8

Zamienił stryjek siekierke na kijek!

26 lipca 2009 r. doszło na linii Mediolan-Barcelona do transferowej wymiany Samuela Eto’o na Zlatana Ibrahimovicia. W ten sposób dobiegła końca jedna z najdłuższych sag transferowych w klubowej historii. Blaugrana zapłaciła Interowi za szwedzkiego napastnika 40 mln euro, w pakiecie oddając Eto’o, któremu pozostawał rok do końca kontraktu. Osobiście największy żal jaki mam do Guardioli to właśnie pozbycie się wówczas jednego z najlepszych napastników świata, jakim z pewnością była ,,Czarna perła” z Kamerunu. Przecież to głównie jemu i Messiemu zawdzięczamy wywalczenie dwóch pucharów Champions League.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

1

@FcPortoFan1999 A kto by nie chciał? Chyba zagorzały przeciwnik Rakowa. 2:0 dla Rakowa z takim przeciwnikiem to jest absolutne minimum przed wyjazdem na rewanż. Przy 1:0 a zwłaszcza przy remisie to nie ma Raków czego szukać w Azerbejdżanie! Jeśli Raków Wyeliminuje ten Karabach to będzie niemal cud...

18

Pożegnalny list Overmarsa:

26 lipca 2004 r. holenderski skrzydłowy we wzruszający sposób pożegnał się z fanami Blaugrany, kończąc jednocześnie piłkarską karierę: ,,Kochani barceloniści, gra w tym klubie była moim marzeniem od dziecka i to marzenie stało się rzeczywistością cztery lata temu. Motywem odejścia jest fakt że fizycznie nie jestem już przygotowany do gry na wysokim poziomie wymaganym w FC Barcelonie. Po długim czasie rozmyślań o przyszłości podjąłem bolesną decyzje o zakończeniu kariery profesjonalnej. Z tego powodu i ze względu na szacunek, jakim darzę FC Barcelone i jej socios zrezygnowałem z ostatniego roku kontraktu, nie oczekując niczego w zamian, uważam że tak było uczciwie. Jestem pewien iż FC Barcelona rozpoczyna nową ere sukcesów i dlatego życzę wszystkiego najlepszego moim kolegom, sztabowi technicznemu, zarządowi i przede wszystkim socios, bo zawsze mnie wspieraliście”.



@Sensible
@Symson
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

10

Debiuty żywych legend FC Barcelony:



26 lipca 2002 r. w towarzyskim meczu z Grenoble Foot 38(przegranym przez Blaugrane 1:0) zadebiutował w pierwszej drużynie Victor Valdes. 20 letni wówczas bramkarz zastąpił w drugiej połowie Roberta Enke.



26 lipca 2007 r. Thierry Henry zadebiutował w barwach FC Barcelony. Debiut przypadł na towarzyski mecz z Dundee United wygrany 1:0. Debiut dla Francuza okazał się wymarzony ponieważ Henry wchodząc na boisko po przerwie strzelił zwycięskiego gola w ostatniej minucie meczu.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

2

Bardzo ciekawy i dobry artykuł. Doskonale zdawałem sobie sprawe że w przeszłości nasza Barcunia rozgrywała mecze w białych koszulkach, jednak to były zupełnie inne czasy, na ogół czasy reżimu Franco. Dla mnie osobiście w dzisiejszych czasach byłoby to bardzo niesmaczne, żeby nie powiedzieć kontrowersyjne zakładanie białej koszulki przez zawodnika FC Barcelony. Ja jako dozgonny cule nigdy bym się na coś takiego nie zgodził, mimo że w herbie występuje białe tło, na którym widnieje krzyż Świętego Jerzego...

16

Prezentacja Alexisa w FC Barcelonie:

25 lipca 2011 r. odbyła się prezentacja Alexisa Sancheza. Urodzony w 1988 r. Alexis zaczynał karierę w Club de Deportes Cobreola, skąd w 2006 r. kupiło go włoskie Udinese. Włosi wypożyczali go kolejno do chilijskiego Colo Colo i argentyńskiego River Plate, więc na swój debiut we Włoskiej Serie A Sanchez musiał czekać aż do 2008 r. Trzy udane sezony w Udinese zaowocowały transferem do Barçy, która zapłaciła 26 milionów euro i dodatkowe 11 milionów w postaci zmiennych. ,,Przyszedłem uczyć się od najlepszych”- przekonywał Alexis na swojej pierwszej konferencji prasowej w roli piłkarza Blaugrany. Prezentacja i tradycyjna sesja zdjęciowa nie odbyła się na Camp Nou, lecz w Ciutat Esportiva Joan Gamper.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible

4

@FCBparasiempre
W ćwierćfinale naszym rywalem był kolejny zespół znad Zatoki Perskiej. Tym razem trafiliśmy na drużynę z Kataru. To spotkanie było naszym pierwszym na Camp Nou. Po wygranej nad Włochami faworyt tego spotkania mógł być tylko jeden. Kowalczyk mówił przed meczem, że kataru to można dostać, ale na pewno nie dostać od Kataru. Zawodnik Legii wreszcie się w tym meczu przełamał i strzelił swoją pierwszą bramkę na turnieju. ,,Przerośnięte chłopy, na moje oko z przerobionymi dokumentami, poza limitem wiekowym. Wygraliśmy 2:0 po golach Kowala i Jałochy, ale mogliśmy spokojnie obić ich ze 4:0. Nie napierałem jednak na wyższe zwycięstwo, liczył się awans”– wspominał ćwierćfinałowe starcie Janusz Wójcik. Sam mecz nie był jednak łatwy. Katar był lepszy od Kuwejtu, ale ich gra opierała się na tym, żeby jak najwięcej przeszkadzać naszym piłkarzom. Przeciwko takim drużynom zawsze gra się ciężko. Odpowiednio umotywowani Polacy poradzili sobie jednak bardzo dobrze i znaleźli się w strefie medalowej. W półfinale naszym przeciwnikiem miał być zwycięzca spotkania Szwecja – Australia. Dość nieoczekiwanie 2:1 wygrali je piłkarze z antypodów. Australijczycy sprawili tym samym niespodziankę, ale warto przypomnieć, że dysponowali naprawdę utalentowaną grupą piłkarzy. Na mistrzostwach świata U-20 w 1991 r. dopiero po rzutach karnych przegrali mecz o brąz z ekipą ZSRR. Mark Bosnich, Paul Okon, Tony Popović czy Tony Vidmar zrobili później całkiem niezłe kariery w Europie. W grupie potrafili wygrać 3:0 z Danią. Tą samą Danią, która nas rozbiła 5:0. ,,Zapamiętałem, że do Barcelony jechaliśmy razem, autokar obok autokaru. Pewne siebie „kangury” pokazywały nam na palcach, że rozwalą nas czwórką, piątką do zera. Myśleli, że jak wyeliminowali Szwedów, to siłą rozpędu rozjadą i nas a takiego!– opowiadał Wójcik. Polacy zagrali świetny mecz. Wspaniale współpracował trójkąt Staniek – Kowalczyk – Juskowiak. Rozbiliśmy rywali aż 6:1. Strzelanie rozpoczął w 27. minucie Kowalczyk, który wykorzystał sytuację sam na sam z Bosnichem. Kilka minut później padło wyrównanie, ale Polska dalej starała się grać swoje. Pod koniec pierwszej połowy Juskowiak strzelił na 2:1 i na przerwę schodziliśmy z prowadzeniem. ,,Bez kombinowania, panowie, robicie to, co umiecie najlepiej, czyli szukacie kontry a będziemy to mieli!– motywował w szatni swoich podopiecznych Wójcik. W 52. minucie Juskowiak podwyższył na 3:1. Australijczycy jednak nie ustępowali i raz po raz oddawali strzały na bramkę Kłaka. Polacy natomiast znakomicie realizowali założenia trenera. W 69. minucie Shaun Murphy po zagraniu Kowalczyka skierował piłkę do własnej bramki. W końcówce hat-tricka skompletował Juskowiak, pewnie zmierzający po koronę króla strzelców. A na minuty przed końcem swojego drugiego gola zdobył Kowalczyk, który miał udział przy każdej z sześciu bramek. W sumie przeciwnik uderzał na naszą bramkę dwadzieścia razy. My z dziewięciu sytuacji wykorzystaliśmy sześć. ,,Po ostatnim gwizdku Australijczycy, którzy mieli być rewelacją turnieju, pokładli się na murawie i z wściekłością walili pięściami w ziemię a ich trener się popłakał. Gigant, który miał zdobyć złoto, padł jak kawka. Przegrał aż 1:6!– wspominał z dumą trener Wójcik. To po tym spotkaniu w prasie hiszpańskiej, która była pod wrażeniem naszej gry, pojawiło się określenie Polonia demoledor. Nasi chłopcy naprawdę zdemolowali rywali. Do rozegrania został im ostatni mecz. Ten najważniejszy. Finał zaplanowano na 8 sierpnia o godzinie 20:00 na słynnym Camp Nou. Na trybunach zgromadziło się prawie sto tysięcy kibiców. Polscy piłkarze po raz trzeci w historii stanęli przed szansą zdobycia złotego medalu olimpijskiego. Przeciwko sobie mieli jedenastkę gospodarzy i wypełniony po brzegi stadion. Nawet ceremonie otwarcia czy zamknięcia nie przyciągnęły tylu widzów, co starcie Hiszpanów i Polaków. ,,Panowie, czeka nas dzień próby, ostatecznej próby. Cała Hiszpania będzie życzyła nam śmierci, prawie cała Polska zwycięstwa. Prawie, bo na tych misiów z polskiego związku piłki nożnej nie można liczyć. Te misie muszą nas popamiętać. Skoro gramy im na nosach od kilku tygodni, to zagrajmy do końca. Pamiętajcie, że przed nami mecz życia. Rodziny będą na was patrzyły, cieszyły się i płakały razem z wami. Panowie, czekają nas kolejni frajerzy do opierdolenia!– wspominał przemowę Wójcika Kowalczyk.

