FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@FcPortoFan1999 No o tym to już zdążyłem się zorientować...
1
@mordini123 O! i to jest dobra wiadomość dla nas! Dzięki śliczne za info
1
@HighestInTheRoom Uuu, to ja nie wiem gdzie musiałby dojść polski klub w rozgrywkach ażeby zająć te 15-te miejsce? Chyba wygrać Lige Konferencji?
0
@FcPortoFan1999 A na którym miejscu jesteśmy? W końcu ,,Kolejorz" nastukał troche tych punktów w minionym sezonie...
0
Słuchajcie no, Raków jako mistrz Polski zaczął eliminacje w Lidze Mistrzów co jest zrozumiałe. Teraz patrze że Legia zacznie eliminacje ale w Lidze Konferencji. Coś mi tu nie pasuje. A to nie jest tak że wicemistrz kraju powinien zaczynać eliminacje w Lidze Europy?
13
Premiera najważniejszego turnieju w dziejach futbolu:
13 lipca 1930 r. w Urugwaju rozpoczęły się pierwsze w historii Mistrzostwa Świata w piłce nożnej, które trwały do 30 lipca. FIFA wybrała ten kraj na gospodarza podczas konferencji w Barcelonie 18 maja 1929 roku, jako państwo obchodzące setną rocznicę uzyskania niepodległości. Dodatkowym argumentem przemawiającym za miejscem organizacji pierwszych mistrzostw świata było dwukrotne zdobycie złotych medali olimpijskich przez urugwajską reprezentację na igrzyskach w 1924 w Paryżu oraz w 1928 w Amsterdamie. Wszystkie mecze rozegrano w stolicy Urugwaju – Montevideo, z czego większość na stadionie Estadio Centenario, który zbudowano specjalnie na mistrzostwa. Do turnieju przystąpiło 13 reprezentacji: siedem z Ameryki Południowej, cztery z Europy i dwie z Ameryki Północnej. Tak mała liczba drużyn europejskich spowodowana była dużymi kosztami długiej podróży. Zespoły podzielono na cztery grupy, których zwycięzcy przechodzili do fazy półfinałowej. Dwa pierwsze mecze w historii mistrzostw świata zostały rozegrane 13 lipca o godzinie 15:00 czasu miejscowego na Estadio Pocitos i Estadio Parque Central. W spotkaniach tych Francja pokonała Meksyk 4:1, a USA wygrała 3:0 z Belgią. Pierwszego gola w historii mistrzostw świata zdobył reprezentant Francji Lucien Laurent w 19 minucie meczu Francja-Meksyk. Do półfinałów awansowali zwycięzcy poszczególnych grup, czyli odpowiednio Argentyna, Jugosławia, Urugwaj i Stany Zjednoczone. W finale rozegranym 30 lipca gospodarze, Urugwajczycy będący głównymi faworytami turnieju, pokonali na oczach 93 tys. widzów Argentyńczyków 4:2 i stali się pierwszym zespołem, który zdobył tytuł piłkarskich mistrzów świata. Pierwsze mistrzostwa świata były zarazem jedynymi, których nie poprzedziły eliminacje. Każdy kraj należący do FIFA dostał zaproszenie do udziału w turnieju finałowym. Na ostateczny termin przyjmowania zgłoszeń wyznaczono 28 lutego 1930 roku. Argentyna, Boliwia, Brazylia, Chile, Meksyk, Paragwaj, Peru i USA przyjęły zaproszenia na czas, jednak nie zgłosił się żaden kraj położony po drugiej stronie Oceanu Atlantyckiego. Perspektywa długiej i kosztownej podróży oraz absencji najlepszych piłkarzy w ich klubach sprawiła, że bardzo mało drużyn z Europy zainteresowało się skorzystaniem z oferty. Na dwa miesiące przed rozpoczęciem turnieju żaden zespół z Europy nie był oficjalnie zgłoszony. Po interwencji Jules'a Rimeta i obietnicy refundacji poniesionych kosztów, która padła ze strony urugwajskiego rządu, zdołano namówić cztery europejskie drużyny: Belgię, Francję, Jugosławię i Rumunię.
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
15
Guardiola przedłuża kontrakt:
13 lipca 2010 r., po dwóch latach pełnych sukcesów zarząd FC Barcelony chciał zaproponować Pepowi wieloletni kontrakt, mówiono wręcz by został ,,Fergusonem Barcelony”, w nawiązaniu do legendarnego menadżera Manchesteru United. Sam zainteresowany preferował jednak krótkie umowy i zgodził się na roczne przedłużenie. Ten sam manewr zastosował rok później i w 2012 r. mógł bez przeszkód opuścić Dume Katalonii.
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
1
@AssisMoreira Zgadza się. Ten mecz Francja-Portugalia oglądałem jeszcze jako gówniarz i też jest moim jednym z najlepszych ,,partidazo" w historii. Z tym Zizou na mundialu we Francji to przesadziłem, no ale w finale to jednak pokazał klase...
3
@FcPortoFan1999 Tak, to był jeden z lepszych mundiali w historii ale czy najlepszy w wykonaniu Francuzów? Ciężko powiedzieć ale na pewno Zidane przeszedł samego siebie na tych mistrzostwach.
12
,,Les Bleus” po raz pierwszy w historii:
12 lipca 1998 r. na Stade de France w podparyskim Saint-Denis Francja pokonała Brazylię 3-0 w finale XVI Mistrzostw Świata. Gole zdobyli: Zinedine Zidane w 27 m. oraz 45+1 i Emmanuel Petit w 93 m.
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
7
Przypadki krnąbrnego Bułgara:
12 lipca 1996 r. Christo Stoiczkow powrócił do Barcelony. Bułgar spędził rok w Parmie, ale ani on, ani jego rodzina nie przywykli do życia we Włoszech. Napastnik nie krył łez gdy ponowny kontrakt z FC Barceloną został już podpisany. Prezydent Nuñez również był bardzo wzruszony: ,,Kiedy żona Stoiczkowa zadzwoniła do mnie, powiedziała mi że Christo jest smutny i chce wrócić. Jest podobno bardziej podekscytowany niż za pierwszym razem”. Niestety drugi pobyt Bułgara na Camp Nou nie był tak udany. Na dodatek Christo odszedł z powodu konfliktów z Nuñezem, który tak bardzo namawiał go do powrotu. No cóż, powiedzenie że dwa razy się nie wchodzi do tej samej rzeki pasuje tu jak ulał.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
11
Hiszpański temperament:
Po tytule mistrza Europy(2008) Hiszpanie zdobyli mistrzostwo świata. Grali tak pięknie jak FC Barcelona z Realem razem wzięte. Po wspomnianym Euro Hiszpania zmieniła trenera. Luis Aragoñes skończył 70 lat i postanowił zarobić jeszcze w tureckim Fenerbahce, na co zresztą pozwolono mu tylko przez jeden sezon. Następca- Vicente del Bosque, były piłkarz i trener Realu, w którym wprowadził rodzinną atmosferę, nadawał się do tej roli idealnie. Wielki fachowiec a jednocześnie spokojny, kulturalny człowiek. Na konferencjach prasowych nie traktował dziennikarzy jak szarą anonimową mase. Nie dość że słuchał pytań, to jeszcze na nie odpowiadał, patrząc dziennikarzom w oczy, jakby to była rozmowa między dwiema osobami. Tak się trenerzy na ogół nie zachowują. Hiszpański trener zabrał na mundial do RPA 15-tu piłkarzy z kadry na Euro 2008. Pierwsza jedenastke uzupełnił dziś powszechnie znanymi graczami Barçy: Pique, Busquetsem i Pedrem. Powstała drużyna jeszcze lepsza niż na Euro 2008. W bramce Casillas, w obronie Ramos, Pique, Puyol, Capdevilla. Dwaj defensywni pomocnicy to Xabi Alonso i oczywiście Busquets. Przed nimi Xavi, Iniesta i Pedro. Środkowym napastnikiem był naturalnie Villa. Fernando Torres przez kilka tygodni przed turniejem leczył kontuzje i wchodził na boisko z ławki rezerwowych. Fabregas też nie rozegrał ani jednego pełnego meczu ale to po jego podaniu Iniesta strzelił decydującego gola w finale. Torres, Fabregas i rezerwowy bramkarz Reina byli jedynymi piłkarzami w 23-osobowej kadrze z klubów zagranicznych. Dwudziestu grało w Hiszpanii. Hiszpanie nie rozpieszczali swoich kibiców. Zaczeli turniej od sensacyjnej porażki ze Szwajcarią, co wyszło im na dobre. Od tamtej pory przestano im liczyć mecze oraz minuty bez porażki i straty gola. Zaczeli więc grać bez takich psychologicznych obciążeń, które niepotrzebnie zaprzątają głowe. Honduras pokonali 2:0, Chile 2:1 a potem jak w zegarku- 4 mecze i 4 zwycięstwa z takim samym wynikiem 1:0 a mianowicie z Portugalią, Paragwajem, Niemcami i w finale z Holandią. Holenderscy piłkarze już od wielu lat zachwycali kibiców najlepszych zagranicznych klubów, w których grali ale reprezentacja zdobyła ważne trofeum tylko raz, na Euro w roku 1988. Finał mundialu w Johannesburgu był dla Holendrów trzecim w historii. Dwa wcześniejsze przegrali(z Niemcami w 1974 i z Argentyną w 1978). Teraz Sneijder, Robben, Van Persie czy Kuyt to była ścisła czołówka światowa a kapitan, 35-letni Van Bronckhorst zdobył w meczu z Urugwajem jednego z najpiękniejszych goli turnieju. Kopnął w pełnym biegu z około 30 metrów, piłka leciała jak strzała i zatrzymała się dopiero w siatce:
W finale spotkały się więc dwie jedenastki grające bardzo dobrze ale inaczej. Holendrzy używali więcej siły fizycznej, czasami ponad miare. W dogrywce czerwoną kartką ukarany został John Heitinga. Żółte kartki otrzymało aż ośmiu Holendrów i pięciu Hiszpanów. Tylu kar nigdy wcześniej w finale mundialu nie zanotowano. O zwycięstwie Hiszpanii zadecydowała akcja w 116 minucie. Fernando Torres podał z lewej strony na pole karne. Piłke wybił Mathijsen ale wprost pod nogi Fabregasa. Hiszpan podał na prawo gdzie czekał niepilnowany Iniesta. Spodziewał się podania ale nie mógł ruszyć wcześniej bo angielski sędzia Howard Webb odgwizdał by spalonego. Holendrzy jakby o Inieście zapomnieli. Mógł swobodnie przyjąć piłke a nawet poczekać aż odbije się na trawie żeby lepiej ułożyła się do strzału. Kopnął prawą nogą z około ośmiu metrów. Van der Vaart zrobił wślizg, jednak spóźnił się o ułamek sekundy. Bramkarz Stekelenburg zaledwie dotknął piłke ale zatrzymać jej nie mógł. Strzał był tak silny że piłka odbiła się od siatki i wróciła na boisko. Iniesta pobiegł do narożnika, zdejmując po drodze koszulke. Pod nią miał biały T-shirt z napisem ,,Dani Jarque: siempre con nosotros”- Dani Jarque: zawsze z nami. Oczywiście sędzia Webb, zgodnie z nieludzkimi przepisami ukarał za ten gest Inieste żółtą kartką. Hiszpania zwyciężyła 1:0 spełniając marzenia połowy świata. Tej samej, która na co dzień kibicuje FC Barcelonie. W XXI wieku to najpiękniej grająca drużyna naszej planety.
