9

Niezapomniany triumf w Lidze Mistrzów:

28 maja 2011 roku FC Barcelona zdobyła swój trzeci w historii Puchar Ligi Mistrzów. Ponownie wyższość Blaugrany musiał uznać Manchester United. To był jeszcze lepszy występ Barçy niż w Rzymie dwa lata wcześniej. Duma Katalonii wyszła na prowadzenie po golu Pedro a wyrównujące trafienie Rooneya było jedynym celnym strzałem Manchesteru w całym meczu. W drugiej połowie ,,Czerwone Diabły” zostały zepchnięte na własną połowe w efekcie czego gole Messiego oraz Vili przesądziły o wygranej drużyny Pepa Guardioli. Po meczu Puyol przekazał opaskę kapitańską Abidalowi i Francuz, który dwa miesiące wcześniej przeszedł operacje usunięcia guza wątroby, wzniósł puchar jako pierwszy. Na konferencji prasowej z klasą zachował się sir Alex Ferguson, który stwierdził iż FC Barcelona to najlepszy zespół, z jakim kiedykolwiek się mierzył i zasłużenie zdobyła to trofeum. Historyczne składy obu drużyn:

Barcelona: Víctor Valdés - Dani Alves (88, Carles Puyol), Gerard Piqué, Javier Mascherano, Éric Abidal - Xavi, Sergio Busquets, Andrés Iniesta - Pedro (90, Ibrahim Afellay), Lionel Messi - David Villa (86, Seydou Keïta)

Manchester United: Edwin van der Sar - Fábio (69, Nani), Rio Ferdinand, Nemanja Vidić, Patrice Evra - Antonio Valencia, Michael Carrick (77, Paul Scholes), Ryan Giggs, Wayne Rooney, Park Ji-sung - Javier Hernández.

Spójrzmy raz jeszcze:




@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

9

Po raz pierwszy z ojcami futbolu:

28 maja 1910 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w historii mecz z profesjonalnym zespołem z Wysp Brytyjskich. Spotkanie rozgrywane było na boisku przy Placa d'Armes a przeciwnikiem był słynny walijski Cardiff Corinthians AFC. Tamten mecz był zarazem pierwszą wizytą zawodowej drużyny brytyjskiej w mieście. Barça wygrała ten mecz 4:1 po golach braci Comamala i jednym Perisa. Z uwagi na rozmiary placu do gry otoczonego polami, bez żadnego ogrodzenia, które wyznaczałoby jego granice, Blaugrana jako gospodarz spotkania przygotowała aż 7 piłek żeby nie zatrzymywać gry w razie gdyby jedna z nich wyleciała poza teren boiska. Na Plaça d’Armes już wcześniej odbywały się inne rozgrywki piłkarskie, międzyinnymi mecze dwóch pierwszych edycji turnieju o Medal Federacji, znanego także jako Medal Ratusza. W pierwszej edycji oprócz Blaugrany udział wzięło 8 innych drużyn z Barcelony: FC Catala, Irish FC, Iberia FC, FC Internacional , Catalonia FC, Club Espanyol oraz Club Universitari i Hispania Athletic Club, które wycofały się z turnieju jeszcze przed jego zakończeniem. Triumfatorem została Barça, która uzyskała o 10 punktów więcej niż drugi najwyżej sklasyfikowany zespół, jej wielki rywal w tamtym okresie, czyli FC Catala. Niedługo potem, biorąc pod uwagę wewnętrzne problemy klubu z jakimi borykała się Barça, zarząd postanowił przenieść działalność klubową na teren przy ulicy Muntaner.


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

0

@Azi Ligi Mistrzów? Co ty pleciesz?

0

@P33ck Jaki znowuż film?

0

O! Karim Benzema nie gra? Czyżby odpuścił pogoń za Robertem Lewandowskim w klasyfikacji Rafaela Aranzadiego?

4

@FCBparasiempre
Pamiętacie piłkarza, który w 1991 roku zatrzymał Legię w PEZP? Warszawianie grali wówczas w półfinale, a ich marzenia niemal w pojedynkę pogrzebał lewoskrzydłowy Manchesteru United, Lee Sharpe. Mówiono, że będzie on wielką gwiazdą brytyjskiego futbolu, a okazało się, że zrobił podobną jak Wojciech Kowalczyk, który w tym meczu stał po przeciwnej stronie barykady. Co się stało z Sharpem? Historia Sharpe’a jest doskonałym przykładem, jak łatwo można roztrwonić talent. Lee był diamentem, który został odnaleziony przez emerytowanego skauta „Czerwonych Diabłów” w Torquay. Po krótkiej obserwacji szybko zaalarmował on asystenta menedżera, Archiego Knoxa, który przyjechał, zobaczył i już nie chciał wyjeżdżać bez piłkarza. Oczywiście dopiął swego. Dzień po meczu, który obejrzał, spotkał się z Sharpem i porozumiał się w sprawie jego przeprowadzki na Old Trafford. To był czerwiec 1988 roku, nasz bohater miał zaledwie 17 lat i stanął przed szansą zrobienia wielkiej kariery, mógł zostać gwiazdą. Tyle że taką szansę otrzymuje setki młodych chłopców, a potem świat słyszy o dwóch, może trzech z nich. Na Old Trafford niektórzy czekają na debiut latami, a i tak się nie doczekują. Sharpe nie czekał, pierwszy występ w koszulce „Czerwonych Diabłów” zanotował 21 września 1988 roku. Mecz z Newcastle był co prawda potyczką towarzyską, choć stawką był prestiżowy puchar Mercantile Centenary Credit Trophy, zorganizowany na cześć setnej rocznicy Football League. „Czerwone diabły” wygrały to spotkanie 2:0. Trzy dni później Lee zagrał w meczu przeciwko ekipie West Hamu, który zakończył się identycznym wynikiem. Nasz dzisiejszy bohater miał prawo nazywać się pełnoprawnym ligowcem już w wieku 17 lat, bo do końca sezonu wystąpił w 22 spotkaniach. Wygryzł ze składu Jespera Olsena, który wyraźnie nie spełniał oczekiwań. Kto się spodziewał, że jego talent eksploduje tak szybko? Tak się to zaczęło. A później? Później były już błyskotliwe dryblingi, perfekcyjne dośrodkowania i efektowne bramki. Polskim kibicom dał się poznać w meczu półfinałowym Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1990/91. Lewoskrzydłowy grał pierwsze skrzypce w spotkaniu w Warszawie, gdzie United wygrało 3:1, oraz strzelił gola w meczu na Old Trafford, które zakończyło się remisem 1:1. Manchester United ostatecznie zwyciężył w tych rozgrywkach, pokonując w finale Barcelonę 2:1. W Anglii kibice najmilej wspominają mecz z Arsenalem, w którym Lee popisał się efektownym hat-trickiem. To był mecz Pucharu Ligi w 1990 roku, spotkanie zakończyło się wynikiem 6:2, a Sharpe dał koncert, jakiego nie powstydziliby się najlepsi piłkarze świata. A przecież miał dopiero 19 lat. Kolejne sezony mijały lekko, łatwo i przyjemnie. Lee grał w pierwszym składzie, strzelał dużo bramek, ale gdzieś w szatni czekała na niego jego klątwa. Nazywała się Ryan Giggs i miała później zapisać piękną kartę w historii United. Walijczyk szybko pokazał, że jest równie dynamiczny, ma nie gorsze dośrodkowanie od rywala do gry w pierwszym składzie i dysponuje jeszcze lepszym dryblingiem. Może i nie dałby rady wygryźć ogranego już przecież w lidze Sharpe’a, ale ten prowadził się jak gwiazda rocka. Lee był bardzo popularny, uwielbiały go fanki, które jeśli tylko chciały, mogły go spotkać w nocnym klubie. Uwielbiały go też media, bo odróżniał się od reszty piłkarzy lekkością bytu. Na trening raczej nie przychodził nieświeży, bo Alex Ferguson natychmiast wyrzuciłby go na zbity pysk, ale widocznie jego styl życia nie pozwolił mu rozwinąć wielkiego talentu, jaki bez wątpienia posiadał. Zanim odszedł z Manchesteru, coś tam grywał na prawym skrzydle, czasem był ustawiany w środku pola, ale nigdzie nie był tak dobry, jak na lewej pomocy. Odszedł więc bez żalu w 1996 roku, a jego kolejnym przystankiem było Leeds. Jego karta zawodnicza kosztowała 4,5 miliona funtów. W Leeds przyklejono mu etykietę człowiek – kontuzja. Lee zagrał parę spotkań i co chwilę doznawał jakiegoś urazu. Wypożyczano go do innych klubów, żeby mógł się odbudować, lecz przygoda z włoską Sampdorią zakończyła się totalnym fiaskiem. Lepiej mu poszło w Bradford, które było tak oczarowane jego talentem, że zdecydowało się go wykupić. Szybko się okazało, że nie było to najlepsze posunięcie ze strony klubu i Sharpe znów musiał godzić się na wypożyczenie, by w ogóle powąchać murawę.

Sharpe lubił zaskakiwać. W 2003 roku zaskoczył wszystkich, w tym chyba nawet samego siebie, decydując się na wyjazd do Islandii. Nowym miejscem pracy upadłej gwiazdy miał być Grindavik, ale przygoda z tym klubem zakończyła się po siedmiu meczach. Skoro nawet tam już był za słaby, to musiał zakończyć karierę, lecz zanim to zrobił kopnął jeszcze parę razy piłkę w amatorskim Garforth. Po zakończeniu kariery Sharpe wcale nie zniknął z pierwszych stron gazet, czy ze szklanego ekranu. Jednak z piłką miał już niewiele wspólnego. Pojawił się co prawda w ESPN jako komentator, ale nie trwało to długo. Więcej czasu poświęcił na występy w reality show. Wziął udział w programie Celebrity Wrestling, nagrywanym dla stacji ITV, potem pokazywał się w Celebrity Love Island, czymś na wzór Big Brothera. Nie zabrakło go też w programie „Gwiazdy tańczą na lodzie” czy w brytyjskiej operze mydlanej. Stał się celebrytą. Media już w czasie kariery piłkarskiej robiły z niego na siłę postać medialną. W drugiej połowie lat 90-tych popularne stało się określenie „Spice boys”, nazywano tak znanych i przystojnych piłkarzy, którzy błyszczeli na boisku i poza nim. Taki stereotyp wymyśliły właśnie media, zresztą trzeba przyznać, że grupa namaszczona przez media była wyjątkowo barwna, Robbie Fowler, Jamie Redknapp, Jason McAteer, Michael Owen, Jamie Carragher czy Steve McManaman i nie chodzi tu wcale o hulaszczy tryb życia, ale o sam wizerunek. Niektórzy, jak Owen, poradzili sobie z takim rodzajem popularności, Lee być może nie miał tyle szczęścia. A może miał? Trudno powiedzieć czy „Sharpey” tylko odcinał kupony od dawnej sławy, czy taki scenariusz był tym, czego od życia oczekiwał. W końcu dla niego najważniejsza zawsze była dobra zabawa. Może i utopił talent, ale zrobił to, bo tak chciał. Co tam boiskowa sława, którą trzeba osiągnąć, wylewając hektolitry potu na treningach – to nie było dla niego najważniejsze. Telewizja pozwoliła mu utrzymać sławę bez konieczności robienia czegokolwiek. Po prostu był sobą, a skoro telewidzowie chcieli go oglądać, to on z chęcią z tego korzystał. Chciał być gwiazdą i gwiazdą został, a że na nieco innej płaszczyźnie niż początkowo oczekiwał? W tym momencie Lee mógłby zapytać: who cares?

