23

Diego Forlan ,,zaszalał” na Camp Nou:

22 maja 2005 r. FC Barcelona zremisowała w przedostatniej kolejce La Liga z Villarreal 3:3 a wydarzeniem wieczoru była prezentacja pucharu za mistrzostwo Hiszpanii i wielka fiesta, która odbyła się na Camp Nou po zakończeniu meczu. Na drugim planie toczyła się jednak walka o Trofeo Pichichi- tytuł najlepszego snajpera. Niespodziewany hattrick zdobyty przez Diego Forlana pozwolił mu niemal dogonić Samuela Eto’o. Napastnik Villarreal miał po 37 kolejkach 23 gole wobec 24 goli snajpera Blaugrany. Trzeba jednak zaznaczyć iż kontrowersje wywołał gol strzelony 19 lutego w meczu z RCD Mallorca, gdy uderzona przez Deco piłka odbiła się od Eto’o i zmyliła bramkarza z Balearów. Katalońskie media zaliczały to trafienie Kameruńczykowi, ale madrycka ,,Marca”(fundator nagrody Trofeo Pichichi) i europejska organizacja ESM(przyznająca ,,Złotego Buta”) uznały że strzelcem gola jest Deco. Jak się okazało była to kluczowa decyzja, gdyż w rozegranej tydzień później ostatniej kolejce ligowej Forlan strzelił 2 gole a Eto’o nie trafił ani razu i to reprezentant Urugwaju sięgnął po Pichichi, zdobył także, ex aequo z grającym w Arsenalu Henry’m, Złotego Buta.



@Symson
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Monix10
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

9

Debiuty legend FCB:

22 maja 1927 r. w towarzyskim meczu FC Barcelony z Motherwell wygranym 2:0 debiutuje w barwach Blaugrany legendarny napastnik Angel Arocha.


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

1

Bravissimo Borussia! Tak trzymać i w końcu triumfować!

6

@FCBparasiempre

W maju 2021 roku mineło dokładnie sto lat od kiedy na polskim rynku wydawniczym ukazał się pierwszy numer ,,Przeglądu Sportowego”. Jedna z najważniejszych gazet sportowych w naszym kraju do dziś wyznacza trendy odnośnie funkcjonowania na rodzimym rynku prasowym. Pismo to nie święciłoby jednak swoich sukcesów gdyby nie kilku oddanych sprawie zapaleńców, którzy zaryzykowali i swoją ciężką pracą wynieśli słabo prosperujący tytuł na wyżyny przedwojennej publicystyki sportowej. Początki były jednak trudne, a miały one dużo wspólnego z futbolem. Dwudziestolecie międzywojenne przyniosło wiele zmian odnośnie zawodu dziennikarza. W porównaniu z latami przed Wielką Wojną ciężko było znaleźć prawdziwych fachowców, którzy nadaliby kierunek tworzącym się formom dziennikarskim. Wielu przedwojennych ,,nowiniarzy” poniosło śmierć na frontach I wojny światowej, wojny polsko-ukraińskiej lub polsko-bolszewickiej. Stanowiska pierwszych dziennikarzy w odrodzonej ojczyźnie obejmowali często byli lub obecni sportowcy, od których od razu wymagano wszechstronności w nowym zawodzie. Jeden z najlepszych dziennikarzy sportowych w dwudziestoleciu Tadeusz Grabowski tak wspominał swoje początki w redakcji bytomskiego ,,Sportowca”: ,,(…) razu pewnego na pierwszą kolumnę nie miałem nic poza ilustracją z ,,Miroir” z meczu Francja-Anglia, gdzie głowy graczy, tworząc skomplikowaną gmatwaninę, ledwo odcinały się od tła. Trzeba było to wszystko, a zwłaszcza głowy ,,podmalować”. Dorywczo współpracujący plastyk przepadł gdzieś bez wieści, drukarnia biła na alarm, także wreszcie… sam chwyciłem za farby i pędzle”. Ta sytuacja bardzo dobrze oddaje ogrom trudności, z którymi musieli się borykać. Innym palącym problemem była nieumiejętność odnalezienia się w panującej rzeczywistości wielu dziennikarzy, którzy nie umieli funkcjonować bez cenzorskiej kontroli. Nie potrafili oni porzucić przedwojennych przyzwyczajeń, a co za tym idzie zachęcić ewentualnych czytelników do nabywania ich pism. Zbyt trudne dla nich było również przerzucenie się z tematyki narodowowyzwoleńczej na bardziej rozrywkową, co skazywało ich na zawodowy niebyt. Dużą wagę w pracy przedwojennych dziennikarzy przykładano do języka, który w obliczu panującego w II Rzeczypospolitej analfabetyzmu (33% obywateli kraju) musiał zostać uproszczony. Chciano w ten sposób, aby poszczególne artykuły były zrozumiałe zarówno dla ludzi z nizin społecznych, jak i tych z wyższych sfer. Po pewnym czasie dało się jednak zauważyć, że wspomniany zabieg nie przyniósł pożądanych skutków. Do innych dziennikarskich niedogodności pierwszych lat niepodległości możemy zaliczyć także niedostatki na polu sprzętowym, brak papieru, na którym można by drukować poszczególne tytuły czy słabą sieć komunikacyjno-informacyjną, która była skutkiem różnego prawodawstwa u poszczególnych zaborców. Kłopoty pojawiały się często również z powodu zbyt częstych polemik między poszczególnymi tytułami, co jednak w dużej mierze napędzało sprzedaż pism. W powojennej rzeczywistości politycy szybko zdali sobie sprawę, że dziennikarstwo, a zwłaszcza to sportowe, ma olbrzymi potencjał propagandowy. Nie powinien dziwić nas więc fakt, że istniała możliwość wykorzystywania zajmowanych stanowisk do własnych interesów przez wielu przedstawicieli państwowych. Szybko do zadań żurnalistów sportowych dołączyło propagowanie w społeczeństwie aktywności fizycznej, o której wielu Polaków wciąż myślało, że między innymi powoduje choroby. Wspomniany wcześniej analfabetyzm spowodował jednak, że misja poszerzania horyzontów spaliła na panewce.