@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
8
Butelkowy finał:
11 lipca 1968 r. na Santiago Bernabeu odbył się tzw. ,,butelkowy finał” Pucharu Hiszpanii pomiędzy Realem Madryt a FC Barcelona. W 1968r. Blaugrana była w głębokim kryzysie. Od ośmiu lat nie zdobyła mistrzostwa Hiszpanii i awans do finału krajowego pucharu z urzędującym mistrzem kraju został uznany za wielki sukces. W dodatku Duma Katalonii wygrała to spotkanie 1:0. Jedyny gol padł w 6 minucie po samobójczym trafieniu Zunzuregui. Później Barça broniła się mądrze i szczęśliwie. Arbitrem spotkania był pochodzący z Majorki Rigo Sureda. Zdaniem kibiców, w zdecydowanej większości kibicujących Realowi, sędzia powinien podyktować 2 karne dla Królewskich. Z trybun zaczął lecieć ,,deszcz” plastikowych i szklanych butelek, który nie ustał nawet, gdy Duma Katalonii robiła runde honorową w kordonie policji. Po meczu żona jednego z ministrów zwróciła się do prezydenta Blaugrany Narcisa de Carrerasa: ,,Gratuluję, ponieważ Katalonia to też Hiszpania, prawda?”. ,,Proszę pani, lepiej się nie denerwujmy nawzajem”- odpowiedział wzburzony prezydent. Krótko po tych wydarzeniach zakazano sprzedaży napojów w butelkach i puszkach na stadionach hiszpańskich a w 1977 r. zaczęto montować siatki za bramkami, chroniące przed obiektami rzucanymi z trybun.
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@AssisMoreira
@Arkon
15
Związek Radziecki przechodzi do historii:
10 lipca 1960 r. ZSRR pokonuje po dogrywce Jugosławie 2:1(1:1;1:0) w finale pierwszych mistrzostw Europy(nazywanych jeszcze wówczas Pucharem Narodów Europy). Wyścig po złoto dwóch sportowych potęg ustroju socjalistycznego, niejednokrotnie ze sobą konkurujących. Paryski finał miał być rewanżem ,,Plavich” za porażke przed 4 laty w decydującym meczu podczas igrzysk olimpijskich w Melbourne 1956. Wówczas o jednego gola, strzelonego przez nieobecnego teraz Iljina, lepsi okazali się Rosjanie. Tym razem miało być inaczej a było podobnie. Śliska murawa nie predestynowała do przeprowadzania widowiskowych akcji. Pierwszego gola, tak jak w półfinale z Francją, strzelili Jugosłowianie. Ponownie wynik rywalizacji otworzył Milan Galič. Maslenkin w ostrym starciu z Jerkoviciem walczyli o piłke przy końcowej linii boiska. Gdy obaj stanęli, sądząc że futbolówka opuściła plac gry, ich niezdecydowanie wykorzystał Galič i pokonał Jaszyna. Gol do szatni nie zdeprymował jednak Rosjan. Tuż po przerwie rzucili się do odrabiania strat. Pięć minut po przerwie Bubkin oddaje mocny strzał na bramke przeciwników. Vidinič broni ale tak niefortunnie odbija piłke że ta pada łupem zawodników radzieckich. Metreweli z bliska dopełnia formalności. Wynik remisowy utrzymał się do końca spotkania. Angielski arbiter Ellis zarządził pierwszą w historii dogrywke. Rozstrzygające trafienie padło dopiero na 7 minut przed końcem całego widowiska. Meschi ograł na lewej flance Durkovicia, po czym dośrodkował w pole karne a tam najwyżej do piłki wyskoczył Poniedielnik i umieścił ją w bramce. To był koniec marzeń Jugosłowian o zwycięstwie a zarazem początek wielkiej fety piłkarzy radzieckich. Kapitan zespołu Igor Netto nie krył dumy i zadowolenia odbierając z rąk Pirre’a Delaunaya puchar imienia jego ojca. Coupe Henri Delaunay zasłużenie przypadł Rosjanom. Wschód wykazał wyższość nad Zachodem ale głównie dlatego że Niemcy i Brytyjczycy zlekceważyli kontynentalne rozgrywki.
@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@kamyk_23
@Arkon
@AssisMoreira
1
@Pawel13sz No nie pierwszy, bo grali tam już kilka razy. Ostatnim meczem, jaki FC Barcelona rozegrała na tym obiekcie było spotkanie w pierwszej rundzie Pucharze Zdobywców Pucharów z AEK Larnaca 12 września 1996 r. zakończone zwycięstwem Barçy 2:0 po dwóch golach Ronaldo.
12
@FCBparasiempre
10 lipca 1946 r. w Zabrzu urodził się Henryk Kasperczak, pomocnik. Dziś wszyscy znają strzelca decydującego gola w meczu z Anglią na Wembley, czyli Domarskiego. Wielu zapomina jednak o inicjatorze tej akcji- Henryku Kasperczaku albo przypomina go z racji sukcesów trenerskich. Tymczasem był to zdecydowanie jeden z najlepszych pomocników w dziejach polskiego futbolu. W meczu z Anglią zademonstrował właśnie swój największy atut, czyli znakomity odbiór piłki. W przeciwieństwie do wielu kolegów unikał jednak częstych zagrań do tyłu; wolał raczej inicjować akcje podaniem do przodu lub w ostateczności do boku. Inna jego słynna asysta miała miejsce już podczas MŚ w RFN. W starciu z Włochami, kończącym zmagania grupowe, Kasperczak wybiegł do dalekiego podania i kątem oka zobaczył Kazimierza Deyne. Jakby linijką odmierzone podanie wzdłuż linii pola karnego idealnie usiadło na nodze ,,Kaki” a ten z pierwszej piłki pokonał Dino Zoffa. ,,Znów proszę państwa Henryk Kasperczak na ustach całej polski”- wołał do mikrofonu rozentuzjazmowany Jan Ciszewski. Znów, bo w tym samym spotkaniu kilkaset sekund wcześniej popisał się znakomitym zagraniem na głowę Szarmacha, które ten zamienił na pierwszego gola. Spotkanie z wicemistrzami świata i Europy kończył więc z dwiema asystami. Jego kolega klubowy i reprezentacyjny Jan Domarski stwierdził po tym spotkaniu: ,,W tym dniu precyzją dogrywania piłek dorównał Gościniakowi”- porównując go do wybitnego rozgrywającego siatkarskiej reprezentacji. Bardzo dobrze wypadł też przeciwko RFN w słynnym ,,meczu na wodzie”. ,,W pamięci zapisał się nam Kasperczak, demonstrując arcymistrzowskie prowadzenie piłki, mimo zaciekłych ataków aż trójki obrońców”- komentowały ,,Nowiny Rzeszowskie”. W całym turnieju Kasperczak był podstawowym wyborem Kazimierza Górskiego. Walecznego, bojowo usposobionego zawodnika trzeba było jednak zmienić na początku drugiej połowy decydującego starcia z Brazylią o 3 miejsce na świecie. Zawodnik Stali Mielec aby zapobiec wyjściu na czystą pozycje Mirandinhy, popełnił faul taktyczny, łapiąc go za koszulke. Wtedy za takie przewinienie groziła maksymalnie żółta kartka. Sędzia bez wahania nałożył na niego właśnie taką kare. Selekcjoner postanowił jednak nie ryzykować i za zawodnika zagrożonego wykluczeniem wprowadził Ćmikiewicza. Takie przewinienia były rzadkie u tego zawodnika. Na polskich boiskach znany był właśnie z dżentelmeńskiej postawy. Podczas turnieju dziennikarzy nurtowało też, czy nie czuje się on pechowcem, grając(przypadkowo) z ,,trzynastką” na plecach. ,,Chyba nie, skoro trenerzy i koledzy uważają, że gram dobrze”- odparł niezrażony. Był jedną z najważniejszych postaci drużyny Górskiego, choć ,,Trener Tysiąclecia” dostrzegł go późno. W szeregach reprezentacji pojawił się dopiero w marcu 1973 r., gdy liczył już sobie prawie 27 lat. W kilka miesięcy przeobraził się jednak w lidera zespołu. ,, W linii środkowej oczywiście najlepiej grał Kasperczak. Piłkarz ten na przestrzeni roku zrobił duże postępy, stał się silnym punktem drużyny”- pisała prasa po spotkaniu towarzyskim z Węgrami przed wyjazdem na MŚ. Do dania mu szansy skłoniła selekcjonera znakomita postawa Kasperczaka we wspinającej się o mistrzostwo Stali Mielec. ,,Kasper” dyrygował drugą linią tej drużyny i szanse wykorzystał, choć rywali w walce o miejsce w kadrze miał arcytrudnych: Ćmikiewicza, Maszczyka czy Guta. Tak się złożyło iż pierwsze spotkanie po medalowym mundialu w lidze było starciem Stali z Legią. Prasa zapowiadało go jako rywalizację dwóch najlepszych linii środkowych w Polsce: Kasperczaka