Statystyki i osiągnięcia:

Osiągnięcia zespołowe:

Manchester United

1x mistrzostwo Anglii (1993, 1994, 1996)

1x Superpuchar UEFA (1992)

1x Puchar Zdobywców Pucharów (1991)

3x Puchar Anglii (1990, 1994, 1996)

1x Puchar Ligi Angielskiej (1992)

1x Superpuchar Anglii (1995)

Osiągnięcia indywidualne:

Odkrycie roku Premier League (1991)

Młody Zawodnik Roku PFA (1991)


6

@FCBparasiempre
27 maja 1965 r. Inter Mediolan pokonuje Benfike Lisbona 1:0 na San Siro w finale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. ,,Catenaccio” to włoski termin, będący na całym świecie synonimem gry obronnej. W połowie lat 60-tych Inter pokazał że z opinią murarzy futbolu można zdobywać najcenniejsze puchary. W kręgach niechętnych calcio powtarza się taką oto dykteryjke: Kiedy włoscy piłkarze wychodzą na boisko trener mówi im: Na razie jest 0:0. Grajcie tak żeby tego nie stracić. To nie jest wcale takie głupie. Już jedna z pierwszych zasad angielskiej piłki nożnej mówiła: bezpieczeństwo przede wszystkim. Wielu teoretyków futbolu jest zdania że budowa drużyny powinna się zaczynać od obrońców. Jak jednak połączyć bezpieczeństwo w obronie ze skutecznością w ataku? Pierwszy dokonał tego AC Milan pod włoskim trenerem Nereo Rocco. To on uchodzi za twórce sposobu gry, nazywanego catenaccio, co dosłownie oznacza ,,rygiel”. W roku 1963 Milan został pierwszym włoskim klubem, który zdobył Puchar Mistrzów. Na Wembley pokonał Benfike, dla której to był trzeci finał w ciągu 3 sezonów ale pierwszy przegrany. Czy można jednak zarzucić Włochom że myśleli głównie o obronie? Skoro przegrywali po pierwszej połowie 0:1, po golu Eusebio, musieli zaatakować by odrobić strate i zrobili to. Legendarny Jose Altafini strzelił 2 gole a Milan wygrał 2:1. Catenaccio nie było więc rodzajem gry, w której najcenniejsi są zawodnicy potrafiący wybijać piłke jak najdalej od swojej bramki. Wszystko miało tam sens, o czym przekonał następny zdobywca Pucharu Mistrzów- Inter Mediolan. O ile Rocco zasady catenaccio określił, to trener Interu Helenio Herrera twórczo je rozwinął. W połowie lat 60-tych większość drużyn grała już systemem 4-2-4 lub 4-3-3, dzięki którym Brazylia zdobyła dwukrotnie tytuł mistrza świata. Obrońców ustawiano tutaj w jednaj linii i łatwo ich było minąć prostopadłym podaniem. Szybcy napastnicy mieli więc pole do popisu. Herrera dokonał jednego prostego zabiegu, który zmienił na kilkanaście lat taktykę. Dwaj środkowi obrońcy, grający do tej pory obok siebie, zostali ustawieni jeden za drugim. Ten bardziej wysunięty do przodu miał za zadanie rozbijanie ataków, a ten z tyłu naprawiał jego ewentualne błędy, dlatego nazywano go wymiataczem. W Interze rolę wymiatacza spełniał Armando Picchi. Tym, który za zadanie miał rozbijać akcje, był forstoper, czyli w tym przypadku Aristide Guarneri. Natomiast określenie libero oznaczało zawodnika wolnego, czyli takiego, który nie miał obowiązku pilnowania jakiegokolwiek przeciwnika. Wymiatacz piłke odbierał i albo ja wybijał albo podawał do najbliższego partnera. Libero po odbiorze rozpoczynał akcje, przekraczając niejednokrotnie nawet połowę boiska. Wzorcem libero dla całego świata był Beckenbauer. Druga istotna cecha catenaccio to ofensywna gra bocznych obrońców. Giacinto Facchetti wywiązywał się z tej roli wyjątkowo. Wysoki, skuteczny i szybki, z pozycji lewego obrońcy strzelił dla Interu 74 gole! Stał się jego legendą, po latach powierzono mu nawet godność prezydenta klubu. Niezwykle sympatyczna postać, wielokrotny reprezentant Włoch, kapitan w meczu finałowym o mistrzostwo świata z Brazylią w roku 1970. Numer 3, z jakim grał w Interze, został w tym klubie zastrzeżony. Inter wygrywał obydwa finały Pucharu Mistrzów w niemal niezmienionym składzie. W sezonie 1963/64 nie przegrał żadnego z 8 meczów a w finale pokonał Real Madryt 3:1. Droga do finału w następnym sezonie nie była tak efektowna ale zakończyła się zwycięstwem nad Benfiką. Włosi pokonali więc dwie do niedawna najlepsze drużyny w Europie a potem zdobywali Puchar Interkontynentalny, wygrywając dwukrotnie z Independiente Buenos Aires. U źródeł sukcesów mediolańczyków leżały 3 elementy, wszystkie jednakowo ważne: catenaccio, wybitni zawodnicy i wyjątkowy trener.

Wszyscy piłkarze z linii obrony grali w reprezentacji. Ofensywny pomocnik Mazzola uważany był za jednego z najlepszych w Europie. To syn legendarnego gracza AC Torino- Valentina, który w roku 1949, wraz z całą drużyną, zginął w katastrofie lotniczej. Na lewym skrzydle grał Mario Corso, pierwszy znany zawodnik, który biegał po boisku z opuszczonymi getrami, co natychmiast małpowały tysiące młodych piłkarzy w całej Europie. Prawoskrzydłowym był znakomity Brazylijczyk Jair da Costa, zaś na środku ataku grał Hiszpan Joaquin Peiro. Jednak najlepszą opinią cieszył się inny Hiszpan, Luis Suarez. Przez 7 sezonów grał w FC Barcelonie, która w znacznym stopniu dzięki niemu wywalczyła w roku 1960 swoje pierwsze międzynarodowe trofeum a mianowicie Puchar Miast Targowych. W tym samym roku Suarezowi przyznano Złotą Piłke dla najlepszego zawodnika Europy. Trenerem Katalończyków był wówczas Helenio Herrera, który jednak natychmiast po tym sukcesie opuścił Barcelone, nie mogąc znaleźć wspólnego języka z największą gwiazdą, Ladislao Kubalą, takim samym indywidualistą jak trener. Nie zrobił by tego, gdyby nie miał zapewnionej innej pracy. Prezydentem Interu i jego właścicielem był Angelo Moratti. Ambitny biznesmen, czerpiący zyski z handlu ropą chciał mieć najlepszy klub w Europie i sprowadził Herrere do Mediolanu, płacąc mu rocznie 50 tysięcy dolarów, czyli najwyższą gażę trenerską na świecie. Wcześniej, w ciągu 5 sezonów Inter prowadziło 13 różnych trenerów. Ostatni tytuł mistrzowski przed zatrudnieniem Herrery Inter zdobył w roku 1954. Herrera zaczął prace od namówienia Suareza na przeprowadzkę, kusząc go wysoką pensją. Kusił skutecznie, Moratti zapłacił za tego piłkarza 200 tys. dolarów, bijąc światowy rekord transferu ale warto było. Powstał zespół, jakiego we Włoszech nie widziano. Drugi ze zwycięskich finałów, z Benfiką na swoim stadionie, nie zapadł w pamięć jako piękne widowisko. Toczył się w strugach deszczy i padł tylko jeden gol, strzelony przez Jaira. Jedyna niecodzienna sytuacja związana była z kontuzją bramkarza Benfiki, Costy Pereiry. Ponieważ nie można było wprowadzić rezerwowego z ławki, miejsce Costy Perery zajął środkowy obrońca Germano. Wielki, łysy, z wąsami- tak wtedy piłkarze nie wyglądali, więc Germana znała cała Europa. Był świetnym stoperem a jako bramkarz prze prawie pół godziny nie przepuścił ani jednego strzału. W drugim z kolei zwycięstwie Interu było coś z symbolu. Oto w Mediolanie zbudowano jedenastke, nie szczędząc pieniędzy, wykorzystując nowy system gry i metody trenerskie, dla jednych kontrowersyjne, dla innych normalne, bo skuteczne. Radość ze zwycięstwa była tym większa że trzon drużyny stanowili Włosi. W Serie A mogło wtedy grać tylko 2 cudzoziemców. Herrera to jeden z najlepszych ale i najbardziej ekscentrycznych trenerów. Patrząc dziś na Jose Mourinho, można z dużym prawdopodobieństwem uznać że studiował on życiorys Herrery i jego metody aby rozwinąć je w innym świecie. Być może był on nawet pierwszym trenerem, o którym mówiło się więcej niż o jego piłkarzach. Sam zresztą bardzo dbał, by było o nim głośno, podkreślał na każdym kroku że jest najlepszym trenerem świata. Dopiero na łożu śmierci zdobył się na szczerość: ,,Nawet jeśli nie byłem najlepszym trenerem planety, to robiłem wszystko aby nim zostać.”- miał podobno powiedzieć. Pięć lat po ostatnim pucharowym sukcesie Interu magia Herrery jeszcze działała. Nazywano go zresztą ,,Czarodziejem” lub ,,Magiem”. Kiedy jako trener AS Romy przyjechał do Katowic na mecz z Górnikiem Zabrze, nikt się nie zastanawiał nad składem Romy. Powszechnie uważano że skoro prowadzi ją Herrera, to już połowa sukcesu Romy. Było w tym zresztą sporo racji. Helenio Herrera uważany jest nie tylko za twórce catenaccio ale i prekursora pewnych obyczajów oraz zjawisk związanych z piłką nożną. On pierwszy nazwał kibiców Interu 12-tym zawodnikiem i zwrócił się do nich z apelem o zorganizowany doping. Wzbudził wśród nich poczucie wartości ale nie przewidział iż spotka się to z reakcją kibiców innych klubów, zapoczątkuje powstawanie grup ultras, szowinistów a w konsekwencji wojny pomiędzy kibicami. Piłkarze Interu poddani zostali systemowi kontroli a nawet, jak powiedzielibyśmy dziś- monitoringu. Kawalerowie mieszkali w klubowym ośrodku Appiano Gentile, gdzie mieli wszystko poza swobodą. ,,Czuliśmy się jak w obozie ale po zwycięstwach wiedzieliśmy że to ma sens i nikt nie protestował.”- mówił Mazzola. Wszystkim piłkarzom trener wydał zakaz picia i palenia. Musieli przestrzegać diety, o co miały dbać ich żony, zmuszone do gotowania zgodnie z instrukcjami klubowych lekarzy i dietetyków. Każdy gram nadwagi wiązał się z karą finansową a to uderzało nie tylko w piłkarza ale i budżet jego rodziny. Żonom musiało to przemawiać do wyobraźni. Helenio Herrere można uznać za prekursora wojny psychologicznej w futbolu. Wmawiał swoim graczom że są najlepsi, poniżał przeciwników, ubliżał sędziom, których obarczał winą za swoje porażki. Kłócił się ze wszystkimi, koncentrując uwagę na sobie aby piłkarze Interu mogli w spokoju przygotowywać się do meczu. Ukarał zawodnika, który w wywiadzie powiedział dziennikarzowi: ,,Jedziemy do Rzymu na mecz z Romą”. Ponieważ zdaniem trenera, powinien użyć sformułowania zwycięzcy: ,,Ruszamy na Rzym rozbić w puch Rome!”. Herrera tworzył wokół siebie aurę tajemniczości, więc nawet fakty z jego życiorysu nie są do końca pewne. Ostatnie lata swojego życia Herrera spędzał w swojej XIV-wiecznej willi w Wenecji. Zmarł na serce w roku 1997. Trumne owiniętą we flagi FC Barcelony i Interu umieszczono na gondoli, jak na lawecie. Przepłyneła w honorowej asyście gondolierów i piłkarzy przez Canal Grande na wyspę San Michele. Helenio Herrera spoczął na tamtejszym cmentarzu, obok Igora Strawińskiego i Sergiusza Diagilewa, również niezłych artystów. Na koniec jeszcze składy obydwu drużyn z tego finału:

Inter: Sarti, Burgnich, Facchetti, Bedin, Guarneri, Picchi, Jair, Mazzola, Peirò, Suarez, Corso

Benfica: Costa Pereira, Cavem, Cruz, Germano, Neto, Coluna, Josè Augusto, Torres, Eusebio, Simoes


0

No i po co ten nasz Robert Lewandowski zdradził tą Borussie? Miałby tam jak u pana Boga za piecem i nie byłoby problemu ze strzelaniem rzutów karnych.

0

Borussio. co ty robisz?

0

@MesQueUnClub96 W takim razie Vamos Borussia!

1

Kochani kibice, co się liczy w Bundeslidze w przypadku równej ilości punktów: pojedynki bezpośrednie, czy też różnica goli?

6

Wybitne legendy polskiego futbolu:

27 maja 1940 r. urodził się Hubert Kostka. Lata 60-te słynęły z barwnych pseudonimów. Jeden z nich nadany został świetnemu bramkarzowi- Hubertowi Kostce. Na poważnego, sumiennego z natury golkipera koledzy mawiali ,,Farorz”, co znaczy w gwarze śląskiej ,,proboszcz”. Rzeczywiście, wiele razy okazał się on mężem opatrznościowym Górnika Zabrze oraz reprezentacji Polski. Grę w lidze łączył ze studiami na kierunku górniczym na Politechnice Śląskiej. W dodatku należał do ścisłej czołówki żaków na swoim roku. Zresztą długo wydawało się że to właśnie raczej z inżynierią aniżeli z piłką nożną zwiąże swą przyszłość. Koledzy zaciągnęli go jednak już w czasie studiów na trening raciborskiej Unii, która szukała bramkarza do gry w 2 lidze. Kostka spodobał się trenerom a wkrótce ściągnął go do siebie wielki Górnik. Tak jak w nauce, tak i w lidze należał do najlepszych na swojej pozycji. Czołówke tworzył z Edwardem Szymkowiakiem oraz… swym kolegą klubowym- Janem Gomolą. Często w duecie byli powoływani do reprezentacji Polski. Bywało nawet tak, że jeden grał w lidze, zaś drugi w kadrze. Najważniejsze mecze w dziejach Górnika przypadły jednak w udziale Kostce. To on bronił jako jedyny polski golkiper w historii, w finale Pucharu Zdobywców Pucharów a także w całej kampanii wiodącej do decydującego starcia rozgrywek. Z zabrzanami uczestniczył również w ćwierćfinałach PZP i PEMK. Właśnie w tych ostatnich rozgrywkach w edycji 1967/68, obronił rzut karny wykonywany przez Dynamo Kijów. Żaden inny bramkarz nie miał takich osiągnięć w polskich klubach. Nikt z przedstawicieli tej pozycji nie zdołał go też przebić w liczbie mistrzostw Polski; aż 8 razy sięgnął po to trofeum w barwach Górnika oraz 6 razy zdobył Puchar Polski.