Dwudziestolecie międzywojenne z perspektywy lat jawi się jako czas walki o poprawę wizerunku dziennikarzy. Walki, którą z perspektywy olbrzymich sukcesów polskiego dziennikarstwa w latach trzydziestych, należy uznać za wygraną. Kraków, dawna stolica Polski oraz centralne miasto austriackiej Galicji, długo hamował rozwój prasy sportowej. Ta tendencja została przełamana dopiero pod koniec XIX wieku. Następstwem takiego stanu rzeczy był fakt, że tytułów prasy sportowej zaczęło przybywać niczym grzybów po deszczu. Jednym z nich był wydawany od 21 maja 1921 roku ,,Przegląd Sportowy”. Początki obecnego hegemona branży dziennikarstwa sportowego mocno związane były z postacią Tadeusza Synowca. Nie pełnił on co prawda roli redaktora naczelnego (tę przez pierwszy rok sprawował Ignacy Rosenstock, a później do 1926 roku Ferdynand Goetel), ale wywarł on olbrzymi wpływ na funkcjonowanie owego tytułu. Późniejszy selekcjoner reprezentacji Polski dużo czasu w tamtym okresie spędzał w dobrze sobie znanej kawiarni ,,Bizanca”, w której przy jednym ze stolików zajmował się grą w szachy oraz poprawianiem tekstów, które miały ukazać się na szpaltach ,,Przeglądu Sportowego”. Pierwsze wydanie gazety w pełni poświęcone było futbolowi, co można łatwo wytłumaczyć jeśli wie się, że już na początku swojego funkcjonowania tygodnik (,,Przegląd Sportowy” stał się dziennikiem dopiero po II wojnie światowej) stał się organem Krakowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej. Z czasem został on częścią okręgowych związków piłkarskich również w Wilnie, Lublinie, Katowicach, Łodzi i Warszawie. Formuła miała oscylować wokół naukowego charakteru publikacji, co po dość krótkim czasie zostało zmienione. Nakład pisma wynosił wtedy około pięciu tysięcy numerów, ale z powodu panującego w Galicji ubóstwa oraz dlugotrwałej pracy nad wydaniem pojedynczego numeru zaczął on spadać. Widmo upadku zniknęło, gdy właściciel Cracovii Jan Gebethner z własnej kieszeni sfinalizował powstanie Towarzystwa Wydawniczego ,,Przegląd Sportowy”. Nie oznaczało to jednak, że problemy zniknęły w ogóle. Nudna szata graficzna, informowanie o wydarzeniach związanych tylko z zespołem Cracovii czy publikowanie informacji z opóźnieniem sprawiły, że nastąpił drugi poważny odpływ czytelników. Inne gazety, w tym ,,Rzeczpospolita” czy ,,Słowo Polskie”, także weszły do rywalizacji o odbiorcę, co objawiło się poprzez redagowanie interesujących działów sportowych. Dewaluacja marki natomiast doprowadziła do podniesienia ceny pisma aż trzydzieści cztery razy w przeciągu trzech lat. Stojący na czele gazety zdawali sobie sprawę z faktu, że jeśli nic nie zrobią, to pismo będzie musiało ogłosić upadłość. Jan Gebethner i jego współpracownik Marian Strzelecki musieli zdecydować pomiędzy przekształceniem ,,Przeglądu Sportowego” w elitarny magazyn dla małej liczby czytelników a zrobieniem z niego ogólnopolskiej gazety nastawionej na masowego odbiorcę. Decyzja ta zmieniła polskie dziennikarstwo sportowe na zawsze. Milowy krok w historii ,,Przeglądu Sportowego” nastąpił na przełomie 1924 i 1925 roku. Wtedy to właśnie redakcja gazety została przeniesiona z Krakowa do Warszawy. Większość obowiązków pod nowym adresem przejął Marian Strzelecki, członek zarządu Polonii Warszawa i jej piłkarz w wicemistrzowskim sezonie 1921. ,,Przegląd Sportowy” został przejęty przez spółkę wydawniczą ,,Prasa Polska”, co w ostateczności sprawiło, że jego ciągłość nie wygasła. Funkcję nowego redaktora naczelnego przejął natomiast współtwórca grupy poetyckiem Skamander, czyli Kazimierz Wierzyński. ,,Nowa miotła” od razu zabrała się do robienia porządków w piśmie. Innowacyjne było praktycznie wszystko. Nie oznacza to jednak, że gazeta przerodziła się w zbiór poetyckich utworów, ale pozostała pismem przekazującym informacje ze sportowych aren. Wraz z zatrudnieniem przez Wierzyńskiego wielu wybitnych sportowców jako sprawozdawców (między innymi piłkarza Cracovii i przyszłego selekcjonera kadry biało-czerwonych Józefa Kałuży) można było doszukać się artykułów, w których uczestnicy poszczególnych zawodów opowiadali o swoich odczuciach z nimi związanych. Była to nowość, która sprawiała, że „ Przegląd Sportowy” zaczął zyskiwać na popularności.

Po upływie dwóch lat „Przegląd Sportowy” powiększył nakład do czterdziestu trzech tysięcy egzemplarzy. Na taki stan rzeczy duży wpływ miała charyzma przyszłego złotego medalisty olimpijskiego (Wierzyński zdobył to wyróżnienie w 1928 roku w konkursie sztuki za tomik poezji ,,Laur olimpijski”, w którym jeden z wierszy został poświęcony wybitnemu hiszpańskiemu bramkarzowi Ricardo Zamorze). Jego podwładny Jerzy Jakub Rohatiner wspominał: ,,Nawet w telefonach niedzielnych (…) redaktor naczelny spodziewał się odpowiedniego poziomu oraz imaginacji. A przy tym baczył pilnie na czystość i zwięzłość języka, jedność myśli, oszczędność słowa”. Nie można było spotkać go jednak nigdy w redakcji, gdyż większość czasu spędzał na trybunach poszczególnych zawodów sportowych. Jego postawa sprawiła, że ,,Przegląd Sportowy” znalazł się na salonach europejskiej prasy sportowej. Ten czas w historii pisma najlepiej oddają jego własne słowa na temat wykonywanej przez siebie pracy: ,,Gdy je objąłem, nadałem mu format gazety, powiększyłem objętość i przekonałem wydawców, aby zaryzykować nakład pięciu tysięcy egzemplarzy. Chwyciło z miejsca”. Innym trafionym pomysłem było ustanowienie w 1926 roku plebiscytu dla najlepszego polskiego sportowca w roku kalendarzowym. Pierwszym jego laureatem został Wacław Kuchar, wszechstronny sportowiec ze Lwowa, który najbardziej znany był jako wybitny napastnik tamtejszej Pogoni. Oprócz niego takiego zaszczytu dostąpiło jeszcze tylko dwóch piłkarzy: Zbigniew Boniek w 1982 oraz Robert Lewandowski w 2015 roku. Plebiscyt z krótką przerwą na okres II wojny światowej odbywa się po dziś dzień. Pochwały dla sternika ,,Przeglądu Sportowego” płynęły z całej Europy. Gdy gazeta miał już ugruntowaną pozycję na rynku przyszła jednak pora na zmianę. Redakcję przejął wspominany już Marian Strzelecki, który pełnił funcję redaktora naczelnego aż do wybuchu II wojny światowej. Legenda Czarnych Koszul uważała, że należy wzbogacać szatę graficzną, doskonalić warsztat oraz informować o rezultatach ze sportowych aren w sposób jak najszybszy. Gazeta zaczęła być redagowana pod gusta czytelników, co doprowadziło do wprowadzenia sensacyjności w jej stylu. Najważniejsze było jednak to, że ,,Przegląd Sportowy” wciąż znajdował się w grupie pism informacyjnych, których rola była wiodąca zarówno w kraju, jak i za granicą. Charakterystyczną cechą pisma w okresie rządów redaktora Strzeleckiego było dość mocne angażowanie się w różnego typu polemiki, wśród których najgłośniejsza dotyczyła militaryzacji sportu w Polsce. Punktem wyjścia była sytuacja z meczu derbowego Cracovia-Wisła Kraków, który miał miejsce w 1933 roku. Na pięć minut przed końcowym gwizdkiem zawodnicy Białej Gwiazdy zeszli z boiska po tym, jak sędzia wykluczył z gry zawodowego oficera i jednocześnie kapitana gości Henryka Reymana. Według kibiców Pasów miał on powiedzieć do arbitra: ,,Żaden Żyd nie będzie mi rozkazywał”, podczas gdy fani Wisły utrzymywali, że ich idol wykrzyczał: ,,Nikt w tym kraju, a zwłaszcza byle sędzina, nie będzie ubliżał polskiemu oficerowi”. Następstwem owego zdarzenia był rozkaz prezesa Krakowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej generała Bernarda Monda, że wojskowi, którzy grają w klubach cywilnych, mają zaprzestać robienia tego. Szybko zareagował ,,Przegląd Sportowy”, na którego łamach słowa oburzenia przedstawił jeden z nestorów polskiego dziennikarstwa Jan Erdman: ,,Interwencja gen. Monda nie jest dla nas dostatecznie zrozumiała. Jeżeli nawet dopuścimy celowość nadzoru zwierzchnictwa wojskowego nad graczami wojskowymi, to w przytoczonym wypadku akcja władz wojskowych ograniczyć się mogła tylko do zajęcia stanowiska wobec niesubordynowanego kapitana”. ,,Przegląd Sportowy” przez osiemnaście lat swojego funkcjonowania przed II wojną światową poczynił olbrzymi postęp, który owocuje również dziś. Jego wkład w rozwój polskiego sportu, również piłki nożnej, jest nieoceniony. Lata sukcesów, głównie w okresie rządów Kazimierza Wierzyńskiego, sprawiły, że pismo stało się szalenie ważnym graczem na polskim i europejskim rynku prasowym. Olbrzymią szkodą jest to, że nigdy nie będzie nam dane dowiedzieć się, jak rozwinęłoby się to pismo oraz cała polska publicystyka sportowa gdyby nie niemiecko-sowiecki atak we wrześniu 1939 roku oraz prawie pięćdziesiąt lat komunizmu na naszych ziemiach.

1

@FcPortoFan1999 No musze przyznać że masz bardzo dobrą pamięć. Tylko pogratulować! Ja wprawdzie mam nie najgorszą, no ale ty to chyba wręcz wybitną, kiedy pamiętasz takie szczegóły...

