6

@FCBparasiempre
Polski futbol w latach 30. XX w. coraz odważniej zaczął wkraczać na światowe salony. Drużyny klubowe częściej rozgrywały towarzyskie mecze z zagranicznymi zespołami. Kluby z innych krajów zaczęły chętniej przyjeżdżać do nas. W 1936 r. na igrzyskach w Berlinie nasi reprezentanci odnieśli największy sukces w swojej dotychczasowej historii. Ich wynik poprawiły dopiero Orły Górskiego 36 lat później. Porażka na turnieju olimpijskim w Paryżu długo pozostawała w pamięci piłkarzy, działaczy i kibiców. W obawie o kolejną kompromitację, nie zdecydowano się wysyłać drużyny na igrzyska do Amsterdamu w 1928 r. Decyzji tej sprzyjał też fakt, że rozgrywki dopiero co utworzonej ligi nie zostawiały zbyt dużo czasu na mecze międzypaństwowe. Cztery lata później najlepsi sportowcy świata zjechali do Los Angeles, ale piłka nożna nie weszła wtedy do programu igrzysk. Lata 30. przyniosły ze sobą spadek znaczenia turniejów olimpijskich. Dlaczego? To proste – ponieważ pojawiły się oficjalne mistrzostwa świata. Polska drużyna pierwszy raz do kwalifikacji światowego czempionatu przystąpiła w 1934 r. Po porażce z Czechosłowacją u siebie, Polacy oddali jednak walkowerem mecz rewanżowy. Decyzja taka zapadła w MSZ, a motywowaną ją tym, że wyjazd ekipy sportowej nie służyłby dobrze stosunkom międzynarodowym. Nasza reprezentacja coraz częściej odnosiła sukcesy w spotkaniach z silnymi rywalami. Potrafiliśmy wygrać 1:0 z mocną drużyną Austrii czy tylko minimalnie przegrać z Niemcami grającymi na podobnym poziomie. Występy dobre przeplataliśmy jednak niezbyt udanymi, dlatego też obawiano się występu na berlińskich zawodach. Długo zwlekano z podjęciem decyzji o wyjeździe. Pierwsze kroki ku temu podjęto już 1935 r., zatrudniając na stanowisku trenera związkowego Kurta Otto. Pełnił on funkcję trenera reprezentacji obok kapitana związkowego, którym był Józef Kałuża. Niemiec miał pomóc w przygotowaniu reprezentacji do startu w igrzyskach. Na walnym zgromadzeniu PZPN w lutym 1936 r. dwa dominujące w kraju okręgi piłkarskie, czyli Kraków i Lwów, były przeciwne wyjazdowi. Jednak federacja w porozumieniu z PKOl zdecydowały, że wyślemy piłkarską reprezentację do Berlina. Jednym z głównych argumentów były stosunkowo niewielkie koszty wyjazdu. Wierzono też, że poziom naszego futbolu podniósł się na tyle, że uda się godnie zaprezentować na igrzyskach. Kadra potwierdziła zresztą swoją klasę wyjazdowym zwycięstwem z Belgią w lutym 1936 r. Ostateczna decyzja o wyjeździe zapadła dopiero w maju. Czasu na przygotowania nie było więc zbyt wiele, bo formułę otwierającą igrzyska Adolf Hitler miał wygłosić 1 sierpnia. W maju gościła w Polsce pierwsza zawodowa drużyna z Anglii. Zawodnicy Chelsea przyjechali, żeby zagrać mecz z okazji 30-lecia krakowskiej Wisły. PZPN wykorzystał ten fakt i zaoferował gościom rozegranie dodatkowego spotkania z naszą reprezentacją. Anglicy przystali na propozycję i 23 maja na stadionie Legii kadra zmierzyła się z ósmym zespołem angielskiej ligi. Londyńczycy wygrali 2:0, a dzień później ulegli Wiśle 0:1. Innym zagranicznym zespołem, z którym grała się drużyna narodowa, była wiedeńska Admira. Na początku czerwca, kiedy już krystalizował się skład, Polacy dwukrotnie przegrali z Austriakami. Najpierw 5 czerwca 0:4, a cztery dni później 1:3. Wyniki niezbyt zachwycające, ale po to zaplanowano obóz przygotowawczy, żeby wszystkie błędy wyeliminować. Początkowo brano pod uwagę 36 piłkarzy. Zgrupowanie rozpoczęło tylko 25, a po nim wyłonić planowano 18 wybrańców, którzy dostąpią zaszczytu reprezentowania barw narodowych na berlińskich igrzyskach. W gronie 36 zawodników był Ernest Wilimowski. Ostatecznie jednak nie pojechał na igrzyska, a jego usunięcie z kadry było, delikatnie mówiąc… kontrowersyjne. Pisano o pijaństwie, czy o rzekomym zawodowstwie w Ruchu, ale do dziś trudno ustalić, co tak naprawdę chcieli osiągnąć działacze, pozbywając się najlepszego w tamtym czasie napastnika. Obóz przygotowawczy rozpoczął się 6 lipca i miał trwać dwa tygodnie. Zawodników zakwaterowano w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego na warszawskich Bielanach. Treningi prowadził wspomniany już wyżej Kurt Otto – były piłkarz Schalke, a asystował mu Marian Spojda, który brał udział w igrzyskach w Paryżu. Legendarny obrońca warszawskiej Legii, Henryk Martyna, tak wspominał: ,,Chociaż występowałem w krajowej reprezentacji już siódmy rok, to dopiero pierwszy raz uczestniczyłem w zgrupowaniu przygotowawczym urządzonym przez PZPN i to w zgrupowaniu z prawdziwego zdarzenia, gdyż te z lat 1920 i 1924 były tylko sporadyczne, bez jakiejś zdecydowanej koncepcji. Warunki mieszkaniowe wyśmienite, wyżywienie również na „olimpijskim” poziomie. Humory więc i ochota do trenowania oraz gry były w całym zespole jak najlepsze. Najwięcej korzyści z tego obozu wynieśliśmy pod względem kondycyjnym”– fragment książki „Wielki finał”.

Formę naszych reprezentantów podczas przygotowań sprawdziła inna austriacka ekipa – Wacker. W drodze na tournée do Szwecji zatrzymali się na Śląsku i rozegrali z naszą kadrą dwa spotkania. Pierwsze, rozgrywane 11 lipca w Katowicach, trzeba było przerwać po 47 minutach wskutek gwałtownej ulewy i gradobicia – nasi prowadzili wtedy 2:0. Drugi mecz nazajutrz rozegrano w Chorzowie. Nasi reprezentanci wygrali 3:1, ale goście nie zmusili ich do zbyt dużego wysiłku. Nie przyłożyli się zanadto do gry i wyraźnie ustępowali naszym olimpijczykom, którzy zresztą też grali na pół gwizdka. Trenerzy mieli więc problem z oceną aktualnej dyspozycji zawodników. O ostatecznym kształcie reprezentacji miały zadecydować sparingi z węgierskim klubem Phöbus FC, jednym z czołowych zespołów w swoim w kraju. Po solidnych treningach nasi piłkarze wygrali 18 lipca w Warszawie 3:1. W drugim, który odbył się dzień później w Łodzi, Madziarzy zmusili naszych graczy do większego wysiłku. Grali z zaangażowaniem, prezentując dobre wyszkolenie techniczne i składne akcje. Finalnie starcie zakończyło się remisem 4:4, choć do przerwy przegrywaliśmy 2:4. Po węgierskich sprawdzianach kapitan związkowy Józef Kałuża przedstawił zarządowi PZPN listę 18 zawodników, którzy mieli reprezentować nasz kraj w Berlinie. Działacze zatwierdzili wszystkie nazwiska i do stolicy III Rzeszy pojechali: bramkarze Edward Madejski (Wisła) i Spirydion Albański (Pogoń), obrońcy Henryk Martyna (Legia), Władysław Szczepaniak (Polonia) i Antoni Gałecki (ŁKS), pomocnicy Józef Kotlarczyk (Wisła), Wilhelm Góra (Cracovia), Jan Wasiewicz (Pogoń), Ewald Dytko (Dąb Katowice) i Franciszek Cebulak (Legia) oraz napastnicy Ryszard Piec (Naprzód Lipiny), Michał Matyas (Pogoń), Walenty Musielak (HCP Poznań), Fryderyk Scherfke (Warta), Hubert Gad (Śląsk Świętochłowice), Walerian Kisieliński (Polonia), Gerard Wodarz i Teodor Peterek (obaj Ruch Wielkie Hajduki). W kraju pozostała czwórka graczy, którzy mieli pozostawać w gotowości wyjazdu do Berlina, gdyby zaszła taka potrzeba. Byli to: bramkarz Marian Fontowicz (Warta), Wilhelm Piec (Naprzód Lipiny), Jerzy Wostal (AKS Chorzów) i Alojzy Sitko (Wisła). Piłkarze wyjechali do Berlina z resztą olimpijskiej reprezentacji specjalnym pociągiem, a wzdłuż trasy, którą pokonywali, gromadzili się kibice wiwatujący na cześć sportowców. Polaków zakwaterowano w Doeberitz, położonym 32 km od Berlina. Parterowe domki, w których zamieszkali, po igrzyskach miały zostać przekształcone na koszary lotnicze. 19 lipca w berlińskim hotelu Russischer Hof przeprowadzono losowanie. Uczestników podzielono na dwa koszyki, a polska reprezentacja trafiła do pierwszego. W 1/16 finału mieli zmierzyć się z drużyną węgierską. W wielu europejskich krajach wprowadzono już wtedy zawodowstwo, podobnie było u naszych bratanków, którzy na igrzyska wysłali amatorską drużynę. Właśnie z uwagi na słabszą niż dotąd obsadę turnieju, eksperci upatrywali w polskiej drużynie jednego z kandydatów nawet do medali. W środę 5 sierpnia sędzia Raffaele Scorzoni z Włoch dał sygnał do rozpoczęcia gry. Na mogącym pomieścić 45 tys. widzów Poststadion zgromadziło się ledwie pięć tysięcy fanów futbolu. ,,Po raz pierwszy widziałem takiego kolosa, ale będąc na murawie, czułem się wręcz zagubiony. Mecze pierwszej rundy nie wzbudzały większego zainteresowania, ale dla nas piłkarzy, mobilizowanych przy każdej okazji, zdawał się ten mecz być najważniejszą próbą. Pamiętam, że szczególnie zdenerwowany chodził wśród piłkarzy redaktor Obrubański, który miał z madziarami swoje rachunki. W Berlinie załatwiliśmy je za niego”– wspominał Wodarz. Spotkanie z Węgrami zaczęliśmy z wysokiego c. Już w 15. minucie po silnym strzale Wodarza, bramkarz rywali ledwie zdołał odbić piłkę, ale wobec dobitki Gada był już bezradny. W 28. minucie ten sam zawodnik, po akcji Scherfke – Peterek podwyższył na 2:0. Węgrzy próbowali kontratakować, ale nasza obrona była nie do przejścia. Przeciwnik nie przebierał w środkach, żeby odrobić straty, ale jego próby spełzły na niczym. W końcówce Madziarzy znowu oddali nam inicjatywę. Kilka minut przed końcem, po strzale Scherfke piłka trafiła w poprzeczkę, ale zdołał ją przejąć Wodarz i ustalił wynik meczu na 3:0. „Przegląd Sportowy” odtrąbił Wielki sukces Polaków, a w relacjach zawodników dużo uwagi poświęcono ostrej grze rywali: ,,Jak zaczęli mnie brać w kleszcze, powiedziałem sobie: nie mogę być od nich gorszy i przyjąłem ten sam system gry, niech pieruny wiedzą, że nie jesteśmy byle lalki”– emocjonował się Peterek na łamach „Przeglądu Sportowego”.

