utrzymanie. Francescoli był ustawiany nieco głębiej. Nie strzelał już tylu bramek, co wcześniej, ale udowodnił, że dobrze radzi sobie jako rozgrywający. O ile miejsca w dolnych rejonach tabeli były czymś, czego po Sardyńczykach można było się spodziewać, o tyle zajęcie przez nich szóstego miejsca w 1993 r. należało uznać za niespodziankę. Do podium stracili tylko cztery punkty, a zajęta pozycja gwarantowała im udział w Pucharze UEFA. Tam dotarli aż do półfinału. Enzo grał już wtedy gdzie indziej. W ciągu trzech lat spędzonych na Sardynii zaliczył 97 ligowych występów i strzelił 17 bramek. To on zapewniał polot i fantazję i do dziś się o nim w Cagliari pamięta. Śródziemnomorski klimat Sardynii zamienił na górskie powietrze Turynu. Został zawodnikiem Torino. Tamtejsi działacze na własnej skórze przekonali się o umiejętnościach Urugwajczyka 16 maja 1993 r. Wtedy to Francescoli jeszcze w barwach Cagliari rozegrał znakomite spotkanie. Sardyńczycy roznieśli Torino aż 5:0. Enzo dwukrotnie pokonał Marchegianiego i dołożył jedną asystę. Swoimi akcjami ciągle stwarzał zagrożenie pod bramką turyńczyków. Po takim popisie stał się jednym z głównych celów transferowych Torino. W nowej ekipie znowu grał bardziej cofnięty i częściej podawał, niż strzelał. W Pucharze Zdobywców Pucharów wystąpił tylko trzykrotnie i były to jego ostatnie mecze w europejskich pucharach. Grał tutaj tylko przez jeden sezon. W Serie A zajął z klubem ósme miejsce. Kiedy z nowymi kolegami pojawił się na meczu w Cagliari, przywitano go kwiatami i owacjami na stojąco. Z włoskimi i europejskimi boiskami pożegnał się 1 maja 1994 r. Trudno oprzeć się wrażeniu, że mógł w Europie osiągnąć więcej… Francescoli wrócił do swojego piłkarskiego domu, czyli na Estadio Monumental w Buenos Aires. Nie odcinał kuponów. Przeżywał swoją drugą młodość. Jeszcze w 1994 r. zdołał doprowadzić drużynę do triumfu w Torneo Apertura. River nie przegrało wtedy żadnego meczu. Sam Francescoli z 12 bramkami został królem strzelców. El País umieścił go w południowoamerykańskiej jedenastce marzeń. Tej jedenastki nie opuści przez następne trzy lata. ,,Wśród możliwych do realizacji marzeń, moim zdaniem najważniejszym jest zdobycie Copa Libertadores i będziemy do tego dążyć. Jeśli chodzi o moją emeryturę, to nastąpi to wtedy, kiedy nie będę już w stanie odpowiednio się skoncentrować albo zacznę gorzej znosić podróże, czyli wtedy kiedy nie będę mógł grać na odpowiednim poziomie – mówił w jednym z wywiadów.

W 1995 r. w Copa Libertadores River dotarło do półfinału. Tam jednak musieli uznać wyższość Atlético Nacional z niesamowitym René Higuitą w bramce. Swoje marzenie o triumfie w tych rozgrywkach Francescoli zrealizował rok później. W lidze zespołowi nie wiodło się najlepiej, ale kiedy nadchodził czas gier w Copa Libertadores, piłkarze wznosili się na wyżyny. Fazę grupową przeszli bez porażki. W 1/8 finału mierzyli się ze Sprotingiem Cristal z Peru. W pierwszym meczu przegrali 1:2, ale rewanż na Estadio Monumental rozwiał wszelkie wątpliwości. River wygrało 5:2. Francescoli wpisał się na listę strzelców, ale zrobiło to też dwóch jego uczniów – Ariel Ortega i Hernán Crespo, który jedną z bramek strzelił przewrotką w stylu Enzo. W ćwierćfinale byli lepsi od rywali z krajowego podwórka – San Lorenzo. W półfinale zmierzyli się z Universidad de Chile, gdzie świetne partie rozgrywał Marcelo Salas. Sam jednak nie był w stanie wygrać dwumeczu i po remisie 2:2 w Chile i zwycięstwie 1:0 u siebie w finale zagrali piłkarze znad La Platy. W finale ich przeciwnikiem była América de Cali. Pierwszy mecz ekipa River przegrała 0:1. Zdołali jednak odrobić straty. Niesieni fanatycznym dopingiem kibiców Los Millonarios rozegrali świetny mecz i dzięki dwóm bramkom Crespo mogli cieszyć się z triumfu. Francescoli, który od lat marzył o tym pucharze, mógł wreszcie jako kapitan unieść go w górę. Na stadionie rozpoczęło się wielkie świętowanie. Po moim odejściu dziesięć lat temu nigdy bym nie przypuszczał, że będę mógł wygrać Copa Libertadores po moim powrocie. Kiedy zdałem sobie sprawę, że jesteśmy w stanie wygrać? W Peru, po przegranej z Cristalem. Tamtej nocy byliśmy zdenerwowani i przegraliśmy 1:2. Pomyślałem, że jeśli dziś nas nie pobili, to tylko dlatego, że szczęście jest po naszej stronie. Chciałbym jeszcze coś powiedzieć tym, którzy myślą, że piłkarz z 15-letnim stażem w pierwszej lidze się nie denerwuje: kończyłem finał ze skurczami – nerwy zjadły mi nogi – mówił Francescoli po finale. W 1995 r. znów wygrał Copa América. Urugwajczycy w grupie bez problemów uporali się z Wenezuelą, dzięki bramce Enzo wygrali 1:0 z Paragwajem i zremisowali 1:1 z Meksykiem. W ćwierćfinale 2:1 odprawili Boliwię, a w półfinale 2:0 pokonali Kolumbijczyków. W finale ich przeciwnikiem byli Brazylijczycy. Mistrzowie świata prowadzili po pierwszej połowie 1:0, ale tuż po przerwie wyrównał Bengoechea. Regulaminowy czas nie przyniósł rozstrzygnięcia i po raz pierwszy w historii o tytule miały rozstrzygnąć rzuty karne. Te lepiej wykonywali gospodarze i po dramatycznej walce mogli cieszyć się z w pełni zasłużonego zwycięstwa. To właśnie ten triumf obok zwycięstwa w Copa Libertadores wymienia jako najważniejsze momenty swojej kariery. Grał znakomicie. Znalazł się w jedenastce marzeń turnieju, jako jedyny przedstawiciel zwycięzców. Uznano go też za najlepszego piłkarza imprezy. Do tych nagród dorzucił drugą w karierze nagrodę dla najlepszego gracza Ameryki Południowej. Rzeczywiście przeżywał drugą młodość. W grudniu 1996 r. w Tokio rozgrywano mecz o Puchar Interkontynentalny. River Plate mierzyło się w nim z Juventusem. Naprzeciw Enzo stanął jego wielki fan – Zinédine Zidane. Juve wygrało 1:0, ale dla Francuza ważniejsza od zwycięstwa była możliwość gry przeciwko idolowi z młodości. ,,Spotkanie z nim w finale było snem, pod koniec gry dał mi koszulkę dla mojego syna, a mój syn Enzo spał z nią”– opowiadał Zidane. Francescoli zbliżał się już powoli do końca kariery. Coraz częściej zaczynały dokuczać mu urazy. Mimo to zdołał doprowadzić zespół do jeszcze trzech mistrzowskich tytułów z rzędu – Apertura 1996, Clasura 1997 i Apertura 1997. Niejako na zakończenie swojej kariery dorzucił jeszcze triumf w Supercopa Sudamericana w 1997 r. Nie udało mu się razem z reprezentacją zakwalifikować na turniej do Francji. To nieco przyspieszyło jego decyzję o przejściu na piłkarską emeryturę. Ogłosił ją na początku 1998 r. Chciał w końcu poświęcić się rodzinie i nieco nadrobić czas, którego nie mógł jej poświęcić w trakcie kariery. 1 sierpnia 1999 na Estadio Monumental odbył się specjalny mecz pożegnalny. Wśród widzów znaleźli się prezydenci Argentyny i Urugwaju. Na boisku Enzo wraz z przyjaciółmi z River Plate pokonali 4:0 Peñarol. Przez całą swoją karierę palił po kilka papierosów dziennie. Często żartowano, że na zgrupowaniach w pokoju, który dzielił z Gabrielem Cedrésem, panuje londyński smog. Żeby zapobiegać suchości w ustach zwykle żuł gumę, czego nauczył się jeszcze w Wanderers. Lubi gotować, chętnie gra w golfa i często ogląda telewizję. Wspominał, że niektóre filmy widział 63 razy. Dzisiaj jako menadżer stara się przywrócić blask swojemu ukochanemu klubowi. Na stanowisku trenera zatrudnił Marcelo Gallardo, którego praca zaczyna przynosić efekty i po latach posuchy, River znów jest jednym z czołowych zespołów w kraju.

Był jednym z najlepszych piłkarzy swoich czasów. Czterokrotnie grał w finałach Copa América i trzykrotnie cieszył się ze zwycięstwa. Warto zauważyć, że tacy piłkarze jak Zico, czy Maradona, których obok Enzo uznaje się za najlepsze „10” lat 80., nie mają na swoim koncie żadnej wygranej w tej imprezie. Francescoli nie miał jednak szczęścia do turniejów o mistrzostwo świata. Być może gdyby miał w drużynie lepszych partnerów, to Urugwaj osiągnąłby więcej w Meksyku czy we Włoszech. Gdyby grał w którymś z wielkich europejskich klubów, z pewnością dziś bardziej byśmy o nim pamiętali. Przez to, że zaliczył ledwie kilka występów w europejskich pucharach, trudno mu było się przebić w świadomości przeciętnego kibica. Fachowcy jednak go doceniają. Wielokrotnie w rozmaitych zestawieniach jest wymieniany jako jeden z najlepszych piłkarzy w historii. Grał pięknie i elegancko. Jeśli ktoś kochał futbol, to musiał pokochać grę i styl Enzo. Tak jak Zizou…