Polacy do finału przystępowali osłabieni brakiem Dariusza Adamczuka, który pauzował za kartki i Piotra Świerczewskiego, który doznał urazu w meczu z Australią. Cała drużyna wyszła bardzo zmotywowana na ten mecz. Na początku jednak przewaga zarysowała się po stronie Hiszpanów. Zamknęli nas na naszej połowie i stwarzali sobie groźne sytuacje. Świetne okazje zmarnowali Ferrer i Alfonso. W miarę upływu czasu coraz częściej do głosu dochodzili Polacy. W 37. minucie Brzęczek kapitalnie wypuścił Kowalczyka, ale legionista zmarnował dogodną sytuację. ,,Moment i jestem sam przed bramkarzem. Nikt mnie nie dogoni. To wiem, jestem za szybki. jadę z piłką, jadę, bramka się zbliża. Podjechałem za daleko… zamiast oddać strzał, podbiegłem za blisko bramkarza i trafiłem w niego. Kurwa!!! przecież to był ten moment, kiedy miałem przejść do historii! to był ten moment, w którym mieliśmy wygrać mecz! gdybym miał dziesięć takich sytuacji, wszystkie bym wykorzystał”– opisywał przebieg akcji Kowalczyk. Osiem minut później Kowalczyk się już nie pomylił. Wykorzystał błąd obrońcy, przejął piłkę i pokonał bramkarza rywali, uciszając ryczący stadion. To była pierwsza stracona przez Hiszpanów bramka na tamtym turnieju. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ zmianie. W przerwie oczywiście Wójcik w swoim stylu motywował zawodników. Początek drugiej odsłony to przewaga Polaków. W 50. minucie po centrze Stańka uderzał głową Juskowiak, ale piłka o centymetry minęła słupek. Chwilę później doszło do zmiany w zespole rywali – na boisku pojawił się Amavisca, który zastąpił Lasę. Kilka minut potem dobrze grającego Jałochę zastąpił Świerczewski, który jeszcze odczuwał trudy półfinału. Najważniejsza zmiana zaszła jednak na trybunach. W loży honorowej pojawił się król Juan Carlos. Od tej chwili Hiszpanie zaczęli grać jak natchnieni. W 64. minucie Brzęczek sfaulował Amaviscę w okolicy pola karnego. Stały fragment wykonywał Guardiola. Dośrodkował prosto na głowę Abelardo, którego nie upilnował Koźmiński i zrobiło się 1:1. Pięć minut później fatalny błąd w polu karnym popełnił Wałdoch. Piłkę przejął Kiko i nie miał problemów z pokonaniem Kłaka. Polacy stanęli. Wszystko wyglądało dobrze, aż tu nagle przeciwnik wyprowadził dwa ciosy i leżeliśmy na deskach. Nie zamierzaliśmy się jednak poddawać. Nadzieje w serca kibiców wlał Ryszard Staniek. Kiedy graliśmy w dziesiątkę, bo poza boiskiem był opatrywany Kowalczyk, Jerzy Brzęczek popisał się kapitalnym podaniem do wbiegającego w pole karne Stańka. Piłkarz Górnika pewnie pokonał Toniego i na tablicy wyników znów widniał remis. Do końca zostawało już kilkanaście minut. Wszyscy odczuwali trudy meczu, który rozgrywano w wielkim upale. Czekaliśmy na dogrywkę. Po Hiszpanach było widać, że są słabsi kondycyjnie. Ostatnia minuta. Ostatni zryw gospodarzy. Piłkę na rzut rożny wybija Koźmiński. Każdy zdaje sobie sprawę, że to będzie ostatnia akcja spotkania. Dośrodkowanie, piłka trafia przed pole karne, Luis Enrique przyjmuje i bez namysłu uderza. Strzał zostaje zablokowany, ale do futbolówki dopada Kiko. Strzela. Trafia. Koniec. Koniec meczu i koniec marzeń o złocie. Zostaliśmy pokonani. ,,W każdym spotkaniu dawaliśmy z siebie wszystko, co w tym klimacie i przy tej wilgoci powietrza było olbrzymim wysiłkiem. nie można mieć pretensji do nikogo. Każdemu może się zdarzyć błąd. Jesteśmy tylko ludźmi”– mówił po meczu najlepszy w naszej drużynie Tomasz Łapiński. Król strzelców turnieju Andrzej Juskowiak przyznał, że finałowy występ był jego najsłabszym na igrzyskach. Srebrny medal to jednak duży sukces. Przed wyjazdem mało kto wierzył w deklaracje trenera o medalu. ,,To wielki sukces polskiego piłkarstwa. Po 16 latach znów polska flaga na olimpijskim maszcie za sprawą naszych piłkarzy. Ta drużyna osiągnęła bardzo dużo, przecież srebrnego medalu nie spodziewał się przed igrzyskami nikt. Tu w Barcelonie dogoniliśmy świat”– mówił Wójcik. Sukces naszych piłkarzy docenił prezes fundacji Zbigniew Niemczycki, który na rzecz drużyny przekazał swoją prywatną nagrodę w wysokości 40 tys. dolarów. Każdy z zawodników dostał od FSO złotego Poloneza. Z fabryki na Żeraniu wyjechało tylko 20 takich aut. Wójcik chciał zaoszczędzić na tych, co nie grali i wymyślił, żeby dać im jedno auto na dwóch zawodników. Ostro jednak sprzeciwił się temu Jerzy Brzęczek, który powiedział, że to nie fair. Po turnieju wielu zawodników miało pretensje do PZPN-u i Kazimierza Górskiego. Piłkarze mieli żal, że zostali zostawieni sami sobie i że federacja wręcz utrudniała przygotowania. Kowalczyk wspominał, że Górskiego widzieli tylko na lotnisku po przylocie. Później pojawił się dopiero po przegranym finałowym meczu, gratulując medalu. Po przylocie do kraju napastnik powiedział nawet, że prezes powinien podać się do dymisji. Dostało się także Jałoszkinowi, który w finale musiał zejść z boiska. Brzęczek nazywał go szczurem, który uciekł z tonącego okrętu. Wtórowali mu inni zawodnicy, zwłaszcza z grupy poznańskiej. W obronę wziął go dopiero Kowalczyk, który przypomniał kolegom hasło jeden za wszystkich, wszyscy na jednego. Jałocha był przecież jednym z najlepszych w naszej ekipie, a krytykowali go ci, którzy ledwo powąchali murawę. Od tego czasu pomiędzy Brzęczkiem a Kowalczykiem panowały chłodne stosunki. Po finale piłkarze zostali w Barcelonie jeszcze przez trzy dni. Dieta opierała się głównie na piwie i pizzy. Na pokładzie samolotu, którym wracali z całą olimpijską reprezentacją, zabrakło alkoholu. Piłkarze pili, co było: szampana, wino czy wódkę. Niedługo po olimpijskim turnieju powstało słynne hasło: zmieniamy szyld i jedziemy dalej. Za daleko jednak nie pojechali. Z funkcji prezesa fundacji ustąpił Niemczycki. Najlepsi zawodnicy drużyny Wójcika rozjechali się po Europie. Niektórzy wybrali dobrze i odnieśli sukces w nowych klubach. Inni nie wykorzystali do końca swojego potencjału. Złe wybory, nie zawsze odpowiednie prowadzenie się, duże pieniądze i wzrastająca popularność sprawiły, że nie potrafili przekuć sukcesu z Barcelony w triumfy z pierwszą reprezentacją. 8 sierpnia minęło 30 lat od ostatniego występu Polaków na igrzyskach. Nie udało się awansować na turnieje w Atlancie, Sydney, Atenach, Pekinie, Londynie i Rio de Janeiro. Trudno jednak wywalczyć olimpijską kwalifikację, skoro nie potrafimy nawet zagrać na mistrzostwach Europy. Ostatni turniej, który organizowaliśmy u siebie, pokazał różnicę, jaka dzieli nas od czołowych zespołów kontynentu. A póki tej różnicy nie zniwelujemy, nie mamy co marzyć o dobrym występie na mistrzostwach Europy, czy tym bardziej na igrzyskach olimpijskich.

