6

@FCBparasiempre
Często mówi się, że gospodarz mistrzostw świata powinien grać w turnieju możliwie jak najdłużej. Chodzi oczywiście o utrzymanie odpowiedniej frekwencji na stadionach i zainteresowania imprezą w kraju. Nie od dziś też wiadomo, że gospodarzom pomagają ściany. I nie chodzi tu tylko o doping własnych kibiców. Wielu z nas pamięta skandaliczne sędziowanie na mistrzostwach w 2002 r. Zastrzeżenia do pracy arbitrów można było mieć już jednak znacznie wcześniej. Jednym z pierwszych meczów, w których pan w czerni wyraźnie sprzyjał gospodarzom, było starcie Włochy – Hiszpania w 1934 r. Turniej organizowany w 1934 r. był pierwszą wielką sportową imprezą, w którą tak wyraźnie wkroczyła polityka. Rządzący Włochami Benito Mussolini chciał za wszelką cenę pokazać Włochy jako kraj mlekiem i miodem płynący. Kiedy w 1932 r. przyznano im organizację, duce powołał specjalną rządową komisję, która miała kontrolować przebieg przygotowań. Stadiony były gotowe na czas, a komunikacja działała bez zarzutu. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik, a świat miał się przekonać, że włoscy piłkarze są najlepsi na świecie. Prezydentem Włoskiej Federacji Piłkarskiej Mussolini mianował generała Giorgio Vaccaro. Był on niezwykle żywym i rzutkim organizatorem i doskonale orientował się w realiach sportowego życia Włoch. Pilnował, żeby zawodnikom i trenerowi Vittorio Pozzo niczego nie brakowało. Mussolini przed mistrzostwami powiedział Vaccaro, że włoska reprezentacja musi wygrać. Kiedy usłyszał w odpowiedzi, że piłkarze zrobią wszystko, co ich w mocy, rzucił w stronę rozmówcy, że to jest rozkaz. Liczyło się dla niego tylko zwycięstwo i to za wszelką cenę. Pierwszy mecz Włosi grali ze Stanami Zjednoczonymi. Duce kupił bilet tak samo, jak wszyscy inni miłośnicy piłki. Pozdrowił ich, a oni odpowiedzieli owacjami. Amerykanie mimo dojścia do półfinału na mistrzostwach w Urugwaju, nie byli wówczas zbyt silnym rywalem dla Squadra Azzura. Wzmocniona kilkoma oriundi drużyna Włoch, nie miała żadnych kłopotów z gośćmi zza oceanu i zdeklasowała ich, wygrywając aż 7:1. W ćwierćfinale starli się jednak z dużo bardziej wymagającym przeciwnikiem. Na ich drodze stanęli walecznie Hiszpanie. Podobnie jak dla Włochów, również dla piłkarzy z Półwyspu Iberyjskiego był to pierwszy występ na mistrzostwach świata. W swoim premierowym występie spotkali się z wirtuozami z Brazylii. Przybysze z Ameryki Południowej dotarli do Włoch statkiem. W trakcie podróży musieli stosować się do pewnych zasad. Nie wolno im było mieszać się z pasażerami pierwszej klasy i nie mogli trenować. Z tego względu część zawodników po piętnastodniowym rejsie miała problem z odzyskaniem właściwej formy fizycznej. Wymęczeni podróżą, mało ruchliwi i źle przygotowani Brazylijczycy nie byli w stanie przeciwstawić się dobrze zorganizowanym Hiszpanom i przegrali 1:3. Hiszpanie zaczynali coraz więcej znaczyć w światowym futbolu. W 1929 r. jako pierwsza drużyna z kontynentu pokonali dumnych Anglików. Rok później zwyciężyli w Bolonii z Włochami 3:2, a w eliminacjach do turnieju rozbili w dwumeczu Portugalię 11:1. Zwycięstwem nad Brazylią potwierdzili swoje duże ambicje. Poza bramkarzem nie mieli w składzie wielkich, międzynarodowych gwiazd. Nadrabiali to jednak zgraniem i zaangażowaniem. Obronę tworzyła para stoperów madryckiego Realu Jacinto Quincoces i Ciriaco Errasti. W środku pola piłki rozdzielali dwaj wybitni zawodnicy Athletic Club José Muguerza i Leonardo Cilaurren, których uzupełniał Federico Fede Sáiz z Deportivo Alavés. Na środku ataku brylował Isidro Lángara – jeden z najlepszych piłkarzy w historii Realu Oviedo. W zdobywaniu bramek wspierali go Luis Regueiro z Realu Madryt i trójka piłkarzy Athletic Club – Ramón de la Fuente Leal, José Iraragorri i Guillermo Gorostiza. Największą gwiazdą zespołu był jednak stojący między słupkami Ricardo Zamora – obok Plánički najlepszy wówczas bramkarz na świecie. Mając zawodnika takiego formatu za sobą, cała defensywa mogła grać dużo pewniej i spokojniej. Nad wszystkim miał czuwać trener Amadeo García de Salazar. Wcześniej prowadził zespół w zaledwie trzech meczach, ale za to wszystkie trzy były zwycięskie.

Włosi od czasu porażki z Hiszpanami w 1930 r. rozegrali 23 mecze i przegrali tylko trzy – dwukrotnie z Austrią i raz z Czechosłowacją. W pokonanym polu potrafili zostawić takie ekipy jak Węgry, Szwajcaria, Francja czy Niemcy. Za sukces należy też uznać remis z Anglią na własnym terenie. Dysponowali naprawdę wspaniałą drużyną i przez wielu fachowców byli uważani za głównych faworytów turnieju. W bramce grał Gianpiero Combi, który przez całą swoją karierę związany był z Juventusem. W defensywie występował duet Eraldo Monzeglio (Bologna) i Luigi Allemandi (Ambrosiana-Inter). W pomocy grali Mario Pizziolo (Fiorentina) i Armando Castellazzi (Ambrosiana-Inter), ale prawdziwą gwiazdą i liderem tej formacji był niezapomniany Luis Monti, który cztery lata wcześniej przed finałem Argentyna – Urugwaj miał otrzymywać wiadomości z pogróżkami. Był pierwszym z oriundich, których włoskie korzenie wykorzystano, żeby włączyć ich do kadry. Oprócz niego w Ameryce Południowej urodzili się grający na skrzydłach Enrique Guaita i Raimundo Orsi, który w 1928 r. zdobył z argentyńską reprezentacją srebrne medale w Amsterdamie. Środek ataku był zarezerwowany dla kolejnego wybitnego zawodnika. Był nim Angelo Schiavio, który przez całą karierę reprezentował Bolognę i do dzisiaj jest najskuteczniejszym strzelcem tego klubu. Obok niego występował Giovanni Ferrari z Juventusu i chyba największa gwiazda włoskiego calcio przed wojną – Giuseppe Meazza, który pod względem skuteczności w barwach narodowych, ustępuje tylko Silvio Pioli. Z ławki zespołem dyrygował charyzmatyczny Vittorio Pozzo. 31 maja o godzinie 15:00 belgijski sędzia Louis Baert dał sygnał do rozpoczęcia meczu. 30 tysięcy kibiców zgromadzonych na Stadio Giovanni Berta, który dziś nosi imię Artemio Franchi, oczekiwało kolejnego spokojnego zwycięstwa swoich pupili. Do Hiszpanii docierały relacje radiowe. Tam takiego optymizmu, jak wśród Włochów już nie było. Wierzono, że sukces jest możliwy, ale zdawano sobie sprawę z umiejętności rywali. Zgodnie z oczekiwaniami gospodarze od pierwszych minut ruszyli do ataku. Raz za razem na bramkę Zamory sunęły ataki włoskiej ofensywy. Hiszpanie sprawiali wrażenie jakby trochę onieśmielonych wielkością przeciwnika. Nie zdecydowali się na wymianę ciosów. Woleli się cofnąć pod własną bramkę i skupić się na defensywie. Amadeo García de Salazar doskonale zdawał sobie sprawę z atutów, jakie posiada zespół prowadzony przez Vittorio Pozzo. Grano systemem pucharowym, gdzie przegrywający odpadał. Jedna stracona bramka mogła więc oznaczać przegraną i pożegnanie z turniejem. Nie było więc miejsca na najmniejszy nawet błąd. Włosi miażdżyli rywali, wydawało się, że gole są kwestią czasu, ale mijały minuty, a wynik nie ulegał zmianie. Znakomite zawody rozgrywał Jacinto Quincoces, który doskonale dyrygował formacją obronną Hiszpanów. Cudów dokonywał Ricardo Zamora. Strzeżona przez niego bramka wydawała się zaczarowana. Zawodnicy Squadra Azzura oddali kilkanaście strzałów na bramkę rywali, mieli aż szesnaście rzutów rożnych, ale nie przynosiło to żadnych efektów. Prowadząc nieustanne ataki, zostawiali też coraz więcej miejsca Hiszpanom, którzy wyprowadzili kilka groźnych kontrataków. Jeden z nich, przeprowadzony w 31. minucie, przyniósł im nieoczekiwane prowadzenie. Lider formacji ofensywnej Hiszpanów– Isidro Lángara cały czas był pieczołowicie pilnowany przez Włochów. Wiedzieli o jego nietuzinkowych umiejętnościach, które potwierdził, strzelając pięć bramek Portugalii. Kiedy mijało pół godziny od rozpoczęcia gry, kolejny faul na hiszpańskim napastniku, zakończył się podyktowaniem przez sędziego rzutu wolnego. Odległość do bramki Combiego wynosiła 25 metrów. Sam poszkodowany, odczuwając skutki przewinienia rywala, nie zdecydował się pójść w pole karne, tylko sam wolał podawać piłkę kolegom. Castellati, który go pilnował, wrócił więc pod swoją bramkę, asekurując bramkarza. Nie zrozumiał się jednak do końca z Combim i kiedy Monzeglio przegrał walkę o górną piłkę z Luisem Regueiro, ten mógł spokojnie strzelić obok zdezorientowanego włoskiego golkipera. Szok i niedowierzanie na trybunach. 1:0 dla Hiszpanii. Pojedynek stawał się coraz bardziej zacięty. Gospodarze z jeszcze większą pasją i zaangażowaniem ruszyli do przodu. Hiszpanie coraz rzadziej przekraczali linię środkową boiska. Coraz bardziej skupiali się na utrzymaniu korzystnego rezultatu, ale do końca zostawała jeszcze godzina gry. Oba zespoły powoli zaczynały odczuwać trudy pojedynku. Gra się zaostrzyła. Z porozcinanych nóg lała się krew. Nie zawsze trafiano w piłkę, a uderzenie w kostkę czy łydkę solidnym, ciężkim piłkarskim butem musiało pozostawić ślad.