Najlepsze oceny zebrała formacja pomocy, która obsługiwała atak wieloma kluczowymi podaniami. Na najwyższe noty zasłużyli Jan Wasiewicz i Józef Kotlarczyk. Bez zarzutu w obronie spisywali się Henryk Martyna i Antoni Gałecki, a w napadzie zwrócił na siebie uwagę Hubert Gad, który miejsce w składzie przejął po Wilimowskim. W ćwierćfinale na naszą drużynę czekała już reprezentacja Wielkiej Brytanii, która jest powoływana do życia tylko przy okazji igrzysk. W pierwszej rundzie odprawili oni Chińczyków, którzy jako jedyni w turnieju mieli numery na koszulkach. Zdania na temat naszego meczu z amatorami z Wysp były podzielone. Wielu obserwatorów faworyta spotkania widziała w Polakach, ale pojawiały się też głosy, które przestrzegały przed zbytnim lekceważeniem Brytyjczyków. Do starcia o półfinał przystąpiliśmy w tym samym składzie co trzy dni wcześniej z Węgrami. Z perspektywy czasu oceniano to jako błąd, bo przydałby się odpoczynek tym najbardziej zmęczonym czy poturbowanym graczom. Mecz rozpoczął się od okresu wyrównanej gry. Oba zespoły zachowywały ostrożność. W końcu, w 26. minucie Bernard Joy zdobył bramkę, dającą wyspiarzom prowadzenie. Ten 25-letni kapitan Brytyjczyków po igrzyskach trafił do Arsenalu, zaliczył też występ w zawodowej reprezentacji, a 20 lat później wydał książkę Forward, Arsenal! Zmobilizowani i podrażnieni Polacy wyrównali już 10 minut później po strzale niezawodnego Gada, który wykorzystał dokładne dośrodkowanie Pieca. Na parę minut przed przerwą Wodarz wyprowadził nasz zespół na prowadzenie. To była dopiero jednak zapowiedź koncertu, jaki nasza drużyna miała dać na początku drugiej odsłony. Tuż po wznowieniu gry lewoskrzydłowy Ruchu strzelił swoją drugą bramkę, a dwie minuty później skompletował hat-tricka, wykorzystując rozkojarzenie rywali, którzy dosłownie stanęli w miejscu. W 56. minucie Piec podwyższył na 5:1 i zapowiadał się srogi pogrom brytyjskiej ekipy. Minęło ledwie 10 minut gry, a koncertowo grający Polacy strzelili trzy bramki i praktycznie przesądzili losy meczu. ,,Był to życiowy mecz w mojej karierze piłkarskiej. Drugi raz w biało-czerwonych barwach udało mi się uzyskać „hat-trick”. Pierwszy raz strzeliłem w przedolimpijskiej próbie z Phöbusem, teraz również udało mi się zaskakującymi strzałami trzykrotnie zmusić do kapitulacji angielskiego bramkarza Hilla. Wszystko mi się w tym meczu udawało. Oddawałem centry dokładnie moim kolegom a dwa gole strzelone przez mnie po przerwie były, jak to określili obserwatorzy, majstersztykiem”– wspominał Wodarz w książce „Wielki finał”. Nasi reprezentanci mieli mecz pod kontrolą, a każda następna akcja pachniała kolejnymi bramkami. Wszystko szło dobrze do 71. minuty. Wtedy to Edgar Shearer strzelił drugą sztukę dla wyspiarzy, która dodała im wiatru w żagle i przywróciła nadzieje na korzystny wynik. W 78. minucie Albański na tyle niefortunnie wypiąstkował piłkę, że dopadł do niej Joy i chwilę później na tablicy wyników było już tylko 5:3. Oszołomieni takim rozwojem wypadków Polacy, dali sobie strzelić wkrótce czwartą bramkę. W zamieszaniu w polu karnym po rzucie rożnym piłkę do siatki ponownie wcisnął Joy. Na tym jednak się skończyło i ostatnie dziesięć minut nasi zawodnicy spędzili na rozpaczliwej obronie wyniku, czekając na gwizdek Szweda, Rudolfa Eklöwa. Sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie, ale szczęśliwie dotrwaliśmy do końca. Niezłego stracha napędził nam Bernard Joy, który wspominał: ,,To się musiało wreszcie stać! Traciliśmy bramki dzięki zagraniom, które udają się na trawie raz na dziesięć prób, a Polakom wychodziły za każdym razem. Lewoskrzydłowy miał dzień, jakby od lat gromadził szczęście na tę jedną grę, był wspaniały, elegancki, dżentelmen w każdym calu. Gdy Edgar złapał na błędzie obrońcę, uwierzyliśmy, że to jeszcze nie koniec. Teraz do nas należał cały stadion. Udało mi się trafić dwa razy, pierwszy z bliska, z podania Gardinera a chwilę potem z ponad 20 jardów. Poczuliśmy siłę wiatru! Teraz wychodziło wszystko a Polacy rozpaczliwie bronili się, jakby nagle zapomnieli o grze. Byliśmy blisko, ale do szansy w dogrywce, zabrakło nam grama szczęścia od dobrej wróżki”.