4

@FCBparasiempre
W przerwie Wójcik w swoim stylu próbował motywować zawodników, ale sił i umiejętności starczyło im tylko na tyle, żeby nie stracić więcej bramek. Sprawy dwumeczu były rozstrzygnięte. Nie byliśmy w stanie strzelić sześciu goli. Rewanż w Zabrzu zakończył się remisem 1:1. Z pomocą przyszli nam jednak Szkoci. W ćwierćfinale ograli Niemców, ale ich federacja zrezygnowała z udziału w igrzyskach. Reprezentacja musiałaby tam wystąpić pod flagą Wielkiej Brytanii, a to według włodarzy szkockiego związku zagrażałoby niezależności szkockich zespołów narodowych. Ich miejsce zajęła więc drużyna Wójcika. Dlaczego akurat my? Decydował o tym specjalny współczynnik, w którym liczbę zdobytych punktów dzielono przez liczbę rozegranych meczów. Polska miała ten współczynnik najwyższy spośród wszystkich ćwierćfinalistów i dzięki temu, nieco kuchennymi drzwiami, mogliśmy szykować się do występu w Barcelonie. Niewiele brakowało, a nasz zespół w ostatniej chwili zostałby wycofany. Przeprowadzone badania antydopingowe rzuciły podejrzenia na Aleksandra Kłaka, Piotra Świerczewskiego i Dariusza Kosełę. Wójcik jednak wspomina, że ekipa wyznaczona do przeprowadzania badań, wytypowana przez ludzi z Centralnego Ośrodka Sportu, pozostawiała wiele do życzenia. ,,Ekipa, która przyjechała, nadawała się jednak wyłącznie do cyrku albo programu o patologiach społecznych. Panowie ci na wejściu zapowiedzieli, że trzeba nakupić piwa, aby piłkarze szybciej sikali do probówek. Załatwiliśmy parę skrzynek i chłopcy wypili po jeden, dwa browarki. Niestety członkowie ekipy przechylili kropelkę więcej złocistego trunku niż zawodnicy i kiedy piłkarze zobaczyli, że mogą zrobić, co tylko chcą, rozwinęli skrzydła. Zaczęli sikać raz do jednej, raz do drugiej probówki i powstały mieszaniny moczu a ekipa badawcza tak się narąbała, że musieliśmy zamówić jej taksówki, żeby mogła wrócić w to smutne miejsce, z którego przybyła”– relacjonował Wójcik. PZPN chciał dyskwalifikacji trzech wymienionych zawodników, a także trenera. Komitet olimpijski zlecił jednak ponowne badania, które jasno pokazały, że cała ekipa jest czysta. Pojawiły się rozmaite teorie spiskowe, ale kontrole przeprowadzane już na samych igrzyskach jasno pokazały, że wszystko jest w porządku. Ostatnie zgrupowanie przed wyjazdem do Barcelony zaplanowano w Buku koło Rybnika. Onyszko wspominał, że Kłak przywiózł ze sobą trenera bramkarzy z Igloopolu. To dla młodych zawodników było wydarzeniem. Nigdy wcześniej nie trenowali z człowiekiem oddelegowanym tylko do nich. Po ostatnich grach kontrolnych i treningach przyszedł czas na ogłoszenie nominacji. Na barcelońskich igrzyskach reprezentować nas mieli: bramkarze Aleksander Kłak (Igloopol Dębica) i Arkadiusz Onyszko (Zawisza), obrońcy Marcin Jałocha (Wisła), Marek Koźmiński (Hutnik Kraków), Tomasz Wałdoch (Górnik), Tomasz Łapiński i Marek Bajor (obaj Widzew), pomocnicy Dariusz Gęsior (Ruch), Piotr Świerczewski (GKS Katowice), Tomasz Wieszczycki (ŁKS), kapitan Jerzy Brzęczek (Olimpia Poznań), Dariusz Adamczuk i Dariusz Szubert (obaj Pogoń) oraz Ryszard Staniek i Dariusz Koseła (Górnik), napastnicy Grzegorz Mielcarski (Olimpia Poznań), Andrzej Juskowiak (Lech), Andrzej Kobylański (Siarka Tarnobrzeg), Mirosław Waligóra (Hutnik Kraków) i Wojciech Kowalczyk (Legia). Oprócz zawodników na igrzyska polecieli jeszcze Kazimierz Górski (szef ekipy), Henryk Loska (zastępca szefa ds. techniczno-sportowych, Janusz Wójcik (I trener), Paweł Janas (II trener), Krzysztof Rola-Wawrzecki (kierownik drużyny) Jerzy Śmigielski (lekarz) i Artur Frączyk (masażysta). Jeszcze przed ogłoszeniem nominacji podano do wiadomości wyniki badań antydopingowych. Przed wylotem piłkarze otrzymali garnitury, słomiane kapelusze i kosmetyki firmy Brut. Fundacja dbała o swoich podopiecznych. ,,Byłem zdziwiony, bo nie dość, że dostałem cały sprzęt za darmo, na każdy mecz nową koszulkę, to jeszcze perfumy. Wtedy dopiero poczułem, że jestem częścią naprawdę ważnego wydarzenia. Entuzjazm szybko jednak minął, bo jako najmłodszy musiałem te wszystkie ogromne torby nosić do autokaru, a potem targać je na lotnisku. Pot lał się ze mnie litrami, miałem dość”– opowiadał Onyszko. Początkowo Polacy mieszkali w Saragossie, gdzie rozegrać mieli pierwszy mecz. Na każdym kroku towarzyszyła im eskorta policji, co robiło na trenerach i zawodnikach spore wrażenie. Warunki mieszkaniowe mieli dobre, zakwaterowano ich w hotelu nieopodal parku w centrum miasta. Dopiero po wyjściu z grupy przenieśli się do wioski olimpijskiej. ,,Wszyscy dobierali się według pewnych podobieństw. Grupa palaczy razem, grupa karciana razem. w pokojach nie jaraliśmy, żeby nie smrodzić tym, którzy tego nie lubili. Paliliśmy przede wszystkim na balkonach. To chyba lepsze niż chowanie się po toaletach? minus był taki, że pokoje nie miały klimatyzacji a chyba nikomu nie trzeba mówić, jak upalnie jest latem w Barcelonie. W związku z tym nikt w tych pokojach nie siedział. Lepiej było spędzić wolny czas na deptaku, wśród licznych kawiarenek”– wspominał Kowalczyk w swojej biografii. Na zabawę nie mieli jednak wiele czasu. Trening gonił trening, a odprawa goniła odprawę. Kiedy trener zgodził się, żeby poszli na dyskotekę dla olimpijczyków, to zastrzegł, że każdy o 22:00 musi być z powrotem w pokoju. I rzeczywiście tak się stało. Mogli wychodzić poza wioskę, nie mieli żadnych zakazów. Onyszko wspominał, że raz namówił kolegów, żeby wyszli zobaczyć, co dzieje się na placu nieopodal: ,,Wyszliśmy, ale kiedy dostrzegliśmy stojące tam kobiety, brzydkie i brudne, szybko opuścił nas entuzjazm. Nie jestem nawet pewny, czy to były kobiety. Organizatorzy przestrzegali nas, żeby tam nie chodzić, bo łatwo złapać jakąś chorobę, narazić się na kompromitujące zdjęcie. Nikt oczywiście nie słuchał tych rad. Gdy jednak na własne oczy zobaczyliśmy te wątpliwej urody panie, straciliśmy ochotę na jakiekolwiek zabawy”– relacjonował w swojej książce.

Po ceremonii otwarcia, która na każdym zrobiła ogromne wrażenie, przyszedł na pierwszy mecz. Premierowe spotkanie na igrzyskach graliśmy z Kuwejtem. Mimo że chłopakom towarzyszyła trema związana z meczem otwarcia, to byli pewni zwycięstwa. Wójcik zastanawiał się tylko, ile razy będzie podbiegał do linii bocznej i poganiał zawodników, żeby dalej strzelali. Z nieba lał się żar, a termometry wskazywały 40 stopni. Polacy jednak nie zawiedli i wygrali. ,,Goście wyglądali tak, że 23 lata, to może i mieli, ale kiedyś. znaliśmy jednak zasad – każdy frajer jest po to, żeby go ogolić. No to goliliśmy, a z brzytwą biegał przede wszystkim Andrzej Juskowiak”– opowiadał kowalczyk. Juskowiak strzelił obie bramki w meczu a Polska wygrała 2:0. Pierwszą zdobyliśmy już w 7. minucie, drugą dopiero na 10 minut przed końcem. Przewaga naszych piłkarzy była jednak bezdyskusyjna. Mogliśmy jednak wygrać jeszcze wyżej, ale Mirosław Waligóra, który zmienił w końcówce Juskowiaka, przestrzelił karnego. ,,Za pewnie podszedłem. Na pewniaka. Uderzyłem w środek bramki, bramkarz rzucił się w bok, ale piłka poszła w górę, ponad poprzeczką. Trochę za miękka była piłka, chyba to przesądziło. Alek Kłak wiedział o tym, ja niedługo byłem na boisku, on mi chciał to powiedzieć, krzyczał, że miękka, ale nie słyszałem”– oceniał Waligóra. Siedem minut, które zagrał z Kuwejtem, były jego ostatnimi na igrzyskach. Również po pierwszym meczu miejsce w jedenastce stracił Dariusz Gęsior, którego po przerwie zmienił Marcin Jałocha. W drugim spotkaniu mierzyliśmy się z Włochami. Piłkarze z Półwyspu Apenińskiego byli świeżo upieczonymi mistrzami Europy i obok Hiszpanów jednym z głównych faworytów do złotego medalu. Pierwsze swoje spotkanie z Amerykanami wygrali 2:1. Zwycięzca meczu zapewniał sobie awans z grupy. Włochów trenował słynny Cesare Maldini. Grali pod sporą presją, ale byli pewni siebie. Prasa włoska nie traktowała poważnie naszych zawodników. ,,W tunelu włosi zachowywali się pewnie. Nawet jak spluwali, to z jakąś pewnością siebie. My jednak też byliśmy naładowani. „Pierwsza minuta! pokazujemy, kto tu rządzi! jedziemy równo z murawą! wślizg, wślizg, wślizg! opierdalamy ich! niech pamiętają ten dzień do końca życia!” – krzyczał chwilę wcześniej Wójcik. My jeszcze dodawaliśmy sobie otuchy stałym okrzykiem – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! – wspominał Kowalczyk. Przed rozpoczęciem meczu Alek Kłak puścił kolegom We Are The Champions zespołu Queen i Polacy zagrali jak mistrzowie. Już w piątej minucie Koźmiński przebiegł 60 metrów, na wysokości pola karnego świetnie dośrodkował, a Juskowiak pięknym strzałem z woleja wyprowadził nas na prowadzenie. ,,Napędzamy się. Każde udane zagranie dodaje nam skrzydeł. Karmimy się ich słabością, ich frustracja jest naszą siłą. Wślizg, wślizg, wślizg. Nie ma czasu na odpoczynek, za dużo jest do stracenia. Nie, odpoczniemy później. Wślizg, wślizg, wślizg. U nich widać narastającą złość. Jedna niewykorzystana sytuacja, druga. W końcu gol dla nas! Rysiek Staniek „ukłuł”. No panowie. Gdzie ta wasza pycha? gdzie ci mistrzowie Europy? gdzie ten piłkarski walec, dla którego przejechanie „polaczków” jest tyleż oczywiste, co uwłaczające?”– emocjonował się Kowalczyk. Włosi się rozsypali. Wkrótce po bramce Stańka na początku drugiej połowy z boiska wyrzucono Luzardiego i Coriniego. Mimo gry w dziewiątkę próbowali jeszcze atakować, ale narażali się na groźne kontry Polaków. Na kwadrans przed końcem Juskowiaka zmienił Mielcarski. W samej końcówce wykorzystał on świetne podanie od Kowalczyka i ustalił wynik meczu na 3:0. Włosi zostali rozbici. To był dla nich szok. Nie mogli pojąć jak tacy piłkarze jak Dino Baggio, Renato Buso czy Demetrio Albertini byli w stanie przegrać z drużyną Wójcika. ,,Przed meczem liczyłem, że wygramy, ale zaskoczyły mnie rozmiary zwycięstwa. Wygrać z mistrzami Europy, z zawodnikami z tak wspaniałych klubów, to wielka satysfakcja”– mówił po meczu Jerzy Brzęczek. Polacy wiedzieli, że awans mają już pewny. W ćwierćfinale mogli jednak trafić na Hiszpanów. Żeby tego uniknąć, potrzebny był przynajmniej remis z drużyną z USA. Janusz Wójcik wcześniej dostał rower od Czesława Langa i postanowił zmotywować swoich zawodników: Słuchajcie no, misie, jak przegracie, to całą noc będziecie za mną biegać a ja będę jeździł rowerem”– zaczął odprawę. Nieoczekiwanie jednak pierwsi na prowadzenie wyszli Amerykanie. Wkrótce jednak nasi zawodnicy zdołali wyrównać po bramce Koźmińskiego, a parę minut przed przerwą prowadzenie dał nam Juskowiak, który strzelił już swoją czwartą bramkę na turnieju. Rywale co prawda wyrównali na kilka minut przed końcem, ale remis dawał nam pierwsze miejsce w grupie i to było dla sztabu najważniejsze.