W reprezentacji Polski ,,Farorz” rozegrał w sumie 32 mecze, w których stracił 38 goli. Długie lata pełnił role rezerwowego dla Szymkowiaka. Dopiero od eliminacji ME w 1968 został pierwszym wyborem szkoleniowców. Wydawało się że utracił to miano z początkiem kadencji Kazimierza Górskiego. Trener wszech czasów wolał stawiać na początku swej kadencji na Grotyńskiego, Gomolę, Tomaszewskiego czy Szeje. Kiedy jednak przyszły decydujące mecze o wejście do Igrzysk Olimpijskich w 1972, znów miedzy słupkami biało-czerwonych pojawił się pan Hubert i tej pozycji nie oddał podczas samego turnieju. Bronił we wszystkich 7 meczach na tej imprezie, przepuszczając ledwie 5 strzałów przeciwników. ,,Nie ważne z kim gramy, najważniejsze to wygrać. Zarówno dla mnie, jak i dla kilku piłkarzy starszych już wiekiem jest to ostatnia szansa osiągnięcia wyniku na poziomie światowym. Dlatego też uczynimy wszystko aby taki wynik zdobyć. Naszym młodszym kolegom na ambicji też nie zbywa. Po prostu rzucimy wszystko na jedną karte”- uzasadniał Kostka. Efektem takiej postawy było mistrzostwo olimpijskie. Po wejściu na olimpijskie podium buńczuczność ustąpiła miejsca wzruszeniu: ,,Wspaniałym przeżyciem jest turniej olimpijski, uroczysta dekoracja, hymn narodowy dla zwycięzców. Popłakałem się na podium, chociaż nie jedno w czasie mojej kariery przeżyłem. Nawet na MŚ gratulacji nie składają tak wybitni działacze światowego sportu, jak Przewodniczący MKOL i prezes FIFA. Spotkał nas wielki zaszczyt”- relacjonował ,,Trybunie Ludu” pan Hubert. Sam w finale popisał się między innymi fenomenalną interwencją po strzale głową Antala Dunaia. W Ekstraklasie zakończył gre w 1974 r. Jego bilans na tym szczeblu rozgrywkowym zamknął się na 222 meczach. Potem jako szkoleniowiec przygotowywał bramkarzy reprezentacji przed MŚ 1974(Jan Tomaszewski przyznaje że to głównie Kostce zawdzięcza swą forme podczas tego mundialu), 1978 i 1982. Samodzielnie doprowadził zaś Szombierki Bytom oraz dwukrotnie Górnika Zabrze do mistrzostwa Polski. Trzy razy został Trenerem Roku w Polsce.



@DaPidejpi
@kamyk_23
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@Rastafarnianin
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

2

@Sysia11 Żeteż te chalierne poruskie jutuby tylko się ostały!
No ale najważniejszy przecudowny gol Romero!
Dzięki śliczne za wideo :)

7

Czy wiemy(pamiętamy) że…

27 maja 1987 r. FC Porto z Józefem Młynarczykiem w bramce zdobyło pierwszy w historii piłkarski Puchar Europy, pokonując w finale na Praterstadion(dziś Ernst Happel Stadion) w Wiedniu Bayern Monachium 2:1, po golach Madjera w 79 m., Juary’ego w 81 m. oraz honorowym trafieniu Kögla w 24 minucie. Oto kilka zdań z korespondencji Jerzego Lechowskiego z tygodnika "Piłka nożna" rozpoczynającej się od fragmentu wywiadu z Udo Lattkiem, szkoleniowcem Bayernu. "Zatem jak będzie w Wiedniu? Ma pan nadzieję, że Bayern znowu wywalczy Puchar Mistrzów? - Mam nadzieję? Nie, ja jestem o tym przekonany!". Ten fragment wywiadu w pełni oddaje nastrój przed finałem na wiedeńskim Praterze. W telewizji już od poniedziałku w każdym programie można było usłyszeć, że zdecydowanym faworytem jest Bayern Monachium. Akcje Portugalczyków obniżała przede wszystkim nieobecność Fernando Gomesa. Kontuzja niezbyt groźna, ale całą nogę miał w gipsie. Kto więc będzie strzelał gole? Zawodnicy FC Porto wykazywali umiarkowany optymizm, natomiast Jean Marie Pfaff i Lothar Matthaeus z Bayernu podzielali opinię swego trenera. Wiele wskazywało, że skończy się zgodnie z przewidywaniami. W 25. minucie na 1:0 strzelił lewoskrzydłowy Ludwik Koegl. "Krzyczałem "Moja!", ale w tym ryku nie usłyszał tego Maghalaes i wyskoczył do piłki. Nie trafił jej czysto, gdyż była za wysoka, musnął ją głową, myląc mnie przy okazji. Piłka skozłowała przed Koeglem,a ten szczupakiem skierował ją do bramki"- opisywał Młynarczyk w swojej autobiografii "Piłeczko kochana". W przerwie meczu trener Portugalczyków, Artur Jorge, zaatakował swoich piłkarzy. Krzyczał, że za bardzo ulegli presji mediów, za bardzo wzięli sobie do serca, że nie są faworytem i po prostu boją się przeciwnika. Po zmianie stron Porto rzuciło się do natarcia. W 77. minucie padła jedna ze słynniejszych bramek tamtych czasów. Algierczyk Rabah Madjer strzelił z bliska bramkę piętą. Za chwilę na 2:1 strzelił Juary, rezerwowy Brazylijczyk. Porto dowiozło wynik do końca.

Jednym z bohaterów był Młynarczyk, choć jego gra była raczej solidna niż fantastyczna. W samej końcówce w polu karnym Polaka zrobiło się bardzo gęsto, ale nasz bramkarz tylko raz został zmuszony do największego wysiłku. "W obronie graliśmy, jak zwykle zresztą, dość prawidłowo i piłkarze Bayernu nie mieli stuprocentowych sytuacji, natomiast dość dużo wrzucali na wysokiego Hoenessa, który miał te piłki zgrywać. Jeśli chodzi o wychodzenie z bramki, to czułem się w tym meczu dość pewnie i wszystkie piłki wyłapywałem. W tym meczu najwyższe oceny powinna dostać nasza obrona" - pisał Polak. Korespondent "Piłki Nożnej" dodał od siebie, że Polak wykazał bardzo silne nerwy i bardzo umiejętnie "kradł cenne sekundy". Po spotkaniu Franz Beckenbauer przyznał, że "wygrała piłka nożna". FC Porto to czas, gdy portugalska piłka kojarzyła się z czystą techniką, zaś niemiecka z bezwzględną maszyną. Algierczyk Madjer przyznał, że dla niego był to mały rewanż za słynną "Hańbę w Gijon", czyli mecz z 1982 roku, gdy Niemcy i Austriacy umówili się na wynik i wyeliminowali Algierię z mundialu w Hiszpanii. Dziś czasy się zmieniły, Niemcy kojarzą się z techniczną, efektowną grą. Młodsi kibice byliby wyraźnie zdziwieni, gdyby przeczytali zdanie w "Piłce Nożnej": "Bawarczycy są zawodowcami, ale w ich grze jest mało technicznego kunsztu".



@AssisMoreira
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@patataj

2

@Sysia11 Wierzę ci na słowo, ponieważ nie widziałem tego gola. Gdzie go moge zobaczyć? bo na jutubie nie widze skrótu z Nową Zeladią a żadna telewizja tego nie transmitowała

5

Początki wielkiej Barçy 5 Pucharów:

27 maja 1951 r. FC Barcelona zdobywa dziewiąty w historii Puchar Generalisimo. W finałowym starciu na Estadio de Chamartin Barça pokonuje Real Sociedad San Sebastian 3:0. Gole w tym finale strzelali znakomici snajperzy: Cesar Rodriguez (31 i 67 minuta) oraz Mariano Gonzalvo(44 minuta). Ten zdobyty puchar był swoistym preludium do zdobycia przez Blaugrane 5 pucharów w roku następnym, co okazało się jednym z największych osiągnięć w historii Dumy Katalonii.


@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Monix10
@Mixtape
@DaPidejpi
@patataj

14

Cudowne lata, fantastyczna drużyna, epokowe mecze:

27 maja 2009 r. FC Barcelona zdobyła swój trzeci w historii Puchar Ligi Mistrzów. Wygrany 2:0 finał z Manchesterem United rozegrano na Stadionie Olimpijskim w Rzymie. Blaugrana przystępowała do tego finału ze sporymi osłabieniami w defensywie. Kartki wykluczyły występ Daniego Alvesa i Abidala a z powodu kontuzji nie mógł wystąpić doświadczony Rafael Marquez. Trenujący Manchester sir Alex Ferguson próbował wykorzystać te osłabienia i oparł taktykę na Cristiano Ronaldo, który rozpoczął swój występ od kilku prób uderzeń z dystansu. Duma Katalonii wydawała się być zepchnięta do defensywy, lecz w 10 minucie Iniesta zagrał piłke w pole karne do Eto’o i niezawodny jak zawsze Kameruńczyk pokonała Van der Saara. Barça przejęła wówczas kontrole nad grą i pozwoliła ,,Czerwonym Diabłom” na zaledwie dwa celne strzały w całym meczu. W 70 minucie Xavi posłał górną piłke w pole karne, do której niespodziewanie doskoczył Messi, pokonując strzałem głową holenderskiego bramkarza rywali. Warto dodać że pod nieobecność wyżej wymienionych obrońców, bardzo dobrze spisali się Yaya Toure i Sylvinho. Historyczne składy obu drużyn:

Barcelona: Víctor Valdes - Carles Puyol, Yaya Toure, Gerard Pique, Sylvinho - Xavi, Sergi Busquets, Andres Iniesta, Lionel Messi, Samuel Eto'o, Thierry Henry (72 Seydou Keita).

Manchester: Edwin van der Sar - John O'Shea, Rio Ferdinand, Nemanja Vidić, Patrice Evra - Ji-sung Park (66 Dimityr Berbatow), Michael Carrick, Anderson (46 Carlos Tevez), Ryan Giggs (75 Paul Scholes) - Cristiano Ronaldo, Wayne Rooney.

Zobaczmy to jeszcze raz:





@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Monix10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

9

Debiuty ,,naszych” legend:

Dokładnie sto lat temu(27.05.1923 r.) w meczu towarzyskim z angielskim Bishop Auckland FC, zadebiutował w barwach Blaugrany legendarny golkiper Ferenz Plattko. Barça wygrała ten mecz 5:0 a więc debiut okazał się całkiem udany.



@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Mixtape
@Monix10
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

13

W pogoni za historycznym mistrzostwem:


26 maja 1929 r. FC Barcelona zdecydowanie pokonuje Atletico Madryt 4:0 na Estadio Montjuïc w 14 kolejce Primera Division i umacnia się na prowadzeniu z dwupunktową przewagą nad Realem Madrid i już do końca rozgrywek nie odda prowadzenia, czego efektem jest pierwsze w historii mistrzostwo Hiszpanii. Gole z Atletico strzelali: Josep Sastre(10 m.), Josep Samitier(43 i 61 m.) oraz Emil Walter(47 m.).