Do przerwy wynik nie uległ zmianie. Chwilę po wznowieniu gry belgijski sędzia odgwizdał rzut wolny dla Włochów. W pole karne zacentrował Mario Pizziolo. Angelo Schiavio, zamiast na piłce, to skoncentrował się na bramkarzu. Zwyczajnie przytrzymał Zamorę, dzięki czemu Giovanni Ferrari mógł wpakować piłkę do bramki. Kiedy futbolówka zatrzepotała w siatce, kibice nie posiadali się ze szczęścia. Początkowo sędzia nie uznał bramki, ale pod naciskiem Włochów zmienił zdanie. Zamora natychmiast podbiegł do arbitra, wyraźnie sugerując mu, że w tej sytuacji był faulowany. Poparli go oczywiście koledzy z drużyny, a do dyskusji włączyli się też Włosi. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Piłkarze się kłócili, a kibice, krzycząc, próbowali wywrzeć presję na Belgu. Ten nie chcąc samotnie podejmować decyzji, wolał skonsultować się ze swoim asystentem. Po chwili wskazał na środek boiska i mecz zaczął się niejako od początku. Hiszpanie wrócili do taktyki z pierwszych minut, która przyniosła im prowadzenie. Włosi nadal nie potrafili znaleźć sposobu na Zamorę. Hiszpan był już mocno poobijany, a mimo to w bramce dokonywał rzeczy niemożliwych. Gospodarze przeważali, ale wynik nie ulegał zmianie. Krótko przed upływem regulaminowego czasu Hiszpanie zdołali przeprowadzić jeszcze jedną szaleńczą akcję, a Ramón de la Fuente Leal pokonał Combiego. Okrzyk radości rozległ się w hiszpańskich domach, ale Baert po raz kolejny podjął kontrowersyjną decyzję. Mimo że Hiszpan minął czterech rywali, uznał, że był na pozycji spalonej i bramka nie została zaliczona. Już po mistrzostwach za nieudolne prowadzenie tego meczu, ukarała go jego własna federacja. Hiszpanie mieli dwóch bohaterów. Pierwszym był Zamora a drugim Quincoces, o którym pisano w samych superlatywach: ,,To niemożliwe by opisać jego waleczność. W meczu z Włochami uratował nas od straty trzech bramek. Nie sądzimy, aby ktokolwiek mógł się z nim równać”– pisano w magazynie Campeones. Po raz drugi w historii mistrzostw świata 90 minut nie przyniosło rozstrzygnięcia. W dogrywce poobijani i wyczerpani piłkarze obu drużyn nie byli w stanie zmienić rezultatu. 120-minutowy dreszczowiec dobiegł końca. Regulamin stanowił wówczas, że w takim przypadku konieczne jest powtórzenie meczu. 24 godziny później walka o półfinał zaczęła się od nowa. Na boisko wybiegły te same drużyny, ale nie takie same. W szeregach Włochów zabrakło czterech piłkarzy – Pizziolo, który złamał nogę, Castellaziego, Schiavio i Ferrariego. Zastąpili ich Attilio Ferraris z Romy, Luigi Bertolini i Felice Borel z Juventusu oraz kolejny z oriundich Attilio Demaría, który na co dzień występował w Ambrosiana-Inter. Hiszpanie ponieśli jeszcze większe straty i musieli wymienić aż siedmiu zawodników. Ciriaco Errastiego zastąpił w obronie Ramón Zabalo z Barcelony, a w środku zamiast Fede zagrał Simón Lecue z Betisu. Z ataku pozostał jedynie strzelec bramki Luis Regueiro. Na skrzydle zamiast Ramóna de la Fuente Leala wystąpił Martí Ventolrà, który na co dzień reprezentował barwy Barcelony, na środku Isidro Lángarę zastąpił Guillermo Campanal z Sevilli, Guillermo Gorostizę zmienił Crisant Bosch z Espanyolu, a zamiast José Iraragorriego zagrał Eduardo González Valiño Chacho, który był zawodnikiem Deportivo de La Coruña. Największym osłabieniem był jednak brak Ricardo Zamory w bramce. Poturbowanego bramkarza zastąpił młody Juan José Nogués z Barcelony. Włosi znowu nie mieli zamiaru przebierać w rodakach. Szwajcarski sędzia René Mercet pozwalał naprawdę na dużo. Na bramkę Hiszpanów sunął atak, za atakiem, ale zastępujący Zamorę Nogués spisywał się znakomicie. Musiał jednak skapitulować wobec bezpardonowych ataków gospodarzy. W 11. minucie rzut rożny wykonywał Orsi, a do piłki wyskoczył znakomity Giuseppe Meazza. Wepchnął głową piłkę do siatki, ale niemal stratował przy tym hiszpańskiego bramkarza. Protesty na nic się zdały. Sędzia bramkę uznał. Nie była to jedyna kontrowersyjna decyzja arbitra. Jeszcze w pierwszej połowie nie podyktował dwóch rzutów karnych dla Hiszpanów, a drugiej odsłonie nie uznał im dwóch bramek. Skoro Włosi mieli po swojej stronie arbitra, to trudno było nawiązać równorzędną walkę, tym bardziej że trzech hiszpańskich graczy odniosło kontuzje. Do końca spotkania wynik nie uległ zmianie. Do półfinału awansowali gospodarze, gdzie czekała na nich wspaniała drużyna Austrii. To starcie też przejdzie do historii. Hiszpanie z kolei, mając jedną z najlepszych drużyn w turnieju, musieli się z nim pożegnać. Cztery lata później, kiedy Włosi będą bronić mistrzowskiego tytułu, Hiszpania będzie ogarnięta wojną domową. Kolejny raz na mistrzostwach świata zagrają dopiero szesnaście lat później i to tamten występ przez lata będzie ich najlepszym na mundialach, ale to temat na inną opowieść.

0

Panie Hubercie Hurkaczu, pan masz zamiar tak do północy tak się bawić? Kończ pan wreszcie tego seta i wstydu oszczędź!

0

Pawełku, żyjesz!? Gdzież ty się podziewasz? Nie dość że ,,nasza" Argentina w środku tygodnia gra w mistrzostwach świata o 23:00, to jeszcze żadna polska telewizja tego meczu nie transmituje! Pawełku odzywaj się no troszki...

3

Strasznie męczy się ten nasz Hubert z ,,jakimś" Holendrem. W dodatku ta kamera na Eurosporcie jest w jakiś taki sposób ustawiona że ja mało kiedy widze te piłeczke!

9

Pierwszy w historii finał najważniejszego z pucharów:

31 maja 1961 r. FC Barcelona po raz pierwszy w historii zagrała w finale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Dramatyczny pojedynek z Benfica Lisbona zakończył się porażką 2:3. Już w 20 minucie genialny główkarz Sandor Kocsis wyprowadził Barçe na prowadzenie właśnie strzałem głową. Dziesięć minut później Portugalczycy wyrównali a po dwóch kolejnych minutach wyszli na prowadzenie po fatalnym błędzie Ramalletsa. Bramkarz Barçy tak niefortunnie wybijał piłke podbitą wysoko do góry przez swojego obrońcę że wrzucił ją sobie do bramki. W drugiej połowie wynik podwyższył mocnym strzałem z woleja zza pola karnego znakomity Mario Coluna i Blaugranie na nic się zdało jeszcze piękniejsze trafienie Czibora, który huknął z lewej nogi w samo okienko. W drugiej połowie meczu ataku serca doznał siedzący na trybunach prezydent Benfiki Mauricio Vieira de Brito. Takie nerwy nie mogły dziwić. W całym meczu piłkarze Barçy czterokrotnie trafiali w słupek bądź poprzeczke. Legenda głosi iż ten mecz walnie przyczynił się do zmiany przekroju obramowania bramki z prostokątnego na kolisty. Legenda legendą, jednak trzeba przyznać że jak ktoś ma pecha… to mu w drewnianym kościele spadnie cegła na głowę. Przecież wówczas Barça miała naprawdę silna pake(!) na czele z Luisem Suarezem, Sandorem Kocsisem, Evaristo de Macedo czy choćby wspomnianym Ramalletsem. W 1/8 tych rozgrywek Barça odprawiła z kwitkiem zawsze mocnego(wroga naczelnego) Real Madrid! No cóż, jak wiemy w futbolu trzeba mieć też dużo szczęścia a na stadionie Wankdorf w Bernie ewidentnie go ,,nam” zabrakło.





@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj

11

Zapomniane legendy światowego futbolu:
30 maja 1946 r. urodził się Dragan Džajić. Polska w latach 70-tych miała swojego Kazimierza Deynę, Czechosłowacja nieco wcześniej Josefa Masopusta, ale o nich się dzisiaj doskonale pamięta. Nieco inaczej jest z największą gwiazdą reprezentacji Jugosławii, którą był Dragan Džajić. Ten fantastyczny skrzydłowy przez wiele lat decydował o obliczu Crvenej Zvezdy Belgrad (305 meczów i 113 goli), a przez pewien czas czarował też swoim talentem kibiców francuskiej Bastii (56 gier i 31 goli). Przede wszystkim był jednym z największych asów reprezentacji Jugosławii (85 występów i 23 gole). Do legendy przeszły również jego rzuty wolne. Można nawet znaleźć opinię, według której Džajić miał być najlepszym lewonożnym wykonawcą rzutów wolnych w historii futbolu. ,,Dragan Dżajić to legenda jugosłowiańskiej piłki. Przede wszystkim fenomenalny drybler. Kiedyś BBC zrobiło film, pod tytułem „czarna kobra”, na którym pokazano kilkadziesiąt zwodów Dżajicia w miejscu i w biegu. Był wtedy zupełnie nie do zatrzymania. Gdyby wskazać dziś jakiegoś piłkarza, którzy prezentowałby namiastkę gry przypominającą to, co robił „Dzaja”, to byłby to Arjen Robben. Jego kariera jakoś się rozpłynęła, być może dlatego, że nie było kontynuacji w silnych zagranicznych klubach”– Włodzimierz Szaranowicz.

@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj
@Roni/VEB
@kamyk_23
@AssisMoreira

3

Igunia kochana, dajesz ,,czadu" i nie przestajesz!