6

@FCBparasiempre
Kiedy 31 lipca 1976 r. nasi piłkarze stali na podium igrzysk w Montrealu, nikt pewnie nie myślał, że kolejny raz polski futbol na największej sportowej imprezie czterolecia zaznaczy swoją obecność 16 lat później. W 1992 r. w Barcelonie reprezentowała nas drużyna Janusza Wójcika. Były to pierwsze igrzyska po transformacji ustrojowej i pierwsze, na których wprowadzono ograniczenia wiekowe dla zawodników. Zanim jednak opowiemy o ostatnim występie naszych piłkarzy na igrzyskach, wypada wspomnieć, jak radziliśmy sobie w eliminacjach olimpijskich w latach 80. Po nie do końca udanych mistrzostwach świata w Argentynie i fiasku w kolejnych kwalifikacjach do mistrzostw Europy mieliśmy jeszcze szanse na występ w Moskwie. W eliminacjach do moskiewskiego turnieju polscy piłkarze nie pokazali się z dobrej strony. W pierwszej rundzie mieliśmy wolny los. W drugiej trafiliśmy do grupy z Czechosłowacją i Węgrami. Już pierwsze dwa spotkania z naszymi południowymi sąsiadami praktycznie przesądziły o wszystkim. Przegraliśmy dwukrotnie. Wygrana z Madziarami we Wrocławiu pozwoliła nam jeszcze zachować iluzoryczne szanse na awans, ale okazało się, że było to jedyne zwycięstwo polskiej reprezentacji w tamtych eliminacjach. Zajęliśmy ostatnie miejsce w grupie. Trochę szkoda, bo przecież młodzież mieliśmy wtedy uzdolnioną, co potwierdziły turnieje w 1979, 1980 i 1981 r. O bilety do USA walczyliśmy z NRD, Danią, Finlandia i Norwegią. Na uwagę zasługują obowiązujące wówczas przepisy. Nie było tak, jak w latach 70., gdzie kadra nie miała praktycznie żadnych ograniczeń. Tutaj w eliminacjach mogli brać udział zawodnicy, którzy nie uczestniczyli wcześniej w turniejach o mistrzostwo świata czy w kwalifikacjach. Stąd trener Waldemar Obrębski miał nieco ograniczone pole manewru.



,,Podobno komuś przeszkadzało to, że w hierarchii piłkarskiej kadra olimpijska była stawiana wyżej od pierwszej. Stąd „spalenie” olimpijskiej poprzez powołanie przez trenera Antoniego Piechniczka do pierwszej reprezentacji duetu niezwykle utalentowanych napastników: Mirosława Okońskiego i Dariusza Dziekanowskiego. Z nimi w składzie na pewno bylibyśmy w stanie uzyskać lepsze rezultaty”– wspominał pomagający obrębskiemu Lucjan Brychczy w swojej biografii. Ciężar gry wziąć na siebie musieli inni. Wśród nich znaleźli się m.in. Henryk Miłoszewicz i Andrzej Zgutczyński. Poza nimi w kadrze występowali tacy gracze jak Dariusz Wdowczyk, Mirosław Pękała, Adam Kensy, Dariusz Kubicki, Krzysztof Baran czy Jacek Kazimierski. Nasi zawodnicy dobrze się spisywali. Wygrali pierwsze trzy spotkania i byli faworytami do awansu. Zatrzymała ich dopiero drużyna z NRD, jednak dzięki udanemu rewanżowi na własnym boisku i zwycięstwach w pozostałych meczach, przed ostatnim spotkaniem wszystko zależało od Polaków. Graliśmy w Lublinie z Danią i zwycięstwo dawało nam awans na amerykańskie igrzyska. Mecz, który był rozgrywany w wielkanocną niedzielę, transmitowała telewizja i wszyscy czekali na sukces. ,,Skoro były święta, tym bardziej szykowaliśmy się na fetę, łącznie z mrożonym szampanem. Pozostał tylko jeden drobniutki szczegół: wygrać mecz”– opowiadał po latach Marek Chojnacki. Dwie minuty przed końcem Marek Leśniak nie trafił z trzech metrów do bramki i o awansie mogliśmy zapomnieć. Już przed meczem mówiło się o wycofaniu polskiej reprezentacji z igrzysk za oceanem. Niektórzy tym próbowali tłumaczyć bezbramkowy remis, który traktowano jak porażkę. ,,Pokolenie piłkarzy urodzonych w okolicach przełomu lat 50-tych i 60-tych było w Polsce wyjątkowo utalentowane i jednak niespełnione. Niedoszła olimpijska historia zwieńczona nieszczęsnym remisem z Danią idealnie to obrazuje. Nie narzekajmy na polityków, bo najpierw to myśmy tego awansu nie wywalczyli”– oceniał Wdowczyk. Polacy przegrali walkę o pierwsze miejsce w grupie gorszym bilansem bramkowym. Do wyjazdu do Los Angeles mogli szykować się piłkarze z NRD, jednak tamtejszy komitet olimpijski podjął decyzję o wycofaniu reprezentacji z igrzysk. Przez moment pojawiła się nadzieja, że polscy gracze jednak wezmą udział w imprezie. Nadzieje prysły 17 maja, kiedy PKOl wydał oficjalne oświadczenie: ,,Po wszechstronnej dyskusji i uwzględnieniu wszystkich elementów sytuacji zaistniałej wokół igrzysk w Los Angeles, polski komitet olimpijski postanowił nie zgłaszać polskiej reprezentacji do udziału w tych igrzyskach. Mamy pełną świadomość, że jest to decyzja przykra, przede wszystkim dla zawodników, ale i dla milionów sympatyków sportu w naszym kraju. Nieobecność naszej reprezentacji na igrzyskach stanowić będzie zawód dla tych Polaków żyjących za granicą, którym należy się nasza wdzięczność za wielokrotnie okazywane wsparcie”– czytamy w oficjalnym komunikacie. W uzasadnieniu pisano o zagrożeniu działalnością dywersyjną i prowokacyjnymi akcjami. Tak naprawdę był to jednak rewanż za zbojkotowanie przez kapitalistyczne kraje igrzysk w Moskwie. Oczywiście przykład dał Związek Radziecki, a nasze władze uznały, że rezygnacja ze startu będzie najlepszą decyzją. W ramach rekompensaty dla zawodników zorganizowano zawody Przyjaźń-84, ale piłka nożna w programie tej imprezy się nie znalazła. Rywalami w walce o awans na turniej w Seulu były Grecja, Rumunia, RFN i… Dania. Znowu Dania. Polska reprezentacja rozpoczęła dość niemrawo. Bezbramkowy remis z Rumunią i porażka 1:5 z Niemcami, którym liderował Jürgen Klinsmann. Nie tego oczekiwali kibice. Atmosfera stawała się coraz gorsza, piłkarze nie zachwycali. Na mecz z Danią w Szczecinie przyszło ledwie dwa tysiące kibiców. Nasz zespół przegrał 0:2 i igrzyska zaczynały znikać za horyzontem. Na usprawiedliwienie można napisać, że wielu z zawodników kadry olimpijskiej Danii kilka lat później sięgnęło po mistrzostwo Europy. Nasze szanse na awans przedłużył jednak dziennikarz „Piłki Nożnej” Roman Hurkowski.

W drużynie duńskiej zagrał Paul Frimann. Wcześniej wystąpił też w trzech meczach eliminacyjnych do mundialu w Meksyku. Nie był więc uprawiony do gry w kwalifikacjach olimpijskich. Hurkowski wszystko dokładnie policzył i napisał o całej sprawie artykuł. Wkrótce Polsce przyznano walkower, dzięki czemu zachowaliśmy szanse na bilety do Seulu. Dobre występy Marka Leśniaka, Jana Furtoka i Andrzeja Rudego sprawiły, że drużyna, którą prowadził Zdzisław Podedworny, do ostatniego spotkania liczyła się w walce o awans. Na koniec graliśmy w Aarhus z Danią. Podobnie jak cztery lata wcześniej, zwycięstwo dałoby nam awans na igrzyska. Znowu jednak na naszej drodze stanęli odwieczni rywale. Wygrali 3:0. Trzeba przyznać, że mieliśmy do nich naprawdę pecha. Przegrywaliśmy na igrzyskach w 1952 i 1960 i teraz po raz kolejny musieliśmy uznać ich wyższość. To właśnie po tamtym spotkaniu z kadry odłączył się Marek Leśniak. Po prostu wyszedł z hotelu i wsiadł do podstawionego przez Bayer samochodu. Nazajutrz poinformował trenera, że jest w Leverkusen. Warto jeszcze wspomnieć, że koreańskie igrzyska były pierwszymi od 1956 r., na których nie mieliśmy swoich przedstawicieli w żadnej z gier zespołowych. Wskutek transformacji ustrojowej zmieniło się w Polsce wiele. Reprezentacja za to nadal nie zachwycała, a wielkie triumfy ekip Górskiego i Piechniczka stawały się coraz bardziej odległym wspomnieniem. Demokracja i kapitalizm stworzyły jednak nowe możliwości dla przedsiębiorców. Wielu z nich chciało po prostu zarobić i zgarnąć jak najwięcej dla siebie przy transferach piłkarzy czy sprzedażach klubów. Była też grupa, której zależało na dobru polskiej piłki. Połączeni miłością do futbolu, ale i wspólnymi interesami powołali do życia Fundację Piłkarskiej Reprezentacji Olimpijskiej. Na pomysł jej utworzenia wpadł Henryk Loska – dawny działacz Górnika oraz Włodzimierz Lubański. Wielu związanych ze sportem ludzi zastanawiało się, co jest przyczyną niepowodzeń w poprzednich eliminacjach. Loska, który często spotykał się z Kazimierzem Górskim, wymieniał następujące czynniki: ,,Zbyt późno i opieszale przystępuje się do tworzenia drużyny mającej ubiegać się o olimpijskie paszporty; niewłaściwa polityka kadrowa; opiekunowie reprezentacyjnych zespołów wzajemnie „wyrywają” sobie zawodników; zły kalendarz startów „olimpijskiej”; kasa PZPN nie zapewnia długofalowych i wszechstronnych przygotowań” – wyliczał. Loska i Lubański przekonali jednego z najbogatszych wówczas Polaków – Zbigniewa Niemczyckiego, żeby stanął na czele fundacji. Oprócz nich wśród jej członków znalazły się takie nazwiska jak Jan Maj – były prezes PZPN, Kazimierz Górski – wtedy wiceprezes, a wkrótce prezes PZPN, Marek Wielgus – popularny fotoreporter, Andrzej Grajewski i kilku innych przedsiębiorców. Duchowo całe przedsięwzięcie wspierał ksiądz prałat Henryk Jankowski. Towarzystwo było więc naprawdę ciekawe. Tak mówił Niemczycki o celu: ,,Pozyskanie środków finansowych, pozwalających na stworzenie systemu stypendialnego dla zawodników, zasad dodatkowego premiowania za dobre wyniki, organizację zgrupowań szkoleniowych, nawiązanie bliższego współdziałania z trenerami klubowymi. Oczywiście niezależnie od podążających w identycznym kierunku poczynań PZPN. Bardzo szybko załatwiono wszystkie sprawy formalne i fundacja mogła zacząć działać. Opiekę nad kadrą powierzono już w marcu 1989 r. Januszowi Wójcikowi, który jako trener miał doświadczenie z drugoligowych boisk, a wcześniej prowadził też narodowe drużyny młodszych kategorii wiekowych. Igrzyska w Barcelonie były pierwszymi, w których FIFA wprowadziła ograniczenia wiekowe. MKOl początkowo oponował, ale ostatecznie się zgodził. Wójcik wraz ze swoim asystentem Pawłem Janasem przystąpili do sporządzenia list zawodników, z których w ogóle mogli skorzystać. Jeśli z kimś wcześniej już współpracowali, to tacy zawodnicy mieli szerzej otwarte drzwi, jednak mimo to uchylone były one dla każdego. O tym, która drużyna uzyska awans na igrzyska decydowały eliminacje będące jednocześnie kwalifikacjami do mistrzostw Europy U-21. Przeprowadzono je w ośmiu grupach. Zwycięzcy każdej z nich uzyskiwali awans na mistrzostwa… ale jeszcze nie na igrzyska. Do Barcelony miały pojechać cztery najlepsze zespoły turnieju, a piąta zyskiwała szansę gry w barażu interkontynentalnym.