i Laty przeciwko Deynie, Gadosze oraz Ćmikiewiczowi. Zwycięsko wyszli z niego przedstawiciele Podkarpacia. ,,Trzeba nagrodzić gre trójki reprezentantów w składzie Stali: Lato, Kasperczyk i Domarski, która zdecydowanie rozstrzygnęła na swoją korzyść prestiżową rywalizacje z równie renomowanym tercetem gości: Deyna, Gadocha, Ćmikiewicz”- pisały ,,Nowiny Rzeszowskie”. Sam Kasperczak w tym starciu nie dość że wyłączył z gry przeciwników, to jeszcze ustalił wynik meczu strzałem z dystansu. Poza odbiorem to właśnie umiejętność precyzyjnych zagrań z dużej odległości była jego znakiem rozpoznawczym. W tamtym sezonie Kasperczak zdobył wicemistrzostwo Polski. Dwukrotnie zostawał z mielczanami mistrzem kraju. Do tego doszedł też brąz. Dziwnym trafem rodowity zabrzanin nigdy natomiast nie zagrał w klubie z rodzinnego miasta- Górniku. Ze Sparty Zabrze trafił do drugoligowej Stali Mielec. Stąd został ściągnięty przez Legie. Wojskowi jednak go nie docenili i pozostało mu terminowanie w rezerwach. Po powrocie do Mielca został jedną z gwiazd ligi. W 1976 r, zdobył nawet tytuł Piłkarza Roku ,,Pilki Nożnej”(jest jedynym piłkarzem w historii Stali Mielec z tą nagrodą) oraz katowickiego ,,Sportu”. Z reprezentacją poza 3 miejscem na MŚ, zdobyl także wicemistrzostwo oimpijskie w Montrealu. Jego bilans w drużynie narodowej wyniósł 61 meczów i 5 goli. Kariere reprezentacyjną zakończył po MŚ w Argentynie. Tam Jacek Gmoch wpadł na osobliwy pomysł i w decydującym starciu przeciwko Argentynie wystawił go na… środku obrony!, z którą nie miał prawie nic wspólnego. Dwa razy nie upilnował on Mario Kempesa, co sprawiło że Polska przegrała 0:2 i ostatecznie nie awansowała do strefy medalowej. Za to podczas tego mundialu powiększyła mu się rodzina. Jego żona urodziła wtedy syna. Po wyjeździe z Polski grał we Francji w FC Metz. Zrobił największą karierę trenerską z pośród swoich kolegów z drużyny Orłów Górskiego. Z dawnym klubem, gdzie występował jako piłkarz, zdobył Puchar Francji, z HSC Montpellier awansował do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów, Wisłe Kraków doprowadził do 1/8 finału Pucharu UEFA, co stanowi największy sukces futbolu klubowego na arenie kontynentalnej w XXI wieku. Prowadził też reprezentacje afrykańskie: Wybrzeża Kości Słoniowej, Tunezji, Maroka i Senegalu. Zdobył srebro i brąz Pucharu Narodów Afryki. Trzykrotnie wywalczył mistrzostwo Polski, był też trenerem roku we Francji w plebiscycie France Football(1990) i Trenerem Roku w Polsce(2002). Jest również pierwszym Polakiem, który uczestniczył w MŚ zarówno jako piłkarz(1974 i 1978), jak i jako trener(1998 z Tunezją).
12
Wszystkiego najlepszego panie Heniu!
Wybitne legendy polskiego futbolu(opis w odpowiedzi na komentarz):
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
9
@FCBparasiempre
Uwaga! To jest utytułowany, lecz dla większości kibiców zapomniany wybitny stoper ale ja już dopilnuje żebyście wszyscy go poznali. Pewnie znacie niewielu piłkarzy, którzy trzy razy z rzędu sięgali po Puchar Europy. Do tego nielicznego grona należy Horst Blankenburg. Ale historia tego niemieckiego zawodnika może dzisiaj zdumiewać także z innego powodu. Choć w piłce klubowej wygrał niemal wszystko, co było możliwe do wygrania, to nigdy nie doczekał się choćby jednego powołania do krajowej reprezentacji! To wprost niebywała historia! Prawdziwy patriota z tego Horsta. W występach dla reprezentacji musiał przeszkodzić mu jego charakter. Jest to trochę przewrotne, bo przecież każdy wie, że Niemcy słyną z dyscypliny. Ale niepokorni piłkarze z „wielką gębą” się trafiali. Przecież pamiętamy doskonale Toniego Schumachera, Lothara Matthaeusa, Stefana Effenberga i innych. Oni jednak mieli szczęście, ponieważ w kadrze Niemiec występowali. Najczęściej z powodzeniem. Blankenburg występował na pozycji libero. Karierę rozpoczynał w Niemczech, ale jako piłkarz na dobre rozwinął się dopiero w Holandii. W swojej ojczyźnie albo kłócił się z trenerami albo przez długi czas dochodził do zdrowia po wypadku samochodowym. Znajdował się w kadrze FC Nürnmberg, kiedy ta drużyna zdobywała tytuł mistrzowski, ale nie zagrał wtedy w lidze ani jednego meczu. W Niemczech po prostu mu się nie układało. I tak już pozostało właściwie do końca kariery. W TSV 1860 Monachium miarka się przebrała. Klub spadł z Bundesligi, a Blankenburg popadł w konflikt z trenerem Hansem Tilkowskim. Niemiecki libero nie zamierzał siedzieć cicho i głośno krytykował błędne decyzje szkoleniowca. Jego buntownicza natura coraz częściej dawała o sobie znać. Rozstanie wydawało się nieuniknione. Na szczęście dla piłkarza, jak z nieba spłynęła znakomita oferta z Holandii. Blankenburg wspominał, że po meczu ligowym z VFR Mannheim, jakiś obcy człowiek poklepał go mocno po ramieniu. To był Bobby Harms, trener od przygotowania fizycznego Ajaksu Amsterdam. Okazało się, że holenderscy skauci obserwowali Niemca już od ponad pół roku. Wpadł im w oko w czasie zwycięskiego spotkania z Borussią Dortmund (3-0). Ajax poszukiwał zawodnika na pozycję libero, po tym jak chęć opuszczenia klubu zgłosił Velibor Vasović, który miał wtedy odejść do PSG, ale ostatecznie musiał zakończyć karierę z powodów zdrowotnych. Transfer do Ajaksu to była chyba najlepsza rzecz, jaka mogła wówczas spotkać Blankenburga. W Amsterdamie trwała budowa zespołu, który niedługo potem całkowicie zdominował futbol na Starym Kontynencie. W tym okresie trenerami tej drużyny byli Rinus Michels oraz Stefan Kovacs. Obaj szkoleniowcy stworzyli z Ajaksu prawdziwą maszynę do wygrywania. W składzie nie brakowało wybitnych zawodników, którzy na trwale zapisali się w historii futbolu i do dzisiaj pozostają w pamięci kibiców. Johan Cruyff, Johan Neeskens, Ruud Krol czy Arie Haan – to tylko kilka nazwisk autorów tamtych sukcesów. Holendrzy grali futbol totalny, nastawiony na ofensywę, z wysoko ustawioną linią obrony. Takie ustawienie bardzo odpowiadało Blankenburgowi, który jako libero był równocześnie pierwszym rozgrywającym zespołu. Niemiec pojął holenderską filozofię futbolu jak mało kto. Kierowana przez niego linia defensywy do perfekcji opanowała umiejętność łapania rywali w pułapki ofsajdowe. Ajax rządził na boisku niepodzielnie – zarówno z przodu, jak i z tyłu. Widowiskowa gra przełożyła się na liczbę trofeów w klubowej gablotce. Trzy Puchary Europy (pod rząd), dwa Superpuchary Europy, Puchar Interkontynentalny, dwa mistrzostwa Holandii oraz dwa Puchary Holandii – pasmo sukcesów tej drużyny na początku lat siedemdziesiątych XX wieku zdawało się nie mieć końca. Ajax nie miał sobie równych a Blankenburg na swojej pozycji należał do najlepszych zawodników na świecie! Lecz mimo to, Helmut Schön, ówczesny selekcjoner reprezentacji Niemiec, regularnie pomijał go przy powołaniach do drużyny narodowej. Jaki był tego powód? Z perspektywy czasu można wymienić co najmniej kilka przyczyn. Schön był bezgranicznie zakochany w Bundeslidze. Zawodnicy, którzy ją opuszczali, musieli liczyć się z tym, że o powołanie do jego kadry będzie znacznie trudniej. Selekcjoner doprowadził tę zasadę niemal do granic absurdu. Podobno ciężko obraził się na innego świetnego piłkarza – Guntera Netzera – kiedy ten zdecydował się na transfer do … Realu Madryt. W reprezentacji Niemiec na pozycji libero występował w tym okresie słynny Franz Beckenbauer. To na pewno również nie ułatwiło Blankenburgowi drogi do kadry.