Nasi zawodnicy mówili, że kontrolowali przebieg gry, ale dziennikarze wytykali im, że jeśli spotkanie trwałoby kilka minut dłużej, to przeciwnik zdołałby wyrównać. Oprócz Wodarza wyróżnili się obaj boczni pomocnicy – Józef Kotlarczyk i Ewald Dytko, dla których nie było w tym mecz straconych piłek. Po tym emocjonującym spektaklu, w którym mieliśmy sporo szczęścia, mogliśmy się szykować do półfinału. Pierwszy raz znaleźliśmy się w strefie medalowej i mieliśmy spore szanse na sukces. Naszym przeciwnikiem miało być Peru… Miało być, ale nie było. Ich ćwierćfinałowy mecz z Austrią miał niecodzienny przebieg. Do przerwy przegrywali 0:2, zdołali jednak wyrównać i doprowadzić do dogrywki. W tej grali już zdecydowanie lepiej od rywali i po bramce na 4:2 w samej końcówce, wydawało się, że zagrają w półfinale. Austriacy jednak złożyli protest. Jako powód podali wtargnięcie na boisko, już po meczu, peruwiańskich kibiców, którzy rzekomo mieli poturbować amatorów z Austrii. Jury d’Appel uwzględniło ich obiekcje i nakazało powtórzyć spotkanie. Peruwiańczycy, czując się oszukani, odmówili wzięcia w nim udziału, a Austria otrzymała walkower. Pod konsulatami Niemiec i Austrii w Limie odbyły się demonstracje, a poseł peruwiański w Berlinie zwrócił się do rządu o wydanie nakazu powrotu ekipy do kraju. Faworytami półfinałowego spotkania byli gracze znad Wisły. We wcześniejszych latach graliśmy z amatorską drużyną Austrii dwukrotnie i tyle razy wychodziliśmy z tych konfrontacji zwycięsko. Dodatkowo w październiku 1935 wygraliśmy z drugą drużyną zawodowców tego kraju. Swoim rodakom nie dawał nawet szans sławny Hugo Meisl. Boisko zweryfikowało jednak oczekiwania. Po spotkaniu z Brytyjczykami okazało się, że Fryderyk Scherfke ma pęknięte żebra i konieczna będzie zmiana w żelaznym dotąd składzie. Naturalnym wyborem wydawał się Michał Matyas. Kałuża postawił jednak na debiutanta – Walentego Musielaka. Kiedy dzień przed meczem drużyna się o tym dowiedziała, to Martyna i Kotlarczyk chcieli nawet udać się do Kałuży i zapytać czemu nie wystawił Matyasa, który pomimo wcześniejszej kontuzji, był już gotowy do gry: ,,Czułem się już zdolny do gry, ale nie zgodziłem się na ich propozycję. Kierownictwo ekipy(powiedziałem) powinno samo zapytać mnie, jak się czuję. Nie mam zamiaru za waszym pośrednictwem wpraszać się do gry, a jeśli mimo to będziecie interweniować, powiem Kałuży, że nie czuję się na siłach”– relacjonował Matyas w „Wielkim finale”. Mecz rozgrywano 11 sierpnia na Stadionie Olimpijskim w obecności 80 tys. widzów, co musiało być dla Polaków nie lada przeżyciem, bo pierwszy raz wystąpili przed tak dużą publicznością. Nasza drużyna od początku atakowała, ale były to raczej indywidualne zrywy niż przemyślane, poukładane akcje. W 17. minucie Austriak Kerl Keinberger oddał silny strzał z 30 metrów, którym zaskoczył naszą defensywę i nieoczekiwanie pierwsi na prowadzenie wyszli rywale. Mimo że swoje dogodne sytuacje mieli Gad, Wodarz i debiutujący Musielak, to do końca pierwszej połowy wynik nie uległ zmianie. Po przerwie nasi reprezentacji od razu ruszyli do ataków. Niestety nadal bezskutecznie, a jakby tego było mało, to w 54. minucie piłkę przechwycił Walter Werginz, który uprzedził nadbiegającego Gałeckiego i podwyższył na 2:0 dla Austrii. Od tego momentu gra się zaostrzyła. Groźne akcje Polacy przeprowadzali głównie lewą stroną. W 72. minucie po przerzucie na prawą stronę futbolówkę przejął Piec i znakomicie wypuścił Musielaka. Ten znowu jednak zmarnował dogodną sytuację i z trzech metrów trafił w słupek. Chwilę później jednak nadzieje w serca kibiców wlał Gad, który trafił w trzecim kolejnym meczu turnieju. Do końca spotkania pozostawało kilkanaście minut i polscy piłkarze zagrali va banque. Ataki na austriacką bramkę szły jeden za drugim i wydawało się kwestią czasu zdobycie wyrównującego gola. Wreszcie na pięć minut przed końcem Wodarz zacentrował piłkę, do której wyskoczył Peterek i wepchnął piłkę do bramki razem z bramkarzem. Wydawało się, że arbiter początkowo chciał wskazać na środek boiska, ale chwilę później odgwizdał rzut wolny dla Austrii. „Przegląd Sportowy” pisał, że jego decyzja wywołała zastrzeżenia nawet u neutralnych widzów. Protesty Polaków na nic się zdały, a dodatkowo dali sobie wbić w samej końcówce trzecią bramkę.

8

12

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

5 sierpnia 1941 r. w Ustroniu urodził się Jan Gomola. Od początku wiedział, że chce być bramkarzem. Wzorował się na starszym bracie, który też grał na tej pozycji. Pochodził z biednej rodziny, więc ojciec wolał, żeby syn zdobył jakiś konkretny zawód, zamiast uganiać się za piłką. Kiedy jednak Gomola zaczął występować w Górniku, ojciec przepraszał go, że na początku jego przygody z piłką trochę mu przeszkadzał. Zanim został zawodnikiem zabrzańskiego klubu, występował w Kuźni Ustroń. Kiedy miał 18 lat, zwrócił na siebie uwagę trenera Augustyna Dziwisza, ale do transferu jednak nie doszło. Do Górnika trafił dopiero kilka lat później. Wcześniej grał na wypożyczeniu w Unii Racibórz, która szukała następcy Huberta Kostki. Dla chłopaka był to jednak stracony okres, bo okręg śląski nie chciał dać mu zwolnienia na stałe do okręgu opolskie, pod który podlegała Unia. Chciały go jeszcze u siebie Szombierki, ale ostatecznie wrócił do Ustronia. W listopadzie 1964 r. przypomniał sobie o nim Górnik. Zaproszono go na testy i przysłano po niego samochód. Dzięki swojemu zaangażowaniu i umiejętnościom zaprezentował się najlepiej spośród ośmiu testowanych bramkarzy. Rodzina była zachwycona, bo za przejście Janka dostała pralkę Franię. Przez cały okres pobytu w Górniku zawzięcie rywalizowali o miejsce między słupkami z Hubertem Kostką. Raz bronił jeden, raz drugi. Każdy z nich byłby niekwestionowanym numerem jeden w każdym polskim klubie. Rywalizacja między nimi była ostra, ale uczciwa. Jan Banaś wspominał, że Gomola był strasznie ambitnym człowiekiem i pracował dwa razy więcej od Kostki. Jego rozgrzewka często była bardziej intensywna niż cały trening innego bramkarza. Gomola bronił bardzo odważnie, często wręcz brawurowo. W wyjazdowym meczu z LASK Linz po zderzeniu z rozpędzonym napastnikiem stracił przytomność na kilka minut. Na szczęście akurat wtedy z zespołem po raz pierwszy był lekarz i po chwili Gomola mógł kontynuować grę. Innym razem w meczu Pucharu Europy z Olympique Marsylia obrońca rywali trafił go kolanem w kark. Ból promieniował na całe ciało, ale bramkarz nie miał zamiaru się poddać. Mimo ostrzeliwania jego bramki dotrwał do końca, a zespół zremisował 1:1. Po pomeczowych badaniach okazało się, że Gomola ma pęknięty kręg szyjny. Miał ogromnego pecha, bo Kazimierz Górski chciał mu dać szansę występu z RFN w ramach eliminacji mistrzostw Europy, ale kontuzja pokrzyżowała te plany. Znakomicie grał na przedpolu i bardzo dobrze piąstkował, co podpatrywał u Lwa Jaszyna. W Górniku spędził 10 sezonów i wystąpił w 117 ligowych spotkaniach. Pięć razy był mistrzem Polski (1965, 1966, 1967, 1971 i 1972) i cztery razy zdobywał puchar Polski (1968, 1969, 1970, 1971). W reprezentacji zagrał po raz pierwszy 18 maja 1966 r. w meczu ze Szwecją we Wrocławiu (1:1). Ogółem zaliczył tylko siedem występów. Po odejściu z Górnika jako pierwszy Polak występował w klubach meksykańskich.



@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson

0

@FCB24 Nie grywam w żadne Fify, nie mam na to czasu. Kiedyś jak byłem młodszy to grałem troche na Play station w iss pro, czy jakoś tak ale teraz już chyba troche z tego wyrosłem...

12

Dokładnie 16 lat temu w meczu o Tarczę Wspólnoty mistrz Anglii z poprzedniego sezonu Manchester United pokonał po rzutach karnych zdobywcę Pucharu Anglii Chelsea Londyn 3-0(po 90 minutach gry było 1-1 bramki: Ryan Giggs 35' oraz Florent Malouda 45'). Mecz rozegrano na nowo wybudowanym stadionie Wembley.

@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Rastafarnianin
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

0

@MesQueUnClub96 No przecież 1 lige i PP to ma Polsat, co ty gadasz?

1

@escarabajo Wolałbym zdecydowanie na Tv. Na internecie to nie oglądanie, słaba jakość i nie rzadko przycina...

10

Co za historia!

5 sierpnia 1988 r. wyszło na jaw że Jose Alexanco siedzi w więzieniu! Po 48 godzinach od zatrzymania klub przyznał iż obrońca FCB został zatrzymany w Holandii w trakcie okresu przygotowawczego. O napaść oskarżyła go pracownica hotelu, w którym zatrzymała się Barça. Po 5 dniach Alexanco został wypuszczony wskutek braku dowodów. ,,Mój wyrok zaczyna się dopiero teraz”- narzekał Bask, wychodząc z sądu w towarzystwie żony. Cruyff postanowił wówczas nie karać zawodnika odnosząc się słowami: ,,Uważam że brakowało dyscypliny w klubie. Myślę że 5 dni za kratkami jest wystarczającą karą”.


@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

0

@FcPortoFan1999 Uuu, no to lipa! Powinni postarać się znowóż wykupić...

0

Słuchajcie no ,,La Ramblowicze" a dlaczegóż to TVP Sport nie transmituje meczów Ekstraklasy? Choćby dzisiejszego Widzewa z Jagielonia. Przecież zawsze był jeden mecz w kolejce...