2

@FCBparasiempre
,,Na nieszczęście dla wszystkich wielu wyolbrzymia moje umiejętności, tak więc mam nadzieję, że nikogo nie rozczaruję. Mam ambicję sprostać oczekiwaniom, jakie są przede mną stawiane. Chcę jednak podkreślić, że w River jest wielu graczy najwyższego poziomu, a ja będę tylko kolejnym. Nie uważam siebie za zbawcę River. Jedyne co muszę zrobić w niedzielę, to starać się nie myśleć o tym, że wszystkie oczy będą zwrócone na mnie. To prawda, przyszedłem do jednego z najlepszych klubów na świecie i nie zamierzam dać się zastraszyć”– mówił Enzo po przyjściu do klubu. Zadebiutował w drużynie 24 kwietnia 1983. River podejmował wtedy na własnym boisku w rundzie wstępnej Campeonato Nacional Huracán. Wygrali 1:0, a w rewanżu potwierdzili swoją wyższość, zwyciężając 2:0. Przygodę w rozgrywkach zakończyli jednak dość szybko. Już w ćwierćfinale musieli uznać wyższość Argentios Juniros. Początki Księcia w boskim Bueons nie były różowe. Francescoli miał problemy z odnalezieniem się w sposobie gry. ,,Początki były trudne. Drużynie nie szło najlepiej, mi też. Nie mogłem znaleźć sobie miejsca na boisku. Dopiero z czasem wszystko zaczęło się układać”– wspominał po latach. Wspominał też toczącą się debatę w telewizji o wysokości jego transferu, kiedy to znany, były już wtedy sędzia Guillermo Nimo powiedział, że tym, który powinien zapłacić za grę dla River, jest sam Francescoli. Kibice nie mieli powodów do zadowolenia. Enzo przychodził jako ten, który miał dać zespołowi nową jakość. Strzelił co prawda kilka bramek, ale na niewiele się to zdało. Drużyna rozczarowywała. Campeonato Metropolitano zakończyła na przedostatnim miejscu w tabeli. Nic dziwnego zatem, że pojawił się pomysł kolejnych przenosin. W 1984 r. po Enzo zgłosiła się kolumbijska América Cali. Francescoli chciał jednak zostać w River i miał ambicję, żeby odnieść tam sukces. Postawił więc zaporowe warunki finansowe i z transferu wyszły nici. Zanim jednak próbowali go kupić Kolumbijczycy, Enzo oczarował wszystkich swoją grą na Copa América. Turniej był rozgrywany w innej formule niż dzisiaj. Rozgrywki toczyły się od sierpnia do listopada, a drużyny rywalizowały w dwóch grupach. Każdy grał z każdym mecz i rewanż – u siebie i na wyjeździe. Zwycięzcy trzech grup i obrońca tytułu spotkali się w półfinałach, które również rozrywano tym samym systemem. O tym, kto zostanie mistrzem, decydował finałowy dwumecz. Francescoli nie grał we wszystkich meczach. Trener Omar Borrás doskonale pamiętał go z drużyn młodzieżowych i ściągnął dopiero na półfinały. Tam przeciwnikiem Urugwaju była solidna reprezentacja Peru, która wcześniej zostawiła w pokonanym polu Kolumbię i Boliwię. Celestes okazali się dla nich jednak za silni. W pierwszym meczu w Limie gospodarze przegrali 0:1. Mieli szansę na remis, ale karnego egzekwowanego przez Navarro obronił Rodriguez. W rewanżu na Estadio Centenario wszyscy spodziewali się łatwego zwycięstwa Urugwaju, ale goście tanio skóry nie sprzedali i udało im się uzyskać remis. Ostatnim przeciwnikiem w drodze do końcowego zwycięstwa była Brazylia. Ta miała wtedy jedną z najlepszych reprezentacji w historii. Takie nazwiska jak Leão, Leandro, Sócrates, Careca czy Roberto Dinamite kojarzy większość kibiców. Pierwszy mecz rozgrywano w Montevideo. Urugwaj pewnie wygrał 2:0, a Francescoli do spółki z Diogo praktycznie pozbawili Brazylię złudzeń. Rewanż rozgrywano na stadionie Fonte Nova w Salvadorze. Na trybunach zgromadziło się prawie 100 tysięcy kibiców. Mimo wsparcia płynącego od publiki, Canarinhos nie byli w stanie rozwinąć skrzydeł. Guttierez bezbłędnie kierował obroną, a Francescoli i Barrios niepodzielnie panowali w środku pola. Gol Jorginho przywrócił co prawda nadzieje kibicom, ale kiedy Aguilera wygrał w 77. minucie pojedynek główkowy z Mozerem i skierował piłkę do siatki, to stało się jasne, że tytuł najlepszej drużyny kontynentu po szesnastu latach wróci do Urugwaju. Dla kibiców, którzy ciągle przeżywali porażki w eliminacjach do dwóch ostatnich mundiali, ten wynik był zapowiedzią lepszych czasów. Enzo był jednym z najlepszych na boisku i uznano go za najbardziej wartościowego gracza turnieju. Pokazał niedowiarkom, że naprawdę potrafi grać w piłkę. Gazety natomiast zastanawiały się, który Francescoli jest prawdziwy – ten, który czaruje w Copa América, czy ten, który ma problemy w River Plate. Kolejny rok przyniósł odpowiedź na pytania gazet. Przed sezonem do klubu wrócił Norberto Alonso i dodatkowo ściągnięto Roque Alfaro. Było jasne, że to między tymi dwoma zawodnikami rozegra się walka o grę na pozycji nr 10. Francescoli z konieczności miał grać na „8”. Początkowo niezbyt dobrze się tam czuł, ale nie miał zamiaru się poddawać. Szło mu coraz lepiej i zaczynał strzelać coraz więcej bramek. Odrodził się. Zaczął powoli pokazywać, na co go stać. Zawsze jednak podkreślał, że to przyjście do klubu Alonso pomogło mu w dojściu do wielkiej formy. Wkrótce zmienił się trener. Odszedł Luis Cubilla, którego tymczasowo zastąpił Don Adolfo Pedernera. To on właśnie zmienił ustawienie drużyny i przesunął Enzo na pozycję „9 i pół”, jak sam Francescoli określał swoją rolę na boisku.

,,Razem z Don Adolfo często spotykaliśmy się w klubowej cukierni i rozmawialiśmy. Pewnego dnia powiedział mi: „Masz wszelkie warunki, żeby grać podwieszony na ostatnich 30 – 40 metrach boiska. Musisz być jednak znacznie bardziej nieprzewidywalny”. Miał rację i dzisiaj jestem mu za to wdzięczny”– opowiadał. Kiedy rozgrywki ligowe już prawie wystartowały, opiekę nad zespołem powierzono Héctorowi Veirze. Nowy trener nazywał go fenomenem. Francescoli urzekał kibiców swoją grą. Znakomicie spisywał się w ataku i w drugiej linii. Potrafił wziąć na siebie ciężar gry i dzięki swoim nieprzeciętnym umiejętnościom przechylić szalę zwycięstwa. Po niemrawym poprzednim sezonie doprowadził River do finału Campeonato Nacional. Tam niestety jednak przegrali z Ferro Carril Oeste. Natomiast w Campeonato Metropolitano finiszowali na czwartym miejscu. River grało coraz lepiej. Enzo wykazał się znakomitą skutecznością. Strzelił w lidze aż 24 bramki i zapewnił sobie tytuł króla strzelców. Dzięki swoim świetnym występom uznany został piłkarzem roku Ameryki Południowej. Rok 1985 przyniósł zmiany w argentyńskim futbolu. Przeprowadzono reformę rozgrywek. Od tej pory zespoły grały systemem jesień – wiosna. W ostatniej edycji Campeonato Nacional River otarli się o udział w finale, ale trochę im zabrakło. W marcu i kwietniu musieli sobie radzić bez jednego ze swoich filarów, bo Enzo był potrzebny w eliminacjach do meksykańskiego mundialu. Jego pozycja w klubie była jednak niepodważalna. Wymieniano go w jednym rzędzie z najlepszymi zawodnikami na świecie. Enzo rozwiązuje ci wiele problemów. Jest absolutnie fenomenalny. Dla mnie jest na najwyższym poziomie, na tym samym co Platini, Rummenigge i Maradona. On robi wszystko, każę mu grać z tyłu, podpowiadam i wiem, że pokiwa głową. Nigdy nie powie: idź, sam zagraj i pokaż – mówił o nim trener Veira. W lipcu ruszyły nowe rozgrywki. Campeonato Metropolitano przekształcono w ligę ogólnokrajową, do której oczywiście mogły awansować kluby spoza Buenos Aires. Dla River Plate miał to być początek nowego, pięknego rozdziału w ich historii. Od początku kroczyli od zwycięstwa do zwycięstwa a Francescoli strzelał i strzelał. Często to właśnie jego bramki przesądzały o zwycięstwach. Był etatowym wykonawcą rzutów karnych. W lidze uzbierał 25 goli i ponownie został najlepszym strzelcem. W całym sezonie River Plate przegrało tylko trzy spotkania. 9 marca 1986 r. Los Millonarios podejmowali u siebie Velez Sarsfield. Odnieśli pewne zwycięstwo, aplikując rywalom trzy bramki, nie tracąc przy tym żadnej. Wynik meczu strzałem z rzutu karnego w samej końcówce ustalił Francescoli. Wraz z końcowym gwizdkiem arbitra stało się jasne, że po kilku latach tytuł wróci na Estadio Monumental. Do końca rozgrywek pozostawało jeszcze pięć kolejek, ale tym zwycięstwem River Plate zapewnili sobie mistrzostwo. Enzo był gwiazdą. Razem z Ruggerim rozegrali najwięcej meczów w lidze – 31. Francescoli, jako pierwszy piłkarz spoza Argentyny, zdobył nagrodę dla piłkarza roku w tym kraju. Jego klasę doceniali też koledzy z drużyny. Enzo był fundamentem drużyny nie tylko z powodu bramek. Był bardzo ważny również dla nas, obrońców. Kiedy przychodził cięższy okres gry i nie było do kogo zagrać, to podawaliśmy do niego i mogliśmy chwilę odetchnąć. On robił resztę – utrzymywał piłkę przez odpowiedni czas, dzięki czemu mogliśmy spokojnie odzyskać siły. Enzo już wtedy był dla nas punktem odniesienia, choć nie miał takiej pozycji jak Alonso czy Gallego. Widziałem, że był bardzo szczęśliwy podczas rozgrywek. Żył w pełni i osiągnął to, co sobie założył – mówił Jorge Gordillo. Na moim pierwszym treningu siedziałem na ławce rezerwowych przy bocznym boisku i patrzyłem na piłkarzy, zadając sobie pytanie: „Jak ten gość może być tak krytykowany, skoro jest tak fenomenalny?”. Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, wiedziałem, co o nim mówiono. To było w 1984 r. Od razu zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo jest dobry. Mimo że przyszedłem grać na jego pozycji, traktował mnie szczególnie od pierwszego do ostatniego dnia. Najważniejszą imprezą w 1986 r. były oczywiście mistrzostwa świata. Kibice mieli prawo oczekiwać, że formę prezentowaną w klubie Francescoli przełoży na reprezentację. Pomógł kolegom awansować na mundial po 12 latach przerwy. Trzy lata wcześniej w dobrym stylu wygrali Copa América, a teraz nadeszła pora, żeby potwierdzić klasę wśród 24 najlepszych zespołów na świecie. Zadanie jednak nie był wcale takie proste. Urugwaj trafił do „grupy śmierci”, jak określił ją selekcjoner Omar Borrás. Ich rywalami byli Szkoci, Duńczycy i wicemistrzowie świata Niemcy. To właśnie z Niemcami Urusi zagrali pierwszy mecz. Piłkarze z Ameryki Południowej nie byli faworytami, ale to właśnie oni jako pierwsi strzelili bramkę. Fatalne podanie Lothara Matthäusa do obrońców przejął Antonio Alzamendi. Położył na ziemię Toniego Schumachera i silnym, odbitym od poprzeczki strzałem dał swojemu zespołowi prowadzenie. Niemcy grali jednak do końca. Sześć minut przed końcowym gwizdkiem wyrównał Klaus Allofs. Kibice mogli czuć się rozczarowani, ale remis z Niemcami ujmy nie przynosił. Zupełnie inne nastroje towarzyszyły im po drugim grupowym spotkaniu. Debiutujący na mundialu Duńczycy rozbili Urugwaj aż 6:1. Przy stanie 1:0 z boiska za drugą żółtą kartkę wyleciał Miguel Bossio, ale do końca pierwszej połowy Celestes jakoś się trzymali. Tuż przed przerwą z rzutu karnego na 2:1 strzelił Francescoli i wydawało się, że będą w stanie toczyć wyrównaną walkę. Druga odsłona była jednak koncertem podopiecznych Seppa Piontka. Strzelili cztery gole i nie pozostawili rywalom złudzeń. Preben Elkjær Larsen ustrzelił hat-tricka. Kiedy po latach pytano Enzo, czy wstydzi się jakiegoś występu, wskazywał właśnie to spotkanie. ,,Powinniśmy się zamknąć i przegrać 1:3. Strzeliłem na 1:2 i pobiegłem po piłkę, krzycząc do kolegów: dalej, wyrównajmy! , Straciliśmy piłkę i nawet tego nie zauważyliśmy. Nigdy więcej mi się to nie przydarzyło. Jest to jedyna rzecz, za którą przepraszam wszystkich Urugwajczyków”– wspominał tamten mecz.