9

@FCBparasiempre
Niektóre finały Ligi Mistrzów są jak świeże wyroby polskiej kinematografii. Więcej szumu związanego z otoczką i zapowiedziami, aniżeli dobrego seansu. Na całe szczęście futbol dostarczył nam też wiele wybitnych finałowych produkcji spod szyldu najbardziej elitarnych klubowych rozgrywek w Europie. Dzisiaj przypomnimy sobie jedną z nich. Mowa tutaj o decydującym starciu Champions League z 2008 roku, w którym na rosyjskim stadionie Łużniki w Moskwie zmierzyły się ze sobą Chelsea FC oraz Manchester United. Manchester trafił do grupy F, gdzie jego przeciwnikami były takie zespoły jak AS Roma, Dynamo Kijów oraz Sporting CP. Chelsea natomiast prowadziła zmagania w zestawieniu oznaczonym literką B. CFC rywalizowało z Schalke, Rosenborgiem i Valencią. Oba kluby wygrały swoje grupy i do fazy pucharowej przystępowały w roli faworytów całych rozgrywek. United w 1/8 nie bez problemów pokonało w dwumeczu Olympique Lyon, natomiast Chelsea pewnie poradziła sobie z greckim Olympiakosem. Komplikacje zaczęły się od ćwierćfinałów. Londyńczycy przegrali pierwsze, wyjazdowe spotkanie z Fenerbahçe 1:2 i w rewanżu musieli gonić wynik. Koniec końców udało się wygrać 2:0 i przejść do półfinałów, gdzie przyszło im zagrać z Liverpoolem. Manchester z kolei w 1/4 spokojnie ograł Romę (2:0 i 1:0) i w walce o bilet do Moskwy trafił na FC Barcelonę. Przesądzające o awansie do finału pojedynki stały na bardzo wysokim poziomie. Manchester najpierw zremisował na Camp Nou z „Blaugraną”, by potem w rewanżu wygrać 1:0 po fantastycznym golu Paula Scholesa. Zwycięstwo „Czerwonych Diabłów” było w pełni zasłużone. Chelsea oraz Liverpool napisały wspaniałą historię, grając dwumecz, który postrzegany jest jako ikoniczny. W mieście Beatlesów padł remis 1:1, natomiast rewanż na Stamford Bridge należał do absolutnie zwariowanych. Po regulaminowych 90 minutach utrzymywał się wynik 1:1, więc potrzebna była dogrywka. W niej padły aż trzy bramki, z czego dwie dla gospodarzy, co ostatecznie przesądziło o tym, że na wielki finał poleciała drużyna Chelsea. Nigdy przedtem dwie ekipy z Anglii nie spotkały się na finiszu Ligi Mistrzów. Według bukmacherów minimalnym faworytem był Manchester United, który zaledwie kilkanaście dni wcześniej zapewnił sobie mistrzostwo kraju, wyprzedzając w tabeli właśnie team z Londynu jedynie o dwa punkty. „The Blues” niechybnie więc pałali żądzą rewanżu za przegrane trofeum. Warto odnotować, że sezon wcześniej United także zgarnęło ligowy tytuł, znów finiszując tuż przed Chelsea. Wówczas jednak z nieco bardziej okazałą, sześciopunktową przewagą. Chelsea FC przez niemalże cały sezon 2007/2008 prowadził niedoświadczony Avram Grant, który we wrześniu 2007 roku zastąpił na stanowisku trenera samego Jose Mourinho. Portugalczyk po słabszej serii wyników został zwolniony przez Romana Abramowicza. Obrzydliwie bogaty oligarcha dzisiaj jest naturalnie kojarzony ze swoim klubem, natomiast w tamtych latach był on jeszcze dość nowym właścicielem. Rosjanin kupił Chelsea w 2003 roku za kwotę 140 milionów funtów i postanowił zrobić z niej potęgę, wydając na start ogromne pieniądze na nowych zawodników, a także zatrudniając Mourinho, który stanowił wtedy niezwykle łakomy kąsek na rynku trenerów. Wystarczy wspomnieć, że słynący z ciętego języka szkoleniowiec obejmował „The Blues” tuż po tym jak niespodziewanie wygrał Champions League prowadząc FC Porto. Kolejne sukcesy – już w Anglii – przyszły bardzo szybko. W premierowym sezonie jako opiekun Chelsea zdobył mistrzostwo Premier League. Rok później powtórzył ten wyczyn. Nigdy jednak nie zdołał wprowadzić zespołu do finału Ligi Mistrzów. Pierwszego w jego dziejach. Tego, co nie udało się Mourinho, dokonał Grant. Izraelczyk piastował funkcję dyrektora sportowego w klubie, zanim przejął schedę po „The Special One”. Co ciekawe, ze względu na fakt, iż nie posiadał on licencji UEFA Pro, do protokołu meczowego wpisywany był Steven Clark, były asystent Jose. Mający polskie korzenie Grant świetnie zaczął przygodę z nową funkcją. Dość powiedzieć, że przegrał tylko jedno z pierwszych 18 spotkań. ,,Mourinho uwielbiał być w centrum uwagi, ale w tym pozytywnym sensie. Ja jestem inny. Widzę siebie jako reżysera, a gwiazdami są piłkarze”- Avram Grant.

Po drugiej stronie na ławce trenerskiej siedział niebywale doświadczony, legendarny już Sir Alex Ferguson. Szkot pragnął jeszcze raz w swojej arcybogatej karierze sięgnąć po uszaty puchar, bowiem pomimo wielu osiągnięć, zaledwie jedno trofeum Ligi Mistrzów przez ponad 22 lata pracy na Old Trafford mogło uderzać w jego ambicję. Los chciał, by akurat w 2008 roku wypadała okrągła, 50. rocznica katastrofy lotniczej w Monachium, w której zginęło wielu zawodników Manchesteru oraz inne osoby związane bądź też niezwiązane z United (pracownicy klubu, dziennikarze, załoga samolotu). Miało to być dodatkową mobilizacją w batalii z Chelsea. ,,Oczywiście było to bardzo wzruszające, ponieważ obchodzono 50-tą rocznicę katastrofy lotniczej w Monachium. Sir Alex Ferguson na pewno uświadomił to piłkarzom”- Bobby Charlton w wywiadzie dla The Guardian. Finał rozpoczął się w środę, 21 maja o godzinie 20:45 (22:45 czasu lokalnego) przy widowni liczącej 69,5 tys. osób. Zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie nie obyło się bez znaczących roszad w składzie. Nominalny gracz środka pola Chelsea Michael Essien ustawiony został na prawej stronie defensywy, bowiem Avram Grant pragnął zabezpieczyć tę pozycję kimś lepiej broniącym od Juliano Bellettiego. Reprezentant Ghany w kilku spotkaniach w końcówce sezonu również sprawował tę funkcję. Kłopoty United polegały na kontuzji Park Ji-Sunga, którego w wyjściowej jedenastce zastąpił Owen Hargreaves. Grający najczęściej na prawej flance Ronaldo tym razem wszedł w rolę lewego pomocnika, tam, gdzie występował właśnie nieobecny Koreańczyk. Taki manewr miał sprawić, że błyskotliwy skrzydłowy będzie wygrywał więcej bezpośrednich pojedynków z Essienem, który jak już zostało wspomniane, nie posiadał wielkiego doświadczenia z gry na boku obrony. Patrice Evra ujawnił kiedyś, co w szatni tuż przed wyjściem na murawę powiedział im Ferguson tamtego pamiętnego wieczoru. Francuski lewy obrońca rozegrał cały mecz, prezentując się naprawdę nieźle. ,,Wszyscy siedzieliśmy w szatni, kiedy wszedł Ferguson. Jak zwykle muzyka ucichła. Można było usłyszeć, jak upadają szpilki. Potem powiedział: „Już wygrałem, nie musimy nawet grać”. Zamurowało nas. Co on gada? przecież to spotkanie się nawet nie rozpoczęło. Potem boss zwrócił się do mnie: „Spójrzcie na Patrice’a. Ma 24 rodzeństwa. Wyobraźcie sobie, co musiała robić jego mama, żeby wykarmić tyle dzieci”. Potem pokazał na Rooneya. „Dorastał on w jednej z najtrudniejszych części Liverpoolu”. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że ma na myśli społeczność. Nie byliśmy tylko zbieraniną piłkarzy. Mieliśmy inne pochodzenia, inne religie, ale tam wtedy staliśmy się jednością. Po przemówieniu Fergusona wszystkich dopadła gęsia skórka”. Warto odnotować, że na ławce rezerwowych Manchesteru siedział wówczas Tomasz Kuszczak. Trzeba jednak Polakowi oddać, że w tamtej edycji Ligi Mistrzów nie był jedynie statystą. Urodzony w Krośnie Odrzańskim Kuszczak wystąpił w pięciu meczach grupowych. Innymi słowy– dorzucił nawet pokaźną cegiełkę. ,,Chelsea miała w składzie wielkie gwiazdy, ale według mnie to Manchester United był bardziej zgraną drużyną. Można było poczuć u nich prawdziwego ducha zespołu”- Lubos Michel, arbiter meczu finałowego. Potyczka na Łużnikach zaczęła się dość niemrawo, ale już w 26. minucie podopieczni Fergusona wyszli na prowadzenie. Precyzyjne dośrodkowanie Wesa Browna na gola zamienił Ronaldo, który wykorzystał niedokładne krycie… tak, tak – Michaela Essiena. 23-letni wówczas gwiazdor uderzył kapitalnie głową obok bezradnie patrzącego na piłkę Petra Cecha. Kilka chwil później piłkarze w czerwonych koszulkach mieli jeszcze dwie znakomite sposobności do podwyższenia wyniku, ale Cech najpierw doskonale obronił strzał Téveza z bliskiej odległości, a potem jeszcze lepiej zachował się przy dobitce Michaela Carricka. Chelsea odpowiedziała bramką tuż przed gwizdkiem obwieszczającym koniec pierwszej odsłony gry. Essien postanowił huknąć zza pola karnego, futbolówka odbiła się jeszcze od dwóch graczy United i szczęśliwie wpadła pod nogi Franka Lamparda. Kapitan zespołu nie zawiódł i z bliskiej odległości doprowadził do wyrównania.