Z takim zawodnikiem z tyłu Schön mógł przecież spać spokojnie. Choć są i tacy, którzy twierdzą, że Blankenburg bił na głowę nawet samego Beckenbauera. Mało tego, dowodem na tę odważną tezę ma być fantastyczne zwycięstwo Ajaxu nad Bayernem w ćwierćfinale Pucharu Europy w 1973 roku. Holenderska drużyna w pierwszym spotkaniu zagrała wtedy koncertowo i rozbiła Niemców 4-0! To był koszmar Seppa Maiera, Gerda Mullera i … samego Beckenbauera. Blankenburg miał osobistą satysfakcję, bo nikt nie miał wątpliwości, kto wypadł lepiej w pojedynku dwóch niemieckich libero. Ale nawet ten mecz nie przekonał Schöna. Właśnie wtedy zaczęto głośno mówić o konflikcie selekcjonera z Blankenburgiem. W 1973 roku libero Ajaksu został wybrany do symbolicznej drużyny składającej się z najlepszych europejskich piłkarzy. Co ciekawe, trenerem tej drużyny był… Helmut Schön. Podczas jednego z pokazowych meczów tego zespołu, Blankenburg miał usłyszeć od selekcjonera, że otrzyma szansę występu w narodowej reprezentacji. Tak się jednak nigdy nie stało. ,,Może byłem dla trenera niewygodny, bo zawsze mówiłem to co myślę. Nie ukrywam tego co siedzi w mojej głowie” – przyznał Blankenburg w jednym z wywiadów. Wiele wskazuje na to, że jego słowa są prawdziwe. Schön zawsze wpajał swoim zawodnikom, że musi cechować ich przede wszystkim pokora. Zresztą kilka lat później sam miał przyznać w rozmowie z dziennikarzem, że zwyczajnie nie lubił Blankenburga. Po wspaniałych pięciu latach w Ajaksie niemiecki libero powrócił do swojej ojczyzny. Choć z HSV wygrał jeszcze Puchar Zdobywców Pucharów i Puchar Niemiec, to jednak najlepsze lata miał już za sobą. Z czasem stał się zbyt słaby na Bundesligę i wyjechał do Szwajcarii, a później do Stanów Zjednoczonych. Karierę zakończył w niższej, regionalnej lidze niemieckiej w klubie – Hummelsbutteler SV. Niektórzy mówią, że Blankenburg czuł się bardziej Holendrem niż Niemcem. Przed Mundialem w 1974 roku Johan Cruyff miał nawet poprosić swojego kolegę, by wystąpił w zespole „pomarańczowych”. Jeśli tylko wyraziłby zgodę, formalności bardzo szybko zostałyby dopięte. Ale Blankenburg powiedział „nie”. Cały czas liczył po cichu na powołanie od Schöna… Nie uległ pokusie gry na Mistrzostwach Świata, choć tak naprawdę miał do tego pełne prawo. Holendrzy zawsze traktowali go jak swojego rodaka. Podobnie było też w 2000 roku, kiedy Blankenburg został zaproszony na uroczyste obchody stulecia Ajaksu. Świętowano z wielką pompą, oddając cześć najlepszym piłkarzom w historii klubu. ,,W Amsterdamie nigdy nie zapomnimy co zrobiłeś dla naszego klubu”– głosił transparent specjalnie przygotowany dla legendarnego niemieckiego zawodnika. Mało tego, w pobliżu starego stadionu Ajaksu znajduje się 11 mostów i każdy z nich został nazwany imieniem jednego z graczy, którzy w latach siedemdziesiątych dokonywali historycznych sukcesów. Nie brakuje tam też mostu Blankenburga. Dzisiaj bohater tej opowieści mieszka w Hamburgu. Podobno sporo czasu spędza na polu golfowym razem ze swoimi przyjaciółmi z boiska: Uwe Seelerem, Willym Schulzem i Manfredem Kaltzem. Choć jego kariera opływała w sukcesy, to podkreśla, że nie jest z niej w pełni zadowolony. Blankenburg należał jeszcze do tej grupy piłkarzy, dla których występ w koszulce narodowej reprezentacji znaczy więcej niż niejedno klubowe trofeum…
Któryś z użytkowników swego czasu przeprowadzał ranking najlepszych piłkarzy w historii futbolu na poszczególnych pozycjach i ewidentnie pominął Horsta Blankenburga(nawet w kandydaturze), co dla mnie jest niemal skandalem!
9
Panie i Panowie, entuzjaści futbolu, śpieszę przypomnieć iż dzisiaj swoje 76 urodziny obchodzi bodaj najlepszy środkowy obrońca w dziejach futbolu a mianowicie Horst Blankenburg. A któż to taki, zapytacie? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w odpowiedzi na mój komentarz.
@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
9
Argentina Campeon po raz 15-ty w historii!
Dokładnie 2 lata temu Argentyna triumfuje w Copa America, mistrzostwach Ameryki Południowej. W finale Lionel Messi i spółka pokonali ekipę Brazylii 1:0. Jedynego gola meczu zdobył w 22. minucie Angel Di Maria. Dla Lionela Messiego, jednego z najlepszych piłkarzy świata, to pierwsze w karierze trofeum zdobyte z reprezentacją Argentyny. Napastnik został uznany najlepszym zawodnikiem Copa America 2021, ponadto razem z Kolumbijczykiem Luisem Diazem sięgnął po tytuł króla strzelców imprezy: obaj zdobyli po cztery gole a Argentyńczyk zanotował dodatkowo pięć asyst. W finale Copa America Messi nie wpisał się jednak na listę strzelców. Jedyną(i zwycięską) bramkę meczu zdobył Angel Di Maria, który w 22. minucie otrzymał precyzyjne podanie od Rodrigo De Paula i przelobował bramkarza Edersona. W 88. minucie Messi miał szansę przypieczętować sukces, ale potknął się w sytuacji sam na sam z Edersonem, próbując minąć go dryblingiem. Kilka minut później słynny Argentyńczyk cieszył się z pierwszego trofeum zdobytego z drużyną narodową (nie licząc złotego medalu igrzysk w Pekinie w 2008 roku, wywalczonego z reprezentacją olimpijską). Poprzednie cztery finały wielkich turniejów z jego udziałem były dla "Albicelestes" przegrane: mistrzostwa świata 2014 oraz Copa America 2007, 2015 i 2016. Argentyńczycy sięgnęli po tytuł mistrzów Ameryki Południowej po raz piętnasty w historii, wyrównując rekord Urugwaju. Długo jednak czekali na nowe trofeum: poprzednio triumfowali w Copa America w 1993 roku. Broniący trofeum Brazylijczycy ponieśli natomiast pierwszą porażkę od trzech lat, gdy w ćwierćfinale mistrzostw świata w Rosji przegrali z Belgią 1:2. Po raz pierwszy również nie wygrali Copa America jako gospodarze a wystąpili w tej roli po raz szósty. Gwiazdor ekipy "Canarinhos" Neymar schodził z boiska ze łzami w oczach. W jego kolekcji wciąż nie ma trofeum Copa America. Składy historycznego triumfu:
Brazylia: Ederson – Danilo, Marquinhos, Thiago Silva, Renan Lodi (76. Emerson) – Casemiro, Fred (46. Roberto Firmino), Lucas Paqueta (76. Gabigol) – Richarlison, Neymar, Everton Cebolinha (63. Vinicius Junior).
Argentyna: Emanuel Martinez – Gonzalo Montiel, Cristian Romero (79. German Pezzella), Nicolas Otamendi, Marcos Acuna – Angel Di Maria (79. Exequiel Palacios), Rodrigo De Paul, Leandro Paredes (54. Guido Rodriguez), Giovani Lo Celso (63. Nicolas Tagliafico) – Lionel Messi, Lautaro Martinez (79. Nicolas Gonzalez).
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@Arkon
@AssisMoreira
0
Mimo iż nie widzieliśmy jak gra Luis Suarez, to trzeba wiedzieć(z relacji żyjących jeszcze naocznych świadków) że był to piłkarz bardzo dobry, w tamtych czasach zdecydowanie najlepszy Hiszpański zawodnik przez okres kilku lat, co świadczy choćby zdobycie przez niego Złotej Piłki. W pamięci wszystkich cules pozostanie absolutnie jednym z najwybitniejszych postaci barcelonismo. Cześć i chwała legendom Barcy! Spoczywaj w pokoju legendo...
0
@LucasW123 Kim jest ten Romeu? Gdzie grał i jak grał?
2
@FCBparasiempre
Rzymianin reprezentował barwy West Hamu do 2003 roku. W ostatnim sezonie spędzonym przez niego na Upton Park, Młoty zleciały z Premier League. Cieżko jednak winić za taki stan rzeczy Paolo, który przez znaczną część kampanii był odsunięty od składu przez menadżera Glena Roadera. Po sezonie przeniósł się na rok do Charlton Athletic, z którym wykręcił siódme miejsce w lidze. Najlepsze dla The Addicks od 50 lat. W sierpniu 2004 roku postanowił wrócić do ukochanego Lazio. Chciał pomóc macierzystemu klubowi, który pogrążył się w kłopotach finansowych. Kilka lat spędzonych na Wyspach Brytyjskich pozwoliło mu zaistnieć i pozostać w świadomości kibiców na lata. ,,Ten kraj ożywił moją karierę. Wprowadził mnie w nowy rodzaj piłki nożnej. To był styl gry, który prawdopodobnie nosiłem w sobie przez całą piłkarską karierę. Serie A nie potrafiło go ze mnie wydobyć. We Włoszech czułem się inny. Tutaj mogę być sobą”- Tak mówił jeszcze w czasie pobytu w Anglii. Trudno mu nie przyznać racji. Premier League stanowiła wówczas azyl dla wszelkiej maści piłkarskich banitów, a on wspaniale się odnalazł jako aktor tego brawurowego show. W Lazio spędził po powrocie dwa sezony. Był ważną postacią zespołu, ale jego gra została przyćmiona przez pozaboiskowe wybryki. Przytoczony wcześniej salut, wykonany po spotkaniu z Romą to nie był jedyny taki występek byłego piłkarza West Hamu. Wyprostowana prawa ręka Di Canio była przez niego traktowana jak niewinna cieszynka. Prowokował w ten sposób jeszcze kilkukrotnie. Chociażby w meczach z Torino i Livorno, którego kibice słyną ze skrajnie lewicowych poglądów. Dla radykałów z trybun stał się idolem, dla klubowego zarządu zbędnym balastem. Właściciel biancocelestich, pan Claudio Lotitto postanowił zaoszczędzić sobie kolejnych skaz na wizerunku klubu i w 2006 roku zakończył tę kłopotliwą współpracę. Ostatecznie Paolo zakończył karierę dwa lata później, w międzyczasie kopiąc piłkę w trzecioligowym Cisco Roma. ,,Fascynuje mnie Mussolini. Myślę, że był głęboko niezrozumiałą jednostką. Oszukiwał ludzi. Jego czyny były często podłe ale wszystko to było motywowane wyższym celem. Był osobą opartą na zasadach.