9

@FCBparasiempre
W Copa Libertadores dokonał niesamowitego wyczynu. Na mundialu w Korei i Japonii wygryzł Didę i zdobył złoto. Tak najkrócej możemy scharakteryzować tego, zapomnianego nieco piłkarza. Oto Marcos, człowiek bez pamięci zakochany w Palmeiras. Brazylijski futbol zdecydowanej większości kibiców piłki nożnej kojarzy się z ofensywną i widowiskową grą. Jeśli spojrzymy choćby na skład obecnych mistrzów olimpijskich, to nasza uwaga skupi się raczej na graczach ofensywnych, takich jak Neymar czy Gabriel Jesus. Zapominamy jednak, że nie byłoby wielkich drużyn bez znakomitych bramkarzy. Jeśli spytałbym was o brazylijskiego golkipera, to wszyscy pamiętający dobre czasy Rossonerich, wskazaliby jednoznacznie na Didę, zaś kibice z czarno-niebieskiej części Mediolanu przywołaliby postać Julio Cesara. Jedynie starzy wyjadacze lub piłkarscy „hipsterzy” wspomnieliby o Gilmarze czy Emersonie Leao. Jednak mało kto pamięta, że Brazylia z 2002 roku(ta z Rivaldo, Ronaldinho i Ronaldo) posiadała w swoich szeregach Marcosa Roberto Silveira Reisa, czyli w skrócie po prostu Marcosa. Człowieka, który został legendą swojego ukochanego Palmeiras. Marcos urodził się 4 sierpnia 1973 roku w Oriente, w stanie São Paolo. W bramce Palmeiras zadebiutował jako 18-latek. Mierzący 193 cm wzrostu zawodnik rozegrał dla swojego klubu aż 532 spotkania. Od innych bramkarzy odróżniał go nie tylko talent i wierność klubowa, ale także… numer na plecach. Zawodnik popularnych Verdão przez całą karierę występował z, nie tak popularnym wówczas, numerem „12” na plecach. Rolę podstawowego bramkarza klubu wywalczył w 1999 roku na skutek kontuzji odniesionej przez Velloso, który w tamtym czasie był pierwszym wyborem trenera. To był przełomowy moment w karierze Marcosa. W ćwierćfinale Copa Libertadores, Palmeiras trafił na odwiecznego rywala – Corinthians. Dwumecz nie rozstrzygnął rywalizacji (2-2). O zwycięstwie musiały zadecydować rzuty karne. w których lepsi okazali się gracze z Sao Paolo (4-2). Wybroniona jedenastka Marcosa była wisienką na torcie.

W półfinale Palmeiras okazał się lepszy od River Plate. Klub stanął przed szansą wywalczenia swojego pierwszego w historii tytułu dla najlepszej drużyny Ameryki Południowej. Po zaciętych spotkaniach finałowych z kolumbijskim Deportivo Cali (2-2), drużyna Marcosa ponownie musiała sprawdzić się w strzelaniu jedenastek. Znowu dzięki wspaniałej postawie swojego bramkarza, dowiodła, że potrafi wyjść z tej rywalizacji zwycięsko (4-3). To dzięki jego wspaniałym popisom w bramce doszło do niecodziennej sytuacji. Golkiper Palmeiras został wybrany najlepszym bramkarzem turnieju, najbardziej wartościowym graczem finału i MVP całego Copa Libertadores, choć trzeba uczciwie przyznać, że w samym konkursie jedenastek, to rywale pudłowali. Dostał doceniony za całokształt. Rok później los ponownie skrzyżował Corinthians z Palmeiras. Tym razem na poziomie półfinału. Nikogo nie powinno dziwić, że o zwycięstwie musiały zadecydować… rzuty karne. Najjaśniejszą postacią konkursu jedenastek okazał się być – nikt inny jak Marcos. Dopiero w finale drużyna z Sao Paulo uległa Boca Juniors. Popisy bramkarza Palmeiras nie mogły umknąć uwadze selekcjonera Vanderleia Luxemburgo. Reprezentacyjny debiut Marcosa przypadł na towarzyskie spotkanie z Hiszpanią w listopadzie 1999 roku. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Później przez dłuższy czas golkiper z Sao Paolo musiał godzić się z rolą rezerwowego. Pierwszym wyborem w kadrze był Rogerio Ceni lub Dida. W czerwcu 2001 r. Luiz Felipe Scolari objął stanowisko selekcjonera Canarinhos, zastępując Emersona Leao. W jego reprezentacji podstawowym bramkarzem został Marcos, którego znał doskonale z Palmeiras. To brazylijski trener poprowadził ich do tryumfu w Copa Libertadores. Golkiper dopasował się poziomem gry do kolegów z zespołu – wystąpił we wszystkich siedmiu spotkaniach turnieju, cztery razy zachował czyste konto i pomógł Brazylii wywalczyć piąty tytuł mistrzów świata. Marcos znalazł się w trójce najlepszych piłkarzy mundialu na swojej pozycji. Przeciwnicy Brazylijczyków jedynie cztery razy zmusili go do kapitulacji. Po udanym mundialu, Marcos otrzymał propozycję gry w Arsenalu. Bramkarz udał się do Londynu w celu podpisania kontraktu z Kanonierami. Oparciem dla piłkarza w szatni miał być jego rodak – Edu. Przed ostatecznym zawiązaniem transakcji okazało się, że bramkarz zniknął… Po prostu wrócił do rodzinnego Sao Paolo i oznajmił, że wolałby grać z Palmeiras nawet w drugiej lidze, niż występować w klubie z Europy. Pieniądze nigdy nie były dla niego najważniejsze. W ten sposób został „one club manem”.

Miłość, która połączyła Marcosa z Palmeiras była zdecydowanie obustronna. 21 września 2008 r. rozegrał on mecz numer 400 dla swojego klubu. Okazja ta nie mogła umknąć włodarzom i kibicom. Zawodnik został uhonorowany symboliczną koszulką. Na jej odwrocie widniał napis „O melhor goleiro do Brasil” („najlepszy bramkarz Brazylii”) oraz symboliczny numer „400”. Ponadto trykot zdobiły wymienione tytuły Marcosa, wywalczone zarówno z Palmeiras, jak i brazylijską kadrą. Ot, kolejny dowód wiernego uczucia. W styczniu 2012 r. Marcos zakończył piłkarską karierę w wieku 38 lat, pozostając do końca wierny jednej drużynie z rodzinnego São Paolo.


9

9

Był sobie trener:

4 sierpnia 1981 r. Udo Lattek po raz pierwszy poprowadził na ławce trenerskiej FC Barcelone. Urodzony w 1935 r. niemiecki trener prowadził Blaugrane w latach 1981-83. Do Katalonii trafił z Borussi Dortmumd, zastępując na stanowisku legendarnego Helenio Herrere. W ciągu dwóch lat na ławce Barçy zdobył Puchar Zdobywców Pucharów, Puchar Ligi oraz Puchar Króla. Słabe wyniki w lidze sprawiły jednak iż w marcu 1983 r. został zwolniony. Ogółem był trenerem Blaugrany w 76 meczach, z których jego zespół wygrał 42. Krótko po zwolnieniu trafił do Bayernu Monachium.


@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

7

W natłoku wczorajszych spraw zapomniałem przedstawić sylwetke legendarnego argentyńskiego piłkarza.
Wybitne legendy futbolu:

3 sierpnia 1916 r. urodził się Jose Manuel Moreno, jeden z najlepszych napastników w historii argentyńskiego futbolu, 3-krotny Zdobywca Copa America(1941,1942 i 1947) oraz 5-krotny Mistrz Argentyny(1936,1937,1941,1942 i 1945(z River Plate). Moreno to jeden z trzech(obok Ariena Robbena i George Weah) piłkarzy, którzy zdobyli mistrzostwo czterech różnych państw.

Jose Manuel grając w River Plate Buenos Aires współtworzył jego słynny atak zwany ,,La Máquina”, dzięki któremu klub dominował w futbolu argentyńskim lat 40-tych. Moreno swoją karierę zaczynał w skromnym klubiku Estrella de Brandsen, w dzielnicy Boca. Jednak Boca Juniors(bowiem pod latarnią jest najciemniej) nie dostrzegł iż ma w zasięgu ręki taki skarb. Natychmiast skorzystał z tego odwieczny rywal River Plate, gdzie młody Moreno w pierwszym zespole zadebiutował w 1935. Grał tam do 1944, tryumfując w lidze w sezonach 1936-37/41-42. Następnie zapewnił klubowi España tytuł mistrza Meksyku w sezonie 1944-45 i ponownie wrócił do River aby zostać mistrzem ligi w 1947. W 1949 r. wyprowadził na szczyt chilijski Universidad Catolica. W 1950 r. grubo po niewczasie pozyskał go wreszcie Boca. Na pół sezonu powrócił do Universidad Catolica by w latach 1952-53 zasilić urugwajski Defensor. W tymże 1953 roku sprawił sensację pojawiając się znów w Buenos Aires, tym razem w barwach Ferro Carril Oeste lecz już w 1954 wyemigrował do kolumbijskiego Independiente Medellin, gdzie występował jeszcze rok zdobywając w 1955 r. mistrzostwo jako grający trener. Ten obieżyświat w samej tylko lidze argentyńskiej strzelił 187 goli! W reprezentacji w 33 spotkaniach(w latach 1936-50) strzelił 20 goli. To mówi wiele choć nie wszystko. Jose był prawdziwym fenomenem, wyjątkowo hojnie obdarowanym przez naturę. Wysoki, herkulesowej budowy, elastyczny i gibki, wszystko czego się tknął robił z niebywałą łatwością jakby od niechcenia. I wychodziło mu wszystko- czarodziejskie zwody, potężne bomby z ziemi i powietrza, ,,palomity’’ godne samego Erico, podania tak precyzyjne, iż zyskały miano ,,los pases milimetricos’’. Przy tym był dobrym duchem każdego zespołu, urodzonym liderem i przywódcą. Pracował na całej długości i szerokości boiska, z profesorskim zacięcie dyrygując kolegami, którzy poszli by za nim w ogień. Niezwykle przystojny, o zniewalającym uśmiechu pod iście zabójczym, smolistym wąsem, zdobywał kobiety jednym spojrzeniem. I korzystał szerokim gestem z tych darów losu. Czas poza boiskiem wypełniały mu wyłącznie rozkosze stołu i łoża. Po szalonej nocy Moreno zasiadał w restauracji, pochłaniał ogromną porcję ulubionego kurczaka, popijając to jedną lub dwiema butelkami czerwonego wina. Bezpośrednio po obfitym deserze szedł na stadion, przebierał się jakby nigdy nic w szatni, po czym grał niczym młody Bóg! W 1939 r. kierownictwo klubu postanowiło ukrócić te szaleństwa. ,,Charro’’(jak go nazywano) wspominał owe dydaktyczne zapędy z rozbawieniem: ,,Skruszony, w poczuciu winy, postanowiłem się zmienić. Przez tydzień kładłem się spać przed północą, wstawałem rano i wypijałem szklankę mleka. W niedzielę graliśmy z Independiente. Dostaliśmy baty 0:3 a ja snułem się po placu. Kierownictwo klubu za brak sportowej postawy zdyskwalifikowało mnie, nakładając jeszcze karę pieniężną. Jednak koledzy ujęli się za mną i ogłosili strajk solidarnościowy’’. Kilka tygodni River grało składem rezerwowym, po czym dyrekcja klubu skapitulowała. Na Moreno nie było siły. Tegoż wieczoru wszystkie knajpy Buenos Aires stały dlań otworem. Z fenomenalnym dryblerem Enrique Garcia tworzyli niezrównaną parę boiskowych kpiarzy i żartownisiów. Podczas meczu z Urugwajem mieli do czynienia ze znakomitym obrońcą Schubertem Gambetta(mistrzem świata z 1950 r.). Był jednak bezradny wobec ich bezbłędnej wymiany piłek, której towarzyszył następujący dialog: ,,Służę panu, señor Garcia-mówił Moreno, podając piłkę koledze. ,,Zaraz ją panu zwrócę, doktorze Moreno’’-odpowiadał Garcia. ,,Ależ żadną miarą, inżynierze Garcia. Pańska kolej!.... I tak przekomarzali się dobre dwie minuty a futbolówka krążyła między nimi jak zaczarowana….