15

Zapomniane legendy futbolu:
110 lat temu urodził się Geza Kalocsay, węgierski piłkarz grający na pozycji napastnika, reprezentant Czechosłowacji i Węgier, oraz trener(w latach 1966–1969 trener Górnika Zabrze). W Mistrzostwach Świata 1954 był asystentem trenera Gusztáva Sebesa, twórcy Złotej Jedenastki. Géza stale łączył rozwój sportowy z rozwojem intelektualnym. W życiu zadbał o sukcesy zarówno piłkarskie, jak i naukowe. Do tych pierwszych niewątpliwie można zaliczyć udział w Mistrzostwach Świata w 1934 roku w barwach Czechosłowacji (Kalocsay dopiero w 1940 r. zadebiutował w reprezentacji Węgier) a do drugich fakt, że był doktorem prawa. W Zabrzu prowadził piłkarzy twardą ręką, co przynosiło znakomite efekty. W wywiadzie dla katowickiego Sportu Jerzy Gorgoń stwierdził: Kalocsay dawał w kość. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z Górnikiem, po treningu wszyscy szli do szatni a mnie jeszcze gonił kilkanaście kółek i robił dodatkowe zajęcia. Buntowałem się. Mówiłem, że mam niższe od wszystkich stypendium a pracuję za trzech ale miał rację, zrobił ze mnie piłkarza. Zawodnicy ówczesnej ekipy zgodnie stwierdzają, że Węgier jako pierwszy w polskiej lidze przykładał wielką wagę do piłkarskiej taktyki. Ponadto wspominają, że był najbardziej wymagającym trenerem, z jakim kiedykolwiek mieli przyjemność pracować. Pod jego skrzydłami Zabrzanie wywalczyli Mistrzostwo Polski w 1967 roku, jednak kibice pamiętają go przede wszystkim dzięki wspaniałym występom Górnika w europejskich pucharach. To on był architektem drużyny, która w sezonie 1969/70, już pod wodzą Michała Matyasa, awansowała do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, ulegając minimalnie Manchesterowi City 1:2. Dwa lata wcześniej Zabrzanie sprawili niebywałą sensację, pokonując 1:0 drugi z wielkich klubów z Manchesteru. United w tamtym sezonie sięgnęli po Puchar Europy a ich porażka ze Ślązakami w 1/4 finału była jedyną w drodze po triumf (w pierwszym meczu wygrali 2:0 i awansowali do półfinału). Bilans Górnika w europejskich pucharach pod wodzą Kolocsaya jest naprawdę imponujący: 15 meczów, 10 zwycięstw, 2 remisy i 3 porażki, przy bilansie bramkowym 30:16. Ciekawy wątek dotyczy jego zwolnienia. Nie zaważyły o tym ani wyniki sportowe, ani finanse a historie obyczajowe. Kolocsay nigdy nie krył się ze swoimi zapędami do płci pięknej. Jego rozwiązłość nie spodobała się rodzicom dziewczyn, z którymi sypiał, więc donieśli na niego partii. A że wówczas partia miała najwięcej do powiedzenia…



@kamyk_23
@Symson
@AssisMoreira
@DaPidejpi
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz

11

Blaugrana w Pucharze Hiszpanii:

30 maja 1964 r. FC Barcelona pokonuje na wyjeździe Espanyol Barcelona 2:4 w rewanżowym ćwierćfinale Copa del Generalisimo i tym samym awansuje do półfinału tych rozgrywek. Gole dla Barçy strzelali wówczas Jose Zaldua(2), Sandor Kocsis oraz Cayetano Re. Co ciekawe w ekipie Espanyolu zagrał Ladislao Kubala, który już powolutku kończył swoją karierę zawodniczą.



@Mixtape
@Monix10
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@patataj

12

Wspomnienia z łezką w oku:

30 maja 1998 r. Guillermo Amor rozpłakał się jak dziecko po słowach Luisa Van Gaala. Jeden z najbardziej oddanych drużynie piłkarzy w historii Blaugrany musiał odejść z powodu decyzji trenera. Holender w ostrych słowach ostrzegł zawodników, którzy nie będą chcieli odejść że ,,kolejny rok będzie dla nich straszny”. Następnie kierując słowa bezpośrednio do Amora stwierdził że ,,będzie on blokował rozwój takich piłkarzy jak Xavi”. Gracz, który był wychowany w La Masii i przez 18 lat był związany z Dumą Katalonii nie mógł się powstrzymać od płaczu po usłyszeniu takich słów. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej prezydent Nuñez oświadczył, że wykorzysta klauzule w kontrakcie pozwalającą na przedłużenie umowy z Amorem ale służyło to jedynie temu, aby uzyskać za Katalończyka pieniądze od przyszłego pracodawcy. Guillermo trafił ostatecznie do Fiorentiny. Wyobrażacie sobie taką sytuację gdyby miała miejsce z Iniestą, Xavim czy nawet z Messim? Przecież to byłby skandal!


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Mixtape
@Monix10
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

0

@Gwyn Ale czy trener może ściągnąć zawodnika bez kontuzji, nie wprowadzając za niego nikogo więcej?

0

@tribo Przyłączam się do pytanie bo jest niekonwencjonalne i ogromnie ciekawe

5

@FCBparasiempre

Liga portugalska miała w swojej historii wielu wybitnych napastników: Peyroteo(jeden z ,,Cinco Violinos” Sportingu), Eusebio, Fernando Gomes czy Mario Jardel ale rekordzistą pod względem strzelonych goli w jednym sezonie jest skromny Hector Casimiro Yazalde, znany jako „Chirola”. Jedyny Argentyńczyk obok Lionela Messiego, który zdobył nagrodę „Złotego Buta” dla najlepszego strzelca lig europejskich. Dziś opowiem wam historię tego właśnie piłkarza, urodzonego(tak jak słynny Diego Maradona) w Villa Fiorito, bardzo biednej dzielnicy Buenos Aires. Urodził się 29 maja 1946 jako szósty z ośmiorga dzieci Petrony i Pedra Yazalde. Senior Pedro musiał pracować po 20 godzin dziennie, żeby móc wyżywić rodzinę. Mały Hector ganiał za kulką z papieru lub starych szmat. Prawdziwe piłki nie były dostępne dla dzieciaków z tej dzielnicy, podobnie jak buty do gry czy stroje sportowe. Nie nosił również ciężkiego tornistra do szkoły. Jego ojca po prostu nie było stać na to, żeby kupić mu książki. Do pobliskiej szkoły biegał więc z zeszytami pod pachą i ołówkiem w ręku. Był uczniem pracowitym, inteligentnym i często chwalonym przez nauczycieli. Po lekcjach pożyczał na kilka godzin książki od swojego najlepszego przyjaciela, Horacio Aguirre, by móc odrobić zadania domowe. Dopiero gdy skończył je rozwiązywać, miał czas na grę w piłkę aż do wieczora. Rodzice wiedzieli, że jest pilnym uczniem, więc nie karcili młodego Hectora za to, że tak długo za nią ganiał. Martwiło ich jednak to, że zbyt szybko niszczył buty i ubrania, na które brakowało w domu pieniędzy. Tak żył Yazalde do ukończenia trzynastego roku życia. Po siódmej klasie zakończył edukację, choć marzył, że zostanie lekarzem. Musiał zacząć pracować i pomagać finansowo rodzinie. Sprzedawał gazety i banany, zarabiając za swoją pracę niewielkie sumy pieniędzy. Koledzy zaczęli go więc nazywać „Chirola”, co w miejscowym dialekcie oznaczało monetę(y) małej wartości. Pseudonim ten pozostał już mu do końca życia. Dzięki temu, że Hector i jego bracia zaczęli pracować, sytuacja materialna rodziny uległa poprawie i „Chirola” mógł sobie z czasem pozwolić na zakup nowych butów lub ubrań. Piłka nadal była dla niego najważniejsza. Po pracy grał w drużynach ze starszymi i większymi chłopakami, a prawie zawsze był najlepszym strzelcem. Ojciec zauważył, że jeżeli syn coś w życiu osiągnie, to dzięki futbolowi, choć nie miał przekonania czy mu się powiedzie. Młody Yazalde śnił o tym, że strzela bramki w koszulce Boca Juniors, zwłaszcza po tym, gdy zobaczył trening swoich idoli, parady Antonio Romy, siłę Antonio Ubaldo Rattína i strzały Paulo Valentima. Przez pięć kolejnych lat pracował, grał w piłkę i żył marzeniami o zawodowej karierze. Pewnego razu, a było to w 1965 roku, jego przyjaciel z czasów szkolnych, wspomniany wcześniej Horatio Aguirre, który grał w Piraña (półamatorskim klubie w Buenos Aires) spotkał się z Yazalde i zaprosił go na trening swojego klubu. Hector w pożyczonych butach i spodenkach pokazał, co potrafi. Do domu wrócił już jako gracz tego klubu. Za każdy mecz otrzymywał około 2000 pesos (tyle zarabiał przez miesiąc, sprzedając banany). Yazalde szybko stał się gwiazdą, a dzięki bramkom, które zdobywał, jego imię zaczęło być znane w całym mieście. Gwiazda zespołu Piraña zaczęła wzbudzać zainteresowanie największych klubów w Buenos Aires. Bohater tekstu marzył o grze w Boca, ale to Independiente, za sprawą przyszłego wieloletniego prezydenta argentyńskiej federacji piłkarskiej Julio Grondony, złożyło najlepszą ofertę. Piraña otrzymała za Yazalde 1,8 mln pesos. Argentyńczyk podpisał kontrakt za około 30 tys. pesos i po dwóch latach gry opuścił malutki klub, by grać dla Independiente. Gdy koledzy z drużyny rezerw Rojo (przydomek Independiente) zobaczyli tego chudzielca (176 cm wzrostu i tylko 60 kg wagi), to na pierwszym treningu dali mu w kość. Przeniesiono go więc do drużyn młodzieżowych. Tam strzelił sześć goli w trzech meczach trzeciego zespołu, a w kolejnych trzech – osiem. Trener Independiente, Brazylijczyk Osvaldo Brandao stwierdził, że jego gra z juniorami mija się z celem. Zauważyli to również inni trenerzy i po trzech meczach został przeniesiony do pierwszej drużyny. Zagrał w ataku u boku legendarnego Luisa Artime. Już w pierwszym sezonie pokazał, że nie ma zamiaru być w jego cieniu i zdobył w całych rozgrywkach tylko jednego gola mniej od słynnego kolegi (Artime – 11, Yazalde – 10). Rojo zdobyli mistrzostwo Argentyny, a „Chirola” stał się nowym idolem kibiców z Estadio Libertadores de América.