Zanim rozpoczęły się eliminacje, kadra rozegrała szereg meczów towarzyskich z różnymi przeciwnikami. Wójcik chciał, żeby jego podopieczni nauczyli się grać przeciwko drużynom prezentującym odmienne style gry. Mieli nabrać ogłady, zgrać się ze sobą, zyskać dużo pewności siebie i nauczyć się wygrywać. W większości spotkań zwyciężaliśmy, ale zdarzały się też porażki. Nie przywiązywano do nich jednak dużej wagi, bo najważniejsze starcia miały dopiero nadejść. Los nie był dla nas jednak łaskawy. ,,Oczywiście mieliśmy pecha – trafiliśmy do najsilniejszej grupy w Europie. Mieliśmy grać z Anglią, Irlandią i Turcją. Każdy z rywali teoretycznie był silniejszy od nas. Gdybyśmy teraz trafili do takiej grupy, to moglibyśmy od razu iść się wykąpać, a z szatni nie wychodzić, żeby się nie ośmieszać – mówił Wójcik o losowaniu na łamach książki „Wójt. Jedziemy z frajerami! całe moje życie”. Premierowe spotkanie eliminacji Polacy rozegrali 16 października 1990 r. Na stadionie White Hart Lane naszym rywalem od razu był najsilniejszy przeciwnik – Anglia. Skazywani na porażkę podopieczni Wójcika pokazali się jednak ze świetnej strony. Znakomicie w bramce spisywał się Aleksander Kłak. Cała drużyna zagrała bardzo mądrze, a w końcówce meczu wyprowadziliśmy zabójczą kontrę. Dariusz Adamczuk z Pogoni Szczecin dał nam sensacyjne prowadzenie, którego nie oddaliśmy do końca. Kolejnym punktem w kalendarzu była wyprawa do Turcji, którą poprzedziło krótkie zgrupowanie w Izraelu. To w czasie pobytu nad Bosforem Wójcik pokazał zawodnikom, że nie znosi sprzeciwu. Wokół Andrzeja Juskowiaka zaczął się robić szum, pojawiało się coraz więcej menadżerów i dziennikarzy. Trener jasno postawił sprawę, że najważniejszy jest zbliżający się mecz i nie chce, żeby Józio się z nimi spotykał. Zawodnik jednak nie posłuchał i przez to mecz z Turcją oglądał z trybun. Był wtedy podstawowym zawodnikiem drużyny. Zastąpił go Adam Grad, który strzelił w tamtym meczu zwycięskiego gola. Udany początek kwalifikacji pozwalał kibicom z optymizmem patrzeć w przyszłość. Później nadszedł czas na zimowe zgrupowanie na hiszpańskim Costa del Sol i sprawdziany z naprawdę silnymi zespołami Włoch i Czechosłowacji. Kwietniowy rewanż z Turkami na stadionie ŁKS-u poprzedził kilkudniowy obóz w Spale. W ciężkich warunkach pogodowych Polacy musieli się bardzo natrudzić, żeby odnieść zwycięstwo. Dwa tygodnie później kadra Wójcika pojechała do irlandzkiego Dundalk. To wtedy po raz pierwszy od początku zagrał Wojciech Kowalczyk, który wcześniej świetnie prezentował się w barwach Legii. ,,Przyglądałem mu się i w lidze i w meczach pucharowych. Wiedziałem od razu, że to jest chłopak do grania, do pierwszego składu. Zresztą ślepy by to nawet zauważył. kowalczyk to był talent czystej wody”– wspominał Wójcik. To właśnie Kowalczyk jako pierwszy wpisał się na listę strzelców. Polacy wygrali 2:1, a Jackie Charlton, który był opiekunem młodych Irlandczyków, nie krył zachwytów nad naszą grą. Anglicy zgubili wtedy punkty z Turkami i Polakom do awansu wystarczało zwycięstwo w rewanżowym spotkaniu z Irlandią u siebie. Wójcik jednak nie miał zamiaru kalkulować i Polacy grali o pełną pulę. W dwóch ostatnich spotkaniach pokonali 2:0 Irlandię i 2:1 Anglię. Wygrali swoją grupę eliminacyjną z kompletem zwycięstw. Dokonali tego jako jedyni w Europie. Marzenia o powrocie na igrzyska były na wyciągnięcie ręki. Dawałem chłopakom taki wycisk, że wieczorami nie mieli siły, żeby nawet pomyśleć o dupach czy balowaniu. Po prostu padali i szli spać jak przedszkolaki na leżakowaniu. To procentowało na boisku”– opowiadał trener. Polska uzyskała awans do ćwierćfinałów, a ich zwycięzcy zapewniali sobie udział w olimpijskim turnieju. Tam jednak czekali na nas, jak to zwykle przy okazji igrzysk bywało, Duńczycy. Polacy aż za bardzo uwierzyli w siebie i zlekceważyli rywala. Do Aalborga pojechała spora grupa prominentnych działaczy i polityków, którzy liczyli, że nasi zawodnicy przejadą się po rywalach jak walec. Dania pokazała nam jednak, że jeszcze sporo musimy się nauczyć i rozbiła nas 5:0. Nasi piłkarze byli bezradni, a na dodatek już na początku meczu kontuzji doznał Alek Kłak. Przeciwnikowi wychodziło dosłownie wszystko. ,,Niespodziewanie musiałem zmienić kontuzjowanego Alka. Przed tym meczem dostaliśmy nowy sprzęt, miałem przymałe buty, jeszcze nierozbite. Byłem bez rozgrzewki, wszedłem na boisko w 11. minucie i już do przerwy dostałem cztery gole. co strzał to bramka. Przy żadnym uderzeniu nie dotknąłem nawet piłki. Podczas przerwy Wójcik nie zabrał mnie do szatni, powiedział, żebym się rozgrzał”– wspominał Arkadiusz Onyszko w swojej biografii.

7

0

@tristan87 No aż takich szczegółów to nie znam gdyż nie oglądałem(nie miałem takiej możliwości) tego meczu. Dzięki za podpowiedź, zweryfikuje te dane i zamieszcze w przyszłorocznym komentarzu :)

11

Narodziny czegoś nadzwyczaj wyjątkowego:

24 lipca 2008 r. Josep Guardiola zadebiutował w roli pierwszego szkoleniowca FC Barcelony. Debiut przypadł na mecz towarzyski ze szkockim FC Hibernian wygrany przez Barçe 6:0. W meczu tym zadebiutował również w wyjściowym składzie młodziutki Sergio Busquets. Gole zdobywali: Gudjohnsen(2), Messi, Pedro, Krkič oraz Yaya Toure. Tak oto rozpoczęła się jedna z najwspanialszych epopei w historii futbolu.


@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@kamyk_23
@Monix10
@Mixtape
@AssisMoreira
@Arkon

10

A to ci gagatek!

24 lipca 1990 r. niejaki Luis Milla wykupił się z FC Barcelony pieniędzmi otrzymanymi z Realu Madryt. W sezonie 1988/89 Milla awansował do pierwszej drużyny Barçy, od razu stając się ważnym graczem. Był liderem środka pola i otrzymał powołanie do reprezentacji Hiszpanii. W drugim sezonie nadal grał w pierwszym składzie ale w połowie sezonu zaczął się domagać podwyżki i awansu na najwyższy szczebel drabinki płacowej. Cruijff był temu przeciwny i uważał że Milla musi jeszcze potwierdzić swoją przydatność do zespołu. Kulminacją konfliktu był finał Pucharu Króla przeciwko Realowi Madryt, na który Milla nie został nawet powołany. Zwycięstwo z Królewskimi 2:0 spowodowało iż Cruijff zyskał jeszcze mocniejszą pozycje w klubie. Blaugrana, tak jak zapowiadał trener, zaproponowała Milli podwyżke, lecz nie taką jaką oczekiwał piłkarz. W efekcie 24 lipca Hiszpan wykupił swój kontrakt i przeszedł do Realu Madryt a prezydent Gaspart życzył mu wszystkiego najlepszego w życiu prywatnym i wszystkiego najgorszego w karierze piłkarskiej. Johan Cruijff nie przejął się zbytnio stratą jednego piłkarza i oświadczył że bez problemu może ,,wyprodukować nowego Mille”. Na miejsce zwolnione przez pomocnika awansował do pierwszej drużyny…Josepa Guardiole. Natomiast Milla przez pierwsze 4 sezony w Realu grał mało, głównie przez poważną kontuzje w pierwszym sezonie. Później niespodziewanie stał się ważną postacią w drużynie i zdobył z Królewskimi 2 tytuły mistrza Hiszpanii. Jak się później okazało Cruijff nie rzucał słów na wiatr i rzeczywiście ,,wyprodukował nowego Mille”, którym był wychowanek La Masii- Josep Guardiola.



@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Sensible

9

Zapomniane legendy FC Barcelony:

24 lipca 1930 r. urodził się Eduardo Manchon Molina, hiszpański piłkarz grający jako napastnik. Choć z natury był lewonożnym zawodnikiem, to radził sobie równie dobrze na prawym skrzydle operując prawą nogą. W latach 1950-1957 strzelił 88 goli w 201 meczach dla Blaugrany i był to najbardziej udany okres w jego karierze. Należał do legendarnej drużyny „Five Cups-Barça”, która w 1952 roku zdobyła wszystkie pięć możliwych trofeów. W klubie dwukrotnie wygrał La Liga, cztery razy Puchar Hiszpanii, dwukrotnie Copa Eva Duarte, Trofeo Martini & Rossi oraz Copa Latina. Manchon, pochodził z ubogiej rodziny z Murcji, a dołączył do Barcelony w wieku 16 lat. Po raz pierwszy grał w katalońskim klubie SD España Industrial, który był wówczas rezerwowym zespołem Barcelony. W piątej rundzie La Liga sezonu 1950/51, Manchon zadebiutował w lidze w pierwszym zespole przeciwko Walencji, a także strzelił pierwszego gola dla klubu. Wraz z Laszlo Kubalą, Cesarem i Estanislau Basorą stworzyli jeden z najmocniejszych ataków w historii klubu. W sezonie 1951–52 klubowi udało się zdobyć wszystkie pięć trofeów. Po pobycie w Barcelonie grał jeszcze w Granada CF w sezonie 1957–58, a później w Deportivo de La Coruña, Club Atletic Iberia i CE LHospitalet.