Mimo to zwrócił się przeciwko swojemu poczuciu dobru i zła. Naraził na szwank swoją etykę”- Tak Di Canio pisał jeszcze w 2001 roku w swojej autobiografii. Kolejną pożywkę mediom dał w 2010 roku, kiedy wziął udział w pogrzebie Paolo Signorellego. Neofaszysty z ugrupowania Zbrojne Komórki Rewolucyjne, które było odpowiedzialne za zamach bombowy na dworzec w Bolonii, w którym życie straciło 85 osób. Rzesza ludzi pożegnała wówczas Signorellego, prezentując nad jego trumną rzymski salut.
CELA FAIT DES DÉCENNIES QUE CE CLUB EST GANGRENÉ PAR LE RACISME PRIMAIRE ENVERS UNE CULTURE DIFFÉRENTE..
PAOLO DI CANIO « CONNU POUR SES SYMPATHIES REVENDIQUÉES POUR LES IDÉES DE MUSSOLINI ET SES SALUTS FASCISTES ET NAZIS »
RAREMENT CONDAMNÉ C’EST AFFREUX #LAZIOOM #TEAMOM HTTPS://T.CO/RIE2GOPZAK PIC.TWITTER.COM/4FBXDBYBLJ — La Casa Del OM (@LaCasaDelOM) October 21, 2021
Pracę jako ekspert w telewizji Sky stracił za to przez zdjęcie, na którym widać było zdobiący jego ramię tatuaż. Uwiecznione na skórze słowo Dux to łaciński odpowiednik przydomka Benito Mussoliniego – Duce (wódz). ,,To wciąż było lato, dlatego nosiłem koszulkę polo. Robiliśmy wówczas krótkie video, i to zdjęcie było jego częścią. Gdybym ubrał wówczas garnitur, ta sprawa mogłaby nigdy nie wyniknąć. Takie życie. Co się stało? Moja duma została zraniona. Czułem się jak trędowaty. Ten tatuaż zrobiłem w Bolonii w 2000 roku. Grałem wtedy w Anglii, ale we Włoszech leczyłem kontuzję. Dla mnie Mussolini przedstawiał ideały odpowiedniego społeczeństwa, z zasadami, których każdy przestrzegał. Trzech moich braci głosowało na ugrupowania lewicowe. Phil Spencer mój angielski agent jest praktykującym żydem. Chodziłem nie raz do baru prowadzonego przez jego syna. Nie mam w sobie rasizmu”- Tak tłumaczył tamten incident.
Zanim Włoch zaczął pracować jako ekspert telewizyjny, marzył o karierze trenerskiej. Ukończył nawet w tym celu słynną szkołę Coverciano. Jako pierwsze, szansę zaprezentowania swojego talentu w roli menadżera, dało mu angielskie czwartoligowe Swindon Town. Tam pokazał się z niezłej strony, m.in. eliminując w FA Cup Wigan Athletic, grające wówczas w Premier League. Dzięki dobrym wynikom uzyskiwanym z ekipą The Robins pracę zaproponował mu Sunderland, również znajdujący się wówczas na najwyższym angielskim szczeblu rozgrywkowym. Jego zatrudnienie wzbudziło jednak niemałe kontrowersje. Oczywiście wszystko przez radykalne poglądy polityczne wychowanka Lazio. Ze stanowiska wiceprezesa Sunderlandu ustąpił David Miliband, który należał do Partii Pracy. Związek Zawodowy Górników postanowił natomiast symbolicznie zabrać ze Stadium of Light, które jest zbudowane na terenie byłej kopalni, swój sztandar jako akt sprzeciwu wobec nowego menadżera i jego niewygodnych poglądów. Rzymianin poprowadził Sunderland ostatecznie zaledwie w 13 meczach, zanim został zwolniony. Dużą cegiełkę dołożyli do tego podopieczni Włocha, którzy poskarżyli się zarządowi na nadmierne dokręcanie śruby przez menadżera. Więcej okazji do podjęcia pracy w roli szkoleniowca Di Canio nie otrzymał. Wiele wskazuje na to, że zła reputacja ciągnąca się za wychowankiem Lazio zamknęła mu wiele drzwi, a kluby nie chciały ryzykować zatrudnienia trenera z kłopotliwym życiorysem i poglądami. A co po latach sam Di Canio miał do powiedzenia na temat ideologii, którą się fascynował? ,,Czy w dalszym ciągu jestem faszystą? Nie jest tajemnicą, że zawsze mówiłem to, co myślę ale jeśli spytasz mnie o rasizm, antysemityzm czy popieranie Hitlera, to te rzeczy przyprawiają mnie o ciarki na plecach. Mogę zatem przyznać, że kiedyś byłem faszystą. Co się tyczy zaś Mussoliniego, miał kilka dobrych pomysłów, ale poparcie Hitlera doprowadziło do jego końca”. Di Canio nigdy nie było dane zagrać w narodowych barwach. Po raz kolejny trudno tutaj nie brać pod uwagę tego, że na przeszkodzie stanął trudny charakter Paolo. Gdy prezentował najwyższą formę, reprezentację Italii prowadził Giovanni Trapattoni, z którym Rzymianin pozostawał w konflikcie od czasu ich wspólnej pracy w Juventusie. Wcześniej Cesare Maldini ignorował przy powołaniach zawodników grających w Premier League, gdyż uważał, że Serie A zwyczajnie jest lepszą ligą. A czy piłkarskie CV Di Canio mogło wyglądać bardziej okazale? Oczywiście. Gdyby tylko włoski napastnik nie odrzucił oferty przejścia do Manchesteru United, którą otrzymał od sir Alexa Fergusona, kiedy znajdował się w najwyższej formie, grając dla West Hamu. Paolo twierdzi, że zrobił to, gdyż chciał być lojalny wobec klubu w którym mógł odbudować swoją karierę. Fergie w swojej autobiografii podaje bardziej prozaiczny powód – brak porozumienia w kwestii zarobków. Jaka jest prawda? Cóż, jaka by nie była, nie ulega wątpliwości, że chociaż możemy wymienić setki graczy, którzy byli lepsi pod względem umiejętności piłkarskich od Di Canio i mieli o wiele bardziej imponujące CV, to ilość wrażeń i niebanalnych historii, jakich dostarczał kibicom wychowanek Lazio, była tak olbrzymia, że moglibyśmy nią obdzielić tuzin graczy. A właśnie takich zawodników wspomina się latami!
9
@FCBparasiempre
Faszystowskie sympatie, pobicie arbitra, kłótnie z trenerami i kontrowersyjne wypowiedzi, ale także piękne gole, profesjonalne podejście do treningu i słynny gest fair play. Historia futbolu nie zna, wielu bardziej polaryzujących piłkarzy niż Paolo Di Canio. Przypomnijmy sobie wspólnie historię najlepszego Włocha, który nigdy nie przywdział reprezentacyjnego trykotu. I pomyśleć, że powyższy wstęp dotyczy chłopaka, który w dzieciństwie tak namiętnie obżerał się słodyczami, że koledzy z podwórka przezywali go kulą smalcu(palloca). Jeśli do tego dodamy fakt, że Paolo musiał nosić buty ortopedyczne i moczył w nocy łóżko, to nasze zdziwienie stanie się jeszcze większe. Traumatyczne doświadczenia z pierwszych lat życia Di Canio posłużyły jednak za proces, przypominający hartowanie stali. Młokos zacisnął zęby i wziął się za siebie. Wyszczuplał, nabrał tężyzny fizycznej i ukształtował tym samym swój niebanalny charakter. Często wybierał kręte ścieżki, krocząc pewnie przez życie. Bo jak inaczej nazwać kibicowanie Lazio, gdy mieszka się w dzielnicy zdominowanej przez fanów AS Romy? Zakazana miłość do Biancocelestich szybko przerodziła się w fanatyzm, okraszony dołączeniem do grupy kibicowskiej o nazwie Irriducibili. Najbardziej radykalnego odłamu stołecznych fanów. Wyjazdy na mecze, bójki i fascynacja ideologią faszystowską – która odcisnęła w przyszłości nieusuwalne piętno na jego karierze – stały się dla niego chlebem powszednim. Być może młody Paolo skończyłby jako członek rzymskiego półświatka, gdyby nie fakt, że tak samo jak kibicowskie życie kręciła go sama gra w piłkę. W dodatku jej kopanie wychodziło mu na tyle zgrabnie, że przebijał się przez kolejne szczeble kariery juniorskiej. Oczywiście w barwach ukochanego Lazio. W drużynie seniorów zagrał po raz pierwszy, mając 20 lat. Wówczas Biancocelesti tułali się po Serie B. Niebawem wrócili jednak na najwyższy szczebel rozgrywkowy, a Di Canio wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie. Gdy został bohaterem Stadio Olimpico, strzelając zwycięskiego gola w Derby della Capitale, zapowiadało się na to, że fani Lazio zyskali nowego, długoletniego idola, który wychowywał się wśród nich. Splot wielu niefortunnych wydarzeń sprawił jednak, że Paolo wkrótce opuścił rodzinny Rzym na długie lata. Pierwszym przystankiem w czasie włoskiej pielgrzymki Di Canio był Turyn. W ekipie Juventusu Paolo spędził trzy lata. Mając jednak za rywali do gry w pierwszym składzie takie tuzy piłkarstwa jak: Gianluca Vialli, Roberto Baggio czy Pierluigi Casiraghi, młody buntownik z Rzymu miał problem z tym, by na stałe przekonać do siebie trenerów. W dodatku szkoleniowcy starali się przekwalifikować go, a to na skrzydłowego, a to na podwieszonego napastnika, co nie sprzyjało jego stabilizacji w zespole. Przygodę Di Canio z Juve zakończyła kłótnia napastnika z Giovannim Trapattonim, w której czasie niemal doszło do rękoczynów. Trudny charakter rzymianina objawił się po raz kolejny, gdy ten dołączył do innego giganta Serie A. Poprzez Neapol i roczną grę w miejscowym Napoli, Paolo zawędrował do Mediolonu, by reprezentować barwy Rossonerich. W Milanie doszło do powtórki z rozrywki. Tym razem jednak Carlo Ancelotti i Di Canio musieli być rozdzielani przez resztę drużyny. Takie występki wychowanka Lazio spowodowały, że na stałe przylgnęła do niego łatka zawodnika o wybuchowym charakterze, trudnego do prowadzenia. W Italii nie mógł już liczyć na angaż w żadnym poważnym klubie. Rzymski banita musiał opuścić już nie tylko Wieczne Miasto, ale też cały półwysep Apeniński. Zbliżał się do trzydziestki i wydawało się, że świat piłki zapamięta go jedynie jako kłótliwy, niespełniony talent. Latem 1997 roku Di Canio parafował umowę z Celtikiem. Rok spędzony na Parkhead był dla niego pod względem piłkarskim bardzo udany. Zagrał w barwach The Bhoys 37 razy i zdołał ustrzelić 15 goli, a Stowarzyszenie Piłkarzy uznało go za zawodnika sezonu w lidze szkockiej. Niestety wraz z wysoką formą nie poszła w parze zmiana sfery mentalnej włoskiego buntownika. Inaczej mówiąc– Di Canio pozostał sobą.