Ostatni grupowy pojedynek ze Szkotami zapisał się w kronikach. Już w pierwszej minucie z boiska usunięty został José Batista. Enzo wraz z kolegami nie załamali się i zdołali wywalczyć dający im awans remis. Wielu jednak zarzucało Urugwajowi ostrą i brutalną grę. ,,Urugwaj przynosi wstyd. Nie mają respektu dla godności innych ludzi”– mówił Alex Ferguson. Urugwaj miał zmierzyć się Argentyną, czyli odwiecznym rywalem w 1/8. Starcia tych drużyn zawsze elektryzowały kibiców. Wielu czekało również na rywalizację dwóch wybitnych jednostek – Maradony z Francescolim. W meksykańskiej Puebli faktycznie iskrzyło. Sędzia pokazał aż siedem żółtych kartek. W drugiej połowie nad stadionem przeszła burza i padał ulewny deszcz. Maradona rozgrywał kapitalny mecz, ale na listę strzelców się nie wpisał. Miguel Bossio starał się mu uprzykrzać życie, jak tylko mógł. Po drugiej stronie równie dobre zawody rozgrywał Francescoli. Enzo dwoił się i troił, ale twardzi argentyńscy obrońcy zatrzymywali go wszelkimi możliwymi sposobami. Pojawiają się głosy, że jeśli na meksykańskim turnieju ktoś dorównywał Maradonie, to był to właśnie Francescoli w starciu 1/8 finału. Mecz zakończył się jednak zwycięstwem Albiceleste 1:0 po bramce Pedro Pasculliego i to oni, a nie Urugwaj zagrali w tym pamiętnym ćwierćfinale. Szansa na rehabilitację pojawiła się już rok później. Copa América odbywała się wtedy w Argentynie. Częściowo powrócono do starej formuły. Turniej rozgrywano w jednym kraju, ale Urugwaj jako obrońca tytułu do rywalizacji przystępował dopiero w półfinale. Tam nadarzyła się okazja do rewanżu za ostatnie starcie na mundialu. Na Estadio Monumental spotkały się drużyny mistrzów świata z mistrzami kontynentu. 65 tys. kibiców obserwowało znakomite spotkanie. Zacięte, toczone w ostrym tempie i obfitujące w zagrania najwyższej klasy. Smaczku dodawała oczywiście rywalizacja dwóch największych indywidualności Ameryki Południowej, czyli Maradony i Francesoliego. To właśnie na nich w dużej mierze zwrócone były oczy kibiców. Nieco lepiej wypadł Argentyńczyk, ale Enzo po raz kolejny udowodnił, że wiele mu nie ustępuje. W finale zameldowali się obrońcy tytułu. Bramkę tuż przed przerwą strzelił Antonio Alzamendi i nawet wysiłki młodziutkiego Claudio Caniggi nie zmieniły wyniku Tym razem to Urugwaj przeszedł dalej i miał grać o złoto. Tam spotkali się z Chile, które w półfinale odprawiło coraz silniejszą Kolumbię z Carlosem Valderramą. Rozgrywany 12 lipca finał zgromadził na Estadio Monumental ledwie 35 tys. kibiców. Nie było to jednak widowisko godne finału. Piłkarze grali bardzo ostro i sędzia usunął z boiska aż czterech piłkarzy. Wśród nich znalazł się też Francescoli, który do szatni musiał zejść po niespełna pół godzinie gry. Nie zawsze udawało mu się trzymać nerwy na wodzy. Mimo to przewaga Urugwaju była wyraźna, a Chilijczycy chyba nie wytrzymali psychicznie. Obrońcy tytułu wygrali 1:0 po bramce Bengoechei. Dzięki nieco dziwnemu regulaminowi do końcowego zwycięstwa wystarczyły im ledwie dwa mecze. Turniej w 1987 r. był dla Enzo okazją do powrotu na Estadio Monumental, gdzie cieszył się wielkim szacunkiem. Kiedy w 1986 r. River Plate zdobywał pierwsze w swoje historii Copa Libertadores, Francescoli grał już w Europie. Jeszcze przed meksykańskimi mistrzostwami zdecydował się odejść do Paryża. W stolicy Francji tworzono wtedy drużynę, która miała zdominować krajowe rozgrywki i zaistnieć w Europie. Przedsiębiorca z branży motoryzacyjnej Jean-Luc Lagardère zainwestował duże pieniądze w jeden z najstarszych francuskich klubów – Racing. Głównym sponsorem klubu została motoryzacyjna firma Matra, co zaowocowało zmianą nazwy na Matra Racing. Francescoli dołączył do drużyny, w której obok niego mieli grać: Pascal Olmeta, Thierry Tusseau, Maxime Bossis, Luis Fernández, Rubén Paz czy Pierre Littbarski. Drużyna była jednak silna tylko na papierze. W lidze zajęli dopiero 13. miejsce, choć Francescoli był wyróżniającym się zawodnikiem. Z 14 bramkami uplasował się w czołówce klasyfikacji strzelców. W Paryżu spędził trzy sezony. Za każdym razem był najlepszym strzelcem w drużynie. Najbliżej europejskich pucharów był w 1988, kiedy do miejsca premiowanego grą w Pucharze UEFA zabrakło Racingowi czterech punktów. To wtedy właśnie Francescoli miał okazję zamienić Paryż na Turyn. Juventus chciał go u siebie jako zmiennika dla Platiniego, ale Enzo odrzucił ofertę. Został w Racingu i pomógł drużynie utrzymać się w lidze. Z mocarstwowych planów wyszły nici. Wkrótce Francescoli opuścił klub, a bez niego w składzie Racing spadł z ligi. W swoim ostatnim sezonie w klubie wprowadzał w świat dorosłej piłki młodego Davida Ginolę. Dziś drużyna gra na piątym poziomie rozgrywkowym, a o tym, że pieniądze w piłkę nie grają, nie wiedzą w Paryżu chyba do teraz…

8

@FCBparasiempre
12 listopada 1961 r. urodził się Enzo Francescoli, legendarny urugwajski napastnik. Kiedy w 1950 r. Urugwaj zwyciężał na Maracanie Brazylię, mało kto pewnie przypuszczał, że będzie to ich ostatni występ w finałowym starciu. Urugwajczycy świetnie spisali się na turnieju w Szwajcarii, gdzie przegrali w półfinale z Węgrami, czy w Meksyku, gdzie świetne partie rozgrywał Mazurkiewicz. Na arenie klubowej znakomicie prezentował się Peñarol, ale przez lata brakowało jakiegoś spektakularnego sukcesu drużyny narodowej. Na mundiale w Argentynie i Hiszpanii Urugwaj w ogóle się nie zakwalifikował. Nie było też w składzie piłkarzy tej klasy co Scarone, Andrade, Ghiggia, Varela, Hohberg czy Schiaffino. Dopiero na początku lat 80-tych pojawił się zawodnik, który przywrócił kibicom wiarę w możliwości drużyny. Był nim Enzo Francescoli, który ze względu na swoją elegancję w grze i bajeczną technikę otrzymał przydomek ,,Książę”. W lutym 1986 r. reprezentacja Polski wybrała się do Ameryki Południowej na małe tournée. Wizyta za oceanem wieńczyła kilkutygodniowe zgrupowanie we Włoszech. Piechniczek zdawał sobie sprawę z tego, jak pracuje się w klubach i był zdania, że tylko dłuższa, wspólna praca pomoże stworzyć naprawdę silną drużynę. Trzecia drużyna mundialu w Hiszpanii w ramach przygotowań do meksykańskiego turnieju miała po raz pierwszy w historii zmierzyć się z Urugwajem, a także z najlepszymi klubami Argentyny. Z Boca Juniors i Racingiem wygraliśmy po 1:0, a z Urusami zremisowaliśmy 2:2. W pamięci kibiców zapisał się jednak pojedynek z River Plate. ,,Los Millonarios” byli wtedy jednym z czołowych zespołów na kontynencie. Potwierdzili to na koniec roku, kiedy zwyciężyli w Copa Libertadores i w Pucharze Interkontynentalnym, w którym wygrali ze Steauą. W składzie nie brakowało wielkich nazwisk. Américo Gallego zdobył mistrzostwo świata w 1978 r., Oscar Ruggeri i Nery Pumpido dokonają tego później na meksykańskich boiskach. Najjaśniej świeciła jednak gwiazda El Principe. I to właśnie występ, jaki zanotował Francescoli, najbardziej zapadł w pamięć kibicom zarówno nad La Platą, jak i nad Wisłą. Spotkanie stało na wysokim poziomie. W 37. minucie błąd popełnił Jacek Kazimierski i gospodarzy na prowadzenie wyprowadził Norberto Alonso. Do szatni Polacy schodzili z jednobramkową stratą. W 48. minucie wyrównał Dziekanowski strzałem z rzutu wolnego. Na odpowiedź River nie trzeba było długo czekać, bo już kilka minut później stadion w Mar del Plata zatrząsł się w posadach. Francescoli wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Polacy jednak nie rezygnowali. Cztery minuty po bramce Urugwajczyka piłkę po strzale Jana Urbana ręką z linii bramkowej wybił Oscar Ruggeri. Karnego pewnie wykorzystał Dariusz Dziekanowski i znów był remis. W 67. minucie w zamieszaniu podbramkowym Andrzej Zgutczyński dograł do Romana Wójcickiego, a ten z najbliższej odległości umieścił piłkę w siatce. Pięć minut później było już 4:2. Nery Pumpido w sytuacji sam na sam zastopował Krzysztofa Barana i wybił piłkę przed pole karne, ale tam przejął ją Andrzej Buncol i lobem spoza pola karnego podwyższył prowadzenie. Wydawało się, że Polacy rozstrzygną spotkanie na swoją korzyść. Gra się nieco zaostrzyła. Kwadrans przed końcem Francescoli ostro starł się Kazimierzem Przybysiem. Enzo w odwecie uderzył go w twarz, ale sędzia Abel Gnecco z boiska wyrzucił Polaka. Minutę później czerwone kartoniki obejrzeli Andrzej Zgutczyński i Jorge Borelli. Na boisku zrobiło się nieco więcej miejsca, co wkrótce wykorzystali piłkarze River Plate. Do końca pozostawało mniej niż dziesięć minut i wtedy dał o sobie znać geniusz Francesoliego. Po akcji świeżo wprowadzonego na boisko Ramóna Centurióna, Enzo przejął piłkę w polu karnym i nie dał szans Józefowi Wandzikowi, który zmienił w przerwie Kazimierskiego. Gospodarze poczuli krew i przycisnęli. W 87. minucie po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Ramón Centurión doprowadził do wyrównania. Chwilę później Francescoli wprawił kibiców w ekstazę. Sędzia zwlekał z zakończeniem meczu. River Plate egzekwowało rzut wolny. Z prawej strony boiska piłkę w pole karne wrzucił Norberto Alonso. Oscar Ruggeri wygrał pojedynek z polskim obrońcą i dograł do wchodzącego w szesnastkę, niepilnowanego bohatera tekstu. Francescoli przyjął futbolówkę na klatkę piersiową i popisał się fenomenalnym uderzeniem z przewrotki. Wielu uważa, że to najpiękniejsza bramka, jaką kiedykolwiek straciła reprezentacja Polski. W Ameryce Południowej pamięć o niej jest żywa do dziś i jest stawiana jako wzór idealnego uderzenia nożycami, które określa się tam jako chilena. W tym przypadku zdecydowanie trafienie to można określić mianem golazo.