@Monix10
@Symson
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Sensible
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@patataj

8

@FCBparasiempre
Futbol na igrzyskach olimpijskich zadebiutował już w 1900 r. w Paryżu. Jednak pierwszy turniej z prawdziwego zdarzenia, w którym wzięły udział więcej niż trzy drużyny, został rozegrany w 1908 r. w Londynie. Na ziemiach polskich piłka nożna w tym czasie dopiero raczkowała. Odbywały się już co prawda mecze międzymiastowe, a wkrótce udało się zorganizować mistrzostwa Galicji. Jednak dopóki Polska pozostawała pod zaborami, o debiucie na arenie międzynarodowej mogliśmy co najwyżej pomarzyć. Sytuacja zmieniła się po odzyskaniu przez nasz kraj niepodległości w 1918 r. Niecały rok później utworzono w Krakowie Polski Komitet Igrzysk Olimpijskich, który miał zająć się przygotowaniem występu Polaków na pierwszych, powojennych igrzyskach w Antwerpii w 1920 r. W dniach 19-20 grudnia 1919 r. w Warszawie na inauguracyjnym posiedzeniu Polskiego Związku Piłki Nożnej zebrali się delegaci 28 klubów sportowych z całego kraju. Przyjęto status związku, wybrano władze i powołano pięć okręgowych związków. Polski futbol zyskał solidne podwaliny, żeby móc zaistnieć w rywalizacji z innymi krajami. Turniej olimpijski miał rozpocząć się pod koniec sierpnia 1920 r. Czasu na przygotowania w wyniszczonym wojną kraju nie było więc zbyt wiele. W ciągu kilku miesięcy trzeba było wyłonić kadrę na igrzyska, odpowiednio ją przygotować, zebrać fundusze na opłacenie trenerów, na pokrycie kosztów podróży i pobytu w Antwerpii. Na początku 1920 r. PKIOl utworzył kilka wydziałów poszczególnych dyscyplin, które działały wspólnie z krajowymi związkami i które miały zadbać o przygotowania. Zdawano sobie sprawę, że potrzebny będzie wysoko wykwalifikowany trener, który poprowadzi piłkarską reprezentację w turnieju. Na poszukiwania odpowiedniego kandydata wysłano w tym celu do Anglii Wolfa Marguliesa. Powierzona mu misja zakończyła się jednak fiaskiem, a szkoleniem piłkarzy, którzy wiosną zbierali się w Krakowie, zajął się Amerykanin kpt. Chris Burford, członek ekipy YMCA. W krakowskich treningach brało udział około 30 sportowców. Większość z nich stanowili zawodnicy Cracovii i Wisły, uzupełnieni najlepszymi graczami lwowskich klubów – Czarnych i Pogoni, a także pojedynczymi piłkarzami z warszawskiej Polonii, poznańskiej Warty czy Łódzkiego KS. Nie można było powołać nikogo ze Śląska. Obszar ten stanowił wtedy terytorium plebiscytowe, na którym dochodziło niemal każdego dnia do zbrojnych incydentów pomiędzy bojówkami niemieckimi a rdzenną ludnością Śląska, dążącą do zjednoczenia się z resztą kraju. Zgrupowanie wyglądało zupełnie inaczej niż dzisiaj. Nie miało ono stałego charakteru. Zawodnicy zjeżdżali do Krakowa na kilka dni, wspólnie trenowali, a na weekendy wracali do swoich miast, gdzie grali w macierzystych klubach. Nie było opracowanego niestety żadnego harmonogramu zajęć. Nie udało się też znaleźć żadnego atrakcyjnego kandydata do meczów sparingowych. Na początku 1920 r. ciągle gorączkowo poszukiwano środków na sfinansowanie występu na igrzyskach. Pomoc płynęła od amerykańskich kół polonijnych, spore dochody przynosiły krajowe imprezy sportowe. Wsparcie uzyskano również ze strony wojska. Zwolniono z frontu wszystkich sportowców przygotowujących się do występu na igrzyskach, pomagano w szkoleniu, a także zainterweniowano w sprawie przyznania subwencji państwowej, kiedy rząd był temu przeciwny. Fundusze nadal jednak nie były wystarczające na odpowiednie przygotowanie naszej ekipy. Ostatecznie jednak, w związku z wojną polsko-bolszewicką 12 lipca PKIOl podjął decyzję o wycofaniu się z udziału w imprezie. Kiedy 14 sierpnia król Belgii Albert I wygłaszał formułę otwarcia igrzysk, pod Warszawę podchodziły wojska marszałka Tuchaczewskiego. W działaniach wojennych wzięło udział 90% sportowców, którzy mieli rywalizować w belgijskich zawodach, wielu z nich zginęło. Decyzja o udziale piłkarskiej reprezentacji na turnieju olimpijskim w Paryżu zapadła 28 grudnia 1923 r. Wybrano też społeczny komitet, który miał pomóc piłkarskim władzom w zdobyciu pieniędzy na wyjazd do Francji. Dwa miesiące później na walnym zgromadzeniu PZPN podjęto uchwałę, w myśl której związek wyśle zawodników na zawody z własnych środków. Koszty wynoszące 3200 dolarów podzielono między okręgowe związki, które w terminie wywiązały się ze zobowiązań. W przeciwieństwie do innych związków sportowych, które musiały korzystać z pomocy PKIOl oraz z dotacji państwowych, PZPN wszystkie koszty związane z wyjazdem na igrzyska i z pobytem na miejscu pokrył we własnym zakresie. Wszystko podporządkowano zbliżającym się igrzyskom. W lutym 1924 r. podjęto decyzję o odwołaniu finałowych rozgrywek o mistrzostwo Polski. Reprezentacja otrzymała absolutny priorytet, a wszelkie próby niesubordynacji były niezwłocznie karane przez centralę. Zaangażowano także zagranicznego trenera. Wybór padł na 34-letniego Węgra – inż. Gyulę Biró. Był on wtedy jednym z symboli budapesztańskiego MTK, na swoim koncie zgromadził 36 występów w drużynie narodowej i trzy gole. Zdołał też poznać nieco język polski, kiedy przez półtora roku prowadził w Krakowie żydowski klub Makabi. Jego kontrakt, którego sumy nie ujawniono, miał obowiązywać do ostatniego dnia występu naszej reprezentacji na igrzyskach. Funkcję kapitana związkowego, do którego zadań należała m.in. selekcja zawodników, powierzono Adamowi Obrubańskiemu. Były piłkarz, a wtedy już sędzia piłkarski, który jako pierwszy Polak prowadził mecz za granicą, wybrał kadrę 38 zawodników. Wśród nich znalazło się dziewięciu graczy Cracovii (Synowiec, Kałuża, Popiel, Fryc, Gintel, Cikowski, Styczeń, Sperling i Chruściński) oraz Wisły (Wiśniewski, Kaczor, Markiewicz, Krupa, Śliwa, Adamek, Czulak, Reyman, Kowalski), pięciu z lwowskiej Pogoni (Garbień, Kuchar, Batsch, Słonecki, Olearczyk), po czterech z ŁKS (Cyl, Gabryel, Hanke, Lange) i Warty Poznań (Spoida, Staliński, Kosicki, Przybysz), po trzech z Czarnych Lwów (Müller, Gieras, Witkowski) oraz Polonii Warszawa (Stefan Loth I, Jan Loth II, Hamburger), a także jeden z łódzkiego Klubu Turystów (Kubik).



13 kwietnia została zamknięta lista zgłoszeń do turnieju olimpijskiego, a cztery dni później przeprowadzono losowanie. Polacy w pierwszej rundzie mieli zmierzyć się z drużyną Węgier. Towarzyszący przygotowaniom optymizm został w ten sposób znacząco ostudzony. Zdawano sobie sprawę, że takiego przeciwnika bardzo ciężko będzie pokonać. To właśnie Madziarzy byli naszym pierwszym w historii przeciwnikiem w meczu międzypaństwowym. W grudniu 1921 r. ponieśliśmy porażkę w Budapeszcie 0:1 mimo ambitnej walki, a w maju kolejnego roku przegraliśmy pierwszy rozgrywany u siebie mecz, tym razem 0:3.

,,Szczęście wydatnie nam nie sprzyjało. Nie dość bowiem, że nie znaleźliśmy się między wolną od gry dziewiątką, lecz natrafiliśmy jeszcze od razu na Węgrów, a więc przeciwnika, który wraz z Czechosłowacją, Belgią i Hiszpanią tworzy grupę pretendentów do pierwszego miejsca na olimpiadzie”– pisano w „Przeglądzie sportowym”. Mimo trudnego rywala nie zamierzano jednak składać broni. Trener Biró na krótkich zgrupowaniach starał się odpowiednio zgrać ze sobą zawodników i znaleźć optymalne ustawienie. 30 kwietnia odbył się w Krakowie sparing, w którym zagrały dwie drużyny złożone z wyselekcjonowanych graczy. Zespół B wygrał 3:2. Nie wystąpili jednak piłkarze z Warszawy i Łodzi, zabrakło również uznawanego za najlepszego bramkarza w kraju Emila Görlitza. 8 maja miał odbyć się drugi sprawdzian naszych reprezentantów. Rywalem miała być kadra Bratysławy, ale z powodu trudności paszportowych, musiała zrezygnować z przyjazdu. Znowu zatem grały między sobą dwie jedenastki złożone z najlepszych wtedy polskich piłkarzy. Tym razem wygrała kadra A, na której oparto trzon drużyny narodowej. Po konsultacjach z trenerem Biró, kapitan związkowy wybrał 17 piłkarzy, którzy mieli reprezentować nas w Paryżu. Byli to bramkarze Emil Görlitz (1. FC Katowice) i Mieczysław Wiśniewski (Wisła), obrońcy Wawrzyniec Cyll (ŁKS), Ludwik Gintel i Stefan Fryc (obaj Cracovia), pomocnicy Tadeusz Synowiec (Cracovia), Marian Spojda (Warta), Zdzisław Styczeń i Władysław Krupa (obaj Wisła) i napastnicy Wacław Kuchar (Pogoń), Henryk Reyman (Wisła), Wawrzyniec Staliński (Warta), Juliusz Müller (Czarni), Józef Kałuża, Leon Sperling i Jan Reyman (wszyscy Cracovia). Podobnie jak dzisiaj również i wtedy nominacje szeroko komentowała prasa. Najwięcej problemów mieliśmy z obsadzeniem środka pola. Próbowano kilku zawodników na tej pozycji, ale żaden nie był przekonujący. Najlepszy był Cikowski, ale po krytyce ze strony dziennikarzy sam zrezygnował, nie czując się na siłach: ,,Krupa z Wisły mimo dobrej techniki ma jeszcze za mało rutyny, brak mu też ruchliwości. Kuchar zaś to typowy napastnik, na tym stanowisku zdradza ducha jedynie defensywy. O mizerii środkowych pomocników w Polsce świadczy fakt, że Cikowski z Cracovii mimo znacznego spadku formy, jeszcze nie ma równego sobie. Główna wada Cikowskiego to bardzo słaba kondycja fizyczna, wymagająca koniecznego odpoczynku”– oceniał Przegląd Sportowy. Ostatnim testem przed wyjazdem do Paryża był mecz ze Szwecją w Sztokholmie. Chciano sprawdzić w ten sposób aktualną formę reprezentantów i dokonać jeszcze ewentualnych korekt. Zespół Trzech Koron potraktował spotkanie z Polakami bardzo poważnie. Po porażce u siebie 1:2 z 1922 r. mieli z nami rachunki do wyrównania. Prasa pisała, że Honor szwedzki domaga się rewanżu, a Idrottsbladet pokusił się nawet o dokładną prognozę wyniku – typowano zwycięstwo gospodarzy 4:1. Optymizm szwedzkich dziennikarzy okazał się uzasadniony. 18 maja na stadionie olimpijskim w Sztokholmie Szwedzi rozbili Polskę 5:1. Do przerwy udało się zachować minimalną stratę do rywali, a na początku drugiej odsłony odpowiedzieć bramką Batscha. Później jednak gole strzelali już tylko przeciwnicy. Naszym zawodnikom wytykano zbyt dużą ilość indywidualnych zagrań i praktycznie niekorzystanie ze skrzydłowych. Daliśmy sobie też narzucić grę górą, w której wysocy rywale mieli dużą przewagę. W ataku zabrakło Kałuży, który potrafił skutecznie kierować akcjami naszej ofensywy. Wśród przyczyn porażki dopatrywano się też faktu, że w składzie znaleźli się Ludwik Gintel i Tadeusz Synowiec, którzy grali z nie do końca wyleczonymi kontuzjami. Synowiec, który był kapitanem zespołu, równocześnie pisał dla Przeglądu Sportowego o braku wsparcia ze strony szkoleniowców: ,,Pan Obrubański ma wiele niezaprzeczonych i cennych zalet, lecz na kierownika ekipy się nie nadaje. Nie umie interesować się graczami, rozmawiać z nimi, odczuwać ich psychicznego nastroju, pożartować. Wiele krwi psuje jego tajemniczość. O składzie drużyny wcześniej dowiedzieli się Szwedzi niż nasi zawodnicy. Ponadto pan Obrubański nie ma w trenerze Biró należytego pomocnika. Pan Biró nie potrafi zainteresować i obejrzeć, co któremu graczowi dolega, nie umie masować itd. Jednym słowem drużyna mogłaby się doskonale bez niego obejść”. Warto jeszcze wspomnieć, że w meczu tym przeprowadzona została pierwsza zmiana w historii naszej reprezentacji. Kontuzjowanego na początku meczu bramkarza Wiśniowskiego, zastąpił Emil Görlitz – pierwszy Ślązak w kadrze. Dwa dni później odbył się mecz rewanżowy, który traktowano jako nieoficjalny. W tym przewaga Trzech Koron była jeszcze większa, a Polacy przegrali aż 1:7. Próbowano zrzucać winę na zbyt ostrą grę rywali i na sędziego Hakanssona, ale prawda jest taka, że drużyna zwyczajnie była słabo przygotowana. Choć na usprawiedliwienie można dodać, że Szwedzi na igrzyskach zajęli wysokie trzecie miejsce. Sztokholmskie klęski odbiły się szerokim echem w kręgach piłkarskich nad Wisłą. Wyszło na jaw niedostateczne przygotowanie naszych olimpijczyków, spowodowane zbyt krótkim okresem treningowym. Brak odpowiednich partnerów sparingowych uniemożliwił kapitanowi związkowemu i trenerowi właściwą ocenę aktualnej dyspozycji zawodników. Nie bez wpływu na naszą postawę były też kontuzje kilku graczy, na których dobrą formę liczono. Na naprawę tych błędów było już jednak za późno. Wraz ze szwedzkimi piłkarzami w środę 21 maja wyruszono do Paryża. Wreszcie w piątek po 52-godzinnej podróży z przystankami w Berlinie i Kolonii, Polacy dotarli do stolicy Francji, gdzie zameldowali się w hotelu Maison Doree. Spotkanie z Węgrami wyznaczono na poniedziałek 26 maja. Czasu na odpoczynek, ostatnie treningi, omówienie założeń taktycznych było bardzo mało. Jeszcze ze Sztokholmu Obrabiński wysłał telegram, w którym w trybie pilnym dowołał Cikowskiego, który do Paryża dojechał dopiero w sobotę.