W meczu z Hearts dostał czerwoną kartkę, gdy zaczął przepychać się z graczami rywala, chcąc zabrać piłkę na środek boiska po celnie wykonanym rzucie karnym. Natomiast w czasie Old Firm Derby spiął się z piłkarzem Rangersów Ianem Fergusonem tak, że po końcowym gwizdku arbitra koledzy z zespołu musieli go trzymać siłą, by nie narobił głupot. Mimo to Włoch i tak został wezwany do pokoju arbitrów, gdzie obejrzał drugą żółtą kartkę. Gdy w przerwie pomiędzy sezonami klubowi włodarze nie zgodzili się na żądanie Paolo, który domagał się podwyżki, wychowanek Lazio postanowił wytłumaczyć kolegom z zespołu i sztabowi szkoleniowemu, dlaczego od dekady nie potrafią zdetronizować Rangersów. ,,Wiecznie przegrywamy z Rangersami, bo jesteście gówniani! Dajecie gówniane podania i jesteście gównianymi piłkarzami. To wszystko jest gówno warte!” Te słowa musiały podziałać mobilizująco na resztę ekipy The Bhoys, gdyż rok później odzyskali mistrzowski tytuł. Oczywiście już bez Di Canio w składzie. Rzymianina zastąpiono Henrikiem Larssonem, który niebawem wyrósł na największą gwiazdę zespołu i idola trybun, w związku z czym po Włochu raczej nikt na Celtic Park nie płakał. Wychowanek Lazio postanowił pozostać w Wielkiej Brytanii. Zamienił jednak Szkocję na Anglię i podpisał kontrakt z Sheffield Wednesday. W barwach The Owls znów zaliczył dobry debiutancki sezon, strzelając 12 goli w rozgrywkach Premier League. A później? Wszystko po staremu. Protokół o kryptonimie- „rozkochać w sobie kibiców i zburzyć pomnik” – został odpalony po raz kolejny. Di Canio następną kampanię ligową również zaczął z przytupem, zdobywając trzy gole w sześciu pierwszych spotkaniach sezonu. Aż nadszedł feralny mecz z Arsenalem… Gdy w czasie spotkania doszło do scysji pomiędzy Patrickiem Vieirą i Wimem Jonkiem, pierwszy na odsiecz Holendrowi ruszył oczywiście Di Canio. Odepchnął Francuza, a chwilę później wziął się za łby z innym Kanonierem – Martinem Keownem. Gdy arbiter Paul Alcock ukarał obydwóch piłkarzy czerwonymi kartonikami, Paolo postanowił wyrazić swoje niezadowolenie z tej decyzji… odpychając sędziego i powodując jego upadek. Oczywiście tak idiotyczne zachowanie Włocha musiało się skończyć poważnymi konsekwencjami. 11-meczowa dyskwalifikacja i 10 tysięcy funtów kary to jedno. Działacze z Sheffield postanowili jednak, że Di Canio już więcej w barwach The Owls nie zagra. Paolo zostawił za sobą spaloną ziemię w kolejnym klubie i wydawało się, że już nikt więcej nie zaryzykuje zakontraktowania gracza, który bardziej niż regularne strzelanie goli, gwarantował permanentne kłopoty dyscyplinarne. I wtedy pojawił się Harry Redknapp. Cały na biało. A przynajmniej tak mógł go widzieć sam Di Canio, gdyż fani prowadzonego przez doświadczonego Anglika West Hamu, wymownie pukali się w czoło. Wszak menadżer Młotów wydał półtora miliona funtów na 31-letniego gościa, który zdawał się być tykającą bombą. Jak mawiał klasyk – a na co to komu? Sam Di Canio posypał głowę popiołem i przeprosił za ostatni incydent – Popełniłem duży błąd i przepraszam za to. West Ham dał mi szansę i jestem bardzo szczęśliwy – Te słowa włoski napastnik wypowiedział na pierwszej konferencji prasowej w nowym klubie. Redknapp dodawał – Wiem, że podpisując kontrakt z Di Canio wiele ryzykuję, ale on potrafi robić z piłką rzeczy, o których zwykli ludzie mogą tylko pomarzyć. Pomimo tego, że wychowanek Lazio nie byłby sobą, gdyby nie przysporzył nowemu menadżerowi masy problemów, to Redkanpp tej decyzji nigdy nie pożałował. Kultowa koszulka Młotów z reklamą Dr. Martensa i logiem firmy FILA, jako sponsora technicznego klubu oraz pełna pasji i determinacji, wiecznie wkurzona twarz Di Canio mogłyby służyć za symbol Premier League przełomu wieków. Szczególnie reklama wspomnianej, legendarnej firmy obuwniczej, produkującej popularne glany, tak ukochane przez subkulturę skinheads, dopełnia tutaj tę mieszankę wybuchową, gdy weźmiemy pod uwagę ciągotki ideologiczne buntownika z Rzymu. Wszystko to jednak nie miałoby znaczenia, gdyby włoski napastnik nie potrafił się odnaleźć na Upton Park. On jednak wykorzystał daną mu przez Redknappa szansę na maksa, stając się czołową postacią Premier League przełomu wieków. 16 ligowych goli strzelonych w 30 meczach. Pierwszy pełny sezon Paolo w barwach West Hamu był zarazem jego najlepszym w karierze. Wizytówką tamtej kampanii stał się przepiękny gol, strzelony przez Di Canio nożycami w meczu przeciwko Wimbledonowi. Bramka ta regularnie znajduje się w przeróżnych zestawieniach, klasyfikujących najpiękniejsze trafienia w historii ligi angielskiej.
Znany z ciągłego przysparzania kłopotów Włoch, pokazał w czasie pobytu w Londynie, że jeśli chce, to może pełnić także rolę wzoru dla młodych piłkarzy. Rzymianin zasuwał na treningach za dwóch i prowadził ascetyczny styl życia. Zdrowo się odżywiał, nie pił alkoholu i odbywał dodatkowe, indywidualne jednostki treningowe. Zarazem tego samego wymagał od innych kolegów z zespołu. Oczywiście żelazny reżim ćwiczeń niekoniecznie był wpisany w kodeks zasad starych angielskich boiskowych weteranów. ,,Hej, szefie! (pieklił się) K**wa! rozgrzewamy się, powinniśmy się rozciągać, a Neil Ruddock opowiada o ruchaniu i piciu zeszłej nocy. Czy to w porządku? Nie, to nie w porządku! a Johnny Moncur rechocze, zamiast się skupić na treningu. O co tu k**wa chodzi?”- Tak Harry Redknapp wspominał w swojej autobiografii jeden z pierwszych treningów Paolo na Upton Park i zniesmaczenie Włocha postawą swoich nowych kolegów. Możemy podejrzewać, że profesjonalizm, jakim Di Canio odznaczał się w czasie treningów, odcisnął piętno na grupie utalentowanych młodych graczy, którzy otaczali go wówczas w ekipie ze stolicy Anglii. Wśród nich byli Frank Lampard, Rio Ferdinand, Joe Cole i Michael Carrick. Postacie, które kilka lat później stanowiły filary reprezentacji Trzech Lwów. Oczywiście Paolo nie stał się aniołkiem i nadal potrafił dać upust swoim emocjom w stylu przywodzącym na myśl rozzłoszczonego byka. Jak wtedy, gdy zdemolował szatnię w przerwie meczu Pucharu Ligi, po tym, jak bramkarz Shaka Hislop zwrócił mu uwagę, że nie ustawił muru przy rzucie wolnym, po którym Młoty straciły gola. Najlepszym przykładem jego częstej huśtawki nastrojów był jednak mecz przeciwko Bradford, rozegrany w lutym 2000 roku. Wówczas to Di Canio sfrustrowany postawą sędziego – który jego zdaniem pozwalał na zbyt ostrą grę wobec niego – zasygnalizował w pewnym momencie Redknappowi, że chce, by menadżer ściągnął go z boiska, po czym usiadł obrażony za linią boczną. Bradford prowadziło wówczas 4-2, a w czasie szopki odstawianej przez Włocha, obiło dodatkowo słupek bramki The Hammers. W tym momencie sprawy w swoje ręce biorą kibice, zgromadzeni na Upton Park. Cały stadion na melodię piosenki “La donna è mobile”, zaczyna skandować imię i nazwisko swojego krnąbrnego idola. Di Canio wraca na boisko. Chwilę później Joe Cole jest faulowany w polu karnym, a arbiter w końcu wskazuje na jedenasty metr. Piłkę na wapnie chce ustawić Frank Lampard, ale włoski napastnik postanawia kolejny raz tego wieczora skraść show. Bezceremonialnie wyrywa piłkę z rąk młokosowi i samemu wymierza sprawiedliwość. Kilka minut później jest już remis po golu Cole’a. Siedem minut przed końce meczu Di Canio asystuje do Lamparda, a ten daje wygraną gospodarzom. Buntownik z Rzymu pisze kolejny niesamowity scenariusz. Zresztą jeśli wpiszecie w przeglądarkę internetową nazwisko Di Canio, wujek google wyświetli wam na dwóch pierwszych miejscach dwie skrajnie różne podpowiedzi. Dwie sytuacje, z których Di Canio zasłynął najbardziej, a które dobitnie pokazują z jak niejednoznaczną postacią mamy do czynienia. Pierwsza? Grudzień 2000 roku i mecz West Hamu z Evertonem. Di Canio dostaje dobre dośrodkowanie. Ma przed sobą pustą bramkę, ale zauważa, że bramkarz Paul Gerrard leży kontuzjowany poza polem karnym. Łapie piłkę w dłonie, nakazuje przerwać akcję i udzielić pomocy golkiperowi rywala. Dostaje za ten gest nagrodę Fifa Fair Play. Druga sytuacja? Chyba jeszcze bardziej znana, gdyż związana jest z tytułowym piętnem faszysty. Paolo zasłużył na nie kilkoma wydarzeniami, o których napiszę później, ale ta najbardziej znana miała miejsce w styczniu 2005 roku, już po powrocie napastnika do macierzystego Lazio. Di Canio znów strzelił gola w zwycięskich dla Biancocelestich Derbach Rzymu, ale nie to było tego wieczora najważniejsze. Już po spotkaniu świat obiegły zdjęcia Paolo, który świętował wygraną na murawie Stadio Olimpico, pozdrawiając trybunę najzagorzalszych fanów poprzez rzymski salut. Starzy znajomi z Irriducibili pogrążyli się w ekstazie. Reszta świata patrzyła na to zszokowana i zniesmaczona. Dwa wydarzenia, dwie różne postawy. Di Canio jako krzewiciel najpiękniejszych idei sportu. Di Canio w geście przywodzącym na myśl najczarniejsze rozdziały nowożytnej historii.