@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23

12

Czy wiemy(pamiętamy) że:

Dokładnie rok temu Robert Lewandowski zadebiutował w barwach FC Barcelony. Debiut przypadł na towarzyskie El Clasico na Allegiant Stadium w Las Vegas w ramach Soccer Champions Tour. Mecz zakończył się zwycięstwem Blaugrany 1:0 po golu Raphinii w 27 minucie. Robert zagrał tylko pierwszą połowe meczu.


@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible

0

@Sulimo Ale ja nie napisałem że najbardziej utytułowany, tylko najlepszy pod po każdym względem na dzień dzisiejszy...

6

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

23 lipca 1940 r. urodził się Alfred Olek, pomocnik. ,,Żeby Olek był bożyszczem wszystkich Polek”– śpiewali Skaldowie. Jeden z najmniej docenianych piłkarzy Górnika z jego złotych czasów. Przygodę z piłką zaczynał podobnie jak jego kolega Roman Lentner w klubie Czarni Chropaczów. Zaczynał jako 15-latek i to w tym zespole wchodził w wiek seniorski. Dopiero kiedy miał 24 lata przeniósł się do GKS Świętochłowice, a po roku trafił do Górnika. ,,Po pierwszych treningach pukaliśmy się wszyscy w czoło. Kto takiego faceta jak Alfred Olek ściągnął do górnika? po co? ale potem wszystko się zmieniło, Alfred „urósł” i stał się ważną postacią naszej drużyny”– wspominał Stanisław Oślizło. Dużo czasu poświęcił mu trener Géza Kalocsay, który godzinami trenował z Olkiem rajdy wzdłuż linii bocznej boiska i dośrodkowania. Technicznie był, delikatnie mówiąc, dość surowy, ale nadrabiał to pracowitością. Był wrogiem alkoholu i papierosów, a o jego wydolności krążyły legendy. W pucharowym meczu z Djurgårdens reporter Sportu zachwycał się, że Olek był dosłownie wszędzie. Zygfryd Szołtysik wspominał, że Alfred biegał jak nakręcony, a jak miał kogoś wyłączyć z gry, robił to doskonale. Grał tam, gdzie trener go ustawił i robił to znakomicie. Miał „żelazne płuca” i był niesamowicie waleczny i ambitny. W Zabrzu spędził sześć sezonów. Trzykrotnie zdobywał mistrzostwo Polski (1967, 1971, 1972) i czterokrotnie puchar Polski (1968, 1969, 1970, 1971. Tylko raz dostał szansę w reprezentacji. Trener Koncewicz wpuścił go na boisko w drugiej połowie wygranego 2:1 meczu z Irlandią w Poznaniu 6 maja 1970 r. Z Górnika odszedł do szkockiego Hamilton FC. Po dwóch latach wrócił do kraju i grał jeszcze dla Concordii Knurów a karierę kończył w LZS Gierałtowice. Z tymi dwoma zespołami pracował także jako szkoleniowiec. Na emeryturze trenował młodzież w Victorii Pilchowice, a czasami, kiedy nie miał kto zagrać, sam pojawiał się na murawie. Zawsze bardzo dbał o boisko. Spędzał na nim mnóstwo czasu, równiutko kosząc trawę.


@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@AssisMoreira
@Arkon

0

@Odcinkowy Oby jak najszybciej przejął kadre Polski bo to zdecydowanie najlepszy i najinteligentniejszy trener w naszym kraju.

0

@Kamil689 No to rzeczywiście dobre pytanie. Nie mam zielonego pojęcia o jego programie i zawodnikach. Wówczas kompletnie nie interesowały mnie takie rzeczy, zwłaszcza że jeszcze nie zakochałem się w Barcuni...

9

Prezydenci FCB:



23 lipca 2000 r. Joan Gaspart wygrał wybory prezydenckie w FC Barcelonie. W ten sposób skończyła się era Josepa Lluisa Nuñeza, który opuścił fotel prezydenta aż po 22 latach rządów. Jego następcą został dotychczasowy wiceprezydent i jednocześnie najbliższy współpracownik. Gaspart uzyskał 25 181 tys. głosów na 45 888 oddanych(uprawnionych do głosowania było nieco ponad 93 tys. socios) i nieznacznie wyprzedził swojego kontrkandydata Lluisa Bassata.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

6

@FCBparasiempre
22 lipca 1960 r. urodził się Andrzej Pałasz, napastnik. ,,Ten mecz ciągle rozgrywam w głowie i pewnie będę go grał do końca życia”- mówi o przegranym starciu Polaków z Włochami w półfinale España ’82 Andrzej Pałasz, były napastnik Biało-Czerwonych i Górnika Zabrze. 8 lipca 1982 r. w półfinale mundialu na Camp Nou do przerwy Polacy przegrywali 0:1 po golu Paulo Rossiego. Naszym gra się nie kleiła, potrzebny był impuls z ławki. Piechniczek postanowił zdjąć pomocnika Ciołka i wstawić napastnika Pałasza. To już była gra na całość, wszystko albo nic. ,,Wiedziałem czego się ode mnie oczekuje. Mówiąc krótko: zmiany wyniku. Ogromna odpowiedzialność a przecież trzy poprzednie mecze przesiedziałem na ławce. Nie, nie czułem się usztywniony. W każdej chwili byłem gotów rzucić się na tych Włochów. Głowę miałem wypchaną pomysłami. Za bardzo jednak chciałem pomóc, zmienić, naprawić. Decydowały niuanse: tu zabrakło centymetrów, tam ułamka sekundy. Zbyt często nie dochodziłem do piłki i zbyt często ją traciłem. Człowiek wyrywał się do przodu, paliło mu się pod nogami, no ale nie wychodziło. Im bardziej zbliżałem się do bramki, tym większe podejmowałem ryzyko i niewłaściwe decyzje. Włosi ustawili w obronie tę swoją przeklętą zapore i tylko się od niej odbijałem. Mundial zaczeli słabo, ledwo wyślizgneli się z grupy ale potem rozwinęli skrzydła. Byli bardzo mocni, nie umieliśmy dobrać się im do skóry. Gdybym zrobił bramkową akcje albo sam strzelil gola, który odwraca losy meczu, chyba bym cholera zwariował! Ależ by to było szaleństwo! Tak, zgadzam się że moja piłkarska historia wyglądała by wtedy zupełnie inaczej. Mieliśmy finał na wyciagnięcie ręki… Jednak równie mocno doceniam fakt że mogłem w takim meczu zagrać. Przypomniałem sobie wtedy jak ganiałem za piłka po podwórkach. Jak uparcie chodziłem na treningi żeby zostać porządnym piłkarzem i nagle na stadionie w Barcelonie grałem w półfinale mistrzostw świata! Rozpierała mnie duma”- opowiada pan Andrzej. Słusznie czuje się wyróżniony. W końcu w dziejach naszej piłki jest tylko 13 reprezentantów Polski, którzy zagrali w półfinale mundialu i on należy do tej grupy. Magicznych chwil w piłkarskim życiu miał więcej. Na przykład jako 19-latek zetknął się z Diego Maradoną. Młodzi Polacy grali w mistrzostwach świata U-20 w Japonii i zajeli 4 miejsce. Argentyna została mistrzem świata a jej asem był Boski Diego. Wtedy jeszcze nie miał takiego przydomku, lecz już uchodził za gigantyczny talent. Rok wcześniej nie było go w kadrze na argentyński mundial, choć wielu uważało to za błąd. W Japonii czarował grą. W fazie grupowej Argentyna pokonała Polske 4:1. Najpierw strzelił Maradona, podwyższył Calderon, inny późniejszy wicemistrz świata z 1990 r. Na 2:1 do siatki trafił… Pałasz. W tamtych czasach do Polski docierały skąpe informacje na temat młodych latynoskich piłkarzy. Nie wiedziałem, jakim graczem naprawdę jest Maradona. Poznawałem go w czasie meczu.”- wspomina Pałasz. W Japonii Pałasz strzelił 5 goli i był trzecim strzelcem turnieju za Ramonem Diazem i Maradoną. ,,W ćwierćfinale po serii rzutów karnych wyeliminowaliśmy Hiszpanie, jednak ja swój strzał zmarnowałem. Potem w półfinale przegraliśmy z Ruskimi 0:1. Ech te moje pierońskie półfinały…”- ciężko wzdycha nasz bohater. W meczu o 3 miejsce Pałasz zdobył gola a po dogrywce Polacy zremisowali 1:1 z Urugwajem i znowu były karne. ,,Tym razem już nie chciałem podchodzić do piłki. Niewiele to pomogło bo i tak przegraliśmy. Szkoda, medal przeszedł nam koło nosa. W sumie była to fantastyczna przygoda. Wiecie co w tamtych czasach oznaczała dla nas, młodych chłopaków z Polski wyprawa na turniej do Japonii? Fujiyama, Tokio, szybka kolej… Wszystko było jak z bajki!”- wspomina były reprezentant. Z ,,japońskiej” kadry niewielu polskich piłkarzy wskoczyło w dorosłej piłce na mundialowi poziom: Kazimierski, Skrobowski, Buncol, no i Pałasz. Do tej wielkiej piłki ruszył z Zabrza; tam się wychował i nauczył grać. ,,Miałem 17 lat. Przychodziłem do pierwszej drużyny i nawet nie wiedziałem czym właściwie jest kontrakt. Człowiek był przywiązany do klubu i robił wszystko aby w nim zaistnieć. Urodziłem się w domu a nie w szpitalu i zawsze żartuje że po otwarciu oczu najpierw zobaczyłem stadion Górnika. Od razu już wiedziałem gdzie w końcu wyląduje. Bez piłki nie mogłem żyć, klub był moim drugim domem, jeśli nie pierwszym, bo spędzałem tam naprawdę mnóstwo czasu.”- opowiada pan Andrzej. Trafił do drużyny, która razem z nim rosła w nową siłe. Pałasz był coraz starszy a Górnik coraz lepszy. W połowie lat 80-tych zdominował lige. ,,To była naturalna kolej rzeczy. Mysle że gdyby poskładać Górnika z ostatnich 7-8 lat, z Milikiem, Mączyńskim, Kądziorem, Kurzawą, to może znowu byłby mistrzem polski. Natomiast za moich czasów coraz mocniejszy Górnik cały czas się konsolidował. Nie tracił nikogo znaczącego i jeszcze był wzmacniany.”- wyjaśnia Pałasz. Jednak żeby nastała nowa, złota era Górnika, najpierw trzeba było wrócić do ekstraklasy po niespodziewanym spadku w 1978 r. Tam hartował się Pałasz. Gdy był nastolatkiem mówiło się o nim że być może jest talentem na miare Lubańskiego. ,,Ja tego nie wymyśliłem ale to był czas, kiedy istniała potrzeba wykreowania nowych bohaterów z Roosevelta. Takie porównania są przyjemne ale też niebezpieczne. Ktoś chciał żebym był jak Lubański a po mistrzostwach w Japonii żebym grał jak Maradona. Poprzeczka szła dramatycznie wysoko a ja mogłem się tylko zastanawiać, jak to wszystko udźwignąć. Tak naprawdę od dziecka byłem zapatrzony w Szołtysika i ciężko pracowałem żeby coś osiągnąć. Widziałem że jest duża konkurencja na prawej stronie, to uparłem się że naucze się grać lewą nogą. Trenowałem do znudzenia, do zmęczenia aż wreszcie się nauczyłem.”- wspomina pan Andrzej. W 1985 r. brylujący na krajowych boiskach Górnik w pierwszej rundzie Pucharu Mistrzów trafił na słynny Bayern Monachium. Nadzieje na dobry wynik wśród zabrzańskich kibiców były przesadzone. ,,Nie mieliśmy międzynarodowego doświadczenia w takich meczach. W momentach, które decydują o wyniku, niestety to wychodziło. Strzeliłem co prawda gola na Stadionie Śląskim ale przegraliśmy 1:2. W Monachium mogliśmy to jeszcze odwrócić. Prowadziliśmy 1:0 ale skończyło się na 1:4. W rewanżu nie zagrałem, miałem naderwany mięsień dwugłowy. Niby był cień szansy na występ ale nie chciałem ryzykować ciężkiej kontuzji. Wtedy się nie zdecydowałem. Szkoda że później w lidze tureckiej, kiedy doznałem urazu stopy, postąpiłem odwrotnie. Popełniłem poważny błąd, bo za szybko wróciłem do gry. W piłce trzeba biegać a ja czasem nie potrafiłem chodzić. Chciałem pomóc kolegom, wziąłem środki znieczulające i to już był dla mnie w zasadzie koniec. Powinienem był się wyleczyć a nie pchać do grania.”- wspomina Pałasz. W Górniku 4 z rzędu mistrzowskiego tytułu już nie zdobył, bowiem wyjechał do Niemiec. Został piłkarzem Hannoveru 96, który akurat awansował do elity. W wyjazdowym meczu z Borussią Mönchengladbach(2:1) w końcówce meczu zdobył gola na wage zwycięstwa. ,,No pewnie że ją pamiętam. Jedynego gola w Bundeslidze się nie zapomina. Lewandowski będzie miał trochę większy problem z zapamiętaniem wszystkich swoich goli.”- śmieje się pan Andrzej. W następnym sezonie Hannover zajął ostatnie miejsce a Pałasz odszedł z klubu. ,,Dla mnie prawo Bosmana przyszło o 10 lat za późno. Cały czas byłem tylko wypożyczany z Górnika a kluby nie dogadały się w sprawie kolejnego kontraktu. Poszedłem na wypożyczenie do tureckiego Bursasporu. Miałem dopiero 29 lat.”- zaznacza nasz bohater. Niezaleczona kontuzja stopy przekreśliła dalszą karierę Pałasza. Wrócił do Niemiec, gdzie do dziś mieszka w Neuss niedaleko Düsseldorfu. Chociaż od dawna ma podwójne obywatelstwo i w Niemczech używa nazwiska Andreas Pallasch, jest zadeklarowanym kibicem Biało-Czerwonych oraz Górnika. Nie może być inaczej, to w końcu polski półfinalista mundialu i chłopak z Zabrza…