Podczas Copa America 1947 roku Argentyna miała zadebiutować meczem z Paragwajem. W przeddzień spotkania Moreno zmylił czujność trenera i wraz z Marinim wymknął się chyłkiem z hotelu, przebalował niemal całą noc, nad ranem zdrzemnął się 3 godzinki i niebawem świeżutki jak skowronek poprowadził drużynę do meczu. ,,Guarani’’ polegli 0:6 a Jose Manuel strzelił cudownego gola i był najlepszy na płycie. Cały on….


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

12

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

3 sierpnia 1919 r. w Krakowie urodził się Mieczysław Gracz, napastnik. Wychowywał się w krakowskiej dzielnicy Grzegórzki. To tam razem z kolegami uganiał się za szmacianką po ulicach. W szkole, do której chodził, nauczał Józef Kałuża, dlatego taż młody chłopak początkowo sympatyzował z Cracovią. Grał i trenował wtedy w klubie Grzegórzecki, ale kiedy miał 14 lat, postanowił z kolegami poszukać miejsca, gdzie mogliby się bardziej rozwinąć. Mając w ręku pisemną rekomendację od Kałuży, udali się na stadion Cracovii, ale nikogo tam nie zastali, a szatniarz kazał im przyjść za kilka dni. Postanowili więc poszukać szczęścia po drugiej stronie Błoń. Tam spotkali Adama Obrubańskiego, który zaprosił ich do rozegrania meczu z juniorami Wisły. Gracz i koledzy wygrali 7:1. Dwa lata później chłopak zadebiutował już w pierwszej drużynie, stając się najmłodszym zawodnikiem klubu w ligowym spotkaniu. Z kolei 18 października 1936 r. strzelił swoją pierwszą bramkę i wieku 17 lat i 76 dni został najmłodszym strzelcem w rozgrywkach. Mimo niskiego wzrostu (163 cm) znakomicie grał głową. Był świetnie wyszkolony technicznie i w pojedynkę potrafił rozstrzygać losy meczów. Nie raz zdarzało mu się przejść z piłką przez całe boisko, mijając przy tym rywali w efektownym dryblingu. Nie był jednak boiskowym egoistą. W Wiśle grał na pozycji prawego łącznika i kierował grą całej drużyny. Stanisław Mielech wspominał, że całkowicie panował nad piłką i umiał ją przyjąć w każdej pozycji, a następnie podać do partnera. Potrafił jednym dalekim podaniem otworzyć koledze drogę do bramki. Słabszą jego stroną była kondycja fizyczna. Pod koniec kariery wyraźnie tracił na szybkości. Niewielu zawodników zasługuje na miano klubowej legendy, ale w przypadku Gracza takie określenie nie będzie nadużyciem. W mistrzostwach Polski dla Białej Gwiazdy rozegrał 142 mecze i strzelił 92 bramki. W czasie okupacji był jednym z najbardziej aktywnych uczestników konspiracyjnych zmagań. Po wojnie przekazywał młodszym kolegom przedwojenne tradycje szkoły krakowskiej. Sam uważał, że w trakcie swojej kariery strzelił około tysiąca bramek. W reprezentacji zadebiutował w Oslo w meczu przeciwko Norwegii w 1947 r. Trzy lata później w Sofii zagrał po raz ostatni. Za swój najlepszy mecz Gracz uważał przegrane 4:5 spotkanie ze Szwajcarią w 1947 r., w którym strzelił dwa gole, w tym jednego pięknym uderzeniem z woleja po podaniu Tadeusza Hogendorfa. W tym samym roku razem z Tadeuszem Parpanem miał wystąpić w reprezentacji FIFA ale polskie władze się nie zgodziły. Wiele lat pracował jako trener. Zawsze pogodny, uśmiechnięty i skory do żartów z dużym autorytetem wśród kolegów. W Reprezentacji rozegrał 22 mecze, strzelając 4 gole.


@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

11

Duma Katalonii w rozkwicie:

W 1926 r. szefowie FC Barcelony rozpoczęli załatwianie formalności w celu nabycia terenu, który służyłby za boisko treningowe różnych sekcji sportowych klubu. Wtedy Barça miała już sekcje rugby, lekkiej atletyki i hokeja na trawie, do których za sprawą socio Pergo Cusella, właśnie w tamtym roku dołączyła sekcja koszykówki. Po wielu poszukiwaniach, w sierpniu 1926 r. zarząd klubu postanowił przystąpić do negocjacji kupna terenów Sol de Baix. Na tej działce było wielkopańskie gospodarstwo, Can Sol de Baix, własność Josepa Comasa, przemysłowca, który był działaczem Partii Liberalnej i stał się jednym z głównych kacyków dystryktu Les Corts w XIX wieku. Działka stała się zaimprowizowanym boiskiem piłkarskim, na którym aż do 1932 r. trenowały i rozgrywały swoje mecze drużyny juniorskie Blaugrany. Wykorzystywano ją także jako plac do treningów pierwszej drużyny klubu ażeby nie zniszczyć murawy na Camp de Les Corts, a także innych sekcji, w tym drużyny hokeja na trawie, która rozgrywała na nim swoje mecze aż do wybuchu wojny domowej. Wraz z wydzierżawieniem przez klub terenów w dzielnicy La Bordera boisko przy Can Sol de Baix służyło wyścigom hartów. Później w latach czterdziestych i pięćdziesiątych organizowano tutaj także wyścigi midgetsów – rodzaj sportu motorowego, zaimportowanego z Argentyny i Stanów Zjednoczonych, w których rywalizowały ze sobą samochody bez hamulców i skrzyni biegów. W 1965 r. odzyskano pierwotną nazwe miejsca wraz ze zbudowaniem placu Sol de Baix, mieszczącego się między ulicami Figols a Gerard Piera.



@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

1

@Faro Bardzo ciekawy temat poruszyłeś o tym Cancelo. Nic mi nie wiadomo o włamaniu się do jego domu i konflikcie z Pepem. jednak to jest bardzo ważny aspekt, mam na myśli aspekt psychologiczny. Jeśli nie będzie w pełni skupiony na grze to nie będzie to dobrze rokowało...