Na drugą połowę Manchester wyszedł ze zmienionym ustawieniem 4-5-1. Hargreaves został przesunięty do środka, natomiast Rooney zbiegł na prawe skrzydło, pozostawiając osamotnionego Téveza w ataku. Oba zespoły nie stworzyły sobie już wielu okazji do rozstrzygnięcia wyniku. Najbliżej tego był Didier Drogba, którego próba zza pola karnego zatrzymała się na słupku. Na rosyjskiej ziemi do wyłonienia zwycięzcy potrzebowano dogrywki. Dodatkowe 30 minut przyniosło masę emocji. W poprzeczkę trafił Lampard, a Rayan Giggs nie wykorzystał niesamowitej okazji, gdy piłkę niechybnie lecącą do bramki w ostatniej chwili wybił John Terry. Na kilka minut przed zakończeniem dogrywki fatalnie zachował się Didier Drogba. Główna strzelba CFC wdała się w pyskówkę z Nemanją Vidiciem, by po chwili uderzyć Serba w twarz. Sędzia nie mógł podjąć innej decyzji i pokazał mu czerwoną kartkę. Było więc jasne, że główna strzelba londyńskiego giganta nie weźmie udziału w konkursie jedenastek, na które po 120 (i czterech doliczonych) minutach gry zaprosił wszystkich wspomniany Lubos Michel. Rzuty karne, które wykonywano późno w nocy, bez cienia wątpliwości zapisały się złotymi zgłoskami we wszelkich księgach o historii piłki nożnej. Wielu kibiców nie zna okoliczności, jakie sprawiły, że(jak się mogło wydawać) minimalną przewagę przed kluczową próbą nerwów miała Chelsea. Ponoć Avram Grant kumplował się z pewnym wykładowcą ekonomii na uniwersytecie w Izraelu. Ten z kolei znał Ignacia Palacios-Huertę, baskijskiego ekonomistę specjalizującego się w badaniach nad karnymi. Przez długie lata analizował on tysiące strzelanych i bronionych jedenastek. Przesłał więc Grantowi swoje oparte na wnikliwych statystykach zapiski. Można w nich było przeczytać między innymi o zwyczajach Edwina Van der Saara. Holenderski golkiper według wszelkich obserwacji rzucał się w swoje prawo, kiedy stawał naprzeciwko prawonożnego zawodnika, natomiast w swoje lewo, gdy piłkę na „wapnie” ustawił gracz lewonożny. Miało to stanowić przewidzenie mimowolnych instynktów strzelca, który woli uderzać w „naturalną stronę” zamiast w przeciwległy róg, co wymaga nieco większego trudu. Prócz tego Ignacio w raporcie wyraźnie zaznaczył, że większość karnych, które bronił Van der Saar było strzelanych na średniej wysokości (około metr nad murawą). Z tego względu piłkarze Chelsea powinni kierować futbolówkę albo po ziemi, albo mocno w górę, pod samą poprzeczkę. Kolejną bardzo interesującą informację przekazaną przez Baska stanowiły zwyczaje największej gwiazdy United, Cristiano Ronaldo. Ignacio wyraźnie zaznaczył w przekazanych notatkach: „Ronaldo najczęściej zatrzymuje się tuż przed strzałem. Jeśli to robi, to zazwyczaj (85 procent) kieruje piłkę w prawą stronę bramkarza”. Analityk dodał także, że wychowanek ojczystego Sportingu lubi w ostatniej chwili zmienić decyzję co do kierunku, więc golkiper nie powinien robić zbyt pochopnych ruchów na linii i odpowiednio wyczekać reprezentanta Portugalii. Ostatnią istotną kwestią przekazaną przez Ignacio była naprawdę przydatna statystyka. Otóż okazało się, że to drużyna, która rozpoczyna konkurs karnych, częściej wychodzi z nich zwycięsko (60 procent przypadków). Prawdopodobnie jest to związane z presją, jaka spoczywa na rywalu, który strzela jako drugi i ciąży na nim odpowiedzialność – musi doprowadzić do wyrównania lub też pomóc zespołowi wyjść na prowadzenie. Rozpoczął Manchester dzięki wygraniu rzutu monetą. Kapitan Rio Ferdinand zadecydował, że to jego koledzy zaczną te niebywale stresujące zawody. Carlos Tévez nie pozostawił złudzeń – pewny gol i 1:0 dla United. Prawonożni zawodnicy „The Blues” konsekwentnie strzelali w lewą stronę bramkarza, co pozwalało im zdobywać kolejne bramki. Gdy do piłki podszedł Ronaldo – tak jak przewidziano w raporcie Ignacio – zatrzymał się tuż przed strzałem i uderzył w prawą stronę bramkarza. Cech spokojnie wyczekał CR7 i skutecznie interweniował. Z podanych wskazówek wyłamał się tylko Ashley Cole. Jest on lewonożny i wybrał lewą stronę bramkarza, czyli swoją naturalną. Piłka uderzona mocno po ziemi otarła się o rękawice Van der Saara i szczęśliwie zatrzepotała w siatce.