5
Piłkarz z piętnem faszysty:
@AssisMoreira
@Arkon
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
13
Wspominamy ,,nasze” żywe legendy:
9 lipca 2003 r. Duma Katalonii zaprezentowała nowego zakontraktowanego piłkarza, którym był Rafael Marquez. Urodzony w 1979 r. meksykański środkowy obrońca i defensywny pomocnik nie bez powodu otrzymał od rodaków pseudonim ,,Cesarz”. Kariere rozpoczął w Atlasie Guadalajara, lecz już w 1999 r. trafił do AS Monaco. Po 4 latach w Księstwie przeniósł się na Camp Nou. ,,Będę wzorował się na Puyolu” – przekonywał Meksykanin. Bardzo szybko został łącznikiem pomiędzy formacjami: defensywną i pomocy a z czasem idealnym partnerem Puyola, z którym stworzył zapore nie do przejścia w drodze po podwójną koronę w sezonie 2005/2006. Miał też swój wkład w grę drużyny ,,sześciu pucharów” z 2009 r., choć nie wystąpił w żadnym z finałów w tamtym roku. Spory wpływ na spadek jego formy miały kontuzje. W końcu w 2010 r. odszedł z Blaugrany do New York Red Bulls. W barwach Dumy Katalonii rozegrał 242 mecze strzelając 13 goli, w tym także kilka z rzutów wolnych. W mojej subiektywnej opinii Rafael Marquez jest trzecim(po Puyolu i Pique) najlepszym defensorem Barçy XXI wieku.
@Arkon
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
@Symson
12
Debiut wybitnej legendy FC Barcelony:
9 lipca 1939 r. w towarzyskim spotkaniu z Deportivo Alaves, przegranym przez Barçe 2:4, zadebiutował legendarny, genialny napastnik Cesar Rodriguez, strzelając jednocześnie jednego z goli w tym debiucie.
@Symson
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Monix10
@Mixtape
@kamyk_23
@Arkon
9
Historia Klasyków:
7 lipca 1912 r. w Brazylii odbył się pierwszy piłkarski Klasyk Fla – Flu; Fluminense pokonało Flamengo 3:2. Był to mecz brutalny i pełen nagłych zwrotów akcji, które wielu kibiców o mały włos nie przyprawiły o zawał serca. Loża honorowa tonęła w kwiatach, owocach i piórach a zasiedli w niej najznamienitsi kawalerowie i damy. Po każdym golu panowie rzucali na boisko swoje słomiane kapelusze, panie upuszczały wachlarze i mdlały z powodu gorąca i zbyt ciasnych gorsetów. Drużyna Flamengo powstała na krótko przed tym pamiętnym meczem, w wyniku rozłamu, do jakiego doszło w klubie Fluminense. Rozstanie odbyło się w gorącej i wrogiej atmosferze. Szybko okazało się że ojciec powinien był w kołysce zadusić pyskatego syna ale było już na to za późno. Fluiminense wyhodowało na własnej piersi hydre, swoje przekleństwo. Od tamtej pory opuszczony ojciec i zbuntowany syn szczerze się nienawidzą. Każdy klasyk w wykonaniu tych dwóch zespołów jest kolejną bitwą w niekończącej się wojnie. Oba kluby kochają to samo miasto Rio de Janeiro – leniwe, grzeszne, które ospale daje się wielbić i czerpie rozrywkę z tego że nie ulega żadnemu z nich. Ojciec i syn walczą o kochanke prowadzącą z nimi własną gre. O nią się biją a ona pojawia się na kolejnych pojedynkach odświętnie wystrojona.
@Sensible
@Rastafarnianin
@patataj
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@kamyk_23
@MesQueUnClub96
@AssisMoreira
@Arkon
10
Legendarny snajper FC Barcelony:
7 lipca 1935 r. znakomity kataloński napastnik Josep Escola strzelił w wygranym meczu FC Barcelony z Real Union Club de Irun(11:1) 9 goli! Był to ostatni towarzyski mecz sezonu 1934/35. Wartym podkreślenia jest fakt iż Escola strzelił wszystkie gole w zaledwie 60 minut. Escola był rewelacyjnym napastnikiem jednak pamiętajmy iż był to tylko mecz towarzyski.
@Arkon
@AssisMoreira
@kamyk_23
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Sensible
7
@FCBparasiempre
6 lipca 1991 r. rozpoczęła się 35-ta w historii edycja Copa America. Po raz kolejny gospodarzem imprezy było Chile. Tym razem były to pierwsze rozgrywki transmitowane przez satelitę na cały świat. Telewizyjny przekaz docierał także do Polski. Brazylijska firma Traffic wykupiła prawa do transmisji za 1,7 miliona dolarów. Turniej zorganizowano w kilku miastach. Uczestników podzielona na 2 grupy. W pierwszej zmierzyły się Argentyna, Chile, Paragwaj, Peru i Wenezuela; w drugiej Brazylia, Urugwaj, Kolumbia, Ekwador i Boliwia. Utrzymano też w mocy regulamin sprzed 2 lat, wedle którego po dwie najlepsze drużyny tworzyły pule finałową. Argentyna była zdecydowanym faworytem nie tylko pierwszej grupy ale i całych mistrzostw. Głodna sukcesu(ostatni raz tytuł zdobyła w roku… 1959!) przywiozła do Chile niezwykle silną, doskonale przygotowaną ekipe, którą trenował nowy trener Alfio Basile. Musiał on obyć się bez ,,boskiego” Diego, bowiem wiele zdawało się wówczas wskazywać iż kapryśny Diego na finałach MŚ’90 zakończył przygodę z wielką piłką. W bramce stał bohater sprzed roku, jeden z trzech ludzi, oprócz Maradony i Caniggi, którym dosyć bezbarwna Argentyna zawdzięczała wicemistrzostwo świata. To 27-letni Sergio Goycochea, niezrównany obrońca rzutów karnych, człowiek o sprężystości i refleksie pantery. Na środku obrony niczym latarnia morska trwał od lat godny następca Passarelli, kapitan drużyny Oscar Rugeri. W reprezentacji rozegrał 95 meczów, strzelając bodaj 7 goli. Zdobył mistrzostwo świata 1986 i wicemistrzostwo 1990 oraz Copa America 1991 i 1993. Niezwykle silna, wyrazista osobowość, mocny psychicznie, idealny kapitan i lider zespołu. Obrońca zdecydowany, twardy, sprawny, szybki i nieustannie wspierający atak. Wyżej od niego skakał tylko niezrównany Passarella. W życiu prywatnym cichy, skromny, bez reszty oddany rodzinie a na boisku jego wybuchowy temperament eksplodował niczym gejzer. W pomocy wybijał się zwłaszcza wysoki, jasny szatyn, 22-letni Dario Franco, pracowity, wydajny fizycznie, bardzo pożyteczny dla zespołu i skuteczny w destrukcji. Świetne warunki sprawiały że równie ochoczo włączał się do akcji zaczepnych a głową strzelał silnie i precyzyjnie. Zadania typowo ofensywne spełniał Diego Simeone. Ten utalentowany młodzian to syn Carmelo Simeone, w latach 50-tych i 60-tych doskonałego prawego obrońcy Velez, Boca i reprezentacji. Jednak młody Diego dziedzicząc w prostej linii futbolową tradycje, skalą zdolności chyba przerósł ojca. Znakomity technik i strzelec, zwrotny, szybki, momentami nadużywał dryblingu, zapominając o czekających na podanie partnerach. Kiedy zdołał poskromić wybujały egoizm, jego wielkie umiejętności grały na korzyść drużyny. To był typ piłkarza zdolny jedną niekonwencjonalną akcją przesądzić losy meczu. Dosyć nieoczekiwanie wielką rewelacją i odkryciem tego turnieju okazał się dokoptowany niemal w ostatniej chwili Leonardo Rodriguez. 