Enzo Francescoli przyszedł na świat 12 listopada 1961 r. w Montevideo. Dorastał w atmosferze uwielbienia dla bohaterów brazylijskiego mundialu z 1950 r. Jako dziecko był świadkiem wielkich sukcesów Peñarolu. Futbol był obecny w jego życiu od najmłodszych lat. Każdą wolną chwilę spędzał na boisku. Już w wieku sześciu lat uganiał się za futbolówką w dziecięcych zespołach Club Cadys Real – klubu, który działał w jego najbliższym sąsiedztwie. Zwykle graliśmy na ulicy. Po południu, po powrocie ze szkoły i drzemce, budowaliśmy jakieś bramki i graliśmy 20 na 20. Nie pamiętam dokładnie, kto wtedy z nami grał, ale byli to chłopcy w różnym wieku. Mój brat już wtedy się wyróżniał, można powiedzieć, że dobrze uderzał piłkę – wspominał Luis Francescoli. W tym samym czasie dołączył do drużyny ze swojej szkoły San Francisco de Salles, która lepiej jest znana jako Maturama i pod taką nazwą funkcjonuje do dzisiaj. Samo określenie pochodzi od nazwy ulicy, gdzie zaczynała swoją działalność. Enzo w krótkim czasie stał się oczywiście jednym z najlepszych zawodników i został prawdziwym liderem drużyny. Pewnej środy poszliśmy do szkoły, ponieważ odbywała się tam ceremonia wręczenia nagród. Enzo nie mógł iść, bo leżał w łóżku z wysoką gorączką. Wszystko wyjaśniliśmy księdzu, człowiekowi o nazwisku Soviski. Zapewnił nas, że nie będzie stwarzał problemów i powiedział, żeby Enzo dbał o siebie. W razie potrzeby mógł nie przychodzić w czwartek czy w piątek, nie byłoby z tym problemu. Najważniejsze jednak, żeby wrócił do soboty, bo wtedy mieli rozegrać jeden z decydujących meczów – wspominał ojciec Enzo. Francescoli miał wtedy dopiero 10 lat, ale już zaczął zwracać na siebie uwagę. Wielu o niego pytało, przepowiadając mu świetlaną przyszłość. Był raczej wątłej postury, ale braki w warunkach fizycznych nadrabiał techniką i przeglądem pola. Jako młody chłopak wylądował na testach w urugwajskim River Plate i w Peñarolu, ale nie został zawodnikiem żadnego z tych klubów. Mówiło się, że to przez jego sylwetkę, ale to nieprawda. W pierwszym z tych zespołów wziął co prawda udział w jednym z treningów, ale drugi już przegapił, bo wolał kontynuować grę z przyjaciółmi. Również w ekipie Los Carboneros nie został na dłużej. Poszedłem do Las Acacias [ośrodek treningowy Peñarolu], gdzie było sześć tysięcy dzieciaków. Całe popołudnie spędziłem na oglądaniu, sam grałem przez 20 minut. Mosquera powiedział „zapiszcie chudego”. Przeszedłem pierwszy etap. Przy wyjściu powiedziałem jednak do mojego staruszka: „Nie wiem, czy mam przyjść tato… Znów miałbym oglądać innych i czekać całe popołudnie… Nie chcę”. I nie poszedłem – wspominał w wywiadzie dla El Gráfico w 2008 r. Francescoli uczęszczał do szkoły salezjańskiej. Był podstawowym zawodnikiem szkolnej drużyny, z którą zdobył pięć razy z rzędu mistrzostwo. Jak to zwykle bywa w podobnych przypadkach, rówieśników wielokrotnie przewyższał umiejętnościami. Stało się jasne, że musi dołączyć do profesjonalnego klubu z odpowiednim zapleczem, sztabem szkoleniowym i bazą treningową. Wkrótce został zawodnikiem Wanderers. Byłem wtedy w ostatniej klasie w mojej szkole, a mój przyjaciel Gustavo Perdomo grał w rezerwach Wanderers. ,,Grywaliśmy tuż za rogiem. Pewnego dnia graliśmy mecz i zostałem zauważony. Podeszli do mnie Martiarena i Giacoia, których bardzo szanowałem. Zaproponowali mi, żebym dołączył do klubu i kiedy szkoła się skończyła, zgodziłem się. Poza tym byłem tam razem z moim przyjacielem”– mówił o okolicznościach przejścia do Wanderers Enzo. Do Wanderers Enzo dołączył w 1978 r. Początkowo grał w drużynach młodzieżowych. Również tam swoimi umiejętnościami przewyższał kolegów i wyrobił sobie silną pozycję. Trenował w Las Piedras, na przedmieściach Montevideo, gdzie chodził codziennie ze swoją małą torbą. Cieszył się uznaniem do tego stopnia, że często drużyna zaczynała mecz bez niego, a on dołączał na boisko po kilku czy kilkunastu minutach. W soboty musiałem nadrabiać przedmioty w szkole. Ojciec po mnie przyjeżdżał i zabierał na mecz. Nieraz zdarzało się, że dojeżdżaliśmy kilka minut za późno. Wanderers zaczynali wtedy w dziesięciu, bo cieszyłem się uznaniem trenera Martiareny. Wychodziłem z autobusu, przebierałem się i wchodziłem na boisko – wspominał Francescoli. To właśnie w drużynie Wanderers dorobił się przydomku Książę. Określił go tym mianem Aníbal Ciocca, który sam był tak nazywany. Grał w Wanderers na początku lat 30-tych a potem święcił triumfy z Nacionalem. Ciocca był pod wrażeniem elegancji i stylu, jaki prezentował Francescoli na boisku i uznał, że Enzo jest godny odziedziczyć ten przydomek. Gdziekolwiek później nie grał, to właśnie w ten sposób nazywali go kibice.

W zespole seniorskim zadebiutował 9 marca 1980 r. Wanderers grało wtedy na wyjeździe z Defensorem Sporting w ramach Torneo Colombes. Enzo z kolegami pewnie zwyciężyli 5:0, a on sam rozpoczął piękny etap w swojej przygodzie z piłką. Z miejsca stał się podstawowym zawodnikiem. Wystąpił we wszystkich 26 meczach ligowych. Trzykrotnie wpisał się na listę strzelców. Klub największe sukcesy odnosił w latach 30. i 40., potem popadł w ligową przeciętność i niejednokrotnie balansował na krawędzi spadku. Ostatni raz na podium zameldowali się w 1963 r. Rozgrywki z 1980 r. ukończyli jednak na drugim miejscu, ustępując tylko Nacionalowi. Francescoli miał w tym sukcesie niemały udział. Czuł się pewniej i coraz bardziej czarował swoją grą. Szybko pojawiły się porównania do wielkiego Juana Schiaffino i pogłoski o zainteresowaniu River Plate czy Milanu. Forma młodego zawodnika zwróciła uwagę selekcjonera młodzieżowej reprezentacji. Raúl Bentancor zabrał Enzo na mistrzostwa Ameryki Południowej do Ekwadoru. W fazie grupowej Urugwajczycy mierzyli się z Ekwadorem, Boliwią, Paragwajem i Kolumbią. Zajęli pierwsze miejsce w grupie i nie przeszkodziła im nawet porażka z Paragwajem. Francescoli zdobył ważne bramki w starciach z Kolumbią i Ekwadorem i był wyróżniającym się zawodnikiem rozgrywek. W fazie finałowej Urusi byli bezkonkurencyjni. Wygrali wszystkie trzy mecze – 2:1 z Brazylią, 2:1 z Boliwią i na deser rozbili aż 5:1 swoich największych rywali z Argentyny. Do swoich zdobyczy strzeleckich Enzo dorzucił trafienia w starciach z Brazylią i Argentyną i z pięcioma golami na koncie został królem strzelców turnieju. W zgodnej opinii fachowców przyszłość stała przed nim otworem, a na potwierdzenie tych słów uznano go za najlepszego gracza całych rozgrywek. Zwycięstwo w ekwadorskim turnieju otwierało drogę do udziału w młodzieżowych mistrzostwach świata. Te rozgrywano w dalekiej Australii, a Enzo, który rozgrywał kolejny dobry sezon w klubie, miał poprowadzić drużynę do sukcesu. W grupie Celestes mierzyli się z USA, Polską i Katarem. Suncorp Stadium w Brisbane, na którym rozgrywano mecze grupy A, okazał się bardzo szczęśliwy dla Urugwaju. Francescoli z kolegami sprostali oczekiwaniom i wygrali wszystkie trzy mecze. W ćwierćfinale ich przeciwnikiem byli Rumuni. Spotkanie było wyrównane, ale w ostatecznym rozrachunku lepsi okazali się Europejczycy. Wygrali 2:1, a dającą zwycięstwo bramkę strzelili na kilka minut przed końcem meczu. Mimo że Francescoli w żadnym meczu nie wpisał się na listę strzelców, to po raz kolejny zaprezentował się z bardzo dobrej strony i wielu wróżyło mu wielką przyszłość. Rok 1981 zakończył ze swoim klubowym zespołem na trzecim miejscu w ligowej tabeli. Grał w australijskim turnieju, więc opuścił kilka kolejek, ale i tak zdołał strzelić siedem bramek. Kiedy w lutym 1982 r. Urugwaj brał udział w towarzyskim turnieju Nehru Cup, rozgrywanym w Kalkucie, nowy selekcjoner Omar Borrás postanowił sprawdzić wyróżniającego się piłkarza. Francescoli zagrał we wszystkich meczach. W pierwszym, z Jugosławią B, który uważa się za nieoficjalny, strzelił nawet bramkę. Ponownie na listę strzelców wpisał się w starciu z olimpijską reprezentacją Włoch, którą Urugwaj pokonał 3:2. Poza tym w turnieju brały udział zespoły Chin i Korei Południowej, z którymi Urusi zremisowali. Gospodarz, czyli Indie, przegrały z ekipą Enzo 1:3. W finale Urugwaj wygrał pewnie 2:0 z Chinami, a Enzo po raz pierwszy posmakował triumfu z reprezentacją. Turniej oczywiście nie stał na jakimś niebotycznym poziomie, ale dla takiego zawodnika jak Francescoli był dobrą okazją do pokazania swoich umiejętności trenerowi. Na mundialu w Hiszpanii Urugwaju zabrakło, więc kibicom pozostały emocje związane z rozgrywkami na krajowym podwórku. Tym razem Wanderers po dwóch solidnych sezonach nieco rozczarowali. Finiszowali na piątym miejscu, ale paradoksalnie dla Enzo był to najlepszy sezon w klubie. Znowu nie opuścił żadnego spotkania i dziesięciokrotnie pokonywał bramkarzy rywali. Kiedy jednak w kwietniu 1983 r. zespół rozpoczynał zmagania w Copa Libertadores, to Enzo nie było już w drużynie. Przeniósł się na drugi brzeg La Platy, do River Plate. To właśnie w barwach River Plate wszedł na wyższy poziom, a Estadio Monumental stało się jego drugim domem. Zanim jednak został zawodnikiem Los Milionarios, transfer poprzedziły żmudne negocjacje. Zgodę na jego odejście musiało wyrazić zgromadzenie socios, a nie było łatwo ich przekonać. Po raz drugi w 80-letniej historii klubu konieczne było przeprowadzenie dwóch takich zebrań. W końcu jednak Francescoli dostał zgodę na transfer. River miało zapłacić Urugwajczykom 310 tys. dolarów i dodatkowo do Wanderers miało trafić 20 procent zysku z kolejnego transferu. Swoją dolę musiał też dostać Enzo i jego przedstawiciele. Pojawił się problem, bo River nie mógł zapłacić wynegocjowanej kwoty w gotówce. Stanęło na tym, że zapłacono tylko 50 tys., a reszta miała być uregulowana w ratach. Gwarancji miał udzielić Banco di Napoli, a raty miały być finansowane z kolejnych transz za transfer Ramóna Díaza, który rok wcześniej zamienił River na Napoli. W sprawie kontraktu indywidualnego Francescoli bez problemu doszedł do porozumienia z klubem i wreszcie mógł zacząć grać.