Gdy rezultat karnych wynosił 4:4, stało się jasne, że jeżeli podchodzący do wykonania swojej jedenastki John Terry trafi, to puchar pojedzie do Londynu. Wybitny defensor również uderzył w lewą stronę broniącego, ale poślizgnął się i trafił w słupek. Manchester wrócił do gry, a emocje właściwie zaczęły się na nowo. Przyszedł czas na „nagłą śmierć”. Jeśli rywal trafi, a ty nie – odpadasz. Wytrzymał Anderson, wytrzymał Salomon Kalou i wytrzymał Rayan Giggs. Przyszła pora na Nicolasa Anelkę. Wielki bramkarz, jakim na pewno był Edwin Van der Saar, nie mógł nie zorientować się w dotychczasowej taktyce rywala. Wszystkie karne strzelane w lewo. Postanowił sprowokować Francuza, siódmego piłkarza Chelsea podchodzącego tej nocy do punktu oznaczonego białą kropką. Pokazał palcem swoją lewą stronę bramki, dając Anelce do zrozumienia, że wie, gdzie ten uderzy. Wszystko wskazuje na to, że napastnik spanikował i wybrał prawą stronę bramkarza, w dodatku obrał wysokość, o jakiej przestrzegał Ignacio – tę, na której najczęściej Holender broni. Tym razem też obronił. Manchester United w dramatycznych okolicznościach wygrał Ligę Mistrzów. Nie zostało udowodnione, że piłkarze Chelsea naprawdę kierowali się zaleceniami Ignacia Palaciosa-Huerty przy strzelaniu karnych. Patrząc jednak na ich przebieg – można bez dwóch zdań stwierdzić, iż jest to wielce prawdopodobne. Wśród padającego deszczu świat obserwował szaleńczo cieszących się piłkarzy United i zapłakane, posępne twarze zawodników Chelsea. Rozrywające serca obrazki to zwłaszcza sceny, na których płacze John Terry, a pociesza go jego przyjaciel – Frank Lampard. Tak blisko John… Było naprawdę tak blisko. Jedno uderzenie dzieliło go od zapewnienia swojemu ukochanemu klubowi tego elitarnego trofeum. ,,Gdy podchodziłem do karnego, wiedziałem jaka presja na mnie ciąży. Wszystko zależało od mojego strzału. To, co się wydarzyło będzie prześladować mnie do końca życia”– powiedział Terry zaraz po finale, gdy jeszcze łzy nie zdążyły dobrze zaschnąć na jego policzkach. Frapujący fragment możemy przeczytać w autobiografii Franka Lamparda, która swoją premierę miała na dwa lata przed finałem na Łużnikach. Bramkostrzelny pomocnik zawarł w niej uwagę, że John Terry często ślizgał się przy wykonywaniu jedenastek. Frank przywołał mecz z Euro 2004, na którym w ćwierćfinale doszło do serii rzutów karnych pomiędzy Anglią a Portugalią. ,,Poślizgnął się i pomyślałem wtedy, że przegramy, ale ostatecznie padł gol. Na treningach w Chelsea John próbuje czasami powtórzyć ten strzał, razem z poślizgiem. Raz jest gol, raz nie ma”- Frank Lampard w książce „Tottaly Frank”. Najbardziej w tym wszystkim zastanawia fakt, że gdy przyjrzymy się próbie Terry’ego w spotkaniu z Portugalią, ciężko jest dostrzec tam jakiekolwiek poślizgnięcie. Dla sympatyków Chelsea czas na przyjemniejsze fragmenty. Chelsea cztery lata po przegranej w Moskwie dopięła swego – w 2012 roku również po serii jedenastek wygrała z Bayernem Monachium i mogła włożyć do gabloty pierwszy Puchar Europy w historii klubu. John Terry w finale nie wystąpił przez wzgląd na uraz, ale był niewątpliwie kluczowym elementem zespołu w tamtym czasie. W sezonie 2011/2012 rozegrał łącznie 44 spotkania. Manchester United w przeciągu trzech lat od triumfu nad Chelsea dwa razy ponownie gościł w decydującym meczu Champions League i dwa razy musiał uznać wyższość wielkiej Barcelony prowadzonej przez Pepa Guardiolę – w 2009 i 2011 roku. Dzisiaj Manchester i Chelsea są w różnych położeniach. Na Old Trafford pomimo świetnej kadry wciąż brakuje dobrego stylu i przede wszystkim satysfakcjonujących wyników. Pewnie na kolejny europejski finał z udziałem tych drużyn przyjdzie nam jeszcze poczekać. Na razie wciąż musimy żyć wspomnieniami z tego wyjątkowego pojedynku sprzed kilkunastu lat.

7

,,Cafe Baviera”:

Między mieszkańcami, którzy mieli w zwyczaju spacerować w pobliżu fontanny Canaletes, włóczyli się kibice Barçy. Na początku XX wieku, wraz z popularyzacją futbolu w Katalonii, sympatycy Blaugrany stworzyli tradycje spotykania się w poniedziałkowe wieczory wokół nieistniejącego już okrągłego kiosku ażeby porozmawiać na temat wyników meczów rozegranych w miniony weekend. Oprócz fontanny Canaletes kibice spotykali się również w innych miejscach w tej okolicy, takich jak Cafe Baviera. Lokal ten(własność Estevego Sali) mieścił się przy skrzyżowaniu Rambli z ulicą Pelai, blisko fontanny i otworzył podwoje w maju 1898 r. Wcześniej na parterze budynku znajdowała się kawiarnia Petit Palayo, będąca własnością wuja szefa FC Barcelony. To tam pracował Sala, kiedy przyjechał do miasta z Girony. W Bavierze, jak powszechnie nazywano kawiarnie, klienci mogli spróbować świeżego kawioru Romanoff, który Sala importował z Moskwy drogą lotniczą, oraz jego cenionego piwa beczkowego. Gorące pastissets nadziewane anchois(specjalność lokalu) przyciągały niezdecydowanych. W ten sposób taras Baviery stał się centrum piłkarskich spotkań tamtej epoki. Pośród zebranych na spontanicznych rozmowach na ulicy oprócz kibiców nie brakowało także dyrektorów klubu a nawet samych piłkarzy, jak choćby Samitiera, Sagi-Barby czy nawet Alcantary. Jednak przy Canaletes zbierali się nie tylko sympatycy Blaugrany żeby debatować o ostatniej kolejce. Przychodzili tutaj również kibice pozostałych klubów z miasta. Powodowało to że po derbach dyskusje były bardzo gorące a często prowadziły nawet do ostrych kłótni, zwłaszcza kiedy ścierali się ze sobą najbardziej zagorzali barceloniści i espanyoliści. Cafe Baviera bynajmniej nie popadła w zapomnienie, lecz podtrzymywała więzi z Barçą dzięki radiowemu programowi pod takim właśnie tytułem, który prowadził barceloński dziennikarz Xavier Bosch. Od czasu pierwszej audycji we wrześniu 2000 roku, Cafe Baviera stał się pierwszym codziennym sportowym programem stacji RAC1 emitowanym w paśmie nocnym. Program, zdjęty z anteny w sierpniu 2004 roku, miał na celu odzyskanie ducha spotkań z Cafe Baviera i stał się jednym z najpopularniejszych w kręgu barcelonistów, wszak nie na darmo jego slogan brzmiał: ,,Primer el Barça. Despres tambe(Najpierw Barça. Potem też). W późniejszym czasie Bosch założył blog Cafe Baviera, na którym na gorąco publikuje relacje z każdego meczu rozgrywanego przez pierwszą drużynę FC Barcelony.


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Mixtape
@Monix10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@patataj

12

Geniusz futbolu ustanawia genialny rekord:

21 maja 1939 r. Ernest Wilimowski, najlepszy snajper w dziejach polskiego futbolu ustanowił niepobity do dziś rekord świata na najwyższym poziomie w profesjonalnej lidze, strzelając 10 goli(!) w jednym meczu(!) Wydarzyło się to w wygranym 12:1(!) meczu Ruch Hajduki Wielkie(naturalnie dziś Ruch Chorzów) – Union Touring Łódź. Genialny ,,Ezi”, jak go nazywano, strzelał kolejno w: 15, 20, 32, 53, 65, 66, 70, 80, 85 i 89 minucie. Jak widzimy Wilimowski po przerwie, w 36 minut strzelił 7 goli! To jest wyczyn wręcz nieziemski! Pozostałe 2 gole strzelił nie gorszy od Eziego napastnik Teodor Peterek. Świadkiem tego niezwykłego wyczynu była słynna chorzowska OMEGA, zegar stadionowy, który właśnie 21 maja 1939 zaczął odliczać czas meczów „Niebieskich”. W takt Omegi Wilimowski strzelił 10 goli i przy okazji zaliczył też trzy klasyczne hat-tricki! Na koniec dodam jeszcze że do tych 10 goli zbliżył się tylko jeden równie genialny snajper a mianowicie Fernando Peyroteo, który w meczu z FC Leça w 1942 r. strzelił 9 goli(!), jednak jemu, dla przykładu nie udało się strzelić aż 7 goli w takim tempie.