W kolejnych rozgrywkach potwierdził swoją wartość, strzelając 11 bramek, a w całym 1968 roku 18 (Metropolitano – 11, Nacional – 7). Dzięki swojej skuteczności dostał powołanie do reprezentacji i 11 sierpnia 1968 roku zadebiutował w barwach Albicelestes w meczu przeciwko Brazylii. Argentyna przegrała w Belo Horizonte 2:3, ale tego dnia „Chirola” nigdy nie zapomni, bo zrealizował swoje marzenie. W 1968 roku kupił też swój pierwszy samochód, co było dla niego bardzo ważne, bo pasjonował się sportami motorowymi. Kupił także mieszkanie w Buenos Aires i już na zawsze pożegnał się z biedą, choć wieloma czynami w przyszłości pokaże, że nigdy nie zapomniał, skąd się wywodzi. W 1969 roku był jeszcze skuteczniejszy. Strzelił dla Rojo 21 ligowych goli. Wyjechał też na międzynarodowe tournée z reprezentacją Argentyny. Po powrocie rozpoczęły się niezapomniane dla kibiców Independiente oraz dla samego Hectora – rozgrywki Campeonato Metropolitano 1970. Rojo cały czas prowadzili, ale po przedostatniej kolejce, w wyniku nieoczekiwanej porażki 2:3 u siebie z Platense, dali się doścignąć River Plate. O wszystkim miały zadecydować ostatnie mecze. Ekipa Yazalde wprawdzie miała lepszą różnicę bramek, ale musiała się zmierzyć w wyjazdowych derbach Avellaneda z Racingiem, podczas gdy River grało u siebie z walczącym o utrzymanie Unionem. Mecz River jako jedyny w kolejce został rozegrany w piątek ze względu na transmisję telewizyjną. Milionerzy wygrali 6:0 i postawili Rojo pod ścianą. Independiente musiało wygrać derby oraz zdobyć co najmniej dwa trafienia, żeby zostać mistrzem. Kibice River Plate zebrali się na Monumental i razem słuchali relacji z meczu, który odbywał się na Cilindro de Avellaneda. Do przerwy było 2:2. Na dziewięć minut przed końcem meczu, „Chirola” przyjął piłkę na klatkę piersiową i od razu strzelił na bramkę, zdobywając zwycięskiego gola dla Independiente. Gola na wagę mistrzostwa. W 1970 roku dziennikarze argentyńscy po raz pierwszy przyznali nagrodę dla najlepszego piłkarza tego kraju (wręczana jest do dzisiaj) i jako pierwszego triumfatora wybrali właśnie Hectora Yazalde. „Chirola” grając dla Independiente w latach 1967-1970 – zagrał w 117 meczach, w których zdobył 72 bramki. Zapisał swoją piękną kartę w historii klubu z Avellaneda. Kibice do dziś o nim pamiętają. Pod koniec 1970 Independiente popadło w kłopoty finansowe i musiało zdecydować się na sprzedaż Yazalde. Nie stać ich było na zaoferowanie mu nowego kontraktu. Wiele klubów chciało mieć tego zawodnika. Były to m.in. Santos, Palmeiras, Valencia, Olympique Lyon, Nacional Montevideo czy Boca Juniors. Najsprytniejszy ze wszystkich był wiceprezydent portugalskiego Sportingu Clube de Portugal, Abraham Sorin. Yazalde w wyniku tej umowy otrzymał tyle pieniędzy, że mógł spełnić kolejne marzenie, jakim był, zakup willi w Buenos Aires dla swoich rodziców. Poprosił też władze klubu, żeby znaczną część jego wynagrodzenia przelewali na konto w Argentynie, tak by z tych pieniędzy mogła korzystać jego rodzina. Yazalde zapytany czemu tak zrobił, odpowiedział: ,,Nie mam dużych wydatków. Zawsze żyłem skromnie i nigdy nie lubiłem szastać pieniędzmi. To, co zarabiam starcza mi na to, by codziennie się najeść i nie głodować. Są inni, którzy potrzebują tych pieniędzy bardziej niż ja”. „Chirola” przyleciał do Lizbony 11 lutego 1971, a trzynaście dni później został zaprezentowany kibicom, podczas meczu przeciwko francuskiemu Red Star. Przez ponad pół roku tylko trenował z zespołem. Ze względu na obowiązujący limit obcokrajowców, nie mógł grać w oficjalnych meczach. W tym okresie poznał portugalską aktorkę i modelkę Carmizé, z którą w najbliższych latach miał stworzyć jedną z najpopularniejszych par lat 70. Poznali się podczas kolacji, słuchając Fado, na którą zaprosił ich portugalski aktor wielki Sportinguista (zagorzały fan Sportingu) Camilo de Oliveira. Pierwszy oficjalny mecz w barwach Lwów „Chirola” zagrał 12 września 1971 roku i od razu strzelił dwa gole. W całym sezonie rozegrał 20 meczów ligowych i zdobył dziewięć bramek. W Pucharze Zdobywców Pucharów miał bilans 4/4. Carmize mogła go jednak oglądać tylko podczas meczów na Jose Alvalade. Dlaczego? To były inne czasy i gracze nie mieli obecnej wolności. Dodatkowo, jeśli Sporting zagrał słabo lub przegrał, to za karę piłkarze musieli spać w hotelu z niedzieli (mecze były zazwyczaj rozgrywane w niedzielę) na poniedziałek. Kiedy rano wstali, jedli razem śniadanie i szli na trening. Widziałam „Chirolę” dopiero po lunchu w poniedziałek. W kolejnych rozgrywkach spisał się już znakomicie. W 29 meczach ligowych zdobył 19 bramek, w pięciu spotkaniach o Puchar Portugalii strzelił 7 goli, a w Pucharze Zdobywców Pucharów dorzucił jeszcze jedną. Wygrał również pierwsze trofeum z Lwami, jakim był wspomniany Puchar Portugalii. Po zakończeniu rozgrywek udał się wraz z narzeczoną do Argentyny, gdzie 16 lipca 1973 roku wzięli ślub.

Rozpoczął się sezon 1973-74, który okazał się najlepszym w karierze Yazalde. Cały zespół grał pod niego. Dodatkowo był człowiekiem, którego lubili praktycznie wszyscy. Wielu starszych lizbończyków (zarówno kibiców Benfiki jak i Sportingu) opowiada historie o spacerującym po ulicach stolicy Portugalii Yazalde, który przyłączał się do dzieci grających w piłkę na ulicach, a po grze zapraszał ich na lody i na koniec jeszcze obdarowywał drobnymi kwotami pieniędzy. Pierwsza kolejka nowego sezonu nie była dla „Chiroli” szczęśliwa. Mimo że oddał siedem strzałów na bramkę Vitorii Setubal, żaden nie przyniósł gola dla Sportingu, a Lwy przegrały 0:1. Kolejne mecze to już popis bohatera tekstu. W siedmiu spotkaniach zdobył (19!) goli. W 9. kolejce Sporting zremisował 1:1 z Porto i było to jedyne spotkanie w sezonie, w którym „Chirola” nie wystąpił. Od 12. serii spotkań zaczął strzelać ponownie i sezon zakończył z nieprawdopodobnym wynikiem… 46 goli zdobytych w 29 meczach. Ten wynik zapewnił mu tytuł najlepszego strzelca na Starym Kontynencie, a co za tym idzie, otrzymał nagrodę Złotego Buta. Na galę udał się oczywiście ze swoją piękną małżonką, która najbardziej wspomina słowa (czemu mnie to nie dziwi?) Franza Beckenbauera, skierowane do „Chiroli”: ,,Masz najpiękniejszą kobietę spośród wszystkich graczy na świecie”. Toyotę (nagrodę dla zwycięzcy) sprzedał a otrzymane pieniądze podzielił wśród kolegów z zespołu. Pytany o to czemu tak zrobił, odpowiedział: ,,Bez nich nie byłbym w stanie zdobyć tych wszystkich goli”. Sporting sięgnął w Portugalii po dublet. Również w Pucharze Zdobywców Pucharów spisywali się znakomicie. W pierwszej rundzie wyeliminowali Cardiff City (0:0 i 2:1). „Chirola” strzelił oczywiście jedną z bramek. Zdobył także ważnego gola kontaktowego w pierwszym spotkaniu z Sunderlandem w kolejnej rundzie. Historia dotycząca rewanżu z Sunderlandem pokazuje determinację i zawziętość tego zawodnika. W pierwszym meczu z Anglikami uległ kontuzji, ale wybłagał u trenera Mário Lino, by ten pozwolił mu grać do momentu zdobycia pierwszego gola. „Chirola” zdobył go w 28. minucie. Gdy trener zawołał go, by ustalić zmianę, to Hector odpowiedział mu, że musi zostać na boisku, bo wynik nie jest rozstrzygnięty. Zszedł z boiska dopiero w 65. minucie. Portugalski zespół awansował dalej. Kolega z linii ataku Sportingu, Chico Faria, tak opowiadał o kontuzjach Chiroli: ,,Czasami prosił o zastrzyki i obwiązywał stopy, by nie odczuwać bólu”. Losy rywalizacji z FC Zürich rozstrzygnęli praktycznie w pierwszym meczu, wygrywając 3:0 (trzeci gol autorstwa Yazalde). Niestety „Chirola” nie mógł grać w meczach półfinałowych z 1. FC Magdeburg z powodu kontuzji (1:1 i 1:2). W pierwszym spotkaniu na Alvalade Sporting miał rzut karny, którego nie wykorzystał. Można było tylko gdybać, jak poradziliby sobie ze znakomitym snajperem w składzie… Zwieńczeniem sezonu były mistrzostwa świata w RFN. Argentyna była jednym z faworytów, a w grupie trafiła m.in. na Polskę. „Chirola” pojechał na mundial z kontuzjowaną kostką i nie zagrał w pierwszym meczu z Polakami. Wystąpił za to w kolejnych spotkaniach z Włochami, Haiti (dwa gole) i z Holandią. Jednak po porażce 0:4 z Oranje, do końca turnieju już nie zagrał. Kontrakt ze Sportingiem wygasał mu 31 lipca. Sytuację chciał wykorzystać Real Madryt, który złożył ofertę kontraktu siedmiokrotnie przewyższającą jego dotychczasowe zarobki w Lizbonie. Sytuacja wydawała się bardzo skomplikowana, bo Yazalde nigdy nie stawiał pieniędzy na pierwszym miejscu, ale był u szczytu kariery, miał 28 lat i chciał zarobić przede wszystkim dla rodziny. Prezes Sportingu nie bardzo chciał podnieść płacę Argentyńczyka. Wtedy jednak w rozmowie z dziennikarzem „A Bola” Yazalde powiedział: ,,Real Madryt przedstawił mi propozycję o wiele lepszą niż Sporting. Wszyscy wiedzą że Rolls Royce nie może spalić pięciu litrów paliwa na 100 km, ale jeżeli Sporting przedstawi mi propozycję odpowiadającą mojej obecnej pozycji w Europie, to zostanę w Lizbonie”. Oferta Sportingu nie dorównała tej Realu, ale była na tyle dobra, że „Chirola” zdecydował się pozostać w Lizbonie na kolejne dwa lata. Kolejny sezon okazał się jego ostatnim w barwach Lwów. Yazalde co prawda po raz drugi został królem strzelców, tym razem zdobywając jednak „tylko” 30 bramek, jednak Sporting zajął dopiero trzecie miejsce w lidze i potrzebował pieniędzy z transferu Argentyńczyka. Ogromny wpływ na finanse klubu z Lizbony miała sytuacja polityczna w Portugalii i słynna Rewolucja Goździków z 1974 roku. Kilka tygodni po Yazalde, z ligą portugalską pożegnał się również legendarny Eusebio, czyli idol czerwonej części Lizbony. Mimo wielkiej rywalizacji, relacje pomiędzy tymi dwoma wspaniałymi graczami były znakomite, o czym wspomina w wywiadzie żona Chiroli Carmen Yazalde: ,,Byli wspaniali ludzie zarówno w Sportingu, jak i w Benfice. „Chirola” na przykład zawsze świetnie rozumiał się z Eusebio. Czasem po derbach Lizbony jadali razem obiad w lizbońskiej restauracji. Oni oraz ich kobiety, czyli Flora i Ja. Znałam dobrze Florę (…) „Chirola” odwiedził w domu Eusebio, gdy ten miał problemy zdrowotne, a ten przyszedł do Hectora gdy mój mąż był kontuzjowany. To była dobra przyjaźń”.