Wreszcie nadszedł dzień debiutu na dużej międzynarodowej imprezie. Mecz zaplanowano na godzinę 17.00, na stadionie Stade Bergeyre. Sędziował Holender Johannes Mutters, a na liniach pomagali mu Belgowie Henry Cristophe i Paul Putz. Kontuzje Ludwika Gintela i Tadeusza Synowca osłabiły polską jedenastkę. Ostatecznie na boisko wybiegli: Mieczysław Wiśniewski – Wawrzyniec Cyll, Stefan Fryc – Marian Spoida, Stanisław Cikowski, Zdzisław Styczeń – Wacław Kuchar, Mieczysław Batsch, Józef Kałuża, Henryk Reyman i Leon Sperling. Pierwsze minuty meczu były nieco nerwowe, ale gra była wyrównana. Groźne strzały na węgierską bramkę oddali Kuchar i Reyman. W odbiorze dobrze spisywał się Styczeń, który swoimi podaniami wspomagał napastników. ,,Jeszcze nigdy nie grałem tak dobrze i tak spokojnie, jak w tym meczu. Moim zadaniem było pilnowanie groźnej lewej strony ataku węgierskiego Hirzer–Jeny. W pierwszej połowie trudno było Węgrom przedostać się pod naszą bramkę z tej właśnie strony. Ponadto grający za moimi plecami obrońca ŁKS-u Cyll też spisywał się bardzo dobrze, likwidując wiele niebezpiecznych akcji przeciwnika”– wspominał Zdzisław Styczeń na łamach książki „Wielki finał”. Polacy grali jak równy z równym, ale brakowało skuteczności, dobrze spisywał się Kuchar, ale jego dośrodkowania nie zostały wykorzystane. W 18. minucie Węgier Eisenhoffer przejął piłkę i niepilnowany strzelił pierwszą bramkę dla Madziarów. W 39. minucie piłkę z linii bramkowej zdołał wybić Styczeń. Węgrzy mocno przycisnęli pod koniec pierwszej odsłony, ale nasza obrona stanęła na wysokości zadania. ,,Podczas pauzy przyszli do naszej szatni piłkarze francuscy, litewscy i norwescy. Gratulowali pięknej gry i zachęcali do dalszej, wytrwałej walki. Węgrzy byli znani w Europie jako silna drużyna”– opowiadał Wacław Kuchar. Drugą połowę Polacy rozpoczęli odważnie. Niestety, za bardzo się odkryli, nieco odpuścili ścisłe krycie i węgierscy napastnicy mieli sporo swobody na naszej połowie. Siedem minut po wznowieniu gry Hirzer strzelił nam drugą bramkę. Kilka minut później ten sam zawodnik podwyższył na 3:0, ostatecznie podcinając nam skrzydła. Zwycięstwo Węgrów stało się praktycznie pewne. Nasi reprezentanci starali się kontratakować, ale znowu brakowało skuteczności. ,,Gdyby nasz atak wykorzystał bodaj połowę dogodnych sytuacji, rezultat tego meczu byłby dla nas znacznie korzystniejszy. Mogliśmy strzelić co najmniej dwie bramki, ale ani kałuża, ani Reyman nie potrafili skierować do siatki węgierskiej piłek, które wypracował im walczący na prawym skrzydle Wacek Kuchar”– twierdził Zdzisław Styczeń. Dwadzieścia minut przed końcem straciliśmy czwartą bramkę po strzale Opaty i od tej pory walczono tylko o honorowe trafienie. Niestety po dwóch rzutach wolnych w 83. i 87. minucie piłka o centymetry mijała bramkę rywali. W samej końcówce ponownie na listę strzelców wpisał się Opata, czym przypieczętował klęskę Polaków na premierowym występie olimpijskim. Piłkarzom znad Wisły zabrakło kondycji, żeby toczyć choćby w miarę wyrównany bój z Madziarami. Odczuwali trudy meczów ze Szwecją i na pewno we znaki dała im się długa podróż. Rywal był dużo bardziej doświadczony, przewyższał nas techniką i przygotowaniem fizycznym. Pierwsza połowa pokazała jednak, że gdyby inaczej poprowadzono przygotowania, to mogliśmy osiągnąć korzystniejszy wynik. Po meczu dziennikarze francuskiego dziennika ,,L’Auto” szukając pozytywów w grze Polaków, pochlebnie wyrażali się o Wacławie Kucharze: ,,Za najlepszego z polskiej drużyny uważamy Kuchara. Jest to jedyny gracz w napadzie, który ma start do piłki i przebojowość. Jest to gracz wysokiej klasy”. Warszawski Stadion swoją relację ze spotkania zatytułował Bohaterem dnia znów był Wacek, a dalej pisano: ,,Ustawienia naszej drużyny reprezentacyjnej nie można powinszować. To co w niej dobre było to – Kuchar – Wiśniewski – Batsch – Cikowski. Jeden tylko Kuchar robił wrażenie niespuchniętego. Biegał po całym boisku, był jednocześnie całym atakiem, pomocnikiem i obrońcą. Człowiek ten ma siły niespożyte, niebywałą wytrwałość i pracowitość. Po powrocie do kraju nie szczędzono ostrej krytyki piłkarzom i działaczom. Wytykano całą listę błędów, a prezes PZPN-u, dr Edward Cetnarowski próbował się tłumaczyć: ,,Ułożono w kraju całą litanię grzechów, obarczając zarząd PZPN i kierownictwo ekspedycji piłkarskiej winą za niepowodzenia. Ja jednak odważę się stwierdzić, że jedynym powodem naszego niepowodzenia był po prostu debiutancka trema. Jak prawie każdy artysta w pierwszym swym wystąpieniu gra najczęściej słabo, tak i nasi piłkarze, czując na sobie oczy całego świata piłkarskiego, czując tę wielką odpowiedzialność przed braćmi swymi w ojczyźnie, nie wytrzymali balastu psychicznego i jestem przekonany, że gdybyśmy mieli możność w następnych dniach zagrać w tym samym składzie i z tym samym przeciwnikiem, to rezultat z pewnością byłby zupełnie inny, bardziej zaszczytny”– fragment książki „Wielki finał”. Pewnie miał trochę racji, ale nie można wszystkiego zwalać na tremę, zwłaszcza że w kadrze grali raczej doświadczeni zawodnicy. Węgrzy byli do ogrania, co udowodnił w kolejnej rundzie Egipt, pokonując ich 3:0. Nasza olimpijska przygoda dobiegła końca, zanim tak naprawdę zdążyła się zacząć. Jednak sam fakt, że udało się wystąpić na zawodach tej rangi, można traktować w kategorii sukcesu. Tak czy inaczej, olimpijski debiut był za nami, ale na kolejne emocje związane z występem piłkarzy na igrzyskach, przyszło czekać kibicom aż 12 lat.

10

10

@FCBparasiempre
26 maja 1999 r. Manchester United pokonał Bayern Monachium 2:1. Jeden z najbardziej ekscytujących finałów Ligi Mistrzów rozegrały drużyny, które przystępowały do rozgrywek jako wicemistrzowie swoich krajów ale za to jakie! W sezonie 1997/98 Manchester United zajął drugie miejsce w Premiership za Arsenalem a Bayern Monachium został wicemistrzem Bundesligi; wyprzedził go Kaiserslautern. Arsenal nie przebrnął przez faze grupową Ligi Mistrzów a Kaiserslautern odpadł w ćwierćfinale właśnie z Bayernem. Kiedy pod koniec maja 1999 roku Manchester Utd i Bayern udawały się na finał do Barcelony, były świeżo po zdobyciu kolejnych tytułów mistrzowskich. Manchester triumfował też w rozgrywkach o Puchar Anglii. Aby to skomplikować jeszcze bardziej należy dodać iż obydwie drużyny spotkały się w fazie grupowej LM, w której znalazła się też FC Barcelona. Trudno o efektowniejszą ,,grupe śmierci”, tym bardziej że Blaugranie szczególnie zależało na zwycięstwach, ponieważ UEFA wyznaczyła na miejsce finału stadion Camp Nou a w roku 1999 klub obchodził setną rocznice swoich urodzin. Jednak nie udało się, mimo iż w klubie grali m.in. Rivaldo, Figo, Luis Enrique, Cocu czy wreszcie Guardiola. Trenował ich Luis van Gaal. W kadrze był też kończący powoli karierę Miguel Nadal, który przyprowadzał na mecze i treningi 13-letniego bratanka; chłopaczek był drobny ale bardzo sprawny i wujek miał nadzieje że zrobi z niego piłkarza. Dzieciak bardzo lubił piłke, jednak wolał inny sport, któremu oddał się całkowicie. Nazywał się Rafael Nadal i potem został najlepszym tenisistą na świecie. Bayern zajął w tej grupie pierwsze miejsce a Manchester drugie. Mecz pomiędzy nimi w Monachium zakończył się remisem 2:2. Elber dał prowadzenie Niemcom w 11 minucie. York wyrównał w 30. a Scholes strzelił drugiego gola w 49 minucie. Wyrównującego gola dla gospodarzy zdobył samobójczym strzałem Sheringham w 90 minucie, co jest dość istotne w kontekście wydarzeń w finale. Rewanż na Old Trafford również zakończył się remisem, po golach Keane’a i Salihamidżicia. Obydwie drużyny prezentowały więc taki sam poziom i obydwie grały tez do końca. W ćwierćfinale Bayern rozbił Kaiserslautern 2:0 i 4:0 a w półfinale wyeliminował Dynamo kijów. Manchester Utd w ćwierćfinale pokonał Inter 2:0 i 1:1 a Scholes zdobył wyrównującego gola na San Siro w 88 minucie. W półfinale Anglicy wyeliminowali drugą włoską drużynę, Juventus, z Zidanem,Deschampem, i Davidsem, po bardzo trudnych meczach. Na Old Trafford przegrywali do ostatniej minuty 0:1 ale w doliczonym czasie Giggs wyrównał. W rewanżu Juventus po 10 minutach prowadził 2:0, jednak Manchester zwarł szyki i wyrównał jeszcze przed przerwą a na 6 minut przed końcem Andy Cole zdobył zwycięskiego gola. Alex Ferguson nazwał pierwszą połowe w wykonaniu Manchesteru ,,najlepszymi 45 minutami w karierze trenerskiej”. Obydwa kluby miały znakomitych trenerów. 50-letni Ottmar Hitzfeld zdobył z Borussią Puchar Mistrzów i 2 tytuły mistrza Niemiec a z Grasshoppers Zurych trzykrotnie mistrzostwo Szwajcarii. 58-letni Alex Fergusson już w roku 1999 był jednym z najsłynniejszych trenerów świata. Zdobył z Aberdeen FC 3 tytuły mistrza i Puchar Szkocji ale przede wszystkim Puchar Zdobywców Pucharów. W finale mały szkocki klub pokonał Real Madryt, trenowany przez di Stefano.