@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

8

Duma Katalonii w europejskich pucharach:

21 maja 1969 r. FC Barcelona przegrała finałowy pojedynek w Pucharze Zdobywców Pucharów z amatorskim wówczas Slovanem Bratysława 2:3. Mecz odbył się na St. Jakob Stadium w Bazylei w obecności około 19 tys. widzów. Stadion w Szwajcarii po raz kolejny okazał się nieszczęśliwy(poprzednio Barça przegrała tu finał Pucharu Europy w 1961 r.). Amatorzy ze Słowacji mieli w swoich szeregach miedzy innymi mechaników, prawników i inżynierów ale już w 2 minucie spotkania objeli prowadzenie. W 50 minucie przy stanie 3:1 dla Slovana, Carles Rexach strzelił gola bezpośrednio z rzutu rożnego(bramkarz rywali twierdził iż oślepiły go światła), lecz Blaugrana nie była w stanie zdobyć już wyrównującego gola. Przewidziano nawet, w razie ewentualnego remisu, termin meczu rewanżowego w Lozannie dwa dni później ale niestety nie doszło do niego. Ten finał był ostatnim oficjalnym meczem kapitana Ferrana Olivelli, któremu zorganizowano jeszcze spotkanie pożegnalne 6 września. Trzeba przyznać że Słowacy zawsze mieli dobrych piłkarzy a nawet bardzo dobrych jeśli wspomnimy zwłaszcza Josefa Bicana. Zresztą jak się przekonała Barça, amatorów też mieli znakomitych.





@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

0

@Mroziu To jasne że futbol jest również tu i teraz, i że myśli się przyszłościowo o futbolu. Jednak futbol jest przedewszystkim oparty na historii, dzięki której właśnie dzisiaj możemy pasjonować się nim. Dosyć wyraźnie napisałem to w komentarzu do użytkownika LukaszFan.

16

Genialny rudy szczyl debiutuje w reprezentacji:

Po ledwie kilku występach w drużynie Ruchu Wielkie Hajdki(pięć meczów, siedem strzelonych goli(!)) kapitan związkowy reprezentacji Polski- Józef Kałuża postanowił powołać Wilimowskiego do kadry narodowej. Debiut ,,Eziego” w reprezentacji Polski nastąpił 21 maja 1934 roku na stadionie „Idraetspark” w Kopenhadze przeciwko drużynie Danii, gdzie biało-czerwoni ulegli gospodarzom 4:2. Ernest Wilimowski mając wówczas 17 lat i 332 dni został najmłodszym w historii reprezentantem Polski. Wilimowski bardzo szybko zadomowił się w kadrze, dla której rozegrał łącznie dwadzieścia dwa oficjalne mecze, strzelając w nich dwadzieścia jeden goli! Tak oto wspominał tamte czasy Kazimierz Górski: „Widziałem m.in. Ruch Chorzów ze słynnymi Wilimowskim, Peterkiem, Wodarzem. Pamiętam, że mecze oglądało się z „trybuny drzewnej”. Jeździła konna policja i wdrapując się na rozłożysty kasztan, trzeba było uważać, bo policjant walił pałą po d… Miejsca na drzewie były bardzo popularne. Na niektórych gałęziach były wyryte nazwiska. Pamiętam Wilimowskiego. Takiego zawodnika jak on w dzisiejszych czasach nie widzę. Jak w polu karnym dostał piłkę, był gol. Cudownie trzymał piłkę przy nodze. Miał kiwkę. Nagle obrońca szedł w lewo, a on w prawo z piłką. To warto było zobaczyć.”


@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Rastafarnianin
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@patataj

0

@LukaszFan Owszem futbol to jest rozrywka tu i teraz ale w żaden sposób nie da się uciec od historii. Nie można historii ignorować i pomijać ją. To ludzie i historia stworzyły ten świat, nas, ten sport. To ludzie, tacy jak Joan Gamper, Walter Wild, Lluis de Osso, Bartomeu Terradas, Carles Comamala, bracia Parsons czy choćby Josep Sunyol, to właśnie oni stworzyli ,,nasz" klub. Oczywiście później byli następni, jak Samitier, Kubala, Cruijff czy wreszcie Guardiola. Wymieniłem tylko największe legendy a przecież klub tworzyło rzesze zasłużonych ludzi. Jak można o nich wszystkich zapominać!? To byłby ewidentny brak szacunku wobec historii a tym samym wobec własnego klubu. Przecież to tylko i wyłącznie dzięki tej historii możemy się dzisiaj cieszyć FC Barceloną. Natomiast gadanie komentatorów w trakcie meczu i oceniania szans na podstawie statystyk sprzed lat, jak to napisałeś to jest inna kwestia ale jednak ściśle związana z historią futbolu i tak jak napisałem, od historii nigdy nie da się uciec. Ona zawsze nas dopadnie, czy tego chcemy, czy nie...

3

@PatrychoO W tv nie ma. Oglądam na strumyku

4

No nareszcie Golazoooo!
Vamos Argentina! Vamos a ganar!

3

Co jest do cholery? Na mistrzostwach świata nie VARu? Przecież tam był spalony Uzbekistanu?

3

Argentyna rozpoczeła mistrzostwa świata.
Vamos Argentina, Vamos a ganar!

0

@Mroziu Od razu widać kto się interesuje futbolem a kto nie...
A futbol to przede wszystkim historia...

2

Mecz jednak przegrany ale za to Robert Lewandowski strzela swojego 366 gola na poziomie pierwszej ligi, czym zrównuje się w klasyfikacji strzelców ze słynnymi: Jimmy Greavesem oraz Hugh Gallacherem.

2

To już? Obywatele mistrzem Anglii!? Cudowna sprawa, gratulacje Pepito! Jesteś wielki!

1

No i bardzo dobrze że nie oglądam! Wówczas najmocniej znienawidzone przeze mnie szwaby dostają w czape! Żyć nie umierać!

1

@MesQueUnClub96 Nie Bundeslige, tylko Bayern rozwiązać na wieki wieków amen!

0

@Arkon I o to chodzi, tak trzymać!

10

@FCBparasiempre
Morze Karaibskie było jeszcze spowite ciemnościami a zegarek wskazywał 4:49, gdy stojący w porcie w Castries(St. Lucia) liniowiec Lady Nelson(nazwany tak na cześć Frances Nelson, żony admirała Horatio Nelsona) zatrząsł się. Ugodziła go torpeda wystrzelona przez grasującego w tym rejonie Atlantyku U-boota 161. Statek o wyporności niemal 8 tys. ton, jeszcze zanim nastał świt, częściowo zatonął w płytkich przybrzeżnych wodach. A jednak 10 marca 1942 roku nie był ostatnim dniem „życia” okrętu zbudowanego w stoczni w Birkenhead. Uratował on jeszcze wielu ludzi, a nawet zdołał się nieco zasłużyć dla piłki nożnej. Szczęście w nieszczęściu, że torpeda trafiła Lady Nelson w porcie, a nie na pełnym morzu, i że nie spowodowała zniszczeń, które uniemożliwiłyby naprawę. Z mozołem udało się połatać liniowiec, by mógł dopłynąć do amerykańskiej stoczni w Mobile, gdzie poddano go dalszym pracom remontowym. Po wykonaniu niezbędnych reperacji kanadyjski rząd (bo statek pływał pod kanadyjską banderą) zdecydował, że Lady Nelson będzie służyć jako okręt szpitalny. Aż do czasu nastania pokoju transportowała rannych, unikając już skutecznie torped, pocisków artyleryjskich, min i innych niebezpieczeństw czyhających na morzu. Po wojnie wracali do domów na jej pokładzie jeńcy wojenni, a wraz z nimi ludzie szukający szczęścia z dala od swoich rodzinnych stron. W tej ostatniej grupie znalazł się poddany Jej Królewskiej Mości Llloyd Lindbergh Delapenha. 21 maja 1927 roku to ważna data w historii ludzkości. Tego dnia amerykański lotnik Charles Lindbergh po 33,5 godzinach lotu wylądował w Paryżu, stając się pierwszym człowiekiem w historii, który samotnie pokonał samolotem Atlantyk. Ten wspaniały wyczyn wzbudził ogólnoświatowe zainteresowanie. Wieść o sukcesie Lindbergha dotarła także na Jamajkę. Pod wielkim wrażeniem tego dokonania byli także Josephine i Lester Delapenhowie. Małżonkowie postanowili, że swojemu synowi, urodzonemu 20 maja 1927 roku, czyli w dniu, w którym Amerykanin wyleciał z Nowego Jorku do Francji, nadadzą drugie imię Lindbergh– na cześć Charlesa. Cóż za zrządzenie losu, że ich potomek(tak jak pionier lotnictwa) też musiał pokonać Atlantyk, by przejść do historii. Lindy(bo tak go nazywano) od najmłodszych lat przejawiał sportowe zdolności. Uprawiał liczne dyscypliny: piłkę nożną, golf, lekkoatletykę, krykiet, pływanie, nurkowanie, gimnastykę czy boks. Był tak zaangażowany, że podczas trwających półtora dnia szkolnych zawodów sportowych potrafił rywalizować w 16 konkurencjach. Ta nieprawdopodobna aktywność nastolatka skłoniła organizatorów do wprowadzenia nowej zasady, według której jeden uczestnik mógł wziąć udział w maksymalnie 4 konkurencjach. Serce chłopaka najmocniej biło dla piłki nożnej, lecz na Jamajce nie miał większych szans na to, by zostać kimś więcej niż lokalną gwiazdą. Futbol w ojczyźnie reggae traktowany był amatorsko, jako hobby, a nie jako praca. Szansę na prawdziwą karierę stwarzał wyjazd do Anglii. Ale jak marzyć o zostaniu profesjonalistą, będąc czarnoskórym nastolatkiem, mieszkającym na karaibskiej wyspie, położonej 4,5 tys. mil od Wielkiej Brytanii? W dodatku żyjąc na świecie dopiero co podnoszącym się ze zgliszcz po II wojnie światowej? W świecie, w którym wiele drzwi dla czarnych było zamkniętych? Jednak Lindy, tak jak Charles Lindbergh, urodził się, by pokonywać bariery. Za namową Kena Dunleavy’ego, angielskiego mistrza sportu mieszkającego na Jamajce, pod okiem którego trenował, wsiadł na pokład Lady Nelson i wyruszył do Wielkiej Brytanii. Nie wiemy, kiedy dokładnie Lindy Delapenha przybył do Wielkiej Brytanii. Prawdopodobnie było to październiku lub listopadzie 1945 roku (niektóre źródła wskazują, że okręt dotarł do Anglii już w 1946 roku). Wiadomo natomiast, że statek dopłynął do portu w Southampton oraz to, że podróżowali nim żołnierze, którzy podczas II wojny światowej trafili do japońskiej niewoli. Byli to między innymi jeńcy wykonujący niewolniczą i katorżniczą pracę przy budowie słynnego mostu na rzece Kwai (tę dramatyczną historię ukazuje słynny film „Most na rzece Kwai” w reżyserii Davida Leana). Gwoli ścisłości – w rzeczywistości konstrukcja nie powstała na Kwai, lecz na rzece Mae Khlung.