7

,,Książę” znad La Platy kończy dziś 62 lata(czytajcie w odpowiedzi na mój komentarz):

@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

10

Nieszczęśliwe przypadki ,,La Pulgi”:

12 listopada 2006 r. Messi doznał poważnej kontuzji a mianowicie złamania piątej kości śródstopia w meczu z Realem Saragossa, co oznaczało 3 miesiące przerwy w grze. Był to już drugi tak poważny uraz Argentyńczyka w ciągu roku. Pauzował również w 3 ostatnich miesiącach poprzedniego sezonu z powodu naderwania mięśnia uda i opuścił w ten sposób finał Ligi Mistrzów w 2006 r.


@Sensible
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@AssisMoreira
@Arkon

0

@Pawlak1992 Owszem Polska również miała wybitnych piłkarzy na czele z najlepszym w historii(o czym powinieneś wiedzieć) Wilimowskim tyle że nasi rodacy nie zdobywali ,,Złotych Piłek" a tym bardziej mistrzostw Europy czy Świata więc ta skala wybitności jest zdecydowanie niższa.
poza tym sam napisałeś że reszta krajów ma za mało wybitnych piłkarzy. Owszem taka Irlandia PŁN. czy Bułgaria ma za mało ale już Urugwaj!? Polska nie może się z tym krajem równać w historii i zapewne się już nie zrówna. Ponadto dotyczy to również Holandii...

10

Blaugrana w europejskich pucharach:

12 listopada 1958 r. FC Barcelona pokonuje na wyjeździe FC Basel 1:2 w ramach pierwszej rundy 1/8 Pucharu Miast Targowych. Gole dla Barçy zdobyli: rewelacyjny napastnik Evaristo oraz Gensana.


@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

0

@Pawlak1992 Reszta ma za mało wybitnych zawodników? Kompletnie nie znasz się na historii futbolu. Przede wszystkim Urugwaj(!) najmocniejsza potęga na świecie przed wojną i tuż po niej. Nasazzi, Andrade, Romano, Scarone, Schiaffino, Morena, Francescoli, Forlan. Mało!? Jest również taki kraj o którym całkowicie zapomniałeś! Węgry miały wybitnych piłkarzy a mianowicie Puskasa, Kocsisa czy choćby Buzanszky'ego, Bozsika i Hidekgutiego. Ponadto Walia, Szkocja, Bułgaria, Irlandia Północna i Paragwaj też miały swoich wybitnych piłkarzy. Odpowiednio: Rush, Dalglish, Stoiczkov, Best oraz Erico.

0

@mekston Coś źle dojrzałem. Rzeczywiście Bellingham ma tych goli tylko 10 a Kane aż 17! Ale to tylko dowodzi jakiej klasy snajperem jest Kane mając 30 lat!

1

Kiedy Harry Kane przechodził do Bayernu Monachium to wiedziałem że prędzej czy później zacznie strzelać gole. Nie przypuszczałem jednak że na dzień 11 listopada nastrzela ich w Bundeslidze aż 17! Dla przykładu Bellingham przed dzisiejszym meczem z Valencia ma tych goli 16, tyle tylko że Bellingham liczy sobie 20 lat a Kane 30! Ciekawe czy Harry Kane w takim wieku jest w stanie utrzymać taką forme i taką skuteczność aby stawić czoła rekordowi Roberta Lewandowskiego, który potrafił przez cały sezon strzelić 41 goli!

0

Ślicznie, pięknie, cudownie! Bravissimo Girona! Jak nie ,,my" to FC Girona,Katalonia rządzi!

7

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

11 listopada 1889 r. w Świątnikach Górnych urodził się Tadeusz Synowiec. Pierwszy kapitan polskiej reprezentacji, współzałożyciel Przeglądu Sportowego i jeden z najlepszych zawodników w polskim futbolu w jego pionierskim okresie. Pochodził z biednej rodziny i dość wcześnie został osierocony. Później od rówieśników zaczął naukę, ale był najlepszym uczniem krakowskiego gimnazjum Utrzymywał się z lekcji, których udzielał uczniom młodszych i starszych klas. Piłkę kopać zaczął w klubie RKS Rudawa, a w wieku 20 lat w 1909 r. trafił do Cracovii. Stał się symbolem klubu, dla którego rozegrał 317 spotkań. Od 1913 r. pełnił funkcję kapitana. W trakcie I wojny światowej przebywał w okolicach Kijowa, gdzie w latach 1914-1917 występował w zespole Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego w Kijowie. W 1921 r. razem z kolegami został pierwszym w historii mistrzem Polski. Stanisław Mielech wspominał, że podczas jednego z wyjazdów niewiele brakowało, a Synowca zostawili by na dworcu. Czekali na peronie na przyjazd pociągu, a gdy ten nadjechał, wszyscy rzucili się, żeby zająć jak najwygodniejsze miejsca. Pociąg miał już ruszać, ale wtedy ktoś zapytał: gdzie jest Tadek? Synowiec spokojnie, niczym się nie przejmując, siedział sobie na ławce i pogrążał się w lekturze sportowej prasy. To m.in. dzięki niemu powstał Przegląd Sportowy. Był jego pierwszym redaktorem naczelnym i tę funkcję pełnił już wtedy, kiedy jechał z kolegami na premierowy występ polskiej reprezentacji w Budapeszcie. W kadrze zagrał osiem razy. We wszystkich meczach pełnił zaszczytną funkcję kapitana zespołu. Ostatni występ zaliczył 18 maja 1924 r. w przegranym 1:5 meczu ze Szwecją. Na paryskich igrzyskach był rezerwowym. W sierpniu 1925 r. przejął obowiązki kapitana związkowego PZPN, z których wywiązywał się do końca 1927 r. Prowadził reprezentację w 12 meczach (11 oficjalnych). Jako zawodnik znakomicie potrafił się ustawiać i imponował skutecznością w odbiorze piłki. Nigdy jednak nie atakował przeciwnika jako pierwszy, starał się wyczuć jego ruchy i zwykle udawało mu się wybić futbolówkę. Sporadycznie się zdarzało, że ktoś minął go dryblingiem. Był niezrównany w grze głową i nigdy nie wpadał w panikę. Zawsze, nawet w największym zamieszaniu, potrafił zachować spokój. Grał bardzo fair i nigdy nie faulował, nigdy też nie miał zatargów z sędziami. Imponował kondycją i przygotowaniem fizycznym, a dzięki swojemu uporowi, nieustępliwości i bezwzględnemu wykorzystywaniu błędów rywali, krakowska publiczność nadała mu przydomek Żyła. Nie umiał przerzucać piłki na drugą stronę boiska, nie potrafił strzelać goli głową z rzutów rożnych, albo poprzez linię obrony. Ale gdy Kożeluh na treningu zarządził strzelanie o czekoladę do starego kapelusza leżącego w bramce, w cylinder pierwszy trafiał „Żyła”. Styczeń, który był „pies na czekoladki” narzekał, że Tadzio nigdy się nie spieszył z napoczęciem czekolady i z poczęstunkami. W Reprezentacji rozegrał 8 meczów.



@Arkon
@AssisMoreira
@Kessie
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

11

Blaugrana w Superpucharach:

11 listopada 1992 r. FC Barcelona pokonała na Vicente Calderon Atletico Madryt 1:2 i tym samym sięgnęła po raz trzeci w swojej historii po Superpuchar Hiszpanii. Tydzień po tym jak Barça sensacyjnie odpadła z Pucharu Europy(porażka z CSKA Moskwa) Blaugrana stanęła przed szansą na przynajmniej częściowe zatarcie złego wrażenia z europejskich pucharów. Po pierwszym meczu na Camp Nou i zwycięstwie 3:1 z Atletico szansa na Superpuchar jeszcze wzrosła. W rewanżu osłabieni brakiem Schustera gospodarze zaatakowali w pierwszych minutach, aczkolwiek Futre nie wykorzystał dwóch dogodnych sytuacji. Gol Beguiristaina w 21 minucie właściwie rozstrzygnął rywalizację. ,,Kluczowy był wynik pierwszego meczu a zwłaszcza fakt nadrobienia strat ze stanu 0:1”- podsumował dwumecz Johan Cruijff.

Przypomnijmy sobie:





@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Monix10
@Mixtape
@Lionel_Messi10
@Kessie
@AssisMoreira
@Arkon

9

Kultywowanie historii FC Barcelony:

11 listopada 1954 r. zaprezentowano makietę Camp Nou. Wystawę modelu stadionu w skali 1:200 otwarto w samym centrum miasta i cieszyła się ogromnym powodzeniem. W przetargu na budowę stadionu wygrała firma INGAR SA, która zaproponowała najniższą stawke(podobnie jak AGROMAN- 66 mln. peset), ale przewidywała dużo krótszy czas budowy(18 miesięcy, o 10 mniej niż rywale). W sumie sam projekt kosztował klub prawie 35 mln peset, z których 16 pochodziło z kredytu. Już na samym początku prac okazało się iż budowa pochłonie dużo więcej niż przewidywano. Najpierw kwota wzrosła do 100 mln peset, następnie do 162 mln, aż w końcu pełne koszty konstrukcji wraz z kosztem terenów i podatków osiągnęły zawrotną sume 242 mln peset. Z uwagi na to, że była to suma przekraczająca możliwości Barcelony, wyemitowano obligacje i papiery wartościowe na sume 160 mln peset, które gwarantowały 7% zysków w skali roku.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

0

@LS No cóż, jak chciał to niech się teraz cieszy! Ty doskonale wiesz że nie cierpie tego piłkarza...

3

Dopiero teraz przypadkowo natrafiłem na artykuł z lata tego roku, którego z jakiegoś powodu nie dostrzegłem. Zapewne część z was czytała? Jeśli nie każdy czytał to przypominam: https://www.fcbarca.com/111322-minguella-zaoferowalem-barcelonie-juliana-alvareza-za-20-mln-a-kupili-ferrana-torresa-za-60-mln.html
Ja tylko przypomne że gdyby nie pan Minguella, to prawdopodobnie Lionel Messi nigdy nie trafił by do FC Barcelony. Jaki w tym udział miał pan Minguella że Messi grał w Blaugranie opisze mniej więcej za tydzień.