Chciał nauczyć się nowego języka. To było dla niego bardzo ważne, bo planował swoją przyszłość. Carmen opowiada o tym tak: ,,Była oferta z Realu Madryt lub Atletico Madryt, ale on wolał Marsylię, aby nauczyć się mówić po francusku. Nie potrafisz sobie wyobrazić profesjonalizmu Chiroli: znał angielski, francuski, wszystko. Chciał posiąść jak najwięcej wiedzy na przyszłość. I nie mówię tylko o przyszłości jako gracz, ale także jako trener. Gdyby miał szczęście w życiu, byłby jednym z największych”. Jednak nigdy nie zapomniał klubu, który pokochał. Gdy już we Francji dziennikarz „A Bola” zapytał go o Sporting i o Portugalię, „Chirola” odpowiedział: ,,Czy tęsknię za Portugalią? Oczywiście, że tak. Chciałbym ponadto przekazać za pośrednictwem „A Bola”, że kocham Portugalię. Sporting i Sportinguistas zawsze będą w moim sercu”. W sezonie 1975-76 zdobył 19 goli dla Olympique i pomógł klubowi wygrać Puchar Francji. Kontuzje spowodowały, że kolejny sezon miał praktycznie stracony. Rozegrał tylko 13 spotkań ligowych, w których zdobył cztery bramki. W sumie w brawach Marsylii rozegrał 56 meczów i 26 razy trafił do siatki. Chociaż miał oferty od europejskich klubów oraz ważny jeszcze przez dwa lata kontrakt z OM, postanowił powrócić w 1977 roku wraz z żoną do Argentyny. Dlaczego? Tak opowiada o tym Carmen: ,,Kazano mu wrócić do Argentyny, jeśli chciał zagrać na mundialu w 1978 roku. Ponieważ „Chirola” nadal był rozczarowany swoim występem na mundialu w RFN, kiedy to Argentyna została wyeliminowana w drugiej fazie grupowej, zdobywając tylko punkt w trzech meczach, nawet się dwa razy nie zastanawiał i pojechaliśmy do Argentyny. Dodatkowo musiał zapłacić 500 tysięcy dolarów, aby móc opuścić Marsylię, z którą nadal miał kontrakt na kolejne dwa lata. Przybyliśmy do Argentyny i nic. „Chirola” nie dostał powołania do reprezentacji”. Po powrocie do Argentyny grał w barwach Newell’s Old Boys, a karierę zakończył w Huracanie. Jednak depresja, w którą wpadł ze względu na to, że nie wystąpił na MŚ w rodzinnym kraju, spowodowała, że nie był to już ten sam gracz, który zachwycał w Europie. Swoje zrobił też wiek. Gdy Yazalde powrócił do Buenos Aires, to miał już 31 lat. Przez cztery lata gry dla Newell’s rozegrał 120 meczów i zdobył 54 bramki. Pamiętajmy, że był już napastnikiem po trzydziestce. Przeszedł na emeryturę w 1981 roku w wieku 35 lat po rozegraniu jednego meczu w barwach Huracanu. Po zakończeniu kariery został agentem piłkarskim, ale nie szło mu dobrze. W 1987 roku rozstał się z żoną i nie potrafił sobie poradzić z samotnością. Pił bardzo dużo i to alkohol był główną przyczyną jego śmierci. Zmarł w wieku 51 lat w wyniku krwotoku wewnętrznego, którego przyczyną była marskość wątroby. Został znaleziony martwy w nocy 18 czerwca 1997 w swoim domu przez gracza, którego reprezentował jako agent. Tak zakończyła się historia jednego z najlepszych argentyńskich napastników wszech czasów. Trzeba przyznać, że gracza trochę zapomnianego. Był świetnym technikiem. Nie miało znaczenia czy kopał lewą, czy prawą nogą. Mimo że miał tylko 1,76 m, skakał bardzo wysoko i świetnie uderzał piłkę głową. Jego slalomy między rywalami przypominały autentycznie kroki Tanga. Gdy przyjmował piłkę, wydawało się, że ona ugina się, by nie odskoczyć od jego nogi. Był silny, szybki i zdeterminowany. Fani Sportingu do dziś uważają go za najlepszego w historii obcokrajowca, jaki grał w zielono-białej koszulce i wybierają do wszelkich historycznych jedenastek wszech czasów.

6

,,Złoty But” z Argentyny(przeczytajcie w odpowiedzi na komentarz a nie pożałujecie):

@Roni/VEB
@Rastafarnianin
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj

0

Nie oglądam regularnie tenisa bo poza futbolem bardzo niewiele mam na to czasu. Akurat teraz włączyłem telewizor(bo akurat mam Eurosport) i oglądam mecz French Open pomiędzy Alcarazem a Cobollim. Szczerze mówiąc po raz pierwszy widze jak gra Alcaraz i musze stwierdzic iż jestem pod wielkim wrażeniem. Czy Alcaraz będzie takim swoistym następcą Nadala? Wydaje się że ma na to ,,papiery"...

7

@FCBparasiempre

29 maja 1968 r. Manchester United pokonał Benfike 4:1 w finale Pucharu Mistrzów Klubowych. Manchester z Charltonem i Bestem, Benfika z Eusebio i Coluną a to wszystko na Wembley, dwa lata po finale mistrzostw świata. Czegóż trzeba więcej do szczęścia? Ten finał spowodował rzadko spotykane wewnętrzne rozdarcie wśród kibiców. Coś takiego, co w roku 2011 przeżywali przy okazji dwumeczu FC Barcelony z Realem Madryt. Komu kibicować? W Manchesterze grało dwóch mistrzów świata- Charlton i Stiles. Pierwszy stanowił wzór piłkarza i dżentelmena. Drugi był niezwykle skuteczny ale postawa fair play(przynajmniej na boisku) była mu obca. Benfika miała aż 6 uczestników meczu półfinałowego z Anglią podczas MŚ, też na stadionie Wembley: Colunę, Gracę, Aguasa, Eusebio, Torresa i Simõesa, czyli całą przednią formację. Ofensywna, pełna radości gra Portugalczyków na mistrzostwach przysporzyła im na całym świecie miliony sympatyków a Eusebio stał się europejskim odpowiednikiem Pelego. Było jednak coś, co sprawiało że miliony innych ludzi życzyło tego dnia zwycięstwa Manchesterowi- współczucie i solidarność. 10 lat wcześniej w katastrofie lotniczej zgineła niemal cała drużyna United. Anglia pogrążyła się w żałobie a miliony ludzi na całym świecie uruchomiły pokłady empatii. To był pierwszy angielski klub, który wystartował w rozgrywkach o Puchar Mistrzów, w sezonie 1956/57. Rok wcześniej Chelsea odmówiła, nie widząc przyszłości przed tą rywalizacją. UEFA szukała chętnych na jej miejsce i ostatecznie padło na… Gwardie Warszawa. Teraz United rozpoczął w stylu, który musiał zwrócić uwagę całej Europy. Nie mogło być inaczej, skoro na Old Trafford pokonał Anderlecht Bruksela 10:0! Kapitan Belgów Jef Mermans zdobył się po tym meczu tylko na jedną refleksję: ,,Manchester powinien grać jako reprezentacja Anglii. Miałby lepsze wyniki niż ta prawdziwa”. Borussia Dortmund i Athletic Bilbao też przegrały i dopiero w półfinale Anglików wyeliminował Real. W następnym sezonie Manchester ponownie wygrał lige, w pierwszej rundzie Pucharu Mistrzów pokonał Dukle Praga a w ćwierćfinale wyeliminował Crvene Zvezde. Miał szanse na stawienie czoła nawet Realowi, z lepszym skutkiem niż przed rokiem. Wtedy jednak wydarzyła się ta katastrofa lotnicza. Manchester powstał w 1878 r., pod obecna nazwą znany jest od roku 1902 a przez całe dziesięciolecia był na futbolowej mapie Anglii małym punktem. Wszystko zmieniło się po wojnie. Zimą 1945 r. menadżerem klubu został 36-letni Szkot Matt Busby, dobry gracz ligowy Manchesteru City i Liverpoolu. Jego ojciec zginął trafiony przez niemieckiego snajpera w bitwie nad Sommą, kiedy Matt miał 7 lat. Wychowywała go matka, przywiązana do tradycji katolickich, przekonana że uczciwa praca jest sensem życia. Syn był wierny tym samym zasadom. Kiedy zaproponowano mu stanowisko menadżera w Liverpoolu, mówiąc co ma robić i kogo słuchać, odrzucił oferte. Trudno powiedzieć że w Manchesterze tylko na to czekano bo Busby w roku 1945 to był tylko instruktor futbolu w armii i eks-piłkarz. To że na Old Trafford zaakceptowano jego warunki, można nazwać jednym z tych szczęśliwych zrządzeń losu, które trudno logicznie wytłumaczyć. Busby wywalczył sobie prawa, jakich nikt inny w Anglii(z menadżerem kadry Winterbottomem włącznie) nie miał. Mógł piłkarzy kupować i sprzedawać, trenować, dobierać współpracowników, wybierać skład na mecz. To wszystko, co dziś jest oczywiste, wtedy naruszało istniejący porządek, w którym działacze mieli głos decydujący, nawet w sprawach szkoleniowych. Mając wolną ręke w sprawach transferów, Busby zaczął sprowadzać na Old Trafford młodych chłopców, na których zwrócili uwagę jego skauci. Średnia wieku zawodników, którzy w barwach Manchesteru zdobyli w roku 1956 tytuł mistrza, wynosiła 22 lata. Rok później sukces powtórzyli i zagrali w finale Pucharu Anglii. Nic dziwnego iż nazywano ich ,,Dziećmi Busby’ego”. To były niezwykłe talenty. Bobby Charlton miał 15 lat, kiedy po debiucie w szkolnej reprezentacji Anglii umowy z nim chciało podpisać 18 klubów. Manchester United był pierwszy. Duncan Edwards miał lat 16, kiedy debiutował w pierwszej lidze i 18 w dniu pierwszego meczu w reprezentacji. Był najmłodszym debiutantem drużyny narodowej Anglii w XX wieku. Po meczu Anglia-RFN na Wembley w roku 1956 niemieccy dziennikarze nadali mu przydomek ,,Boom-Boom”. Edwards przyjął piłke przed swoim polem karnym, przebiegł z nią pół boiska, kładąc po drodze trzech przeciwników i kopnął z 30 metrów tak mocno że bramkarz Herkenrath wpadł z piłką do bramki. Edwards miał wtedy 20 lat i był największą nadzieją futbolu angielskiego. 5 marca 1958 r. w Belgradzie Manchester już po 17 minutach prowadził z Crveną Zvezdą 3:0. Violet strzelił jednego gola, 20-letni Charlton 2 gole w ciągu 120 sekund i od tej pory Manchester się bawił. Serbowie to wykorzystali, wyrównali na 3:3 ale do półfinału awansowali Anglicy i wówczas zdarzyła się ta tragiczna katastrofa w Monachium, w której śmierć poniosło 23 osoby. Duncan Edwards zmarł po 15 dniach. Matt Busby spędził w szpitalu 71 dni. Dwa razy ksiądz udzielał mu ostatniego namaszczenia. Przeżył i wrócił na ławke trenerską. Na fali współczucia Manchester stał się jednym z najbardziej lubianych klubów świata. Nic dziwnego że próby odbudowania tamtej tragicznej drużyny przez Busby’ego śledzone były przez kilka lat z wyjątkowym zainteresowaniem; uda mu się czy nie? Znajdzie następcę Edwardsa czy jest to niemożliwe/ Znalazł dwóch piłkarzy wyjątkowych: Szkota Denisa Lawa i Irlandczyka George’a Besta. Law przyszedł latem 1962, Busby wykupił go z A Torino za 125 tys. funtów, co było wówczas rekordem transferu na Wyspach Brytyjskich. Law był jednym z najlepszych napastników świata i rzecz jasna, jednym z najskuteczniejszych strzelców MU: 236 goli w 393 meczach. Law nazywany był przez kibiców Manchesteru ,,Królem”.