Menedżerem Manchesteru został w listopadzie 1986 r. Pobił już rekord Matta Busby’ego, który pełnił funkcje menedżera Manchesteru nieprzerwanie w latach 1945-69. Czerwone Diabły pod wodzą Fergusona wygrały dwukrotnie Lige Mistrzów, Puchar Zdobywców Pucharów, Klubowe Mistrzostwo Świata, 13 tytułów mistrza Anglii oraz 5-krotnie Puchar Anglii. Finał Ligi Mistrzów na Camp Nou nie miał faworyta. W Manchesterze nie mógł zagrać kluczowy zawodnik a mianowicie Roy Keane, ukarany kartką w półfinale oraz Paul Scholes. Ferguson przestawił więc Beckhama z prawego skrzydła na środek a Giggsa z lewego skrzydła na prawe. Peter Schmaichel zapowiedział iż finał będzie jego ostatnim występem w barwach Manchesteru, któremu służył przez 9 lat. Kiedy kończyła się zwyczajowa odprawa kilka godzin przed meczem, Ferguson zwrócił się do piłkarzy jakby od niechcenia: ,, Aha, wiecie że dzisiaj jest 90-ta rocznica urodzin Matta Busby’ego i wypadałoby to jakoś uczcić. Chyba nie chcecie k…a żeby dziadek przekręcił się w grobie.” Bayern też miał problem bo z powodu kontuzji nie mógł wystąpić Francuz Lizarazu oraz znakomity strzelec Giovane Elber. W 6 minucie, po faulu Ronny’ego Johnsena na Carstenie Janckerze, Mario Basler z rzutu wolnego z około 18 metrów zdobyl dla Bayernu prowadzenie. Niemcom od tej pory grało się łatwiej a w drugiej połowie osiągnęli przewagę. Pierwszą zmiane zrobił Ferguson; na ostatnie 25 minut wprowadził napastnika Sheringhama w miejsce Blomqvista. Zareagował na to Hitzfeld zmieniając Zicklera na Scholla. Kilka minut później Scholl trafił w słupek a po strzale nożycami Janckera piłka odbiła się od poprzeczki. Hitzfeld był przekonany że ma zwycięstwo w kieszeni i na 10 minut przed końcem zdjął z boiska Matthäusa, człowieka ważnego w każdej drużynie i w każdej sytuacji. Jeszcze dobrze Matthäus nie usiadł na ławce, kiedy Ferguson zmienił Andy’ego Cole’a na innego napastnika, Ole Gunnara Solskjera, o którym dziennikarze na całym świecie pisali z upodobaniem: ,,morderca o twarzy dziecka”. Podejście Niemców do każdego meczu najlepiej określił Gary Lineker: ,,Piłka nożna to taka gra, w której udział bierze 22 piłkarzy a na końcu i tak zawsze wygrywają Niemcy”. Manchester jednak się nie załamał. W przerwie Ferguson powiedział podobno do swoich piłkarzy w szatni: ,,Po tymmeczu Puchar Europy będzie od was zaledwie o 6 stóp i jeśli przegramy, to nie będziecie go mogli nawet dotknąć. Dla wielu z was będzie to najbliżej, na ile kiedykolwiek uda wam się do niego zbliżyć. No więc wychodźcie k…a na boisku i nie ważcie się wracać, jeśli nie dacie z siebie wszystkiego”. Prowadząc 1:0 i chcąc zyskać kilkanaście sekund, Hitzfeld w 89 minucie przeprowadził zmiane: Salihamidżić wszedł na miejsce Baslera. Stadion wrzał, jedni się cieszyli z niemal pewnego zwycięstwa Bawarczyków, inni wciąż dopingowali Anglików. Kiedy sędzia techniczny podniósł tablice informującą iż mecz będzie trwał 3 minuty dłużej, Bayern wciąż prowadził 1:0. Anglicy nie przestawali jednak atakować i wywalczyli rzut rożny. W polu karnym Niemców znalazła się cała jedenastka United, włącznie z Schmaichelem. Z rogu podawał Beckham, piłke wybijał Effenberg ale ledwie za linie pola karnego. Giggs natychmiast kopnął w kierunku bramki. Piłka leciała nisko nad ziemią a stojący na linii strzału Sheringham zmienił nieco kierunek jej lotu. Nawet gdyby tego nie zrobił, piłka i tak prawdopodobnie wpadłaby do bramki a więc 1:1. Załamanych Niemców sędzia Pierluigi Collina zachęcał do wstania z boiska i kontynuowania gry. Po kolejnym ataku piłke na korner wybił Kuffour. Ponownie do narożnej chorągiewki podbiegł Beckham i kopnął piłke pod bramke, jak chwile wcześniej. Sheringham uderzył piłke głową wprost na noge Solskjera. Norweg kopnał ja tak że wpadła pod poprzeczkę, mimo że w bramce oprócz Kahna stało jeszcze dwóch obrońców. W chwile później Collina zakończył mecz. Trzy minuty wstrząsnęły stadionem, który już wiele widział, Anglią, Niemcami, całym światem, wziąwszy pod uwagę liczbę kibiców Manchesteru na wszystkich kontynentach. To było coś nieprawdopodobnego, Manchester zdobył Puchar Mistrzów po raz drugi. Piłkarze tańczyli obok leżących na trawie i płaczących Niemców, których teraz było żal. Kuffour nie chciał zejść z boiska, trzeba go było uspokajać. Bobby Charlton na trybunie honorowej ukradkiem wycierał łzy. Hitzfeld już wygrywał Lige Mistrzów z Borussią i dokona tego ponownie z Bayernem 2 lata po ,,czarnej nocy” na Camp Nou. Wspaniały trener, który tym razem miał wyjątkowego pecha. Niemcom coś podobnego przydarzy się jeszcze raz, w półfinale mistrzostw świata na swoich boiskach w 2006. W meczu z Włochami przy stanie 0:0, w dogrywce Włosi wbili im 2 gole i Niemcy już się nie podnieśli. W takich sytuacjach to częściej Niemcy sprawiali przykrość przeciwnikom. W 90 rocznice urodzin Matt Busby nie przekręcił się w grobie. Kilkanaście dni po finale Alex Ferguson otrzymał z rąk królowej Elżbiety tytuł szlachecki i od tej pory jest k…a, sir!

7

@FCBparasiempre
25 maja 1967 na Estádio Nacional w Lizbonie CELTIC Glasgow pokonuje INTER Mediolan 2:1(0:1) w finale Pucharu Mistrzów. Dzisiaj drużyny walczące o triumf w Lidze Mistrzów to zbiory najlepszych piłkarzy z całego świata. Był jednak piękny czas, kiedy to grupa kolegów z osiedla potrafiła pokonać wszystkich. W 1967 r. Puchar Europejskich Mistrzów Klubowych wywalczył Celtic Glasgow a wszyscy ówcześni zawodnicy „The Bhoys” urodzili się w promieniu 30 mil od Glasgow. Tę wspaniałą drużynę trenował Jock Stein i przeszła ona do historii jako „Lwy z Lizbony”, ponieważ właśnie w słonecznej Portugalii Celtic FC pokonał w finale Pucharu Mistrzów Inter Mediolan. Każdego wieczora tuż przed snem, klęcząc przed figurką Matki Boskiej, razem z bratem modliłem się o zdrowie dla mamy i taty, dla Grana McKenny oraz dla Grana McCabe’a a także dla wszystkich naszych ciotek i wujków. „Módlcie się także za Jocka Steina” – przypominał nam ojciec. Kilka lat później było u nas kilku wujków i ksiądz, który tłumaczył, dlaczego Jock Stein powinien zostać świętym. Co prawda nie był katolikiem ale w 1967 r. za jego sprawą stał się cud – pisał w „The Guardian” szkocki dziennikarz Kevin McKenna. „Lwy z Lizbony” (Lisbon Lions) to zwycięzcy finału Pucharu Europejskich Mistrzów Klubowych, który odbył się na Stadionie Narodowym w Lizbonie 25 maja 1967 r. Celtic Glasgow pokonał tego dnia Inter Mediolan 2:1, zdobywając jako pierwszy klub z północy kontynentu najcenniejsze klubowe trofeum. Było to zwieńczenie najlepszego sezonu w 130-letniej historii „The Bhoys”. Celtic FC w sezonie 1966/1967 zdobył mistrzostwo, Puchar Szkocji, Puchar Ligi Szkockiej, no i przede wszystkim Puchar Europy. Dokonała tego drużyna będąca mieszanką rutyny z młodością, prowadzona przez legendę szkockiej piłki Jocka Steina. Jego „Lwy z Lizbony” już kilka lat przed erą Ajaxu Amsterdam i genialnego Rinusa Michelsa prezentowały futbol totalny. ,,To niemożliwe, nikt tak nie gra, w zespole szkockim jest ośmiu napastników!” – krzyczał szwajcarski komentator w drugiej połowie finałowego meczu z Interem. Jednocześnie był to zespół złożony z chłopaków niemal z jednego osiedla, wszyscy poza Bobbym Lennoxem urodzili się w promieniu 10 mil od stadionu Celtic Park. Zresztą nawet i sam Lennox pochodził z miasteczka Saltcoasts, leżącego zaledwie 30 mil od największego szkockiego miasta (jako jedyny nie-glasgowczyk określał sam siebie mianem outsidera). Historia „Lwów z Lizbony” to coś niemożliwego w erze modern football, dlatego ma w sobie tyle romantyzmu. Zwłaszcza że była to naprawdę świetna drużyna. Celtic Football Club został oficjalnie założony 6 listopada 1887 r. przez irlandzkich imigrantów w Glasgow. Celem miała być walka z biedą wśród miejscowych Irlandczyków, a zaczęło się to wszystko w sali katolickiego kościoła św. Marii (katolicyzm od samego początku był jednym z symboli „The Bhoys”). Na klubowym herbie widnieje jednak rok 1888, ponieważ dokładnie 28 maja tego roku „Celtowie” zagrali pierwszy oficjalny mecz. Ich rywalem – a to niespodzianka! – byli Glasgow Rangers. Pierwsze Old Firm Derby zakończyły się zwycięstwem Celticu 5:2. Już w 1889 r. „The Bhoys” dotarli do finału Pucharu Szkocji, w 1892 r. zdobyli to trofeum, a po roku dorzucili do tego pierwszy tytuł mistrza Szkocji. Wystarczyło więc zaledwie kilka lat istnienia, aby Celtic stał się czołowym klubem w kraju. W 1964 r. klub po raz pierwszy pokazał się na arenie międzynarodowej, docierając do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów (zlikwidowany w 1999 r.). Po imponującym zwycięstwie u siebie z MTK Budapeszt 3:0, na wyjeździe „Celtowie” roztrwonili przewagę i przegrali aż 0:4. Była to jednak zapowiedź złotej ery Celticu, która miała się zacząć wraz z przyjściem trenera Jocka Steina. Oficjalnie został on ogłoszony menedżerem Celticu 31 stycznia 1965 r. Umówił się jednak z władzami klubu, że pozostanie w Hibernanie, dopóki nie znajdą tam jego następcy. Ostatecznie więc zawitał na dobrze sobie znany Celtic Park w marcu, zastępując pracującego tam od 20 lat Jimmy’ego McGrory’ego (ten w uznaniu zasług otrzymał posadę dyrektora PR). Jock Stein urodził się 5 października 1922 r. w Hamilton oddalonym o 12 mil od Glasgow i był zawodnikiem Celtic FC w latach 1951-1956. Przychodził z walijskiego Llanelli AFC raczej jako uzupełnienie, ale udało mu się wywalczyć stałe miejsce na środku obrony, z czasem zasłużył nawet na opaskę kapitana. Karierę musiał zakończyć w wieku 34 lat z powodu uciążliwej kontuzji kostki.

Przydzielono mu do trenowania drużyny juniorskie oraz rezerwy. Po nieco ponad trzech latach takiej pracy postanowił rozpocząć działalność na własną rękę i przeszedł do Dunfermline Athletic. W momencie rozpoczęcia pracy (14 marca 1960 r.) miał zaledwie dwa punkty przewagi nad ostatnią drużyną w tabeli. Utrzymał zespół w najwyższej klasie rozgrywkowej, a już w następnym sezonie wywalczył Puchar Szkocji. Dało to prawo gry w Pucharze Zdobywców Pucharów, gdzie w sezonie 1961/1962 Dunfermline dotarł do ćwierćfinału. Te osiągnięcia poskutkowały ofertą z Hibernianu Edynburg, do którego Jock Stein przeniósł się w marcu 1964 r. (to był ulubiony przez Steina miesiąc do zmian miejsca pracy). Przez rok pobytu w stolicy Szkocji zdołał wygrać Summer Cup czy pokonać w meczu towarzyskim Real Madryt. To wystarczyło, aby dostać ofertę z Celticu i w marcu 1965 r. Jock Stein rozpoczął swoją najpiękniejszą życiową przygodę. Jego następcą w Hibernianie został Bob Shankly, starszy brat legendarnego Billa. Do dzisiaj Stein pozostaje najlepszym menedżerem Hibernianiu w historii, w ciągu roku jego pracy współczynnik zwycięstw drużyny wynosił 62%. Zatrudnienie Jocka Steina na stanowisku pierwszego trenera Celtic FC było przełamaniem swego rodzaju tabu, ponieważ był on pierwszym protestanckim menedżerem w historii klubu. Zastał drużyną przygotowującą się do rozegrania półfinałów Pucharu Szkocji. Udzielił swoim nowym podopiecznym wskazówek taktycznych na poziomie, z jakim wcześniej nie mieli do czynienia. Rozprawili się w półfinale z Motherwell, a w finale pokonali Dunfermline. Po dwóch miesiącach pracy na Celtic Park Jock Stein miał już swój pierwszy „skalp” – „The Bhoys” wygrali Puchar po raz pierwszy od jedenastu lat. W przerwie letniej ściągnął najlepszego strzelca Motherwell Joe McBride’a. W pierwszym pełnym sezonie pod wodzą Steina (1965/1966) „The Bhoys” zdobyli Puchar Ligi Szkockiej i dotarli do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Byli bardzo bliscy historycznego występu w finale europejskich rozgrywek – przegrali w dwumeczu z Liverpoolem 1:2, a w meczu na Anfield sędzia nie uznał dającej „Celtom” awans bramki Bobby’ego Lennoxa (wątpliwy spalony). Co się jednak odwlecze… Potem Celtic przegrał w finale Pucharu Szkocji z Rangersami, ale powetował to sobie w lidze, zdobywając pierwsze od dwunastu latu mistrzostwo Szkocji. Imponujące pasmo sukcesów w ciągu zaledwie dwóch lat, ale najlepsze dopiero się zbliżało. Przed startem sezonu 1966/1967 Jock Stein właśnie tak powiedział do swoich piłkarzy. Faktycznie, był to najbardziej magiczny, cudowny i niezapomniany sezon w historii klubu z katolickiej części Glasgow. Mistrzostwo, Puchar Szkocji, Puchar Ligi Szkockiej, Glasgow Cup i Puchar Europy – w drodze do tych trofeów „The Bhoys” strzelili łącznie 196 goli. Już letnie mecze towarzyskie zapowiadały coś wielkiego – Celtic pokonał m.in. Manchester United 4:1 (tzw. „dzieci Busby’ego”, które w 1968 r. zdobyły Puchar Europy) oraz 1:0 Real Madryt na Estadio Santiago Bernabéu. Ligę ekipa Jocka Steina rozpoczęła od fenomenalnej serii ośmiu kolejnych zwycięstw. Dopiero w dziewiątej kolejce rozpędzonych „Celtów” na ich boisku powstrzymała drużyna St Mirren, remisując 1:1 (5 listopada 1966 r.). W tym czasie Jock Stein i spółka mieli już na koncie pierwszy triumf – 29 października w finale Pucharu Ligi Szkockiej pokonali Glasgow Rangers 1:0 po golu Bobby’ego Lennoxa. Spotkanie na Hampden Park oglądało 94,5 tys. widzów. Wpadkę z 5 listopada z St Mirren „The Bhoys” szybko sobie powetowali zwycięstwem w finale Pucharu Glasgow (7 listopada) nad Patrick Thistle FC 4:0 (znowu na Hampden Park, tym razem jednak „tylko” 31 tys. widzów – mniejsza ranga rozgrywek i rywala). Oprócz finalistów udział w Glasgow Cup brały jeszcze Queens Park FC oraz oczywiście Rangersi. Potem przyszła seria trzech kolejnych ligowych zwycięstw, bezbramkowy remis w Kilmarnock i znowu dwie wygrane. Jedynie w okresie świątecznym „Celtów” dopadła lekka zadyszka – w wigilię zremisowali z Aberdeen 1:1, a w sylwestra 1966 po raz pierwszy przegrali w lidze (2:3 na wyjeździe z Dundee United). Był to tylko wypadek przy pracy, ponieważ w 13 kolejnych meczach Celtic wygrał aż 12 razy, notując w międzyczasie jeden remis. Chłopcom Jocka Steina wyraźnie jednak nie leżały Aberdeen i Dundee United, ponieważ w rewanżach padły niemal identyczne wyniki – bezbramkowy remis z Aberdeen (19 kwietnia) i porażka 2:3 z Dundee na Celtic Park (3 maja). To sprawiło, że w przedostatniej kolejce (6 maja – Old Firm Derby) Rangersi wciąż mieli szansę na prześcignięcie rywala z katolickiej części Glasgow. Padł jednak remis 2:2 i „Celtowie” mogli świętować kolejne mistrzostwo Szkocji. Tytuł przypieczętowany na Ibrox Park smakował szczególnie. Był to już czwarty „skalp” Jocka Steina i spółki, bo 29 kwietnia w finale Pucharu Szkocji pokonali Aberdeen 2:0 (z którym nie mogli sobie poradzić w lidze) po dwóch bramkach Williego Wallace’a. Sezon wspaniały, ale każde z tych czterech trofeów Celtic zdobywał już wielokrotnie. Jednak o wyjątkowości sezonu 1966/1967 stanowi Puchar Europejskich Mistrzów Klubowych.