3

@FCBparasiempre
Asprilla pojawił się w zespole w momencie rozpoczęcia kryzysu. Sam szkoleniowiec również bronił swojego gracza, często podkreślając, że w wielu meczach dawał on jego zespołowi najwięcej jakości ze wszystkich. Tak było chociażby w starciu „o sześć punktów” z Manchesterem United, który Newcastle przegrało pechowo po bramce Erica Cantony. Przyszły selekcjoner reprezentacji Anglii uznał Asprillę najlepszym zawodnikiem tamtego meczu. Większość osób, które obejrzały tamto spotkanie uznało nim jednak Petera Schmeichela, który powstrzymał biało-czarną nawałnicę pod swoją bramką. Po latach sam jednak przyznał, że był to jeden z tych wieczorów, w czasie którego „wszystkie piłki trafiały w niego”. Ta potyczka była jednym z punktów zwrotnych sezonu. Mimo to Asprilla i koledzy zebrali sporo braw od swoich kibiców za starcie z United. Pod wrażeniem piłkarskich umiejętności kolegi z zespołu był także Peter Beardsley: ,,Asprilla był wspaniałym graczem. Miał wysublimowane podanie, świetną wizję gry i umysł piłkarza”. Na zarzuty o to, że Faustino był głównym winowajcą niepowodzenia Newcastle w tamtym sezonie odpowiedział: ,,Stanowił łatwy cel, ale to po prostu nie było prawdą”. Nie zawsze jednak koledzy z drużyny i menadżer zachwycali się postawą El Tino. Najbardziej naraził im się po przegranym 0:2 meczu z Arsenalem na Highbury, kiedy po meczu szybko wziął prysznic i pospiesznie wymknął się tylnym wyjściem ze stadionu i pognał motocyklem na lotnisko, nie czekając na pomeczową odprawę. Uzasadnił to tym, że… nie mówi po angielsku, więc i tak nie zrozumiałby słów Kevina Keegana. Pojedyncze przebłyski geniuszu Ośmiornicy dawały jednak nadzieje, że w kolejnym sezonie na dobre stanie się on liderem drużyny. Za rekordową sumę 15 milionów funtów ekipę z Newcastle wzmocnił król strzelców Euro 1996, Alan Shearer, otrzymując jednogłośny status największej gwiazdy zespołu. Asprilla grywał na skrzydle lub siedział na ławce rezerwowych. Z ławki musiał oglądać choćby rewanż na Manchesterze United. Newcastle rozbiło rywala aż 5:0. W przeciwieństwie do Asprilli, nadzieje kibiców spełniał Shearer, który został w tamtym sezonie królem strzelców całych rozgrywek z liczbą 25 goli. El Tino w 24 spotkaniach strzelił cztery. Do tego ze stanowiska menadżera zespołu zrezygnował na początku 1997 roku Kevin Keegan. Można było mieć wątpliwości, czy zastępujący go na trenerskiej ławie Kenny Dalglish znajdzie miejsce dla Kolumbijczyka. Legenda Liverpoolu nie odstawiła jednak Asprilli całkowicie na boczny tor. W sezonie 1996/97 Newcastle znów zajęło drugie miejsce w lidze i doszło do ćwierćfinału Pucharu UEFA. W tych drugich rozgrywkach Asprilla spisywał się zdecydowanie lepiej, strzelając pięć goli w sześciu spotkaniach. Na początku kolejnego sezonu sytuacja Faustino znów się zmieniła. Z drużyny odeszli Les Ferdinand i David Ginola, zaś Shearer doznał urazu więzadeł w czasie przedsezonowego turnieju. W nogach Asprilli miała spoczywać odpowiedzialność za tworzenie sytuacji bramkowych. Octopus zaczął sezon w świetnym stylu, zapewniając swojemu zespołowi zwycięstwo w pojedynku z Sheffield Wednesday w pierwszej kolejce. Zdobył w tamtym spotkaniu dwie bramki. Jak się miało okazać… były to jego jedyne dwa gole ligowe. Dzięki drugiemu miejscu z poprzedniego sezonu, ekipa znad rzeki Tyne mogła przystąpić do rundy kwalifikacyjnej Ligi Mistrzów. Tam nie bez kłopotu rozprawili się z Dinamem Zagrzeb i awansowali do rozgrywek grupowych. Pierwszym przeciwnikiem zespołu Kenny’ego Dalglisha była Barcelona. Asprilla od zawsze bardzo dobrze czuł się w rozgrywkach pucharowych. Kibice Newcastle na pewno jednak spodziewali się tego, co zrobił 17 września 1997 roku na St. James Park. Każdy wielki piłkarz ma w swojej karierze spotkanie, które może wspominać latami. Takim meczem dla Asprilli z pewnością był pojedynek z Blaugraną. W 22. minucie pozwolił się sfaulować w polu karnym rywala bramkarzowi Ruudowi Hespowi, by następnie samemu pokonać go z „wapna”. Osiem minut później głową skierował futbolówkę w okienko bramki holenderskiego golkipera Barcy. Na początku drugiej połowy El Tino wbiegł między obrońców katalońskiego zespołu i po wyskoku rodem z NBA zdobył hat-tricka. Po wszystkim długo celebrował swój wyczyn pod trybunami, robiąc fikołki i świętując z kibicami Newcastle. Barcelona na hat-trick Asprilli odpowiedziała tylko dwoma golami i trzy punkty zostały na wybrzeżu. Był to epizod, który na zawsze wyrył się złotymi zgłoskami w historii klubu z Anglii, a także w życiorysie naszego bohatera. Sezon miał jednak nieudany. W Lidze Mistrzów również nie strzelił już bramki, a Sroki odpadły w grupie, zwyciężając jeszcze tylko raz z Dynamem Kijów. Zimą 1998 roku przygarnął go klub, w którym zaczął swoją przygodę z europejską piłką. Po dwóch latach przerwy wrócił do Parmy.

Wszystko to było już tylko odcinaniem kuponów. Parma odkupiła go z Anglii za kwotę sześciu milionów funtów. Dokładnie tyle samo włoscy działacze otrzymali wcześniej od Newcastle. Przez dwa sezony zagrał zaledwie w 12 meczach ligowych. W 1999 roku wywalczył swój drugi Puchar UEFA. Parma pokonała w finale Marsylię 3:0. El Tino zagrał w decydującym starciu sześć minut, zmieniając w końcówce spotkania Hernana Crespo. Było to już czwarte europejskie trofeum, które udało mu się zdobyć. Tym razem jednak jego wkład w sukces był symboliczny. Niedługo potem wybudował ranczo, które chyba było już wyrazem tęsknoty za powrotem do swojej ojczyzny. Po epizodzie w Parmie powrócił na swój kontynent. Przez kolejne kilka lat tułał się po Ameryce Południowej, grając kolejno w Brazylii (Fluminense i Palmeiras), Meksyku (Atlante), Kolumbii (Atletico Medellin), Chile (Universidad Chile), Argentynie (Estudiantes La Plata) i ponownie w Kolumbii (Cortulua), gdzie w 2004 roku zawiesił buty na kołku. Trzy lata wcześniej po raz ostatni przywdział koszulkę reprezentacji Kolumbii. Dla Los Cafeteros zagrał 57 spotkań i zdobył 20 bramek. Pojechał na dwa mundiale (1994, 1998) i trzy razy był w składzie reprezentacji na Copa America. Jak wspomniałem na początku tego tekstu, Asprilla był postacią bardzo barwną. Kochał piękne kobiety, dobrą zabawę i nadal kocha życie. Po zakończeniu kariery został ekspertem w telewizji ESPN. Promuje również własną markę… prezerwatyw. W kolumbijskim radiu LA FM tak się wypowiadał na ten temat: ,,Myślę, że to świetny pomysł. Mam nadzieję, że zostaną wykorzystane w kampanii przeciwko niechcianym ciążom nastolatek”. W czasach gry w Newcastle podrywał podobno dziewczyny, wmawiając im, że w jego mieszkaniu znajduje się David Ginola. Rozochocone dziewczyny chętnie wchodziły wówczas do domu Kolumbijczyka, chcąc poznać przystojnego, francuskiego piłkarza. Oczywiście na miejscu napotykały pusty apartament. Gianfranco Zola utrzymywał zaś, że gdy jedyny raz zabrał Asprillę na ryby, to ten połamał mu wszystkie wędki. Tino jest również fanem broni palnej, z którą w czasie gry w Chile przyszedł kiedyś na trening, mówiąc kolegom, że jeśli nie zaczną uciekać, to zacznie do nich strzelać. Pojawiał się także roznegliżowany na okładkach czasopism w Kolumbii i Włoszech. Aktywnie udziela się również na Twitterze. Aktualnie większość czasu spędza na swoim ranczo w rodzinnym Tulua, gdzie między innymi hoduje konie. Świetna technika, dobry przegląd pola, niekonwencjonalne decyzje. Czego więc zabrakło Asprilli, by zrobić większą karierę? Zapewne każdy odpowie podobnie. Charakter „południowca” zbyt często dawał o sobie znać. Popadanie w skandale, romanse, zbyt gorąca głowa, niechęć do reżimu treningowego i słabość do wszelkich życiowych pokus. To demony, które pogrążyły już niejedną gwiazdę futbolu rodem z Ameryki Południowej. Z drugiej jednak strony, skoro Asprilli prowadzenie takiego żywota odpowiada, jest szczęśliwy i zadowolony ze swojej kariery, to czy mamy prawo go osądzać? Możemy się jedynie cieszyć, że futbolowi bogowie stworzyli kolejną postać, której historii życia słucha się z zapartym tchem.