20-letni chłopak miał jedną ceche na wage złota, otóż potrafił zmylić czujność obrońców, błyskawicznie przyspieszyć i w pełnym biegu posłać centre tak dokładną że obsłużonemu w ten sposób partnerowi wystarczyło przyłożyć do piłki noge lub głowe. Jego mierzone dośrodkowania bardzo często otwierały drogę do bramki. Rzecz jasna na tym nie kończyły się walory Rodrigeuza. Umiał mądrze rozegrać piłke w środku pola, zmienić rytm gry a uderzenie posiadał ,,wymowne”. Na chilijskich stadionach rozgrywał życiowe partie. W ataku Basile dysponował duetem, o jakim może tylko pomarzyć każdy trener. Atuty chyżonogiego Caniggi znane już były całemu światu. Teraz u jego boku pojawił się młodzian równie przystojny, o włosach niewiele krótszych a był nim Gabriel Batistuta. Harmonijnie zbudowany, bardzo sprawny i szybki, wszystkie dodatkowe zdolności podporządkował temu, co stanowi kwintesencje futbolu: zdobywanie goli. Technike strzału doprowadził do absolutnej perfekcji, bez różnicy czy uderzał lewą czy tez prawą nogą, z wolnego, karnego bądź też w pełnym biegu. Mocno trzymający się w ,,siodle” potrafił dopiąć swego, nawet mając na karku napierających na niego obrońców. Podczas turnieju Gabriel trafił z dyspozycją strzelecką w sam punkt i z 6 golami został goleadorem imprezy. Z takimi asami atutowymi trener Basile mógł sobie pozwolić na wszystko. W mniej ważnych meczach dowolnie eksperymentował ze składem. Albicelestes szli niepowstrzymanie od zwycięstwa do zwycięstwa. Grając na ,,ćwierć gwizdka” rozprawiła się 3:0 z Wenezuelą, w twardym boju pokonała 1:0 bardzo tym razem mocne Chile, rozgromiła Paragwaj 4:1 i w rezerwowym składzie nie dała szans Peru(3:2). O drugie premiowane miejsce gospodarze zmagali się z Paragwajem, prowadzonym przez znakomitego ongiś piłkarza, zdobywcę Copa America w 1979, Carlosa Kiee. Teoretycznie zgromadził on całkiem niezłych zawodników na czele z legendarnym Jose Luisem Chilavertem. Mimo to zgranie zespołu szwankowało, obrona interweniowało nerwowo, no i kondycyjnie ,,Guarani” nie wytrzymali trudów imprezy. Wysoka porażka z Chile(0:4) wyrzuciła ich za burte. Jeszcze słabiej zaprezentowało się Peru, grające futbol jak zwykle miły dla oka ale mało zdecydowany a zwłaszcza w obronie niefrasobliwy. Gospodarze turnieju ulegli tylko rewelacyjnej Argentynie, pokonując pozostałych przeciwników. Grali ostro, z ogromną determinacją ale też pokazali naprawdę dobrą, widowiskowa piłke. W ataku szalał postrach wszystkich obrońców na obu kontynentach Ivan Zamorano. Ten napastnik zasmakował już występów w Copa America 1987 ale był wówczas tylko skromnym rezerwowym. Rozgrywka w drugiej grupie była bardziej emocjonująca i obfitowała w nie lada dramaty. Wydawało się że obrońca tytułu Brazylia, poradzi sobie łatwo, lecz ekipie Roberto Falcão szło jak po grudzie. Ledwo wymęczyła zwycięstwo z odważną Boliwią, z najwyższym trudem zremisowała z zawsze niewygodnym Urugwajem i gładko(0:2) przegrała z Kolumbią, ku zdumieniu obserwatorów ustępując jej także pod względem techniki. Do nie dawna było to w ogóle nie do pomyślenia! I oto jej losy zawisły na włosku. Dopiero desperacka szarża z kompletnie wyzbytym respektu Ekwadorem zapewniła Brazylijczykom awans. Nie pokazali oni niczego nadzwyczajnego. Komuś, kto przyglądał się szarpaninie, w jaką wikłali się Taffarel, Branco, Mazinho, Marcio Santos, Mauro Silva czy rai, do głowy by nie przyszło iż widzi w akcji przyszłych mistrzów świata. No może najwyżej Mauro Silva pokazał przebłyski wielkiego talentu. Lansowany na ,,drugiego Falcão” Neto zawiódł na całej linii. W ataku najgroźniejszy był grubonogi João Paulo, puszczający się w samotne długie rajdy. Jego pięknie zapowiadającą się karierę we włoskim Bari przekreśliło złamanie nogi. Do ostatniej chwili Brazylii zagrażał Urugwaj, chociaż ten niczym nadzwyczajnym nie zachwycił. Z kolei Kolumbie prowadził tym razem nie trener Maturana, lecz Luis Garcia. Miał wszelako ułatwione zadanie bowiem ,,odziedziczył” aż 10 zawodników występujących w Copa America przed dwoma laty. U boku Higuity, perei, Escobara, Alvareza, Valderramy i de avili pojawili się właściwie dwaj nowi nader obiecujący zawodnicy. Czarnoskóry Freddy Rincon oraz młodziutki, ledwie 19-letni Ivan Valenciano. Ma się rozumieć iż gra Kolumbijczyków obracała się wokół alfy i omegi zespołu, czyli Carlosa Valderramy, rozdzielającego piłki z matematyczną dokładnością. Wpadka z Urugwajem nie zmieniała faktu że to właśnie Kolumbia była najlepszym teamem rugiej grupy i ona też, wraz z Brazylią przeszła do puli finałowej dzięki korzystniejszej różnicy bramkowej, bowiem wszystkie 3 drużyny zebrały po 5 punktów. Jeszcze słowo należy się ambitnym jedenastkom Ekwadoru i Boliwii, grającym naprawdę lepszy futbol niż wskazywałyby na to miejsca w ostatecznej punktacji. Twarda Boliwia tyle wysiłku włożyła w zaszczytne remisy z Urugwajem i Kolumbią że świeższy na finiszu Ekwador rozłożył ją 4:0. Tak oto uformowała się finałowa czwórka: Argentyna, Brazylia, Chile i Kolumbia. Teraz już każdy musiał grać z każdym. Widownie Estadio Nacional rozgrzał szczególnie pasjonujący mecz dwóch kolosów- trzykrotnego mistrza świata z dwukrotnym. Bohaterem tego dramatycznego spotkania był skromny Dario Franco. Dwukrotnie po idealnych centrach Rodrigueza skakał wyżej od Ricardo czy Santosa i dwukrotnie piłka lądowała obok bezradnego Taffarela. Wprawdzie Branco w typowy dla siebie sposób huknął z rzutu wolnego z odległości ponad 35 metrów ale przypomniał o sobie najlepszy snajper turnieju Batistuta i było 3:1. João Paulo tylko zmniejszył rozmiary porażki(3:2). Brazylia przegrała po zażartej walce; sędzia z Paragwaju wyrzucił z boiska Caniggie i Enrique oraz Mazinho, Marcio Santosa i Carece! Ale wreszcie zagrała w stylu chociaż cokolwiek przypominającym dawnych ,,Canarinhos’ i to był pozytywny przełom, chociaż przyszedł trochę zbyt późno. Podopieczni Falcão złapali drugi oddech i bez nadmiernych problemów uporali się zarówno z Chile, jak i z Kolumbią. Rozkręcili się Branco, Luis Enrique i niezwykle dynamiczny obrońca Cafu, zaś Renato Gaucho z Botafogo zamaszystymi zwodami wprost ośmieszał obrońców przeciwnika. Jednak argentyńska maszyna też nie zwalniała obrotów. Minimalnie tylko zacieła się w bezbramkowym meczu z gospodarzami, którzy dosłownie gryźli trawe Estadio Nacional, co zresztą przypłacili ogromnym ubytkiem sił ale już z Kolumbią ,,Albicelestes” udowodnili że nie mają godnych siebie rywali. Podczas rzęsistego deszczu, na grząskiej rozmytej murawie, taplając się w wodzie i błocie, pokazali futbol piękny i skuteczny. Kolumbijczycy nie chcieli pozostać dłużni. I oto na koniec imprezy, obie drużyny zafundowały 50-tysięcznej publiczności oraz milionom telewidzów wspaniałe widowisko. Valderrama popisywał się techniką zgoła baśniową; odebranie mu piłki graniczyło z nieprawdopodobieństwem. Szczwany lis Basile zalecił więc swoim graczom przemyślana taktykę. Kolumbijskiemu wodzirejowi pozostawiono ograniczoną swobode, obstawiając za to jego partnerów i przechwytując kierowane do nich podania. ,,Żółto-niebiescy” grali elegancki, estetyczny futbol, co skłoniło któregoś z obserwatorów do uwagi: ,,Tak właśnie grali Brazylijczycy ale to było 30 lat temu…”. Argentyńczycy paradoksalnie rzadziej utrzymywali się przy piłce, lecz nigdy nie stracili kontroli nad sytuacją. W razie potrzeby przyspieszali i błyskawiczna wymiana podań, jeden przerzut do Caniggi czy Batistuty momentalnie stwarzały zagrożenie pod bramka Higuity. Zderzyły się dwa style: subtelny, miękki, lekko archaiczny i pragmatyczny, nowoczesny, choć też nie pozbawiony nieco surowej urody. 2:1 dla Argentyny nie pozostawiało złudzeń, ,,co jest grane” we współczesnym futbolu. Team Basilego zademonstrował taką klase że komentatorzy szeptali o narodzinach wielkiego zespołu, który właśnie wyruszył na podbój świata i któremu, podobnie jak w 1978 i 1986, nikt nie stawi czoła. Tak więc Argentyna o jeden punkt nad Brazylią triumfuje po raz 13-sty w historii Copa America.