6

11

Diego Armando Maradona, argentyński „Bóg” futbolu:

22 czerwca 1986 roku w meczu Argentyna-Anglia padły dwa najsłynniejsze gole w historii piłkarskich mistrzostw świata. Pierwszy strzelony ręką, drugi po rajdzie rozpoczętym jeszcze na własnej połowie boiska. Oba strzelił Diego Maradona, przez wielu uważany za najlepszego piłkarza w dziejach. Mistrzostwo świata i dwa gole strzelone w ćwierćfinale przeciwko Anglii, znienawidzonej w Argentynie po wojnie o Falklandy (1982 rok), sprawiły, że Diego Maradona stał się w ojczyźnie prawdziwym bohaterem, nie tylko dla fanów piłki nożnej. Być może był największym idolem całej Ameryki Południowej w XX wieku a podziwiano i uwielbiano go również w Europie. Grał w FC Barcelonie, SSC Napoli i FC Sevilli. Największe sukcesy odniósł w Neapolu, którego barwy reprezentował w latach 1984-1991. W tym okresie dwukrotnie wygrał mistrzostwo Włoch a w 1989 roku zdobył Puchar UEFA (obecnie Liga Europy UEFA). Były to największe zwycięstwa w historii klubu ze stolicy Kampanii. Turysta odwiedzający dziś położone u stóp Wezuwiusza miasto, na wizerunek Argentyńczyka natknie się niemal na każdym kroku: Diego Maradona obecny jest na pamiątkowych kubkach, koszulkach, magnesach, plakatach w witrynach sklepowych i na muralach.




@Symson
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@Monix10
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon

10

Tragiczny los wybitnej legendy Blaugrany:

22 lipca 1979 r. zmarł w tragicznych okolicznościach Sandor Kocsis, wybitny Węgierski napastnik. W 1958 r. wraz z reprezentacyjnym kolegą Zoltanem Cziborem, zostali namówieni przez ich rodaka Kubale do zasilenia szeregów FC Barcelony. Gdy przestał grać w piłke życie go nie oszczędzało. Amputowano mu noge, zmarła mu żona a po tym jak dowiedział się że ma raka, wyskoczył z okna szpitala i poniósł śmierć na miejscu. Szerzej o genialnym napastniku napiszę przy okazji jego urodzin(21 wrzesień).


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson

4

@FCBparasiempre
Brazylijczycy to pięciokrotni Mistrzowie Świata w piłce nożnej. Jednak na początku ubiegłego wieku, „Canarinhos” nie znaczyli zbyt wiele na piłkarskiej mapie świata. W Ameryce Południowej to ich sąsiedzi z Argentyny rozdawali karty. „Albicelestes” wygrali pierwszą edycję Copa America w 1910 roku. Dość powiedzieć, że w Brazylii, nie istniały wówczas jeszcze ogólnokrajowe struktury piłkarskie. Dopiero 21 lipca 1914 roku, drużyna złożona z graczy z Sao Paulo i Rio de Janeiro, odniosła swoje pierwsze, wielkie zwycięstwo. W pokonanym polu zostawiła … trzecioligowców z angielskiego Exeter City. Ale po kolei…