8

@FCBparasiempre
Z pewnością wielu z was oglądało serial „Narcos”. Kokainowe kartele, bojówki ukrywające się w zakamarkach amazońskiej puszczy, konflikty polityczne, korupcja. Wiele osób w ten sposób postrzega właśnie Kolumbię. Gdzieś tam w tle przewija się także futbol. Gdy pomyślimy o gwiazdach tego sportu z lat 90-tych, to na myśl przychodzą nam: ekscentryczny bramkarz Rene Higuita, Carlos Valderrama i jego bujna czupryna, czy zamordowany po strzeleniu samobójczej bramki na mundialu w USA Andres Escobar. Jest także i on. Bohater naszego dzisiejszego tekstu – Faustino Asprilla. Urodził się 10 listopada 1969 roku jako Faustino Hernan Asprilla Hinsteroza, w liczącym sobie 200 tysięcy mieszkańców Tulua, leżącym przy Autostradzie Panamerykańskiej i będącym głównym ośrodkiem tańca Salsa, znanym w całej Ameryce Południowej. Swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał w słynnej szkółce „Carlos Sarmiento Lora” w Cali. Ta piłkarska akademia została założona w 1984 roku przez siostrzenicę lokalnego społecznika, (zmarł cztery lata wcześniej), aby uczcić jego pamięć. Jest ona małą kopalnią piłkarskich diamentów. Oprócz Asprilli, „wyprodukowała” takich graczy jak chociażby Faryd Mondragon czy Mario Yepes. Nauka futbolu w tak prestiżowym miejscu miała poskutkować w przypadku Asprilli transferem do któregoś z utytułowanych klubów z Cali – America bądź Deportivo. Szczególnie ten drugi klub często czerpał ze źródełka akademii „Carlos Sarmiento Lora”, która początkowo była nawet jego przybudówką. Żaden z tych klubów nie zdecydował się jednak na podpisanie kontraktu z Tino. Trafił on do Cucuta Deportivo. Klub niewiele znaczył na piłkarskiej mapie Kolumbii. W swojej ponad 60-letniej historii nie mógł poszczycić się zdobyciem jakiegokolwiek krajowego trofeum. Leżąca przy granicy z Wenezuelą Cucuta okazała się jednak trampoliną dla 20-letniego Faustino. Spędził tu zaledwie rok. Tyle wystarczyło, żeby zwrócić na siebie uwagę. W sezonie 1988 rozegrał 36 spotkań i zapakował rywalom 17 bramek. Jego zespół zajął spokojne ósme miejsce w tabeli. Oko na młodym zawodniku zawiesili działacze Atletico Medellin i to właśnie tam przed sezonem 1989 trafił Tino. Opieszałość klubu z Cali, napędzanego „narkopieniędzmi” braci Orejuela, wykorzystało Medellin, wspierane bogactwem tamtejszego kokainowego kartelu. Sprawa Asprilli – 1:0 na korzyść Pablo Escobara. W pierwszym sezonie dla nowego klubu, Octopus (pol. Ośmiornica), jak nazywali Faustino przyjaciele z dzieciństwa (a wiązało się to z niepohamowanym apetytem napastnika) zagrał tylko 16 razy (15 spotkań ligowych i jeden w Pucharze Kolumbii). Stało się tak dlatego, że rozgrywek ligi kolumbijskiej w 1989 roku nie dokończono. Powodem podjęcia takiej decyzji, była śmierć sędziego liniowego – Alvaro Ortegi. Stało się to po tym, jak Ortega nie uznał bramki dla Atletico Medellin w prestiżowym starciu z… a jakże, America de Cali. Asprilla zdołał zdobyć dla Los Verdolagas dziewięć goli. W dwóch następnych sezonach stawał się coraz ważniejszym ogniwem zespołu. Przez dwa kolejne lata przywdziewał zielono-biały trykot 61 razy i pokonywał bramkarza rywali 21-krotnie. Tino nigdy nie był typem klasycznego egzekutora. Często wystawiano go na prawym skrzydle lub za plecami napastnika. Trenerzy lubili wykorzystywać jego kreatywność, zwinność i szybkość. Nie tylko pokonywał bramkarzy rywali. Potrafił również obsłużyć kolegów z zespołu doskonałym podaniem. W sezonie 1990 finiszował wraz z drużyną na drugim miejscu w lidze kolumbijskiej, zmuszony uznać wyższość największego rywala z Cali. W 1991 roku to już jego team zgarnął najważniejszy skalp na krajowym podwórku, ciesząc się z pierwszego od 10 lat mistrzostwa Kolumbii dla Medellin. Postawa ciemnoskórego gracza nie uszła uwadze obserwatorów z kontynentu europejskiego. Początek sezonu 1992 rozpoczął jeszcze w barwach klubu ze światowej stolicy przemytu kokainy, ale zdołał dla niej zagrać ledwie 13-krotnie (siedem goli). Kolumbijczyk wylądował w Serie A, będącej wówczas uznawaną za najsilniejszą ligę piłkarską na świecie. Zasilił szeregi Parmy. Na Półwysep Apeniński powędrował za niecałe 11 milionów dolarów. Do ekipy Gialloblu dołączył w momencie, gdy ta wchodziła w swój „złoty okres”. Była akurat świeżo po zdobyciu pucharu Włoch, pierwszym znaczącym trofeum w historii. Na Stadio Ennio Tardini latynoski piłkarz miał okazję trenować z takimi tuzami jak: Tomas Brolin, Gianfranco Zola czy Roberto Sensini. Nad klubem z północy Włoch pieczę sprawował trener Nevio Scala. Tino szybko odnalazł się w Europie. W debiutanckim sezonie strzelił 12 bramek. Tifosi Parmy zapamiętali najbardziej jego piękne uderzenie z rzutu wolnego w samo okienko bramki Milanu na San Siro. Sebastiano Rossi odprowadził piłkę wzrokiem, a Asprilla pomknął do linii bocznej, celebrując gola w charakterystyczny dla siebie sposób – zrobił salto. Zapewnił zwycięstwo swojemu zespołowi i jednocześnie przerwał trwającą od 58 spotkań serię meczów bez porażki podopiecznych Fabio Capello.

Był doceniany przez ekspertów. W 1993 roku zajął szóste miejsce w plebiscycie na Piłkarza Roku FIFA. W klasyfikacji tej wyprzedził m.in. takich graczy jak Bebeto i Ronald Koeman. Parma zajęła trzecie miejsce. Największym sukcesem klubu z północy Italii w sezonie 1992/93 był jednak triumf w Pucharze Zdobywców Pucharów. Faustino zdobył w tych rozgrywkach cztery gole. Kolumbijczyk pokonywał kolejno golkiperów: węgierskiego Ujpestu, Sparty Praga i dwukrotnie Atletico Madryt w półfinale rozgrywek. W najważniejszym momencie sezonu jednak zawiódł, ale nie przez słabą grę, a z powodu swojego szalonego charakteru. Dał o sobie znać temperament południowca, przez który nabawił się kuriozalnej kontuzji. Jak wspominał w jednym z wywiadów, gdy przebywał w Kolumbii, w jego samochód uderzył autobus. Nic mu się nie stało, jednak postanowił wyjaśnić całą sytuację z kierowcą, który spowodował kolizję. Kierowca zdążył w pośpiechu zatrzasnąć drzwi autobusu. Tino wybił szybę w pojeździe i pokiereszował sobie odłamkami szkła nogę. Na tyle, że wykluczył się z finałowego starcia z Royalem Antwerpia. Absencja Asprilli nie przeszkodziła podopiecznym Nevio Scali w wywalczeniu europejskiego trofeum. W finale rozgrywanym na Wembley AC Parma odprawiła Belgów z kwitkiem, wygrywając 3:1. Asprilla mógł się tylko przyglądać temu triumfowi z trybun. Jego wybuchowy charakter nie po raz pierwszy napytał mu biedy. Okazja do „odkucia się” nadarzyła się już rok później. Włosi znów przebili się do finału PZP. Szło im bardziej opornie niż we wcześniejszej edycji. Maccabi Hajfę pokonali dopiero po rzutach karnych, a w półfinale zwyciężyli z Benficą dzięki bramce zdobytej na wyjeździe. Asprilla tym razem dołożył zaledwie dwie bramki i to obie strzelone w jednym meczu szwedzkiemu Degerfors IF. W wielkim finale Gialloblu trafili na Arsenal. Asprilla tym razem trzymał przed najważniejszym starciem nerwy na wodzy i 4 maja 1994 roku mógł wybiec w pierwszym składzie. Trofeum nie udało się jednak obronić. Nie pomógł w tym kolumbijski napastnik. Kanonierzy zwyciężyli dzięki bramce Alana Smitha w 19. minucie. Asprilli udało zapisać się w kajecie sędziego jedynie za sprawą żółtej kartki. Podopieczni Nevio Scali nie zakończyli jednak sezonu 1993/94 bez europejskiego trofeum. Już na samym początku sezonu zdołali sobie wywalczyć Superpuchar Europy. Zwyciężyli w dwumeczu z Milanem. Octopus zdobył w tamtym sezonie łącznie 16 goli, występując w 44 spotkaniach. Zapracował sobie w tamtym momencie na miano gwiazdy zespołu i ulubieńca trybun Stadio Ennio Tardini. Pojechał z reprezentacją Los Cafeteros na igrzyska w Barcelonie w 1992 roku. Szybko pożegnał się jednak z olimpijskimi zmaganiami, zajmując ostatnie miejsce w swojej grupie. W kadrze seniorskiej zadebiutował w 1993 roku. Już w pierwszym meczu z Chile wpisał się na listę strzelców, pokazując selekcjonerowi Francisco Maturanie, że szybko może stać się ważnym ogniwem reprezentacji. Kilka tygodni później selekcjoner zabrał go na turniej Copa America. Kolumbijczycy zdobyli tam brązowe medale. Tino dwukrotnie nie pomylił się w konkursach jedenastek, które Kolumbijczycy musieli rozegrać dla rozstrzygnięcia spotkań ćwierćfinałowego i półfinałowego. Jedno z najlepszych spotkań w barwach Los Cafeteros Asprilla zagrał we wrześniu 1993 roku. Drużyna Maturany mierzyła się z Argentyńczykami, którzy kilka miesięcy wcześniej wygrali wspomniane Copa America, a w półfinale wyeliminowali właśnie Kolumbię. W Buenos Aires (eliminacje MŚ 1994) Asprilla i koledzy wzięli srogi rewanż na Albicelestes, rozbijając mistrzów Ameryki Południowej aż 5:0. Dwa gole w tamtym spotkaniu strzelił bohater tekstu. Do dziś triumf na argentyńskiej ziemi z 1993 roku, przez wielu ekspertów uważany jest za najlepszy mecz Kolumbijczyków w historii. Kolumbijczycy przeszli przez wewnątrzamerykańskie eliminacje jak burza, nie przegrywając żadnego meczu. Kibice głęboko wierzyli, że w Stanach Zjednoczonych Los Cafeteros mogą spełniać rolę czarnego konia. Tino oczywiście został powołany na turniej. Po porażkach z Rumunią i sensacyjnie z gospodarzami mistrzostw – Amerykanami – Asprilla i spółka wiedzieli, że czas pakować manatki i udać się na wakacje. Na osłodę pokonali jeszcze Szwajcarię, ale niewiele to już zmieniło. Fatalny występ Faustino i jego kolegów poskutkował tragedią, na jaką nikt sobie nie zasłużył. Za samobója w meczu z USA, najwyższą karę zapłacił Andres Escobar. Kibic-psychopata zastrzelił go w jednym z klubów w Bogocie, krzycząc „Gol!” w chwili oddawania każdego ze strzałów. To zrobiło ogromne wrażenie na Asprilli, który tak wspomina ostatnią rozmowę z Escobarem w wywiadzie dla FourFourTwo: „Czułem się bardzo źle… myślę, że wszyscy tak się czuliśmy. Dużo płakałem. Był naprawdę dobrym przyjacielem i świetną osobą. Bardzo zabawną, zawsze żartującą. W samolocie, gdy wracaliśmy z USA do Kolumbii, mówił do mnie: „Nie wychodź na ulicę, to naprawdę bardzo niebezpieczne. Wiem, że lubisz imprezować, ale coś ci się może stać, mogą cię zabić. Zostań w domu.” Powiedziałem: „Ok, zostanę”. Osobą, która wyszła był on. Nie skorzystał z rady, którą dał mnie”. Po tamtym wydarzeniu Asprilla i Carlos Valderrama zawiesili swoje kariery reprezentacyjne.