Panował na boisku ale i poza nim. Rudy wiecznie uśmiechnięty Szkot, czasami grywał na kacu. Obrońcy omijali go z daleka bo można się było przewrócić od jego oddechu a kiedy już zaryzykowali, to mijał ich z piłka jak gdyby nigdy nic. Finał z Benfika Law oglądał z łóżka w szpitalu, gdzie leczył kontuzje. Następnego dnia przyjechał do niego Busby z pucharem, mówiąc że to także jego trofeum. Law wzruszył się a kiedy trener wyszedł, sięgnął po butelkę, schowaną pod poduszką żeby napić się z radości. Umówiona ekipa BBC odjechała ze szpitala z kwitkiem. Piłkarz nie był w stanie wydusić z siebie słowa. George Best pod pewnymi względami pasował do Lawa idealnie. W Manchesterze pojawił się wczesną jesienią 1963 r. Tej pary w lidze prawie nikt nie mógł zatrzymać. Parę lat później Pele powiedział: ,,George Best był najlepszym piłkarzem na świecie” a przecież to Brazylijczyk cieszył się taką opinią. Best też był ,,Brazylijczykiem”, chociaż urodzonym w Belfaście, niedaleko doków, gdzie budowano Titanica. Jaki inny brytyjski piłkarz mógł się równać z Bestem pod względem talentu? Dryblował jak Brazylijczyk, strzelał jak Anglik, przewidywał jak racjonalny Niemiec ale miał wyobraźnie chłopca z podwórkowej gry, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Best został kimś w rodzaju pierwszego celebryty. Na Wyspach stał się w połowie lat 60-tych tak popularny jak Lennon i McCartney. Nosił fryzure w stylu Johna, jego znakiem firmowym stała się wypuszczona na spodenki koszulka z numerem 7 lub 11. Kiedy Manchester grał w Lizbonie, Best nie mógł wyjść z hotelu bo pod drzwiami mdlały oczekujące go nastolatki. To wtedy dziennikarz portugalski nazwał go ,,El Beatle” ale mówiono tez na niego ,,Piaty Beatle” a nawet ,,James Bond futbolu”, ponieważ miał wszystko, co chciał: pieniądze, najpiękniejsze dziewczyny, szybkie samochody, wyjątkową popularność i niewyobrażalne powodzenie. W jedenastce Manchesteru, która 29 maja 1968 r. wybiegła na Wembley przeciw Benfice, znalazło się 2 piłkarzy uratowanych z katastrofy w Monachium: Bobby Charlton i Bill Foulkes. Matt Busby zajmował miejsce na ławce trenerskiej. Nowa generacja ,,Dzieci Busby’ego” biegała po boisku. Czwórka napastników to niemal dosłownie dzieci. John Aston miał 21 lat, Best 22, David Sadler 22 a Brian kidd obchodził tego dnia 19-te urodziny. Dyrygowali nimi: Bobby Charlton(31) i Noby Stiles(26). Bramkarzem był 24-letni Alex Stepney a nad bezpieczeństwem czuwali rutynowani obrońcy: Shay Brennan(31), Bill Foulkes(36), Pat Crerand(29) i Tony Dunne(29). Po drugiej stronie boiska Eusebio i inni sławni portugalscy gracze, doświadczeni w bojach pucharowych i na mistrzostwach świata. Pilkarze Manchesteru byli ubrani na niebiesko a Benfiki na biało. Na trybunach prawie sto tysięcy ludzi. Pierwszy gol padł dopiero w 53 minucie. Strzelił go głową Bobby Charlton z podania Sadlera. Na 11 minut przed końcem wyrównał Jaime Graça, po zagraniu głową najwyższego na boisku Jose Torresa. Mecz był przepiękny(Eusebio trafił w poprzeczke i bił brawo Stepneyowi, który wygrał z nim pojedynek w 87 minucie) ale prawdziwe emocje czekały na widzów dopiero w dogrywce. Po wyrównanym meczu, który nie zapowiadał wyraźnego zwycięstwa którejś ze stron, przez Wembley przeszedł huragan. W ciągu 7 minut Anglicy strzelili 3 gole. Zaczął Best, wykorzystując błąd obrońcy. W polu karnym bramkarz Henrique nie miał z nim szans. Dwie minuty później, po rzucie rożnym, Kidd dwukrotnie strzelał głową. Pierwszy strzał bramkarz odbił ale na głowę Anglika, który nie zmarnował szansy. Portugalczycy już się nie podnieśli. Po kolejnych 5 minutach Kidd przeprowadził akcje prawym skrzydłem, podał na środek, skąd Charlton strzelił czwartego gola. To był jeden z najpiękniejszych meczów, jakie kiedykolwiek rozegrano. Razem z ładunkiem emocjonalnym – wspomnieniami tragedii z przed 10 lat stał się niezapomnianym przeżyciem i zapoczątkował niemalże kult Manchesteru na całym świecie. Matt Busby zmarł w 1994 r. Z jednej strony Old Trafford, nad wejściem do klubowego sklepu znajduje się pomnik Mata Busby’ego, Z drugiej strony ulicy Matt Busby Way w roku 2008 umieszczono drugi pomnik. Swojego trenera pozdrawia tzw. Święta Trójca: Bobby Charlton, Denis Law i Geogre Best. Odsłonięto go w 40-tą rocznice zdobycia Pucharu Mistrzów po raz pierwszy i kilka dni po wygraniu Ligi Mistrzów. Historia toczy się dalej.