6

@FCBparasiempre
2 sierpnia 1946 r. w Łukowie urodził się Krzysztof Rześny, prawy obrońca. Rześny zagrał w przełomowych i zwycięskich meczach drużyny Górskiego i później Gmocha, jednak w obu przypadkach potem wypadał z reprezentacji. Odbił to sobie w Stali Mielec, z którą rządził w Polsce i pokazał się w Europie. W czerwcu 1973 r. na Stadionie Śląskim w Chorzowie Polska pokonuje Anglie 2:0 w jednym z najlepszych i najważniejszych meczów w dziejach naszej piłki, rozpoczynając efektowny marsz po awans i medal mistrzostw świata. W październiku 1976 r. na Estadio das Antas w Porto Polska wygrywa z Portugalią 2:0 w pierwszym i od razu kluczowym spotkaniu w walce o udział w mundialu w Argentynie. W obu starciach na prawej obronie występuje Krzysztof Rześny, lecz to jego jedyne mecze w reprezentacji o punkty. ,,Jak to wytłumaczyć? Chyba tylko tym że zabrakło mi szczęścia albo że czasami za bardzo chciałem pomóc drużynie klubowej i grałem z niezaleczoną kontuzją, czym zaszkodziłem sobie w kadrze. Pewnie że byłem rozczarowany ale dajmy spokój. Swoje w piłce osiągnąłem, w paru ważnych meczach zagrałem a w latach 70-tych poziom narodowej drużyny czy liczba świetnych kandydatów do gry były naprawdę nieporównywalne do sytuacji, jaka mamy teraz”- wspomina Rześny. Dzisiaj jest starszym, 75 letnim panem, który wciąż z pasją nie tylko rozmawia o futbolu ale swoją wiedze nadal próbuje przekazać młodszym pokoleniom. Wiele lat był podstawowym graczem Stali Mielec, na Podkarpaciu na dobre zapuścił korzenie. Jego przeszłość jest jednak trochę pogmatwana. Na świat przyszedł w Łukowie ale gdy zaczynał chodzić do szkoły podstawowej, przeniósł się z rodziną do Szczecina. Tam występował najpierw w Chrobrym a potem w Pogoni. ,,Miałem 18 lat i już zagrałem w ekstraklasie. To był niezły zespół, występował w nim m.in. Marian Kielec, gwiazda Szczecina. Znajomi z rodzinnych stron przekonywali mnie abym zagrał w Motorze Lublin. Problemem był fakt, iż to tylko 2 liga. Nie wiem czy dobrze wybrałem ale widocznie tak musiało być. Zostałem tam aż 6 lat”- opowiada obrońca. W elicie zaliczył tylko 2 mecze i przeniósł się na drugi kraniec Polski. W Lublinie był ważnym piłkarzem, kapitanem drużyny, lecz ciągle jedynie na zapleczu ekstraklasy. Tymczasem w 197o r. awans do elity wywalczyła Stal Mielec. Na mapie Polski rodziła się nowa siła. Grali już w niej 22-letni bramkarz Kukla, 24-letni Kasperczak i 20-letni talent Grzegorz Lato. ,,Trener Gajewski tworzył drużynę szybkościową, opartych na zawodnikach o dobrych predyspozycjach biegowych. Chciał mnie w składzie bo miałem zdrowie do walki i biegania od pierwszej do ostatniej minuty, byłem niezły w odbiorze. Zgodziłem się na zmiane klubu ale ciągle nie było to takie proste. Przed sezonem pojechałem na zgrupowanie do Węgierskiej Górki już ze Stalą ale wróciłem… znowu z Motorem, który też przygotowywał się w tej samej okolicy. Byłem rozdarty. Libelscy działacze przekonali mnie żebym jeszcze u nich pograł, że chcą powalczyć o awans. Nie chciałem w takiej chwili osłabiać drużyny. Trener Gajewski postawił na swoim. Jak się na coś uparł, nie było mowy że odpuści. Pasowałem mu do koncepcji i nie wyobrażał sobie bym nie przyszedł do jego zespołu. Tak długo mnie namawiał że ponownie zmieniłem zdanie. W październiku podpisałem umowę ze Stalą i od razu zacząłem grać w podstawowym składzie, przez kolejne 3 sezony”- wspomina pan Krzysztof. Stal była coraz mocniejsza, w drużynie pojawiali się kolejni klasowi piłkarze, m.in. Domarski, którego później zastąpił Szarmach. W 1973 r. mielczanie wygrali lige. W mistrzowskim sezonie co raz bardziej wyróżniał się Rześny. Nie uszło to uwadze Kazimierza Górskiego. Do kadry powołał go już w 1972 ale wtedy jeszcze nie zagrał. ,,Twardo walczyliśmy o miejsce w składzie, miałem znamienitych konkurentów: Guta i Szymanowskiego. Byłem starszy ale oni grali”- przyznaje Rześny. Tymczasem po wyjazdowej porażce z Walią(0:2) Górski podjął brawurową decyzje. W meczu z Anglią na prawej obronie zagrał debiutant. Guta w ogóle nie było w kadrze meczowej a Szymanowski usiadł na ławce. ,,Nie wnikałem skąd taka decyzja. Kiedyś Gmoch powiedział mi że to była jego sugestia bo cenił mnie za szybkość, więc podpowiedział Górskiemu że warto na mnie postawić. W Chorzowie w spotkaniu z Anglią nie mogłem zawieść. Patrzyła na nas cała Polska. Wszyscy zagraliśmy wielki mecz. W następnym sezonie, w meczu Stali z Crveną Zvezdą w Pucharze Europy, doznałem kontuzji mięśnia dwugłowego. Zamiast zejść z boiska, grałem do końca i uraz się pogłębił. Dochodziłem do siebie kilka tygodni a Polacy wygrali w rewanżu z Walią 3:0 a potem był remis na Webley. Co z tego że już zupełnie wyzdrowiałem. Trudno było wskoczyć do drużyny, która osiągnęła taki sukces”- wspomina obrońca Stali. Gmoch rzeczywiście go cenił bo następny raz w kadrze narodowej zagrał dopiero wtedy, kiedy on został selekcjonerem. Nowy szef Biało-Czerwonych chciał trochę pozmieniać po swoim poprzedniku i na prawej obronie wrócił do Rześnego, rezygnując między innymi z Szymanowskiego. Piłkarz Stali miał wtedy 28 lat ale w drużynie, która rozpoczynała walke o awans na mundial w Argentynie, pojawiło się też kilku młodych zawodników z Bońkiem i Terleckim na czele. Efekt był znakomity. ,,Gmoch przed meczem z Portugalią podkreślał że to kluczowe spotkanie a wygrana otworzy nam droge do Argentyny. Właśnie tak się stało”- zwraca uwagę Rześny. Miał wkład w ten sukces, lecz na mistrzostwa znowu nie pojechał. Selekcjoner odkurzył Szymanowskiego. Rześny tak to przedstawiał: ,,Plany pokrzyżowała mi kontuzja i… mój klubowy trener. Był nim Edmund Zientara, dawny piłkarz i szkoleniowiec Legii. Doskonale znał się z Gmochem, zresztą kiedyś grali razem w drużynie z Łazienkowskiej. Oczywiście dłuższy czas współpracowałem w Mielcu z Zientarą ale jakoś nie nadawaliśmy na tych samych falach, nic na to nie poradzę. Miało to jednak niestety wpływ na moja przyszłość w kadrze narodowej. W ważnym ligowym meczu Stali z Legią grałem z urazem, na blokadzie i w drugiej połowie musiałem zejść z boiska. Przegraliśmy w Warszawie 2:3 a Zientara zaraportował Gmochowi że jestem w słabiej formie, że do kadry się nie nadaje i Gmoch wziął sobie do serca uwagi kolegi. Przestał mnie powoływać. Temat reprezentacji był dla mnie definitywnie zamknięty. Nie grałem już w eliminacjach, więc tym bardziej nie miałem szans na miejsce w 22-osobowym składzie na mundial”. Rześny ma się jednak czym chwalić. Nie chodzi tylko o te wygrane z reprezentacją ale o ważne mecze ze Stalą w europejskich pucharach. Były więc potyczki z wspomnianym już mistrzem Jugosławii, lecz także z innymi mocnymi wówczas drużynami: Carl Zeiss Jena, Inter Bratysława, Hamburger SV no i przede wszystkim Real Madryt. ,,W Mielcu przegraliśmy 1:2, w rewanżu było 0:1. Szkoda że wtedy nie mógł zagrać Szarmach, który przyszedł do nas z Górnika Zabrze ale wtedy kluby nie mogły się dogadać, początkowo był zawieszony”- przypomina Rześny. Dzisiejsza Stal o takich meczach może tylko pomarzyć. Tym bardziej Rześny dla dzisiejszych piłkarzy z Mielca jest dowodem że nie tylko talentem ale też ciężką pracą można zajść bardzo daleko.

3

Zapomniane legendy rodzimego futbolu(czytaj w odpowiedzi na mój komentarz):

@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

4

No niesamowita sprawa. Nie wierzyłem że Raków to zrobi. Wielkie gratulacje dla drużyny a zwłaszcza dla trenera Szwargi! Dziękujemy kochani Częstochowianie i czekamy na więcej...

1

@FcPortoFan1999 To by byłe coś extra dla nas wszystkich polskich kibiców i nie tylko...

1

@Kondziubarca Akurat postawiłem dwa wyniki: 3:1 i 4:1 dla Karabachu

0

Jaki wynik przewidujecie w meczu Karabachu z Rakowem? Bo jakoś nie wierze że Raków jest w stanie wygrać w tym piekle(choć bardzo bym chciał) a wręcz przeciwnie, uważam że Raków przegra i to raczej wysoko...