W Parmie cały czas miał status gwiazdy. Coraz częściej jednak dawał o sobie znać jego charakter. Można było poczytać w tabloidach o jego barwnym życiu prywatnym. Przyczyniał się do tego również jego romans z niemiecką modelką Petrą Scharbach. Mimo wszystko w sezonie 1994/95 pozostawał nadal ważną częścią w żółto-niebieskiej układance Nevio Scali. Zagrał we wszystkich rozgrywkach 41 razy i zdobył 10 goli. Był też „ojcem sukcesu” w półfinałowej potyczce włoskiego zespołu z Bayerem Leverkusen w Pucharze UEFA. Dzięki jego trzem bramkom w dwumeczu z Niemcami, zawodnicy Parmy trzeci sezon z rzędu dotarli do finału europejskich rozgrywek. Rywalem Asprilli i spółki w najważniejszym meczu, tym razem był ich inny znajomy z Serie A – Juventus. Podopieczni Nevio Scali na własnym boisku pokonali Starą Damę 1:0, zaś w stolicy Piemontu zremisowali 1:1. Tino zagrał pełne 180 minut. Bohaterem Parmy został jednak tym razem Dino Baggio, który pokonał Angelo Peruzziego dwukrotnie. Asprilla po raz kolejny mógł wznieść klubowe trofeum w górę. Kłopoty Ośmiornicy zaczęły się jednak sezon później. Na Stadio Ennio Tardini pojawili się między innymi Hristo Stoiczkow, który przywędrował do Włoch z wielkiej Barcelony, a także 23-letni Filippo Inzaghi, który sezon wcześniej strzelił dla Piacenzy 15 goli w Serie A (Asprilla w najlepszym sezonie zdobył 10). Zwiększenie konkurencji w składzie oraz mało profesjonalny rytm życia Asprilli, uwielbiającego nocne eskapady, spowodował, że Kolumbijczyk nie był już jedną z najważniejszych kart w talii trenera Parmy. W pierwszej części sezonu zameldował się na boisku jedynie sześć razy. Faustino musiał się zastanowić nad swoją przyszłością. W przerwie zimowej zgłosił się menedżer Newcastle United – Kevin Keegan. Sroki walczyły wówczas o zdobycie mistrzostwa Anglii. Zimą 1996 roku Faustino Asprilla opuścił słoneczną Italię, żeby zagrać w powstałej dopiero Premier League. Sam, we wspomnianym wcześniej wywiadzie dla FourFourTwo, utrzymuje, że jego odejście było spowodowane podpisaniem kontraktu z Fabio Capello, który miał objęć po sezonie stery Gialloblu i nie widział miejsca dla Tino. Ostatecznie Capello Parmy nie poprowadził, gdyż wybrał ofertę Realu Madryt, ale Asprilli w zespole już nie było. Czy taka wersja wydarzeń jest prawdą? Patrząc na brak zaufania, jakim od początku sezonu 1995/96 darzył Kolumbijczyka Nevio Scala, trudno przypuszczać, by jego transfer do Newcastle stał się faktem jedynie za sprawą Capello. Luty 1996 roku. Tłumy fotoreporterów oraz kibice i przedstawiciele Newcastle entuzjastycznie witają na lotnisku, wychodzącego z prywatnego odrzutowca (wysłanego specjalnie po niego) Faustino Asprillę. Głęboko wierzą, że oto na ich ziemię zstępuje ten, który da zespołowi upragniony tytuł mistrza Anglii. Twarz ich wybawcy nie do końca jednak bije pewnością siebie, jakiej oczekiwano od wspaniałego herosa. Bardziej przypomina on zagubionego chłopca, który właśnie pomylił samoloty i wylądował nie w miejscu docelowym. W Anglii w ten dzień szalała śnieżyca, a mieszkający całe życie w krajach o ciepłym klimacie Faustino, w młodości zdecydowanie bardziej wolał biegać po szkolnym boisku, niż uczęszczać na lekcje geografii. Kompletnie nie był przygotowany na trzaskający mróz, który czekał na niego w Wielkiej Brytanii. ,,Widziałem na mapie, że Newcastle leży gdzieś nad morzem. Cóż, co miałem pomyśleć, jeśli nie to, że są tam plaże i jest gorąco?”. Zadebiutował już 24 godziny po przylocie do Anglii. W meczu z Middlesbrough zmienił w 67. minucie Keitha Gillespie. Gdy pojawiał się na boisku, jego koledzy z drużyny przegrywali 0:1. Newcastle wygrało a Asprilla asystował przy jednej z bramek. Zmiana dała partnerom z drużyny odpowiedni zastrzyk energii. Nie wszystko potoczyło się jednak tak dobrze. Gdy Kolumbijczyk przybywał na St. James Park, Newcastle United miało dziewięć punktów przewagi nad drugim w tabeli Manchesterem United. Kibice głęboko wierzyli, że po niemal 70 latach uda się zdobyć upragniony tytuł. Zwłaszcza, że Kevin Keegan sprowadził posiłki. Oczy wszystkich zwrócone były jednak w głównej mierze na czarnoskórego latynosa. Nadmuchany do granic możliwości balonik pękł z hukiem. W ostatnich 14 meczach, zawodnicy The Magpies zdobyli zaledwie 21 punktów. W tym samym czasie Czerwone Diabły sir Alexa Fergusona w 13 spotkaniach wywalczyły ich aż 33, notując zaledwie jedną porażkę. Podopieczni Keegana dali się wyprzedzić. Po sezonie zaczęło się szukanie winnych. Gromy posypały się również na głowę El Tino, który w tych 14 meczach zaledwie trzy razy trafił do siatki. Keeganowi eksperci zarzucali zaś, że po przyjściu Kolumbijczyka zmienił ustawienie taktyczne, by wpasować go w tryby swojej drużyny, a przez to zepsuł dobrze naoliwioną maszynę.

7

@FCBparasiempre
Wychowanek Wandy Kraków, który szybko przeniósł się do Wisły i stał się jej kluczowym graczem. Reprezentant Polski na dwóch edycjach mundialu i medalista jednego z nich. Piłkarz, który zadebiutował w Białej Gwieździe w wieku 16 lat i 220 dni. Zdobywca mistrzostwa Polski z krakowskim zespołem i spadkowicz zarazem. Zawodnik, który życiorysem mógłby obdzielić kilka osób. Po prostu Andrzej Iwan! Andrzej Iwan urodził się 10 listopada 1959 roku w Krakowie. Pierwsze piłkarskie kroki „Ajwen” stawiał w nowohuckiej Wandzie. Początek był bardzo przypadkowy - nastoletni Iwan poszedł z piłką na wagary na jedno z boisk w swojej dzielnicy. Futbolówkę „zakosili” mu jednak starsi bywalcy. Za każdym następnym razem mały Andrzej przychodził na murawę z ojcem. Tak wpadli oni na trenera Mariana Pomorskiego, który zapewnił opiekę i możliwość treningów w Wandzie. Tam „Ajwen” rozwinął się bardzo szybko i już w sezonie 1975/1976 zasilił pierwszy zespół Wisły. Na debiut Iwan nie musiał czekać długo. Jako wybijający się junior otrzymał szansę od trenera Aleksandra Brożyniaka w wieku niespełna 17 lat. Pierwsze dwa spotkania „Ajwen” musi wspominać bardzo dobrze - w 27. kolejce sezonu 1975/1976 Biała Gwiazda wygrała z GKS-em Tychy 5:0, a w 29. pokonała Lecha Poznań aż 8:0. W obu spotkaniach Andrzej Iwan wchodził z ławki rezerwowych, gdy wynik był już przesądzony, po jego pojawieniu się jednak za każdym razem Wisła dokładała kolejne gole. Na premierowe bramki młody Wiślak musiał poczekać do rundy wiosennej sezonu 1976/1977. Wtedy to w dwóch kolejnych starciach pokonywał bramkarzy Pogoni Szczecin i Legii Warszawa. Zwłaszcza ta druga bramka należała do szczególnych i pozwoliła pokonać u siebie ekipę z Kazimierzem Deyną w składzie. Również i pierwszy z dwóch hat-tricków przytrafił się Iwanowi w tych rozgrywkach. W Pucharze Ligi „Ajwen” ukłuł Zagłębie Sosnowiec, a Wisła wygrała 5:0. Co ciekawe, krakus w brawach Białej Gwiazdy dwukrotnie pokonywał bramkarzy rywali trzy razy w jednym spotkaniu, a dwa razy ofiarą byli sosnowiczanie. Doskonała forma Iwana nie mogła ujść uwadze Jacka Gmocha, selekcjonera kadry narodowej. Napastnik Wisły został dostrzeżony w meczach ligowych i powołany na nieoficjalne sparingi przed mistrzostwami świata. W nich „Ajwen” zaprezentował się na tyle dobrze, że pojechał do Argentyny wraz ze znacznie bardziej doświadczonymi kolegami. To właśnie w starciu drugiej kolejki fazy grupowej z Tunezją Andrzej Iwan oficjalnie zadebiutował w reprezentacji. Na tamtym mundialu 18-letni wówczas zawodnik zagrał w jeszcze jednym meczu, przeciwko Meksykowi. Na kolejne występy i pierwszego gola Wiślak musiał czekać jeszcze dwa lata. W spotkaniu z Irakiem 20-latek dopełnił dzieła zniszczenia i ustalił wynik na 3:0. Dwa lata później Andrzej Iwan znów znalazł się w szerokiej kadrze na Mistrzostwa Świata w Meksyku. Na nich pograł jednak jeszcze mniej, bo w drugiej potyczce fazy grupowej doznał poważnej kontuzji, która omal nie przerwała jego kariery. Srebrnego medalu za trzecie miejsce nikt jednak nie zabierze. Łącznie w kadrze narodowej „Ajwen” zagrał 29 razy i strzelił 11 goli, wszystkie w czasach gry w Wiśle. Najlepszym występem w kadrze był bez wątpienia ten z Kolumbią, gdy Iwan w 20 minut skompletował hat-tricka.

Zanim jednak słynący z rozrywkowego trybu życia piłkarz zapisał się w annałach reprezentacyjnych, na ligowych boiskach doprowadził Białą Gwiazdę do upragnionego tytułu. W 1978 roku Wiślacy powtórzyli osiągnięcie z końcówki lat 40-tych i wznieśli w górę mistrzostwo. Sześć bramek Iwana znacznie przyczyniło się do powrotu trofeum na właściwe miejsce. W nagrodę krakowianie zagrali w Pucharze Europy. W nim napastnik wystąpił w pierwszych czterech spotkaniach, natomiast w trakcie pojedynku z Malmö FF musiał pauzować z powodu kontuzji. W kolejnych latach Andrzej Iwan zaczął przekraczać barierę 10 goli. Rekordowym osiągnięciem było zdobycie 14 trafień. Warto jednak dodać, że „Ajwen” należał do napastników, którzy notowali także wiele asyst. Być może w klasyfikacji kanadyjskiej Wiślak zajmowałby wyższe lokaty, gdyby nie „pozasportowy” tryb życia, który dogłębnie opisał w wydanej kilka lat temu autobiografii pt. „Spalony”. Mimo wielu barowych anegdot z udziałem Wiślaków „Ajwen” był ulubieńcem publiczności, która była z nim zżyta i gotowa, aby pójść za nim w ogień. Wielce lubiany i charakterny zawodnik został w Wiśle aż do końca sezonu 1984/1985. Biała Gwiazda sensacyjnie spadła z I ligi i miała spore problemy finansowe. Rozwiązaniem ich okazał się Iwan, który został sprzedany do Górnika Zabrze. Wydawało się, że czasy „Ajwena” już przemijały, jednak śląskie powietrze zdecydowanie służyło napastnikowi spod Wawelu. Szybko stał się boiskowym profesorem, na którym wzorowali się inni zawodnicy. Był to dowód na to, że drzemały w nim nieograniczone możliwości, których nawet w połowie nie wykorzystał. W Zabrzu Andrzej Iwan zdobył trzy mistrzostwa, po czym przeniósł się do VfL Bochum. W Niemczech również dostrzeżono olbrzymi potencjał piłkarski rodowitego krakowianina, jednak ten zaledwie po roku powrócił na krótką chwilę do Górnika Zabrze, po czym wyemigrował do Grecji. Tam spędził trzy lata w Arisie Saloniki, po czym zakończył karierę w amatorskich klubach. Kto wie, jak potoczyłyby się losy Andrzeja Iwana, gdyby inaczej pokierował swoim piłkarskim i pozasportowym życiem. Niektórzy uważają, że dzisiaj wspominalibyśmy o Iwanie jako byłym piłkarzu Bayernu, Realu, czy Liverpoolu. My natomiast i tak możemy mówić o nim, jako o gwieździe Białej Gwiazdy. Człowiek zmęczony własnymi nałogami. Człowiek, który jakimś cudem przeżył cztery próby samobójcze. Jedna z najserdeczniejszych osób w tym futbolowym środowisku. Andrzejek. Ajwen. Iwan. Zmarł 27 grudnia 2022 r. Cześć jego pamięci.

6

Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu(wiecie gdzie czytać):

@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Kessie
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?