7

@FCBparasiempre
29 maja 1985 r. w Brukseli, Juventus pokonał FC Liverpool 1:0. Na finał rozgrywek o Puchar Mistrzów czekało w całej Europie wiele milionów ludzi ale po ataku kibiców angielskich i śmierć 39 osób mecz przestał się liczyć. Czegoś podobnego nie było od 1982 r., kiedy w Moskwie zgineło aż 340 osób! Przyczyny dramatów często się powtarzały. Przejścia były zbyt wąskie albo zamknięte, policja chcąc rozpędzić tłum atakujący sędziów lub piłkarzy, używała gazów łzawiących, co powodowało panike. Ludzie tratowali się albo dusili się w tłumie. W maju 1985, zaledwie 2 tygodnie przed Heysel, doszło do jednej z największych tragedii na Wyspach Brytyjskich. Finał Pucharu Mistrzów w 1985 nie zapowiadał żadnego dramatu. Oczekiwano wyłącznie przeżyć sportowych, ponieważ spotykały się 2 drużyny o niezwykłych tradycjach, dokonaniach, pełne gwiazd znanych na całym świecie. Liverpool bronił pucharu zdobytego rok wcześniej w zakończonym rzutami karnymi meczu z AS Roma. Juventus był właścicielem wywalczonego w tym samym czasie Pucharu Zdobywców Pucharów. Miał w drużynie 4 mistrzów świata oraz Platiniego i Bońka. To wszystko gwarantowało wspaniałe widowisko. Tyle że mecz ten nie powinien się odbyć. Wielu kibiców z obydwu krajów przybywało do Belgii już pod wpływem alkoholu. W południe na kilka godzin przed meczem, na Brukselskim Grand Place bawiło się zgodnie około 2 tysięcy Anglików i Włochów. Kolejne tysiące zajmowały restauracje, bary i ogródki na sąsiadujących z rynkiem ulicach. Wszyscy koncentrowali się na piciu, skandowaniu haseł i wymachiwaniu klubowymi flagami. Cały Grand Place pokrywało szklo z potłuczonych butelek. Wielu Anglików leżało nieprzytomnych na chodniku przy barze. Temperatura wzrastała. Wczesnym popołudniem na konferencji z udziałem szefów Liverpoolu, Adidas przedstawił wzór koszulek, w jakich Anglicy pierwszy raz mieli zagrać wieczorem. Obok Atomium pod stadionem kolejna konferencja. Stadion podzielony był standardowo. Całą trybune za bramką po prawej stronie zajmowali kibice włoscy. Po przeciwnej stronie znajdowali się Anglicy i Włosi, przedzieleni wąski pasem przeznaczonym dla kibiców belgijskich, którzy jednak szybko z tamtąd uciekli. Właśnie ta trybuna oznaczona literami X, Y i Z, stała się sceną dramatu. Obydwie trybuny za bramkami miały miejsce wyłącznie stojące. Iskrą stały się butelki, kamienie i petardy, rzucane z angielskiego sektora X na włoski – Z. Początek finału wyznaczono na godzinę 20.15. Kiedy o 18.15 na boisko wyszły dwie drużyny trampkarzy, mało kto patrzył na ich mecz. Oni grali a sytuacja na trybunach stawała się coraz bardziej dramatyczna. Wszyscy na to patrzyli, żadne służby porządkowe nie interweniowały. Burmistrz Brukseli mówił że do pracy przy meczu zaangażowano około tysiąca policjantów. 240 z nich znajdowało się na stadionie, chociaż prawde mówiąc nie rzucali się w oczy. Kiedy sytuacja całkiem wymknęła się spod kontroli, policjanci docierali na stadion czym tylko się dało, odpowiadając na zamieszczony w telewizji apel. Najgorsze nastąpiło między 19.00 a 19.30. Po rzucaniu butelkami itp. Doszło do pierwszej szarży Anglików na Włochów, z sektora X na Z. Była co prawda jeszcze odpierana przez nielicznych policjantów ale napastnicy zdobyli nowy oręż – metalowe pręty, wyrwane z płotu oddzielającego sektory. Po chwili przerwy atak powtórzono. Tym razem ubrani na czerwono Anglicy przebiegli się po belgijskim sektorze buforowym, jakby nie istniał. Nie Belgowie a Włosi byli celem ataku. Kibice Juventusu czegoś takiego się nie spodziewali, zresztą i tak stali na straconej pozycji. Nie mieli gdzie uciekać. Najwyżej kilkanaście metrów wzdłuż, dalej już była tylko ściana. Gromadzili się na samym rogu kończącej się trybuny, gdzie mur był najniższy i dawał nadzieje na zeskoczenie z wysokości 2, 3 metrów na bieżnie. W kierunku wejść uciekać nie mogli bo wciąż nowi kibice nieświadomi sytuacji wchodzili na trybune. Rozjuszeni, pijani Anglicy gonili swoje ofiary aż do skutku. W czasie, kiedy Włosi znajdujący się na końcu skłębionej masy uciekających otrzymali ciosy prętami, pięściami, drewnianymi częściami ławek, kastetami i nożami, pierwsi zostali przyparci do muru. Ten nie wytrzymał pod ciężarem kilkuset osób i runął na bieżnie. Kilkunastu kibiców poniosło śmierć przygniecionych cementem, cegłami, zbrojonymi prętami lub stratowanych przez uciekających rodaków, którzy dopiero teraz wylali się na bieżnie. Biegli po ciałach ludzi, obok których jeszcze przed chwilą stali. Inni zostali na trybunie ryzykując życie. Kiedy setki ludzi wtargnęły na bieżnie i boisko, które trampkarze opuścili po skończonym meczu, wielu innych na stadionie nie miało świadomości, co tak naprawdę się stało.

Spiker apelował o spokój i powrót na swoje miejsca ale niektórzy już swoich miejsc nie mieli. Na ławkach prasowych nikt nie pomyślał że efekt szarży może być tak tragiczny. W tłumie przy zawalonej ścianie niewiele można było zobaczyć. Dopiero widok coraz większej liczby sanitariuszy z noszami, wycie syren karetek i śmigłowce nad stadionem uświadomiły wszystkim że stało się coś strasznego. Na stadionie panował chaos. Przez megafony wzywano do zachowania spokoju, na tablicy świetlnej pojawił się przygotowany wcześniej napis: ,,Organizatorzy serdecznie witają przybyłych kibiców futbolu”. Policjanci belgijscy wprawni w rozpędzaniu demonstracji związkowców, teraz byli bezradni. W takiej sytuacji nigdy się nie znaleźli. Przyglądali się pierwszym iskrom przyszłego ognia, który groził pożarem, z czego musiał sobie zdawać rację każdy, kto choć raz widział awantury wywołane przez kibiców. Patrzyli co z tego wyniknie a kiedy Anglicy ruszyli, policjanci uciekali razem z Włochami. Wprowadzenie większej liczby funkcjonariuszy i służb porządkowych niewiele dało. Kiedy ożywiła się trybuna M, N i O – to po drugiej stronie boiska, zajmowana tylko przez Włochów grupki kibiców wybiegły na bieżnie żeby pograć tam w piłke i bić się, policjanci stanęli jak słupy. Uzbrojeni w pałki, tarcze z pleksiglasu, hełmy, nie mogli dać sobie rady z młodymi chłopakami w trampkach i drzewcami po sztandarach w ręku. Wtedy wjechała konnica. Jechali kłusem wzdłuż trybuny nie robiąc na nikim wrażenia. Potem jeszcze dwudziestu ale nawet nie próbowali usunąć kibiców z boiska i bieżni, nie rozpoczęli żadnej akcji, która mogłaby przywrócić porządek. Czekali na rozkazy ale rozkazów nie było. Oficer dowodzący akcją znajdował się poza stadionem. Minister spraw wewnętrznych siedział spokojnie w domu przed telewizorem, patrzył co się dzieje a w tym czasie w jego gabinecie trwały narady. Na postawione zarzuty odpowiedział że organizacja była bez zarzutów i nie chciano prowokować kibiców demonstracją policyjnej siły. To był szok cywilizacyjny dla kraju, w którym żyło się spokojnie i bezpiecznie. Belgowie, którzy nie doświadczyli okropności wojny w takim stopniu jak wiele innych europejskich krajów, nie wyobrażali sobie że może ich spotkać coś takiego. Nie byli na to przygotowani. Nie był też na to przygotowany stadion. Prezydent Liverpoolu sir John Smith powiedział: ,,Stadion Heysel nie nadaje się do takich meczów. Kibice mogli bez poważniejszych problemów dostać się na trybuny bez biletów a potem poruszać się względnie swobodnie po całym obiekcie. To niedopuszczalne”. Wtórował mu prezydent Juventusu Giampiero Boniperti: ,,Gdybym wiedział że Belgia nie da sobie rady z organizacją, byłbym za przeniesieniem meczu do Związku Radzieckiego. Tam od razu dano by sobie rade z bandytami”. Przed godziną 20-tą wiadomo było że mecz nie rozpocznie się zgodnie z planem, czyli o 20.15. ale prawdopodobnie nikt wtedy nie wiedział czy w ogóle się odbędzie. Działacze Komitetu Wykonawczego UEFA byli podzieleni. Zresztą oni nawet nie mieli miejsca, w którym mogliby spokojnie na ten temat podyskutować. W powszechnym chaosie Włosi często w szoku uciekali z zagrożonych miejsc, szukając schronienia na trybunie honorowej i prasowej, które były najbezpieczniejszymi okolicami na stadionie. ,,Już wtedy wiedzieliśmy, co się wydarzyło. Siedzieliśmy w szatni i czekaliśmy na decyzje. Wielu z tych, którzy ponieśli śmierć lub zostali ranni było znanych było znanych piłkarzom Juventusu. Nie chciało się nam grać w takiej sytuacji ale nie mieliśmy wyjścia”.- opowiadał Boniek. UEFA uznała że odwołanie meczu mogłoby spowodować jeszcze większą tragedie. Postanowiono więc zagrać dla bandytów żeby ich nie drażnić. Niemiecka telewizja ZDF w tym momencie przerwała transmisje. O godzinie 20.30 do walczących z policją kibiców na trybunie M, N i O wyszli piłkarze Juventusu. Najpierw mistrzowie świata Tardelii i Cabrini, potem Brio i Favero. Wszyscy prosili swoich kibiców o zaprzestanie walk i zachowanie spokoju. Kapitan Juve Gaetano Schirea zwracał się do włoskich kibiców za pośrednictwem megafonów. Z taki samym apelem do przybyszów z Anglii wystąpił kapitan Liverpoolu Phil Neal. Służby medyczne cały czas udzielały wtedy pomocy poszkodowanym. W loży dziennikarskiej jeden z Włochów, który się tam schronił dostał ataku serca. Jego przyjaciel próbował go reanimować. Zaalarmowani lekarze przybyli niemal natychmiast. Po kilku minutach reanimacji zabrali go do szpitala. O godzinie 21.30 grupa młodych Włochów z trybun M, N, O wniosła na bieżnie transparent z napisem: ,,Red Animals” – Czerwone Zwierzęta, nawiązując do koloru koszulek Liverpoolu. Cała widownia zaczęła bić brawo. Długo to nie trwało. Policja zabrała im transparent i to była jej jedyna udana akcja owego wieczoru. W tym czasie na boisko wyszły obydwie drużyny. Liverpool równo, karnie, jak zwykle. Juventus w nieładzie, jak na rozgrzewke. Piłkarze z wyjątkiem obydwu bramkarzy(Tacconiego i Grobbelara) nie przywitali się jak to jest w zwyczaju. Mecz rozpoczął się z opóźnieniem jednej godziny i 28 minut. Piłkarze spędzili więc w swoich szatniach około 3 godzin. Liverpool miał pecha. Środkowy obrońca Mark Lawrenson już w 3 minucie doznał kontuzji barku i musiał zejść z boiska. Płlkarze obydwu drużyn grali czysto, jak gdyby się bali iż ostrzejszy atak może stać się powodem kolejnych rozruchów na trybunach. Żadna ze stron nie osiągnęła wyraźnej przewagi. W 57 minucie, po jednej z akcji piłkarze Liverpoolu nie zdążyli wrócić pod swoja bramke. Odzyskaną piłke Platini kopnął daleko do przodu gdzie czekał Boniek. Polak wbiegł między 2 obrońców, wyprzedził ich, uderzył piłke głową i kiedy zbliżal się do pola karnego został przewrócony przez Gary’ego Gillespiego. Faul był ewidentny, tyle że Szkot popełnił go przed linią pola karnego. Szwajcarski sędzia znajdował się zbyt daleko od tej sytuacji, źle ją ocenił, przyznając Juventusowi rzut karny. Platini wykorzystał jedenastke dając swojej drużynie prowadzenie. Na kwadrans przed końcem jedna z akcji Liverpoolu zakończyła się ostrym atakiem Favera na Whelanie w narożniku pola karnego. Pół stadionu zerwało się na nogi, widząc faul Włocha a to oznaczało rzut karny i szanse na wyrównanie ale sędzia faulu nie dostrzegł i Juventus wygrał 1:0.