,,To była noc. Nie miałem, dokąd pójść- wspominał Delapenha w rozmowie z Fae Ellington. – ale żołnierze, którzy ze mną podróżowali, dali mi wiele dobrych rad. Mówili, gdzie mam iść, co powinienem zrobić”– opowiadał podczas wywiadu. Plan był prosty. Lindy trzymał w ręku list rekomendacyjny wystawiony przez Dunleavy’ego. Po dopłynięciu do Wysp miał go pokazać Tomowi Whittakerowi, menedżerowi Arsenalu. Tak też uczynił. Wziął udział nawet w meczu sparingowym rezerw The Gunners z Bedford Town. Zawodnikiem londyńskiego klubu jednak nie został. ,,Miałem testy w Arsenalu i poszło mi dobrze. Whittaker był pod wrażeniem. Powiedziałem mu, że wciąż muszę odbyć służbę wojskową. Wtedy on stwierdził, że kiedy ją zakończę, powinienem wrócić i się z nim porozmawiać” – relacjonował Delapenha w 2014 roku. Jamajczyk przystąpił więc do Korpusu Treningu Fizycznego (Physical Training Corps – PTC), który – jak sądził – będzie dla niego dobrym miejscem, by ćwiczyć tężyznę fizyczną. Zresztą to przypuszczenie było niebezpodstawne, ponieważ w PTC miejsce znajdowali świetni sportowcy, choćby sir Stanley Matthews, pierwszy zdobywca Złotej Piłki France Football. Kolejnym etapem była służba wojskowa w Królewskich Walijskich Fizylierach, z którymi stacjonował w Egipcie i Grecji. W armii miłość do sportu nie opuściła Lindy’ego. Grał w krykieta, piłkę nożną, hokeja na trawie, uprawiał lekkoatletykę, brał nawet udział w zawodach nurkowych. ,,Pułkownik dowodzący moim batalionem darzył mnie wielkim szacunkiem. Wysłał mnie do Palestyny na trening wychowania fizycznego w gazie. Spośród 60 osób biorących udział w tym programie okazałem się najlepszy i zdobyłem odznakę instruktora. Potem zostałem instruktorem treningu fizycznego królewskich fizylierów w Fayid w Egipcie”– opowiadał Delapenha w wywiadzie, którego udzielił ,,Jamaica Observer”. W 1947 roku, gdy wojna domowa w Mandacie Palestyny zbliżała się do końca, Lindy Delapenha wrócił do Wielkiej Brytanii z nadzieją na rozpoczęcie prawdziwej kariery piłkarskiej. Ale niewiele brakowałoby, a chłopak zostałby lekkoatletą. Wojskowi zwierzchnicy polecili go powiem Brytyjskiemu Komitetowi Olimpijskiemu, by reprezentował Imperium w nadchodzących Igrzyskach Olimpijskich w lekkiej atletyce. – To nie było to, czego chciałem. Chciałem być piłkarzem – wspominał tamte lata Delapenha. Jamajczyk odrzucił więc propozycję zostania olimpijczykiem. Wyczyny piłkarskie Delapenhi w wojsku nie pozostały niezauważone. Dostrzeżono go jeszcze w trakcie pobytu w Egipcie. Na jego talencie poznał się człowiek, który współpracował z profesjonalnymi klubami piłkarskimi w Anglii i polecał im zawodników. Podobno Lindy przekonał go do siebie swoją grą przeciwko drużynie złożonej z niemieckich jeńców wojennych. Skaut dał mu listy rekomendacyjne do dwóch ekip: Chelsea i Portsmouth. Jamajczyk skierował swoje kroki do The Pompeys. ,,Wybrałem portsmouth, ponieważ mój najlepszy przyjaciel z wojska, człowiek nazwiskiem Horner, tam mieszkał. Powiedział: „zamieszkaj ze mną i moją rodziną” – wspomniał Delapenha. Testy w Portsmouth wypadły pomyślnie. Menedżer Bob Jackson zaproponował przybyszowi z Karaibów kontrakt. To było wielkie wydarzenie. Nigdy wcześniej żaden zawodnik z Jamajki, będącej wtedy częścią Indii Zachodnich, nie podpisał umowy z profesjonalnym klubem z Anglii. W dodatku The Pompeys grali w First Division. Ba, w sezonach 1948-49 i 1949-50 zdobywali mistrzostwo. Wielkimi gwiazdami tamtej ekipy byli Peter Harris czy Duggie Reid. Marzenie Delapenhi o zostaniu profesjonalnym piłkarzem ziściło się 13 listopada 1948 roku. Wtedy po raz pierwszy zagrał dla Portsmouth. Był to mecz przeciw Blackpool. Zagrał 90 minut, a spotkanie zakończyło się rezultatem 1:1. Delapenha nie miał jednak dużego wkładu w oba tytuły mistrzowskie The Pompeys. W drodze po pierwszy tytuł wystąpił zaledwie dwukrotnie. W kolejnym sezonie, zakończonym triumfem w lidze, zagrał pięć razy. Do tego dołożył jedno spotkanie w Pucharze Anglii. W sumie dla Portsmouth uzbierał 8 gier, w których strzelił 1 gola. Pewnie zaliczyłby więcej meczów w ekipie z Fratton Park, gdyby nie kontuzje. Nikt jednak nie może mu odebrać tego, że został pierwszym czarnoskórym piłkarzem mogącym poszczycić się mistrzostwem Anglii.