Charles Miller był synem szkockiego inżyniera. Urodził się w 1874 roku w Sao Paulo. Jego ojciec, John, przybył w XIX wieku do „Kraju Kawy”, by budować tam linie kolejowe. Dziesięć lat później, wysłał swojego syna do ojczyzny, by ten zdobył odpowiednie wykształcenie. W Wielkiej Brytanii mały Charles poznał zasady gry w piłkę nożną. Grywał też w krykieta, ale to futbol od początku stał się jego wielką miłością. W 1894 roku zakończył edukację w szkole w Southampton i wrócił do rodziców. Razem z ojcem zaczął rozwijać brazylijską kolej. Z Anglii przywiózł jednak ze sobą coś, co dla miejscowych stało się w późniejszym czasie ważniejsze od kolejnych mil torów kolejowych. W walizce Charlesa znajdowały się: dwie piłki, pompka, strój piłkarski i książeczka z regułami gry w futbol. Rok później zorganizował mecz pomiędzy Brytyjczykami z kolei i Brazylijczykami z kompanii gazowej. Miller i jego zespół wygrali 4:2. W międzyczasie przyłożył też rękę do powstania Sao Paulo Athletic Club oraz Liga Paulista de Foot-Ball, pierwszej ligi piłkarskiej w Brazylii. Zresztą Miller i jego SPAC wygrywali tę ligę trzykrotnie, a sam Charles był pierwszym królem strzelców tych rozgrywek. 31 lipca 1906 roku, Brazylia rozegrała swój pierwszy międzynarodowy mecz. Przeciwnikiem Latynosów byli gracze All-White South Africa Team. Przybysze z Afryki wygrali gładko 6-0. W składzie miejscowych znajdował się Charles Miller. Problem w tym, że „Canarinhos” wystąpili w tym meczu mocno osłabieni. W ich składzie znajdowali się jedynie gracze ze stanu Sao Paulo. I to nie wszyscy, bo Paulistas byli podzieleni na wiele rywalizujących ze sobą federacji, które nie potrafiły dojść do porozumienia. Przez kilka lat rozegrano wiele meczów, w których Brazylię reprezentowali jedynie gracze podlegający pod dany związek, pojedyncze kluby piłkarskie lub obcokrajowcy mieszkający w Brazylii. Tarcia pomiędzy działaczami z Sao Paulo wykorzystali związkowcy z Rio de Janeiro. Po raz kolejny sprawdziło się przysłowie: „Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”. Liga Metropolitana de Sports Athleticos, pod przewodnictwem Alvaro Zamitha, ogłosiła 8 czerwca 1914 roku, utworzenie Federacao Brasileira de Sports. Był to najwyższy organ odpowiedzialny za brazylijski sport, w tym za powoływanie piłkarzy do reprezentacji w piłce nożnej. Nie doszłoby do pierwszego meczu reprezentacji Brazylii, gdyby nie… federacja argentyńska. To działacze z „Kraju Tanga” wpadli na pomysł, by zaprosić do siebie klub z Anglii. Wyspiarze uchodzili wówczas za futbolową potęgę i wizyta zespołu z Wielkiej Brytanii to był dla Latynosów wielki zaszczyt. Angielscy notable przystali na zaproszenie. Następnie wybrali trzecioligowe Exeter City, by reprezentowało ich kraj, podczas tej południowoamerykańskiej eskapady. 18 maja 1914 roku, „The Grecians” (przydomek piłkarzy z Exeter) wyruszyli z portu w Southampton w osiemnastodniowy rejs. Na pokładzie statku „SS Andes”, piłkarze z hrabstwa Devon, grali w tenisa, by utrzymać formę fizyczną. Już sam początek pobytu Anglików na obcym kontynencie, obfitował w przygody (niekoniecznie piłkarskie). Chłopcy z Exeter, zaraz po dopłynięciu do portu w Santosie, postanowili wziąć orzeźwiającą kąpiel w Oceanie. Pech chciał, że skorzystali z plaży, na której kąpiele były zakazane. W związku z tym cała drużyna trafiła do aresztu, oskarżona o nieobyczajne zachowanie. Interwencja angielskiego dyplomaty i wyrozumiałość brazylijskich stróżów prawa sprawiła, że przybysze z Europy uniknęli odesłania do domu. Exeter City mogło spokojnie udać się do Argentyny, gdzie drużyna rozegrała osiem spotkań towarzyskich. W czasie tournée angielscy trzecioligowcy przeżyli kolejne przygody. Podczas jednego ze spotkań towarzyskich, działacz rywali groził sędziemu bronią, gdy ten odgwizdał karnego dla Exeter. Innym zaś razem, konny policjant, ochraniający spotkanie, stracił panowanie nad swoim wierzchowcem i zwierzę wbiegło na murawę, przerywając atak Anglików. Pobyt „The Grecians” w sąsiednim kraju, postanowili wykorzystać działacze z Brazylii. Poprosili więc Anglików, by wydłużyli swoje tournée i w drodze powrotnej zatrzymali się jeszcze w „Kraju Kawy”. Goście z Europy mieli początkowo zagrać zarówno w Sao Paulo, jak i Rio. Wizy udało się jednak wydłużyć tylko na tyle, by czasu starczyło na wizytę w ówczesnej stolicy kraju. Z tego powodu, postanowiono utworzyć łączony zespół, składający się zarówno z najlepszych Paulistas, jak i Cariocas. Proces tworzenia zespołu narodowego nazwano „Selecao”, co w języku portugalskim oznacza „selekcję”. Nazwa ta stała się też pierwszym przydomkiem reprezentacji Brazylii. Wizyta Exeter City w Rio to był pierwszy raz, gdy profesjonalny zespół zagościł na brazylijskiej ziemi. Dla miejscowych mecz z mitycznymi Anglikami, był wielkim wydarzeniem, nawet jeśli miał to być pojedynek z trzecioligowcami. Potraktowali tę potyczkę bardzo poważnie. Zanim jednak podano danie główne, „The Grecians” zagrali dwa mecze na przystawkę. Najpierw pokonali drużynę złożoną z miejscowych Anglików 3-0, a następnie zespół złożony z Brazylijczyków ze stanu Rio 5-3. 21 lipca nadszedł czas na próbę generalną, która miała zweryfikować potencjał piłkarski największego kraju Ameryki Południowej. Spotkanie odbyło się na „Estadio das Laranjeiras”, które na co dzień było areną zmagań dla piłkarzy Fluminense. Chociaż stadion miał pojemność na około 6000 miejsc, tego dnia zmieściło się na nim blisko 10000 widzów. Największą gwiazdą Reprezentacji Brazylii był Arthur Friedenreich. Tego syna niemieckiego imigranta i brazylijskiej praczki, nazywano „mulatem o zielonych oczach”. Uchodził za największy piłkarski talent ówczesnej Brazylii. Opinię publiczną raził jednak … kolor jego skóry. „Rasowy mieszaniec” nie pasował do archetypu brazylijskiego bohatera narodowego. Przynajmniej tak uważały miejscowe elity. Piłką posługiwał się jednak tak wspaniale, że grzechem byłoby zabronić mu gry w zespole narodowym. Został więc pierwszym mulatem w reprezentacji Brazylii. Legendy mówią, że przed wyjściem na murawę, musiał pudrować twarz i nakładać tony brylantyny na swoje nieujarzmione włosy, by nie drażnić publiczności swoją afrykańską urodą. Friedenreichowi w ataku partnerował Oswaldo Gomes. Gwiazda miejscowego Fluminense, na którego stadionie doszło do tej wiekopomnej potyczki. To właśnie on napoczął Exeter City i tym samym zdobył pierwszą bramkę w historii reprezentacji Brazylii. W tym momencie trybuny wybuchły szałem radości. Mężczyźni podrzucali do góry swoje kapelusze, a kobiety machały białymi chustkami. Na 2:0 podwyższył Osman, gracz klubu America. Toporny, angielski, trzecioligowy futbol nie miał szans w starciu z gibkimi Brazylijczykami, którzy poruszali się po murawie, jakby tańczyli sambę. Swoją złość, piłkarze „The Grecians” wyładowali na Friedenreichu. Brazylijski gwiazdor stracił w czasie tego meczu dwa zęby. Trenerzy ręcznikami próbowali zatamować krwotok. Ucierpiał również kapitan zespołu – Rubens Salles – który zakończył mecz z kontuzją żeber. Gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni, rozentuzjazmowany tłum porwał swoich piłkarzy na barki, a lokalna prasa ogłosiła ich bohaterami narodowymi. Exeter City zostało pokonane przez Brazylijczyków 2:0. Anglicy niepocieszeni wrócili do kraju. Kilka tygodni później, wielu z nich musiało wyruszyć na front i walczyć po stronie państw Ententy w czasie I Wojny Światowej. Wielu młodych ludzi już nigdy nie powróciło z okopów do rodzinnego domu. Więcej szczęścia miał Dick Pym, jeden z uczestników południowoamerykańskiej wyprawy. Nie dość, że udało mu się przeżyć piekło wojny, to w 1923 roku, już w barwach Bolton Wanderers, zwyciężył w Pucharze Anglii. Z Pymem wiąże się zresztą pewna anegdota. Podobno przed powrotem do domu, zakupił w Brazylii papugę. Ptak przeżył na Wyspach Brytyjskich wiele lat, gdy w końcu umarł, pochowano go w pobliżu bramki, na stadionie Exeter.



Mecz z Exeter City uznawany jest za pierwsze spotkanie rozegrane przez reprezentację Brazylii. Dał on początek wielkiej, piłkarskiej potędze, jaką znamy dziś. Pokazał, że zarówno gracze z Sao Paulo, jak i Rio, mogą zagrać wspólnie, ponad związkowymi podziałami. Dwa miesiące później, odbyło się pierwsze oficjalne spotkanie „Selecao”. Ich przeciwnikiem była Argentyna. Brazylijczycy przegrali 3:0, po dwóch bramkach Izaguirre i jednej Molfino. Jednakże Friedenreich i jego koledzy, czynili szybkie postępy. Pięć lat później, Brazylia była już mistrzem kontynentu. Na Copa America 1919, w decydującym batalii pokonała Urugwaj. Potrzebne do tego były trzy spotkania z „Urusami”. W drugiej dogrywce meczu barażowego (spotkanie potrwało 150 minut, dwa wcześniejsze spotkania nie wyłoniły zwycięzcy), dziewiczy tytuł zapewnił „Selecao” Friedenreich, który wspólnie z kolegą z drużyny, Neco, został najlepszym strzelcem tamtego turnieju. Według niektórych źródeł „Mulat o zielonych oczach” zdobył przez całą swoją karierę 1329 goli, czyli o ponad 40 więcej niż Pele. Wyliczenia te opierają się głównie na notatkach, które w czasie kariery piłkarza, prowadził jego ojciec oraz ówcześni dziennikarze. Stowarzyszenie Historyków i Statystyków Futbolu uznaje mu oficjalnie 354 gole w 323 meczach, co daje kapitalną średnią 1,11 trafienia na mecz. Dziewięciokrotnie był najlepszym strzelcem rozgrywek stanowych. Copa America wygrywał z kolegami dwukrotnie. W kadrze zagrał 15 razy i strzelił 8 goli. Był też symbolem przełamywania barier rasowych. Dowodem na to, że „kolorowy” chłopak także może zostać brazylijskim bohaterem. Wówczas nie było to tak oczywiste. Chociaż społeczeństwo w „Kraju Kawy” było różnorodne, niczym fauna i flora Amazonii, istniały silne podziały rasowe. Piłka nożna okazała się doskonałym narzędziem do burzenia tych ścian. W 2014 roku Exeter City wyszło z inicjatywą, by dla upamiętnienia tamtego wydarzenia znów zagrać mecz. Oczywiście ciężko byłoby, żeby „The Grecians” zmierzyli się z pierwszą reprezentacją „Canarinhos”. Na pomysł przystało jednak Fluminense, na którego obiekcie zostało rozegrane historyczne spotkanie. „Flu” pokryli większość kosztów związanych z logistyką. W Brazylii zmierzyły się zespoły U-23 obu klubów. Na trybunach pojawiła się delegacja fanów z Europy. Mecz rozpoczęto oryginalną piłką z 1914 roku. Padł bezbramkowy remis. Któż mógł się spodziewać, że ten niepozorny klubik z hrabstwa Devon, który nigdy w swojej historii nie zagrał wyżej, niż na trzecim szczeblu rozgrywkowym, odegra tak ważną rolę w historii najbardziej utytułowanej reprezentacji na świecie? Jest to kolejny przykład na to, jak piękne i romantyczne historie potrafi pisać futbol.
Skład reprezentacji Brazylii w meczu z Exeter: Marcos de Mendonca – Pindaro, Nery, Sylvio Lagreca, Rubens Salles, Rolando, Abelardo, Oswaldo Gomes, Arthur Friedenreich, Osman, Formiga

Trener: Sylvio Lagreca

6

Narodziny „Seleção”(tą frapującą historie przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz):

@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Arkon

0

@BordowyPtak Akurat takiej informacji na dzień dzisiejszy nie posiadam. W okresie letnim mam bardzo mało czasu na szperanie takich informacji. Jeśli kiedyś się dowiem to postaram się zamieścić taką informacje.

10

Pamięć o takim człowieku nigdy nie powinna przeminąć:



21 lipca 1898 r. urodził się Josep Sunyol Carriga. Był on osobą bardzo cenioną w FC Barcelonie. Pracę w klubie zaczął już w 1928 r., gdy rządził popierający monarchie prezydent Arcadi Balaguer. Sunyol mimo lewicowych poglądów potrafił jednak znaleźć z nim wspólny język. Poza pracą w Dumie Katalonii wydawał tygodnik ,,La Rambla”, którego hasłem było ,,sport i życie miasta”. 27 lipca 1935 r. wybrano go prezydentem, ponieważ socios docenili poprawę sytuacji ekonomicznej klubu, do której Sunyol wyraźnie się przyczynił. Za jego kadencji Blaugrana zdobyła mistrzostwo Katalonii oraz przegrała słynny finał Pucharu Hiszpanii, w którym wspaniały mecz rozegrał ówczesny bramkarz Realu Madryt Ricardo Zamora. Niestety Josep Sunyol nie dożył sędziwego wieku, bowiem został zamordowany przez armię narodową generała Franco, o czym napiszę 6 sierpnia.


@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible

0

@TheNekro94 Suarez? Luis Alberto Suarez w Interze Miami? Jeśli się nie myle to on gra w Gremio Porto Alegre...

6

Czy wiemy że:
20 lipca 1885 r. Angielska Federacja Piłkarska zalegalizowała zawodowstwo. Trwająca kilka lat debata zaowocowała w 1885 roku legalizacją zawodowstwa w piłce nożnej. Kluby, które do tej pory płaciły zawodnikom „pod stołem”, w końcu mogły w zgodzie z przepisami Football Association zatrudniać piłkarzy i nagradzać ich występy na boisku. Piłkarscy działacze szybko zdali sobie sprawę, że kilka meczów Pucharu Anglii, parę regionalnych turniejów i spotkania towarzyskie nie są wystarczająco dochodowe. Potrzebne było stałe i pewne źródło przychodów. Tak narodziła się Football League.

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?