„The Bhoys” mogli wystartować w tych rozgrywkach dzięki pierwszemu od dwunastu lat tytułowi mistrza Szkocji, a stało się to już w pierwszym pełnym sezonie pracy Jocka Steina. Do Lizbony wiodła jednak dość długa droga. W pierwszej rundzie Celtowie trafili na FC Zurich. 28 września 1966 r. zwyciężyli na Celtic Park 2:0 po golach Gemmella i McBride’a. W rewanżu 5 października (dzień 44. urodzin Jocka Steina) Gemell trafił dwa razy, jednego gola dołożył Stevie Chalmers i Celtic pewnie przeszedł do kolejnej rundy. Przejście Szwajcarów okazało się bułką z masłem, a w drugiej czekał zespół FC Nantes, mistrz Francji. Rywal był jednak słabszy niż sądzono i sprawa rozstrzygnęła się już praktycznie w pierwszym meczu, wygranym przez „Celtów” na wyjeździe 3:1. 30 listopada 1966 r. w Nantes bramki strzelali McBride, Lennox i Chalmers. Identycznym wynikiem zakończył się rewanż w Glasgow, rozegrany 7 grudnia (Johnstone, Chalmers, Lennox). Kolejne mecze odbyły się dopiero w marcu następnego roku. Tu zaczęły się schody, bo 1 marca 1967 r. w Nowym Sadzie Celtic przegrał z Vojvodiną 0:1. Jock Stein bał się tego meczu. Rok wcześniej oglądał bowiem inny, w którym Partizan Belgrad grał z Manchesterem United na tyle skutecznie, by wyeliminować go z rozgrywek. Teraz Vojvodina była mistrzem i ona stanęła na drodze Szkotów. Jej podstawowym atutem miał okazać się bramkarz Ilija Pantelič. Ale nie tylko on. Zespół z Nowego Sadu wygrał 1:0 i miał prawo jechać na rewanż w niezłych nastrojach. Serbowie w Glasgow musieli się jednak zmierzyć nie tylko z rywalem, ale także z 70-tysięcznią widownią na Celtic Park. 8 marca 1967 r. gospodarze wyrównali stan rywalizacji w 58. minucie po golu Steviego Chalmersa. Kiedy zanosiło się na dogrywkę, awans dał w ostatniej minucie meczu stoper Billy McNeill po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Charliego Gallaghera. Na drodze do finału stała potem już tylko jedna drużyna – praska Dukla. Półfinał Pucharu Mistrzów był jednak przekleństwem Brytyjczyków. Do tej pory na tym szczeblu zespoły w Wysp grały aż osiem razy i nigdy nie dotarły do finału. W pierwszym meczu w Glasgow (12 kwietnia) gospodarze zwyciężyli 3:1 po dwóch golach Williego Wallace’a i jednym Jimmy’ego Johnstone’a. W rewanżu 25 kwietnia mistrzowie Czechosłowacji wcale jednak nie stali na straconej pozycji, poczynaniami zespołu z Dukli kierował wciąż będący w wysokiej formie 36-letni wicemistrz świata z 1962 r. Josef Masopust. Bohaterem okazał się jednak starszy o cztery miesiące bramkarz „Celtów” Ronnie Simpson, który zachował czyste konto. Bezbramkowy remis w pełni satysfakcjonował Szkotów. To był w ogóle magiczny czas dla weterana, który pomiędzy dwoma meczami z Duklą zadebiutował w reprezentacji Szkocji. I co to był za debiut – Szkocja pokonała na Wembley aktualnych mistrzów świata 3:2! Skład Anglików w tym meczu (15 kwietnia 1967 r.) był niemal identyczny jak w finale MŚ z Niemcami Zachodnimi, jedynie Jimmy Greaves zastąpił Rogera Hunta. Pod koniec kwietnia „The Boys” zapewnili sobie jeszcze Puchar Szkocji, na początku maja przypieczętowali mistrzostwo, więc całe swoje siły mogli skupić na finale Pucharu Mistrzów. O ile droga do finału była stosunkowo łatwa (raczej żaden z wyeliminowanych klubów nigdy nie należał do potentatów europejskiej piłki), o tyle w finale czekał wielki Inter Mediolan pod wodzą Helenio Herrery, triumfator PEMK z 1964 i 1965 roku. Jedenaście edycji rozgrywek o Puchar Mistrzów i tyleż zwycięstw drużyn z południa kontynentu! Posrebrzane trofeum nie opuszczało dwóch półwyspów i tylko trzech miast. Jak nie Półwysep Iberyjski, to Apeniński. Jak nie Madryt – to Lizbona. Jak nie Lizbona – to Mediolan. I tylko cztery kluby – sześciokrotnie Real, po dwa razy Benfica oraz Inter i raz Milan. Drużyna z północnych Włoch miała też dużo trudniejszą drogę do finału w Lizbonie. Początek dość lekki, bo w pierwszej rundzie wyeliminowali Torpedo Moskwa. Było to klasyczne zwycięstwo w preferowanym przez Inter stylu catenaccio – 1:0 u siebie po samobójczej bramce Woronina i dające awans 0:0 na wyjeździe. Czyli zgodnie z podobną filozofią, wyznawaną wiele lat później np. przez José Mourinho – przede wszystkim nie stracić bramki, a z przodu zawsze coś wpadnie (choćby po samobójczym trafieniu rywala). Dużo bardziej przekonujące było zwycięstwo w 1/8 finału z Vasasem Budapeszt (2:1 w Mediolanie i 2:0 w stolicy Węgier). Jednak w ćwierćfinale na podopiecznych Helenio Herrery czekała przeszkoda najtrudniejsza z możliwych. Real Madryt w 1966 r. wygrał PEMK po raz szósty i stawał do rozprawy z triumfatorem z dwóch poprzednich lat. Był to także rewanż za półfinał sprzed roku, kiedy to górą okazał się Real. W pierwszym meczu w Mediolanie Inter wygrał 1:0. Taktyka na rewanż była więc prosta: „zaryglować” bramkę, a z przodu może coś wpadnie. I tak też się stało – w 23. minucie trafił do siatki gospodarzy Renato Cappellini (strzelec gola także w pierwszym spotkaniu), a „Królewskich” pogrążył w 57. minucie ich własny obrońca Zoco, strzelając „samobója”. Była to dopiero druga porażka Realu na własnym stadionie w europejskich pucharach (wcześniej w 1962 r. wygrał tam 1:0 Juventus), ale pierwsza decydująca o odpadnięciu.

W półfinale Włosi musieli się zmierzyć z CSKA Sofia. Bułgarzy w 1/8 wyeliminowali mistrza Polski Górnika Zabrze (4:0 w Sofii i 0:3 w Zabrzu – Górnik prowadził już do przerwy 3:0, a po zmianie stron karnego nie wykorzystał Ernest Pohl), w ćwierćfinale byli górą w starciu z Linfield Belfast (2:2 w Irlandii Północnej i 1:0 w Sofii). Byli prawdziwą rewelacją tej edycji Pucharu Mistrzów i o mały włos nie dotarli do finału. Po remisie 1:1 w Mediolanie dokładnie taki sam wynik padł w Sofii. Dopiero w trzecim meczu na „neutralnym” stadionie w Bolonii (wybór tego miejsca nie był zbyt fortunny) Włosi zapewnili sobie awans do finału po bramce niezawodnego Renato Cappelliniego w 12. minucie. Potem zastawili słynny „rygiel” i udało się „dowieźć” 1:0 do końca meczu. Krąży legenda, że paragwajski trener Juventusu Heriberto Herrera (zbieżność nazwisk z Helenio przypadkowa) przed finałem zaprosił do Turynu Jocka Steina, aby dokładnie wyjaśnić mu sposób gry Interu. Nawet i bez tego trener „Celtów” wiedział jednak, czego może się spodziewać. Mimo tego został zaskoczony. Pierwsze minuty meczu finałowego należały zdecydowanie do zawodników z Półwyspu Apenińskiego. Już w 7. minucie James Craig sfaulował w polu karnym Renato Cappelliniego, a legendarny Sandro Mazzola pewnie wykorzystał jedenastkę. Spotkanie ułożyło się więc dla Interu wyśmienicie i mógł on przyjąć ulubioną taktykę – „rygiel”, utrzymywanie piłki na własnej połowie i sporadyczne kontry. Wyszło jednak na to, że Inter objął prowadzenie zbyt wcześnie. Świetnie przygotowany fizycznie Celtic stosował – używając dzisiejszej terminologii – wysoki pressing, i z każdą minutą Szkoci coraz bardziej tłamsili rywala. Szybko też neutralna publiczność portugalska (Włochów i Szkotów było po ok. 12 tysięcy) opowiedziała się po stronie Wyspiarzy, ponieważ ich ofensywny styl był po prostu przyjemniejszy dla oka. Inter dzielnie bronił się do 63 minuty. Wtedy Tommy Gemmel uderzył z linii pola karnego w „same widły”, a strzegący bramki Interu Giuliano Sarti nawet się nie ruszył. Napór Celticu rósł i druga bramka wisiała w powietrzu. Inter padł ostatecznie w 84. minucie – Stevie Chalmers zmienił kierunek lotu piłki wstrzelonej w pole karne i znalazła ona drogę do siatki. Pozostawało jeszcze sześć minut na odrobienie strat, ale Inter nie był już w stanie nic zrobić. Puchar trafił w ręce niesamowitych chłopaków z Glasgow. Ponieważ rok wcześniej Real wywalczył puchar na własność, UEFA ufundowała nowy, nieco inny, ten sam, o który walczy się do dziś. I właśnie ten puchar odebrał z rąk prezydenta UEFA, Szwajcara Gustava Wiederkehra i prezydenta Portugalii America Thomaza – Billy McNeill, jako kapitan pierwszej zwycięskiej drużyny z Wysp Brytyjskich. Dwa tygodnie później Celtic zaproszony został przez Real Madryt do rozegrania na Estadio Bernabeu pokazowego meczu na cześć żegnającego się z boiskiem Alfreda di Stefano. Ówczesny trener Liverpoolu Bill Shankly (autor wielu słynnych cytatów), starszy o dziewięć lat od Jocka Steina, powiedział do niego po finale w Lizbonie: „Jock, teraz jesteś nieśmiertelny!”. W następnym sezonie Celtic wywalczył mistrzostwo i Puchar Ligi Szkockiej, potem znowu ugrał potrójną koronę. W 1970 r. „The Boys” jeszcze raz dotarli do finału Pucharu Europy, ale tym razem musieli uznać wyższość nowej jakości w europejskim futbolu – holenderskiego futbolu totalnego. Przegrali z Feyenoordem Rotterdam 1:2. Jock Stein prowadził „Celtów” do 1978 r. Następnie zaliczył krótki epizod w Leeds United i przejął obowiązki selekcjonera reprezentacji Szkocji, którą poprowadził w finałach MŚ w Hiszpanii w 1982 r. Umarł tak jak żył – 10 września 1985 r. dostał zawału serca podczas meczu wyjazdowego z Walią w eliminacjach MŚ. Na śmierć swojego mistrza patrzył bezradnie Alex Ferguson, zdolny szkocki trener młodszego pokolenia i ówczesny asystent Jocka Steina. Celtic FC zdobył po 1967 r. wiele tytułów, w 2003 r. dotarł nawet do finału Pucharu UEFA, jednak żadna drużyna nie może się równać z „Lwami z Lizbony” Jocka Steina. Razem z nim na nieśmiertelność zasłużyła cała jedenastka, która 25 maja 1967 r. zdobyła najcenniejsze klubowe trofeum.