Plotki o zakulisowych decyzjach UEFA, pragnącej zadośćuczynić Włochom i ukarać Anglików, same pchały się na usta i łamy prasy. Berno oczywiście je zdementowało ale jak interpretować decyzje dobrego zwykle sędziego, który dyktuje dla Włochów jedenastke za faul poza polem karnym i nie przyznaje jej Liverpoolowi za atak niezgodny z przepisami w obrębie ,,szesnastki”? Prezydent UEFA, Jacques Georges, wręczył Juventusowi Puchar Mistrzów w szatni. Żadnej gali nie było. Włosi wybiegli z trofeum pod trybune M, N i O, demonstrując je swoim kibicom. W tym samym czasie, po drugiej stronie stadionu za trybuną X, Y, Z, ostatnie karetki zabierały tragicznie zmarłych. Konsekwencje tragedii na Heysel dotknęły wiele osób. Angielska federacja piłkarska wycofała kluby angielskie z rozgrywek europejskich. Kara spotkała 16 klubów. UEFA zawiesiła je na 5 lat(Liverpool na 6) i rozpoczęła kampanie na rzecz bezpieczeństwa na stadionach. Premier Margaret Thacher wydała wojne stadionowym chuliganom. Bramkarz Liverpoolu Grobbelaar powiedział: ,,Nie chce mi się bronić piłek lecących na bramke, skoro mam tym sprawiać przyjemność takim kibicom, jak ci, którzy wywołali awantury w Brukseli. 14-tu z pośród 24 zatrzymanych, po 4 latach śledztwa i procesów zostało skazanych w Brukseli na kary do trzech lat więzienia i grzywny. Sekretarz generalny UEFA, Hans Bangerter i sekretarz generalny federacji belgijskiej Albert Roosens otrzymali kary więzienia w zawieszeniu. UEFA została zobowiązana do wypłacenia odszkodowań rodzinom ofiar. Rząd angielski przeznaczył na ten sam cel ponad ćwierć miliona funtów. Stadion Heysel został przebudowany, nosi teraz imię belgijskiego Króla Baudouina. W miejscu gdzie zginęło najwięcej Włochów, znajduje się tablica pamiątkowa. Kiedy w roku 2005 Liverpool wylosował w Lidze Mistrzów Juventus, kibice na trybunie kop stadionu Anfield Road, , najsłynniejszej w Anglii ułożyli z biało-czerwonych kartek wielki napis ,,Amicizia” – Przyjaźń. Na stadionie Anfield odsłonięto też tablice pamiątkową ku czci poległych Włochów, podobną do tej, jaka znajduje się na Heysel. ,,You’ll Never Walk Alone”… Śmierć na Heysel poniosło 38 Włochów i jeden Belg. Najstarsza ofiara, Barbara Lusci miała 58 lat, najmłodszą był 11-letni Andrea Casula.

7

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

29 maja 1962 r. urodził się Marek Koniarek, napastnik. W latach 1986–1987 reprezentant Polski w piłce nożnej. Zdobywca Pucharu Polski w sezonie 1985/1986 z GKS Katowice, król strzelców pierwszej ligi piłkarskiej w sezonie 1995/1996 i mistrz Polski w sezonie 1996/1997 z Widzewem Łódź. Członek Klubu 100, klasyfikacji uwzględniającej piłkarzy, którzy strzelili co najmniej sto goli w polskiej najwyższej klasie rozgrywkowej. Z dorobkiem 65 goli najlepszy strzelec w historii Widzewa Łódź. Swoją piłkarską karierę rozpoczął w Siemianowiczance Siemianowice Śląskie, gdzie grał przez dwa i pół sezonu od 1980 r. do jesieni 1982 r. Wiosną 1983 r. trafił do Szombierek Bytom, gdzie rozegrał 21 spotkań, strzelając 3 gole. W sezonie 1984/1985 przeszedł do GKS Katowice, gdzie grał do jesieni 1988 r., zdobywając Puchar Krajowy w sezonie 1985/1986. W GKS rozegrał 106 spotkań, strzelając 29 bramek. Następnie przeszedł do występującego w lidze niemieckiej Rot-Weiss Essen, rozgrywając w nim 37 spotkań, strzelając 4 bramki w sezonach 1988/1989-1990/1991. Jesienią 1991 r. grał w Zagłębiu Sosnowiec, gdzie rozegrał 13 meczów i zdobył 4 bramki. Wiosną tego samego sezonu (1991-1992) trafił do Widzewa Łódź, gdzie przez dwa sezony (do jesieni 1993 r.) zagrał w 68 spotkaniach i zdobył 35 goli. Z Widzewa, Koniarek przeniósł się do ligi austriackiej, gdzie najpierw reprezentował Wiener SC, rozgrywając przez rundę wiosenną 16 spotkań i strzelając 8 bramek, a w sezonie 1994/1995 związał się z VSE St. Pölten, dla którego zdobył 8 bramek. W sezonie 1995/1996 powrócił do Widzewa Łódź, z którym odniósł największe sukcesy w swej karierze. W sezonie 1995/1996 zdobył wraz z Widzewem mistrzostwo Polski i został królem strzelców z dorobkiem 29 goli(4. wynik w historii polskiej ekstraklasy). Łącznie przez dwa sezony rozegrał w barwach Widzewa 38 meczów i zdobył 30 goli (łącznie 65 goli dla tego klubu, najlepszy strzelec w dziejach Widzewa). W sezonie 1996-1997 powrócił do ligi austriackiej, gdzie trafił do SK Vorwärts Steyr. Jesienią 1997 r. przeszedł do Wisły Kraków, w której zagrał w 12 meczach, nie strzelając żadnej bramki. Z Wisły przeszedł do GKS Katowice wiosną 1998 r. W tym sezonie zagrał w 13 spotkaniach i zdobył 3 gole. W sezonie 1998-1999 zakończył karierę zawodniczą. Łącznie w polskiej lidze rozegrał 271 spotkań i zdobył 104 gole. W reprezentacji Polski wystąpił w dwóch spotkaniach, strzelając jednego gola.


@AssisMoreira
@kamyk_23
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

0

Jeśli to będzie Dembele(w co jednak wątpie) to wszystkim zainteresowanym Barcunią stawiam piwo, ba! nawet dwa!

3

Dembele, Ferran Torres, Eric Garcia i Sergi Roberto: największe zakały FC Barcelony!
Xavi opamiętaj się i pozbądź się w końcu tego szrotu!

5

No i prosze! Sympatyczny Ansu Fati robi szoł na Camp Noł!
Kochamy cię wspaniały murzynku i nikomu nie oddamy!

2

No to z pewnością będzie ostatnia niedziela dla Busqueta i Alby a dla kogo jeszcze? To się okaże. Najważniejsze aby dzisiaj nie narobić kolejnego wstydu, jak to miało miejsce na Estadio Jose Zorrilla. To w żaden sposób nie przystoi mistrzowi przegrywać na własnym stadionie, nie mając już innych meczów na arenie międzypaństwowej...

6

Legendy hiszpańskiego futbolu:

Agustín Gaínza urodził się 22 maja 1922 roku w Basauri(Kraj Basków). Gaínza całą swoją karierę grał w Athletic Club de Bilbao, do którego dołączył w sezonie 1939-1940. Wraz z Iriondo, Venancio, Zarrą i Panizo stworzył jedną z najbardziej legendarnych formacji w hiszpańskim futbolu. Jeden z najlepszych lewoskrzydłowych w historii hiszpańskiego futbolu. W sezonie 46/47 w meczu pucharowym zdobył 8(!) goli przeciwko Celcie. Zdobył dwa tytuły mistrzowskie (1943 i 1956) oraz siedem pucharów Hiszpanii(1943, 1944, 1945, 1950, 1955, 1956 i 1958). W reprezentacji Hiszpanii rozegrał 33 mecze i strzelił 10 goli. Brał udział w mistrzostwach świata w 1950 roku. Agustín Gaínza zmarł 6 stycznia 1995 roku w Basauri.



@AssisMoreira
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Mixtape
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974

0

@FcPortoFan1999 Dokładnie!

1

@FcPortoFan1999 W latach 20-tych to jeszcze nie mieliśmy silnej reprezentacji i od Węgrów dostawaliśmy porządne wciry! Dopiero w latach 30-tych, zwłaszcza pod koniec mogliśmy wygrywać właściwie z każdymi...

1

@Pawlak1992 Zdecydowanie Kylian Mbappe. Idealnie pasowałby do La Liga. Natomiast Haaland w La Liga to byłby taki słoń w składzie porcelany.

10

Szanowni sympatycy futbolu, dziś mija dokładnie 101 lat od pierwszego gola i pierwszego zwycięstwa reprezentacji Polski w historii jej występów. 28 maja 1922 r. Polska pokonuje Szwecję w Sztokholmie 1:2. "W 27. minucie Leon Sperling kończy bieg centrą. Einar Hemming nie atakowany przez nikogo daje niepotrzebnie piłce klapsa ręką: karny. Komu powierzyć tę ważną funkcję? Jedynym graczem, który w swej drużynie bije z dobrym skutkiem jedenastki, był Józef Klotz, jemu też oddaje kapitan z całym zaufaniem wykonanie rzutu, od którego skuteczności tak wiele zawisło. Klotz z całym spokojem, bez rozpędu pakuje piłkę w lewy róg pod poprzeczkę. Bramkarz ani drgnął" - w ten sposób w "Przeglądzie Sportowym" opisano historyczne trafienie dla Biało-Czerwonych. Meczem ze Szwedami Klotz kończył swoją krótką reprezentacyjną karierę- to był jego zaledwie drugi mecz z orzełkiem na piersi, jednak ilu piłkarzy oddałoby dziesiątki meczów za to jedno, historyczne trafienie. Piłkarzowi nieistniejącej już Jutrzenki Kraków nie zadrżała noga i pewnym strzałem pokonał Fritiofa Rudena. Na nieco ponad kwadrans przed końcem towarzyskiej potyczki drugą bramkę dołożył Józef Garbień z Pogoni Lwów i premierowa wygrana Biało-Czerwonych stała się faktem.



@AssisMoreira
@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?