7

@FCBparasiempre
Dziś coraz mniej mamy piłkarzy, którzy przez całą karierę trzymają się jednego klubu i trzyma się go na dobre i na złe. Pamiętamy teraz m.in. Andresa Iniestę, Xaviego, czy Stevena Gerrarda, którzy w ostatnich latach postanowili tylko przed samą emeryturą zaznać smak przeprowadzki. Taką drogą podążył swego czasu Alain Giresse. Urodzony 2 sierpnia 1952 roku w Langoiran, miasteczku położonym w departamencie Żyronda, nad rzeką Garonna, od małego grywał w piłkę. Jednak w domu kluczem dla niego było zdobycie wykształcenia i na to postawił swoje najmłodsze lata, choć ganianie za piłką od zawsze było jego pasją. A, że nie należał nigdy do największych, musiał wyrabiać w sobie świetną technikę, by tym walczyć z lepszymi fizycznie przeciwnikami. To wyróżniało go przez lata – technika i inteligencja boiskowa. Szybko zdobył zawód stolarza, a w międzyczasie jako wielki talent dołączył do największego klubu w okolicy, Girodins Bordeaux. Mimo mizernych warunków fizycznych świetnie radził sobie z przeciwnikami i był prawdziwym reżyserem, dlatego zajął miejsce w środku pola i od początku radził sobie świetnie. Zadebiutował w pierwszej drużynie w 1970 roku i już w swoim pierwszym sezonie rozegrał 29 spotkań i strzelił trzy bramki w rozgrywkach francuskiej Ligue 1 oraz Pucharze Francji. Przez kolejne dwa sezony, jego forma się utrzymywała, jednak „Żyrondyści” głównie walczyli o utrzymanie na najwyższym poziomie rozgrywkowym, co roku skutecznie, w czym duży udział Giresse’a. W 1973 roku został powołany do reprezentacji Francji U-21. Henri Guerin postawił na niego w meczu eliminacji do mistrzostw Europy. Prawdziwy wybuch formy rozgrywającego nastąpił w sezonie 1973/1974, gdy w samej Ligue 1 strzelił 12 bramek, a ekipa „Żyrondystów” zajęła w lidze 14 miejsce. Wtedy jednak we wrześniu 1974 roku, po świetnym sezonie na francuskich boiskach, dostał szansę debiutu w dorosłej reprezentacji „Trójkolorowych”. Stefan Kovacs wystawił go w pierwszym składzie towarzyskiego meczu z Polską. Giresse został zdjęty z boiska w 72 minucie, meczu wygranego 2:0, a na następny mecz w kadrze czekał trzy lata. Na stałe trafił do niej dopiero w 1981 roku. Wtedy były to już inne czasy dla jego kariery. Wcześniej Girodins regularnie kończyli sezony w środku tabeli, w czym i tak była duża zasługa Giresse’a, który strzelał w sezonie po kilkanaście bramek. Dużo słabiej wypadł sezon 1977/1978, gdy ekipa z zachodniej Francji do końca biła się o utrzymanie w elicie i ostatecznie o punkt wyprzedziła Lens i Troyes, które spadły do Ligue 2. W 1979 roku stery w klubie z Bordeaux przejął Claude Bez, który miał kluczowy udział w odbudowie i w ponownej drodze na szczyt. Rok później zespół przejął, ściągnięty z Olympique Lyon, Aime Jacquet. Dodatkowo do zespołu trafił m.in. znakomity napastnik Bernard Lacombe oraz Gerard Soler z Monaco. Sezon później po przyjściu trenera do zespołu dołączył szalenie doświadczony, podstawowy obrońca reprezentacji Francji, Marius Tresor. Od razu w pierwszym sezonie Jacqueta, Bordeaux skończyło sezon na najniższym stopniu podium, co dało awans do europejskich pucharów. Sam Giresse zaliczył co prawda słabszy sezon i strzelił tylko sześć bramek. Dodatkowo do pomocy w środku pola Giresse’owi ściągnięto Jeana Tiganę, z którym regularnie zaczął też występować w kadrze „Trojkolorowych”. Cały zespół spisał się jednak poniżej oczekiwań. W lidze zajął czwarte miejsce, w Pucharze UEFA dotarł zaledwie do drugiej rundy, gdzie uległ HSV, które ostatecznie dotarło do finału. W 1982 roku Giress pojechał z kadrą Michela Hidalgo na mistrzostwa świata, gdzie był już jedną z kluczowych postaci. „Trójkolorowi” ostatecznie dotarli do półfinału, gdzie pokonali ich Niemcy dopiero w rzutach karnych, a następnie Polska w meczu o trzecie miejsce, który Francuzi już zwyczajnie odpuścili i posłali największe gwiazdy do domu, w tym właśnie naszego bohatera. Wcześniej rozgrywający Bordeaux strzelił dwie bramki Irlandii Północnej w ćwierćfinale, a następnie zaliczył trafienie i dorzucił asystę w spotkaniu półfinałowym z Niemcami. W 1982 roku zajął też drugie miejsce w plebiscycie Złotej Piłki, przegrywając o 51 punktów z Paolo Rossim, a wyprzedzając m.in. Zbigniewa Bońka, który znalazł się na trzecim miejscu. Po powrocie był kluczową postacią zespołu, który zdobył vicemistrzostwo. FC Nantes było wtedy poza zasięgiem, ale to było za mało dla Claude Beza. Do ekipy przed sezonem 1983/1984 dołączył m.in. Patrick Battiston. Aime Jacquet stworzył kapitalny zespół, któremu przewodził Giress, który w całym sezonie strzelił 16 bramek i choć „Żyrondyści” odpadli już w pierwszej rundzie Pucharu UEFA, jednak zdobyli upragnione mistrzostwo, wygrywając z Monaco lepszym bilansem w meczach bezpośrednich.

Po sezonie nastąpiły mistrzostwa Europy, które dla Francuzów skończyły się kapitalnie. Ekipa Hidalgo wygrała wszystkie mecze, w tym półfinał po dogrywce z Portugalią, a w wielkim finale zmierzyli się z Hiszpanią, z którą zwyciężyli 2:0 i Francja sięgnęła po swój pierwszy wielki tytuł. Liderami tamtejszej drużyny była czwórka: Michel Platini, Alain Giresse, Jean Tigana i Luis Fernandez nazywana „Le Carre Magique”, czyli „Magiczny Kwadrat”. Sam bohater naszego tekstu strzelił bramkę i zaliczył dwie asysty w spotkaniu z Belgią, a we wszystkich pięciu spotkaniach wystąpił od pierwszej do ostatniej minuty. Wydawało się, że długo w Bordeaux nie pobędzie, chciały go bowiem największe kluby świata. On jednak postanowił być wierny barwom i w kolejnym sezonie ponownie występował w ekipie obrońców tytułu, którzy ostatecznie ten tytuł obronili, wyprzedzając o cztery punkty Nantes. W końcu udało się też osiągnąć sukces w europejskich pucharach, gdzie Francuzi dotarli do półfinału Pucharu Europy, gdzie lepszy okazał się Juventus z Platinim w składzie. Ostatnim sezonem w barwach „Żyrondystów” był sezon 1985/1986. Wtedy razem z kolegami zajął w lidze trzecie miejsce, co było uznawane jako ogromny zawód. Po sezonie pojechał na mistrzostwa świata, gdzie drużyna Henriego Michela miała wielkie nadzieje. Ponownie razem z Platinim, Tiganą i Fernandezem stworzyli zabójczy kwartet w środku pola. Ostatecznie „Trójkolorowi” zaliczyli powtórkę z poprzedniego mundialu i odpadli w półfinale z Niemcami, jednak w spotkaniu o trzecie miejsce pokonali po dogrywce Belgów i mogli cieszyć się z medalu. Sam Giresse zaliczył za to ważną asystę, przy bramce Fernandeza, która dała remis ze Związkiem Radzieckim jeszcze w fazie grupowej. Półfinałowe starcie z Niemcami było z kolei jego ostatnim występem w narodowych barwach. Licznik zatrzymał się na 47 spotkaniach. Po powrocie z turnieju zdecydował się na przeprowadzkę do Olympique Maryslia, które zaczęło budować ekipę zdolną do walki o najwyższe cele. To właśnie w 1986 roku rozpoczęła się budowa drużyny, która kilka lat później zwyciężyła w lidze mistrzów. Do drużyny „Olimpijczyków” dołączyli oprócz Giresse’a m.in. Jean-Pierre Papin, Karlheinz Forster, czy Bernard Genghini. A za wszystkim stał Bernard Tapie. Już w pierwszym sezonie po reformie w klubie, drużyna zdobyła wicemistrzostwo Francji. Dotarli też do finału Pucharu Francji, gdzie ulegli… Bordeaux. Bohater naszego tekstu grał regularnie, jednak strzelił w całym sezonie tylko sześć bramek. Jeszcze słabiej było w kolejnym sezonie, gdy strzelił tylko dwie bramki, a Olympique skończył dopiero na szóstym miejscu w Ligue 1. Po zakończeniu sezonu zdecydował się zakończyć karierę. Rok później został dyrektorem sportowym Bordeaux. Klub jednak był w coraz słabszej kondycji finansowej i powoli dobiegała końca misja Claude’a Beza. Wtedy z klubu odszedł m.in. Aime Jacquet. Do 1991 roku próbował ratować drużynę, jednak w końcu odszedł po upadku klubu. Dwa lata później objął tę samą funkcję w Toulouse, a w 1995 roku postanowił zostać trenerem, przejmując w listopadzie klub po odejściu Rollanda Courbisa. W trakcie dwóch i pół roku pracy przywrócił Toulouse miejsce w elicie. Następnie odszedł do PSG, a po spadku „Fioletowo-Białych”, ponownie przejął zespół i awansował do Ligue 1. W 2001 roku Giresse przeprowadził się do Afryki i przejął marokański FAR Rabat, które pod jego wodzą spisywało się jednak słabo. W 2004 roku objął reprezentację Gruzji, jednak nie miał tam żadnych szans rywalizować z większymi rywalami i po roku pożegnał się ze stanowiskiem. Ponownie wrócił do Afryki i przejął reprezentację Gabonu, która za jego kadencji poczyniła ogromny postęp, mierząc się jak równy z równym z największymi afrykańskimi tuzami. Byli też blisko awansu na mistrzostwa świata w RPA (w ostatniej grupie eliminacyjnej ulegli tylko Kamerunowi). W 2010 roku przejął reprezentację Mali, którą miał poprowadzić do sukcesu na Pucharze Narodów Afryki w 2012 roku. Ostatecznie „Orły” zajęły trzecie miejsce, a Giresse niedługo później zrezygnował ze stanowiska. Półtora roku później przejął reprezentację Senegalu, jednak po wpadce na Pucharze Narodów Afryki 2015, został zwolniony. Następnie powrócił do Mali, gdzie spędził dwa i pół roku. W 2018 został selekcjonerem reprezentacji Tunezji, z którą zajął czwarte miejsce na PNA. W 2022 roku został selekcjonerem reprezentacji Kosowa, z którą radzi sobie całkiem nieźle.