W kwietniu 1950 roku przygoda Delapenhi z ekipą prowadzoną przez Jacksona dobiegła końca. Zgłosiło się bowiem po niego Middlesbrough FC. Menedżer tego klubu David Jack zwrócił uwagę na Jamajczyka kilka miesięcy wcześniej, podczas meczu ligowego, w którym Portsmouth ograło jego zespół 5:1. Delapenha rozegrał wówczas dobre zawody i tym samym zapadł w pamięć szefa Boro. The Pompeys otrzymali za niego 6000 funtów. Przeprowadzka na północ stała się faktem. Został pierwszym czarnoskórym piłkarzem Middlesbrough. Na Ayresome Park Jamajczyk spotkał kilku znakomitych zawodników, m.in.: reprezentanta Anglii Wilfa Manniona, bramkostrzelnego Szkota Alexa McCrae’a czy włoskiego golkipera Rolando Ugoliniego. Jack odważnie postawił na chłopaka z Indii Zachodnich. A ten na boisku zostawiał serce. Co ciekawe, przestały go trapić problemy zdrowotne, bo tuż przed transferem do Middlesbrough przeszedł zabieg usunięcia zakrzepu krwi, jaki utworzył się w jego udzie. Tak więc już będąc w pełni sił 9 września 1950 roku strzelił swojego pierwszą bramkę dla Boro. Gol musiał smakować wybornie, ponieważ zdobył go przeciw Arsenalowi, który przecież kiedyś nie zaoferował mu kontraktu. Sezon 1950/51 zakończył z 8 trafieniami w 40 ligowych spotkaniach. Delapenha w sezonach 1951/52, 1953/54 i 1955/56 był najlepszym strzelcem Middlesbrough. W sumie dla klubu z Ayresome Park zanotował 93 trafienia w 270 meczach ligowych na poziomie First Division oraz Second Division (od sezonu 1954/55 Boro grali na zapleczu). Co ciekawe, będąc zawodnikiem Middlesbrough, znajdował także czas na to, by pograć zawodowo w krykieta w Horden Cricket Club. Kibice Middlesbrough uwielbiali Lindy’ego. Nie tylko dlatego, że był czołowym piłkarzem ich drużyny, ale także dlatego, że odrzucił oferty Manchesteru City i Manchesteru United. Dlaczego nie zdecydował się na transfery do żadnego z tych klubów? Powodem była niejaka Joan, miejscowa nauczycielka, która zdobyła serce Delapenhi. Kobieta nie chciała się przeprowadzać. A zakochany w niej piłkarz nie zamierzał postępować wbrew jej woli. W 2016 roku Fae Ellington w wywiadzie zapytała Lindy’ego Delapenhę o transfer do United. Emerytowany piłkarz przyznał, iż nie żałuję, że do niego nie doszło. Jak słusznie zauważył, gdyby trafił na Old Trafford, mógłby wsiąść z innymi piłkarzami Czerwonych Diabłów do samolotu, który 6 lutego 1958 roku rozbił się w Monachium… W tamtej katastrofie zginęło 8 zawodników. W 1955 roku do pierwszej drużyny Middlesbrough dołączył niejaki Brian Clough, człowiek który dwadzieścia kilka lat później jako menedżer dwukrotnie wygra z Nottingham Forest Puchar Europy. Cloughie – jak nazywali go przyjaciele – miał smykałkę do strzelania goli. W ciągu nieco ponad pięciu sezonów spędzonych na Ayresome Park zaliczył ponad 200 trafień. Lindy i młodszy od niego o 8 lat Clough zaprzyjaźnili się. Czasem, biorąc ze sobą bramkarza Petera Taylora, jeździli poobijanym kasztanowym Fordem Anglią należącym do Delapenhi na mecze do Newcastle lub Carlisle. A pewnego razu Jamajczyk podwiózł przyszłego menedżera Forest i jego dziewczynę Barbarę do Stockton-on-Tees, gdzie para miała wybrać pierścionek zaręczynowy. Gdy już zaparkowali, dziewczyna wysiadła z auta, a za nią ukochany. Niespodziewanie drzwi wysłużonego auta odczepiły się od reszty i zostały w ręku Clougha. Na szczęście, to zabawne, aczkolwiek trochę niezręczne zdarzenie, nie miało wpływu na dalsze losy zakochanych. Pobrali się w 1959 roku i przeżyli razem 45 lat. Rozłączyła ich dopiero śmierć Briana. Inna pamiętna historia z Delapenhą i Cloughem w rolach głównych wydarzyła się podczas towarzyskiego meczu Middlesbrough z Sunderlandem rozgrywanego w październiku 1957 roku na Ayresome Park. Było to ważne spotkanie, bo pierwsze, podczas którego użyto sztucznego oświetlenia na tym stadionie. 27 tys. fanów obserwowało, jak Clough został sfaulowany w polu karnym. Do „jedenastki” podszedł Delapenha. Uderzył bardzo mocno i precyzyjnie. Piłka wpadła do bramki przy samym słupku, ale nie zatrzymała się wewnątrz, lecz wyleciała przez dziurę w siatce. Choć w rzeczywistości padł gol, to wyglądało, jakby strzelec chybił. Lindy już miał zacząć świętować, gdy arbiter pokazał, że bramkarz rozpocznie z „piątki”…

1958 rok. Czas coraz częściej kontuzjowanego Delapenhi w Middlesbrough dobiegł końca. Piłkarz następną przystań znalazł w Mansfield Town. Jamajczyk grał w podstawowym składzie The Stags, strzelał sporo goli, ale drużynie generalnie brakowało jakości. O ile w sezonie 1958/59 jeszcze udało się uratować przed spadkiem z Third Division (trzeci poziom rozgrywkowy), o tyle po kolejnym degradacja stała się faktem. Nawet na czwartym froncie nie szło zbyt dobrze. Ekipa z Nottinghamshire kampanię 1960/61 zakończyła dopiero na 20. lokacie spośród 24 zespołów. W marcu 1961 roku Delapenha przeszedł do Hereford United. Dla tej drużyny zagrał tylko w 11 spotkaniach. A jego ostatnim klubem w Anglii był Burton Albion, któremu pomógł wygrać w 1964 roku Southern League Cup, strzelając zwycięskiego gola w finale tych rozgrywek. Rok 1964 roku to także czas powrotu Lindy’ego na Jamajkę. Tam grał jeszcze w Boys’ Town oraz w Realu Mona. W międzyczasie pracował jako trener piłki nożnej i lekkiej atletyki w Wolmer’s Schools, czyli w szkole, którą niegdyś ukończył. Po zawieszeniu butów na kołku zarabiał na życie jako…instruktor sportu w Związku Producentów Cukru. Potem przez kilka miesięcy sprzedawał ubezpieczenia. Wreszcie trafił do Jamaica Broadcasting Corporation, gdzie został komentatorem, a następnie dyrektorem redakcji sportowej stacji. Joan, która nie chciała przeprowadzać się do Manchesteru, w latach 50. (ślub wzięli prawdopodobnie w 1952 lub 1953) została żoną Lindy’ego. Doczekali się trójki dzieci: syna Paula (zmarł na raka w 1997), oraz córek Marie Claire oraz Lindy. Marie Claire w 1980 roku zajęła II miejsce w konkursie piękności Miss Jamaica World, a w 2008 roku jej córka, czyli wnuczka Lindy’ego, Brittany Lyons wygrała ten tytuł. 9 stycznia 2007 roku Joan Delapenha zmarła. Lindy bardzo przeżył jej śmierć. ,,Irytowało mnie to, że moja żona narzekała, że za każdym razem, gdy wyjmuję wodę z lodówki, trochę rozlewam. Wstawała i chodziła za mną, nawet w środku nocy, żeby się upewnić, że jej nie wylałem. Chciałbym, żeby była tutaj, żeby to robiła teraz”– przytaczał słowa Delapenhi dziennikarz ,,Jamaica Observer” Tony Robinson. Mąż przeżył Joan o 10 lat. Do wieczności odszedł 26 stycznia 2017 roku. W 2021 roku Delapenha pośmiertnie otrzymał medal za mistrzostwo Anglii w sezonie 1949/50 (tego sezonu, jak pamiętamy, nie dokończył w Portsmouth, bowiem w kwietniu odszedł do Middlesbrough).

1

@Eto'o9 R10 A skąd wiadomo kto do jakiego koszyka trafi, skoro i tak wszyscy będą grali w Lidze Mistrzów?

1

No to ja już kasuje ten mecz w Monachium!

1

@MesQueUnClub96 Tylko całe Niemcy? Ja tych szwabów nienawidze że aż trudno to wyrazić słowami...

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?