7

Zapomniane, acz wspaniałe legendy hiszpańskiego futbolu:

25 maja 1912 r. urodził się wybitny napastnik Isidro Langara. Isidro był postacią absolutnie wyjątkową. Podczas gdy większość zawodników wyjeżdżało z Ameryki Południowej do Europy, on postąpił odwrotnie. Urodzony w miejscowości Pasaia zawodnik zaczynał i kończył swoją karierę w Realu Oviedo (142 mecze i 165 goli!), lecz wojna domowa w Hiszpanii skłoniła go do wyjazdu za ocean. Tam Langara przez cztery lata zakładał koszulkę argentyńskiego San Lorenzo de Almagro (121 meczów i 110 goli) oraz meksykańskiego Real Club España(68 występów i 105 goli). Fenomenalną skuteczność potwierdził również w kadrze Hiszpanii (12 gier i 17 goli!) oraz w reprezentacji Kraju Basków (osiem gier i 17 trafień). ,,Jako piłkarz Isidro Langara wsławił się jako doskonały atleta oraz jako autor „niemożliwych bramek”, które często zdobywał po strzałach z dystansu. Jednym z pamiętnych jego występów był pojedynek otwierający sezon 1933/34, kiedy jego Oviedo wygrało z FC Barceloną 7:3! Tego dnia Langara strzelił dwa gole ze stałych fragmentów z odległości około 50 metrów! Zauważył to bramkarz Espanyolu, Lazaro Florenza, jednak kilka tygodni później i on stał się ofiarą podobnego rzutu wolnego, wykonywanego przez Langarę. Jego doskonałe warunki fizyczne zostały też zauważone przez kolegów z drużyny San Lorenzo, kiedy na pierwszym treningu mieli oni zapytać, czy Langara jest piłkarzem, czy może zapaśnikiem. W San Lorenzo również został zapamiętany ze względu na ekstremalnie silne strzały, oddawane bardzo często z dużego dystansu”– czytamy w wikipedii.


@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@AssisMoreira
@Rastafarnianin
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB

6

@FCBparasiempre

Po niesatysfakcjonujących pod względem sukcesów latach 60-tych, w 1971 roku w Juventusie rządy objął Giampiero Boniperti. Nowy prezydent odkrył młodych, zdolnych zawodników oraz trenera Trapattoniego, dzięki którym nastała druga złota era klubu. W historycznej drużynie, która zdobyła między innymi Puchar Europy, obok Platiniego, Bońka czy Rossiego grał Gaetano Scirea– legenda Juventusu, która w wieku 36 lat zginęła… w Polsce. Włoch urodził się 25 maja 1953 roku w Cernusco sul Naviglio. Swoją piłkarską przygodę zaczął w Atalancie Bergamo, początkowo grając jako pomocnik. W Serie A zadebiutował 24 września 1972 roku w wieku 19 lat w meczu z Calgiari. W sezonie rozegrał 20 meczów, jednak Nerazzurri zajęli dopiero odległe 14 miejsce w tabeli i spadli do Serie B, gdzie Gaetano ostatni rok reprezentował ich barwy. Jak to jest wrócić po roku do najwyższej klasy rozgrywkowej i od razu zdobyć Scudetto? Ba, zdobyć je będąc podstawowym zawodnikiem czołowego klubu we Włoszech, a nie jakimś tam rezerwowym wchodzącym na ostatnie minuty meczu. A to dopiero przedsmak tego, co miał osiągnąć w biało- czarnej koszulce. W Juventusie grał na pozycji libero z „szóstką” na plecach. Po odejściu Dino Zoffa przejął opaskę kapitana. Profesjonalizm i skuteczność na boisku przekładały się na sukcesy w kraju i Europie. Był (wraz z Marco Tardellim) pierwszym piłkarzem, który zdobył wszystkie cztery najważniejsze europejskie klubowe puchary. Do tego siedem razy został mistrzem kraju i zdobył 2 puchary Włoch. Po boisku poruszał się elegancko, z gracją. Umiejętnie łączył rolę obrońcy z ofensywnymi zapędami pod bramkę rywala. Najlepiej Grę Scirei obrazują słowa Bońka: ,,Blok defensywny stanowił najsilniejszą formację Juventusu. Całością poczynań obronnych kierował kapitan drużyny Gaetano Scirea, w mojej opinii najlepszy libero na świecie. Uważam, że od czasów Beckenbauera, Scirea nie miał konkurenta. Doskonale grał głową, dzięki czemu zdobywał sporo bramek. Silny, waleczny”. Skoro mówimy już o waleczności, Giuseppe Furino – boiskowy kolega wspomina Włocha w jednej z rozmów: ,,Pamiętam historię, gdy Gaetano doznał kontuzji stopy. Zamiast poprosić o zmianę, rozegrał całe spotkanie, używając tylko lewej nogi do kopania piłki. Byliśmy zszokowani, gdy dowiedzieliśmy się o tym po meczu i zaczęliśmy podziwiać go jeszcze bardziej. Kiedy przybył do klubu, był jeszcze młody, ale już wtedy nie było takiego drugiego”. Scirea do końca swojej kariery został w Turynie, przez 14 lat rozgrywając 552 mecze, rekord, który dopiero po 20 latach pobił Alessandro Del Piero. Z reprezentacją pojechał na trzy mundiale. W Argentynie Włosi zajęli 4 miejsce a Scirea grał w każdym spotkaniu. Swoją pierwszą bramkę dla Italii zdobył w meczu towarzyskim z Polską tuż przed euro ‘80, gdzie Azzurri znów zajęli miejsce za podium. Mistrzostwa Świata w Hiszpanii ’82 rozpoczęli słabo. Ledwo przebrnęli przez pierwszą rundę, nie wygrywając ani jednego meczu! W drugiej zaś czekali Argentyńczycy i zachwycający grą Brazylijczycy. Pokonanie Argentyny oznaczało walkę z drużyną Tele Santany o pierwsze miejsce w grupie. Powstrzymanie ich było nie lada wyzwaniem jednak formacja obronna Włoch z Gaetano Scireą w szeregach, znalazła na Canarinhos sposób. Wygrana 3:2 dała awans do najlepszej czwórki turnieju, gdzie po pokonaniu Polaków, ekipa Enzo Bearzota w finale rozprawiła się z Niemcami 3:1. Dzięki swojej fantastycznej grze Scirea trafił do jedenastki turnieju i w dużej mierze pomógł reprezentacji zdobyć trzeci już tytuł mistrza świata. Zakończył karierę reprezentacyjną po mundialu w Meksyku w 1986 roku. Mecz z Francją, po którym Włosi odpadli z turnieju był jego 78. W Juventusie, jak i w reprezentacji kolegą Gaetano był Claudio Gentile. Ci panowie często byli razem przedstawiani, ponieważ ich styl gry znacząco ze sobą kontrastował. Mówiono, że Scirea jest aniołem środka defensywy natomiast kolega z drużyny diabłem wcielonym. Podczas gdy Gentile uważał, że futbol nie jest dla baletnic, priorytetem Scirei była gra fair play, co zaowocowało brakiem czerwonej kartki w całej jego karierze. Świetnie sprawdzał się w roli kapitana. To on podczas tragedii na Heysel starał się uspokoić tysiące ludzi na trybunach. Zawsze też był gotowy podać pomocną dłoń kolegom z drużyny. Kiedy Stefano Tacconi przeżywał kryzys po trafieniu na ławkę rezerwowych, ten motywował go, by walczył o ponowne miejsce w podstawowej jedenastce. Poza boiskiem był uczciwy i skromny, nie szukał rozgłosu. Po śmierci jego żona odkryła, że wspierał finansowo kilka instytutów i biednych rodzin.

Kiedy zawiesił buty na kołku, Boniperti wpadł na pomysł, aby dwaj przyjaciele z boiska poprowadzili Juventus z ławki trenerskiej. Tak więc Scirea – drugi trener i asystent Dino Zoffa, pojechał do Polski, aby zebrać informacje o Górniku Zabrze, przyszłym rywalu w Pucharze UEFA. Przed meczem zawitał w Wadowicach, by zwiedzić miasto Papieża. Podczas pobytu w Polsce dowiedział się o tragicznej śmierci Kazimierza Deyny w wypadku samochodowym. 3 września 1989 roku wracał fiatem 125p do Warszawy wraz z kierowcą, tłumaczką i działaczem Górnika. W okolicy Babska można było napotkać na roboty drogowe. Prowadzący auto nie zachował wystarczającej ostrożności, by dowieźć wszystkich bezpiecznie do celu. W trakcie wyprzedzania zderzył się z żukiem jadącym z naprzeciwka. Prawdopodobnie wszyscy by przeżyli wypadek, gdyby nie fakt, iż wybuchły wiezione kanistry z benzyną. Czy mogło być jeszcze gorzej? Niestety okazuje się, że mogło. Trzy z czterech drzwi zablokowały się, uniemożliwiając ucieczkę. Oprócz działacza Górnika, który uratował się przez sprawne drzwi, wszyscy spłonęli żywcem. Policjanci przybyli na miejsce zdarzenia, kilka godzin identyfikowali ciała. Po całej tragedii, w Polsce można było usłyszeć jedynie krótki komunikat: ,,Na trasie z Katowic do Warszawy, w miejscowości Babsk doszło do tragicznego wypadku. Zginęli tłumaczka Barbara Januszkiewicz, kierowca Henryk Pająk oraz były reprezentant Włoch w piłce nożnej, a potem drugi trener Juventusu Gaetano Scirea”. Dino Zoff o śmierci przyjaciela dowiedział się w drodze powrotnej z meczu ligowego. Bardzo boleśnie to przeżył, tak samo, jak członkowie rodziny zmarłego. Ojciec Scirei nie mógł się pogodzić z utratą syna i po kilku dniach sam zmarł na zawał. Po śmierci Gaetano, żona Mariella została dosłownie zasypana listami od kibiców i znajomych. Otrzymała siedem tysięcy telegramów i dwa tysiące pięćset listów – wszystkie zaadresowane do męża jakby mógł je przeczytać i odpowiedzieć. Włochy okryły się żałobą. W pogrzebie uczestniczyło ponad 20 tysięcy osób. Rok później nadal pamiętano o włoskim piłkarzu. Kiedy Pani Scirea, wraz z drużyną Juventusu odwiedziła Jana Pawła II, papież trzymając ją za rękę, powiedział: „ Wiem, że Pani mąż zginął na mojej ziemi i bardzo nad tym boleję. Będę o nim i o pani synu pamiętać w moich modlitwach”. Upamiętniając legendę Juventusu trybuna, na której przebywali najwierniejsi kibice Juve, otrzymała nazwisko Scirei, natomiast do głównego wejścia Juventus Stadium prowadzi ulica jego imienia. Co roku jest rozgrywany turniej dla młodzieży na jego cześć i przyznawana nagroda dla najlepszej publiczności Serie A. Kiedyś Marco Tardelli powiedział: ,,On był jednym z najlepszych piłkarzy na świecie, ale był zbyt skromny, by to stwierdzić, czy nawet o tym pomyśleć. W sercach zawodników i fanów zawsze będzie wielkim piłkarzem i człowiekiem, którego skromność i życzliwość była po prostu niespotykana. Czapki z głów Panie Scirea”.

Statystyki i osiągnięcia:

Osiągnięcia zespołowe:

Juventus Turyn

1x Puchar Europy (1985)

1x Superpuchar UEFA (1984)

1x Puchar UEFA (1977)

1x Puchar Zdobywców Pucharów (1984)

1x Puchar Interkontynentalny (1985)

7x mistrzostwo Włoch (1975, 1977, 1978, 1981, 1982, 1984, 1986)

2x Puchar Włoch (1979, 1983)

Reprezentacja:

1x Mistrzostwo Świata (1982)

7

To był dobry człowiek i wielce zasłużony piłkarz. Grzechem byłoby o nim zapomnieć(wiecie gdzie czytać):

@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Rastafarnianin
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Sensible
@kamyk_23
@DaPidejpi
@patataj

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?