Statystyki i osiągnięcia:

Osiągnięcia zespołowe:

Girondins Bordeaux

2x mistrzostwo Francji (1984, 1985)

1x Puchar Francji (1986)

Reprezentacja:

1x Mistrzostwo Europy (1984)

Trzecie miejsce mistrzostw świata (1986)

Osiągnięcia indywidualne:

3x Piłkarz Roku (1982, 1983, 1987)

Król Strzelców Pucharu UEFA (1983)

Drugie miejsce w klasyfikacji Złotej Piłki (1982)


11

Snajper wyborowy:

2 sierpnia 1993 r. Romario strzela debiutanckiego gola w barwach Blaugrany w towarzyskim meczu przeciwko S.C. Heerenveen przegranym przez Barçe 5:4. Później Brazylijczyk strzelał aż miło, zostając królem strzelców Primera Division.



@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

10

Przypadki niejakiego Carlesa Busquetsa w FC Barcelonie:

2 sierpnia 1994 r. FC Barcelona zremisowała w towarzyskim meczu z FC Groningen rzadko spotykanym wynikiem 5:5. Taki wynik zawdzięczamy głównie błędom bramkarza Carlesa Busquetsa. Latem 1994 r. z Barcelony odszedł Zubizarreta i jego miejsce w bramce miał zająć dotychczasowy zmiennik Carles Busquets(ojciec Sergio). Już w sparingach przedsezonowych okazało się jednak iż nie będzie on najlepszym wyborem. W meczu z Groningen Busquets popełnił dwa błędy, które zdarzają się co najwyżej raz w całej karierze. Najpierw po dośrodkowaniu przeciwników piłka odbiła mu się od klatki piersiowej i wpadła do bramki. Przy trzecim golu dla rywali próbował okiwać napastnika przeciwników ale stracił piłke. Zdążył jeszcze zatrzymać futbolówkę na linii bramkowej ale nie utrzymał jej w rękach. Przy pozostałych golach dla rywali również mógł się zachować dużo lepiej. W całej karierze ,,Busi” popełniał wiele błędów szczególnie w grze nogami i zyskał przez to niechlubny przydomek ,,bramkarza” z piłki ręcznej. W listopadzie 1995 r. nie mógł trenować ponieważ złapał gorące żelazko, które mogło poparzyć jego czteroletniego syna Aitora. Żartowano później w prasie że była jego najlepsza interwencja w karierze. No cóż, powiada się iż nie daleko pada jabłko od jabłoni, choć w tym wypadku Sergio i tak jest lepszym piłkarzem od ojca.



@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

12

Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:

1 sierpnia 1969 r. urodził się Tomasz Łapiński, obrońca. ,,Nasz bramkarz nic nie łapie. Nie musi. Bo mamy ,,Łapę”. Taka okolicznościowa fraszka pojawiła się kiedyś w ,,Piłce Nożnej”. Jej bohaterem był Tomasz Łapiński. Dla wielu najlepszy polski obrońca lat 90-tych, kluczowy element w Widzewie i reprezentacji Polski w tym czasie. Koledzy najczęściej mawiali o nim ,,Łapa”. Czasem ktoś dodawał jeszcze ,,Łapa z Łap”, bo stoper pochodził właśnie z miejscowości o tej nazwie, leżącej nieopodal Białegostoku. Nie trafił jednak do piłkarskiego hegemona Podlasia, Jagiellonii ale do Łodzi. Tam został ostoja miejscowego Widzewa w okresie jego triumfów na krajowych boiskach. Solidny, pewny i niezwykle skuteczny w swych interwencjach Łapiński szybko wskoczył do podstawowego składu tej drużyny, gdzie nie brakowało znanych nazwisk. Zaczynał w defensywie u boku między innymi uczestnika mundialu 1986- Kazimierza Przybysia. W wysuniętych formacjach grali zaś między innymi Iwanicki czy Wraga. Tu wypatrzył go selekcjoner reprezentacji olimpijskiej Janusz Wójcik. Na Igrzyskach w Barcelonie Łapiński był podstawowym graczem jego drużyny. Zagrał od początku do końca we wszystkich meczach aż po sam finał, tworząc znakomity duet z Wałdochem. Z Hiszpanii przywiózł tytuł wicemistrza olimpijskiego a także kilka propozycji transferowych.

,,Łapa” uparcie jednak trwał przy Widzewie. Wielu twierdziło że brało się to z jego legendarnego wręcz strachu przed lataniem. Przed każdym wejściem na pokład samolotu obrońca, który nie pękał przed najlepszymi napastnikami świata, musiał uspokajać się kilkunastoma papierosami. Od braku chęci zmiany klimatu na pewno nie ucierpiała jego gablota z trofeami klubowymi. Z Widzewem wywalczył bowiem 2-krotnie mistrzostwo Polski. W obu tych sezonach był podstawowym piłkarzem drużyny. Zagrał łącznie w 58(z 68) spotkań dwóch mistrzowskich edycji. Zawsze wychodził w podstawowym składzie i nigdy nie został zmieniony. Brał też udział w wygranym starciu z Legią, przez wielu uznawanym za najsłynniejszy mecz w Ekstraklasie. Jako kapitan miał zaszczyt dwukrotnie podnieść trofeum przyznawane za wygraną w lidze. Ponadto zdobył Superpuchar Polski a 2 razy był wicemistrzem Polski. Razem z Widzewem awansował także do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Na zakończenie 1997 r. wygrał plebiscyt na Piłkarza Roku w Polsce katowickiego ,,Sportu”. Wcześniej zwyciężył w klasyfikacji ,,Złotych Butów” za ten sam okres. Tym większy szok wywołała informacja że jeden z symboli klubowych zdecydował się na transfer do Legii. Nie był już jednak tym samym ,,Łapą”, co kilka miesięcy wcześniej. Coraz częściej zmagał się z kontuzjami. Do Warszawy ściągnął go zaś trener, z którym odniósł największe sukcesy- Franciszek Smuda. Ostatecznie jednak w lidze zagrał w barwach Wojskowych tylko raz przez ponad 2 lata. Kolejny uraz zaważył na jego rozbracie z futbolem na wysokim poziomie. Wspomógł tylko Legie w walce o Puchar Ligi. Półfinał z jego udziałem udało się Wojskowym przejść ale już w decydującej rozgrywce zbyt mocna okazała się stołeczna Polonia. Potem grywał już tylko w niższych klasach rozgrywkowych, m.in. w Piotrkowie Trybunalskim. Jego transfer do Legii miał jeszcze jedną dobrą stronę praktyczną. Liczono bowiem że skorzysta na tym reprezentacja. W Warszawie dołączył do Jacka Zielińskiego, z którym świetnie rozumiał się w defensywie biało-czerwonych. Od eliminacji Euro 1996 aż do momentu kontuzji był podstawowym stoperem kadry. Łącznie rozegrał w niej 36 spotkań. Jego największym sukcesem pozostało jednak srebro olimpijskie. Obecnie jest cenionym ekspertem telewizyjnym, co wielu zaskakuje. W czasach kariery uchodził wszak za milczka i udzielił niewiele wywiadów. Zajmuje się profesjonalną fotografią. Działa także w Widzewie.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

10

Debiuty żywych legend FC Barcelony:

1 sierpnia 1989 r. w meczu towarzyskim z holenderskim BUITENPOSTS ZM1, zadebiutował i strzelił 3 gole w barwach Blaugrany niejaki…. Ronald Koeman. Nasz legendarny stoper rozegrał tylko pierwszą połowę meczu a FC Barcelona wygrała ten mecz 15:1!



@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

12

Polscy cules kultywują pamięć nie tylko o Powstaniu Warszawskim:



1 sierpnia 1934 r. powstała Societat Esportiva Industrial Espanya, przyszła drużyna rezerw FC Barcelony. Historyczna nazwa pochodziła od fabryki, której ekipa była reprezentacją. W 1945 r. została oficjalnie drużyną filialną Barçy. Z tego powodu 7 lat później nie zdobyła awansu do Primera Division, ponieważ druga drużyna nie może grać w tej samej lidze co pierwsza. W 1956 r. klub zdobywa ponownie awans, zmienia nazwe na Club Esportiu Condal i w zgodzie z przepisami przestaje być ekipą filialną Blaugrany. W 1970 r. Barcelona Athletic połączyła się z Club Esportiu Condal, stając się oficjalnie drużyną rezerw Dumy Katalonii. W międzyczasie zmienia kilkakrotnie nazwę(na Barcelona B w 1991 r., Barcelona Athletic w 2008 r. by ostatecznie powrócić do nazwy Barcelona B w 2010 r.). Obecnie grają tam profesjonalni piłkarze ale mogą występować również amatorzy z juniorskiej drużyny Barçy.



@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?