FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
Żywe postacie futbolu:
10 czerwca 1959 r. urodził się Carlo Acelotti, były włoski piłkarz, a obecnie trener piłkarski, uznawany za jednego z najlepszych i najbardziej utytłanych szkoleniowców na świecie – aktualnie związany z Realem Madryt. W trakcie sportowej kariery zdobywał mistrzostwo Włoch w barwach takich klubów jak m.in. AS Roma czy AC Milan. Z kolei zasiadając na ławce trenerskiej, sięgał m.in. po mistrzostwo Włoch, Anglii, Francji, Niemiec oraz Hiszpanii, trenując AC Milan, Chelsea Londyn, PSG, Bayern Monachium i Real Madryt. Jako szkoleniowiec Królewskich trzykrotnie i jako trener Rossonerich dwukrotnie triumfował w Lidze Mistrzów.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
10
W końcu efektowne zwycięstwo:
10 czerwca 1978 r. reprezentacja Polski pokonała Meksyk 3:1 w trzecim meczu fazy grupowej mundialu w Argentynie. Selekcjoner Jacek Gmoch po spotkaniu z Tunezyjczykami zapowiadał zmiany w zespole. Nie wystawił w składzie Nawałki, Henryka Maculewicza, Szarmacha i Lubańskiego. Po raz pierwszy na mundialu w Argentynie w podstawowej jedenastce wybiegł Boniek. Oprócz niego nieobecnych zastąpili: Żmuda, Wojciech Rudy i Bogdan Masztaler. Meksykanie od początku przejęli inicjatywę i atakowali – groźnie i minimalnie niecelnie głową uderzał Hugo Sánchez. Chwilę później do Jana Tomaszewskiego znów uśmiechnęło się szczęście. Między 23. a 25. minutą kotłowało się pod naszą bramką, „El Tri” bili dwa kornery, w końcu nasz bramkarz pewną interwencją zażegnał niebezpieczeństwo. Polacy powoli opanowywali sytuację na boisku, byli coraz aktywniejsi i pewniejsi siebie. Meksykański bramkarz stanął na wysokości zadania po uderzeniu Andrzeja Iwana. W 43. minucie Soto nie miał już nic do powiedzenia. Po akcji Kazimierza Deyny z Grzegorzem Latą piłka dotarła do Bońka. „Zibi” nie kalkulował, tylko huknął pod poprzeczkę. Golkiper z Meksyku nawet nie drgnął. Polska prowadziła 1:0. Druga połowa rozpoczęła się dość niespodziewanie – gdy Meksykanie wyprowadzili kontratak, nasi obrońcy zdrzemnęli się nieco i Victor Rangel dość przypadkowo pokonał Tomaszewskiego. W 57. minucie przypomniał o sobie Deyna, który przejął piłkę wybitą przez rywali i uderzył mocno z 20. metrów. Futbolówka wpadła w okienko meksykańskiej bramki. Któż wówczas przypuszczał, że był to ostatni gol „Kaki” w koszulce z orłem na piersi?! Polacy przyspieszyli, pod bramką Soto kilka razy zrobiło się gorąco, ale Meksykanie dzielnie walczyli o punkt. Szczęścia próbowali Sánchez i Leonardo Cuéllar, jednak Tomaszewski przerzucał ich strzały nad poprzeczką. Rywale tracili siły i impet. Polacy chcieli dobić przeciwników i ta sztuka udała im się w 83. minucie – po podaniu rezerwowego Lubańskiego piłkę na 30. metrze otrzymał Boniek. Strzelił mocno i zaskakująco, a futbolówka poszybowała tam, gdzie bramkarzowi sięgnąć ją najtrudniej – w okolice „okienka”. „No i kto powiedział, że Boniek nie może grać razem z Deyną?!” – żachnął się na koniec transmisji telewizyjnej legendarny komentator TVP Jan Ciszewski. Było to trzecie w historii spotkanie Polski z Meksykiem i trzecie zwycięskie. Polacy wygrali swoją grupę i awansowali do kolejnej fazy. W drugiej rundzie grało osiem najlepszych drużyn. Polacy trafili do grupy „południowoamerykańskiej” razem z Brazylią, Argentyną i Peru. W pierwszej grupie grały RFN, Włochy, Austria i Holandia.
Polska: Jan Tomaszewski – Antoni Szymanowski, Jerzy Gorgoń, Władysław Żmuda, Wojciech Rudy (85. Henryk Maculewicz) – Henryk Kasperczak, Kazimierz Deyna, Zbigniew Boniek, Bogdan Masztaler – Andrzej Iwan (76. Włodzimierz Lubański), Grzegorz Lato.
Meksyk: Pedro Soto – Ignacio Flores, Carlos Gómez, Rigoberto Cisneros, Arturo Vázquez – Leonardo Cuéllar, Antonio de la Torre, Javier Cárdenas (46. Guillermo Mendizábal) – Cristóbal Ortega, Victor Rangel, Hugo Sánchez.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
10
Zasłużone postacie futbolu:
10 czerwca 1853 r. w Glasgow urodził się Alexander Watson Hutton, szkocki nauczyciel, działacz piłkarski uważany za "ojca argentyńskiej piłki nożnej". Urodzony w 1853 r. Hutton już jako młody chłopiec stracił oboje rodziców. Później trafił pod opiekę swojej babci, następnie pod szkolną opiekę Daniela Stewarta. W 1881 ukończył filozofię na Uniwersytecie w Edynburskim. W lutym 1882 wyemigrował do Argentyny, gdzie podjął pracę w szkole „Saint Andrew's Scotch”. W 1884 założył szkołę „Buenos Aires English High School”, która uczestniczyła w rozgrywkach klubowych. W 1886 r. urodził mu się syn Arnold, reprezentant Argentyny. 21 lutego 1893 stał się założycielem AFA, którego był prezesem przez trzy lata. Zmarł w 1936 r. i został pochowany na brytyjskim cmentarzu „Chacarita”. Jego imię nosi biblioteka „Argentyńskiego Związku Piłki Nożnej.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Sysia11
@Vivienne
1
@RanDiFCB W jego wypadku nie trzeba specjalnie oglądać jak grał. Wystarczy o nim poczytać i to niewiele żeby dojść do wniosku jakim był geniuszem. Podobnie rzecz ma się z Ernestem Wilimowskim, zdecydowanie najlepszym polskim piłkarzem w historii...
13
To był geniusz, niepowtarzalna legenda! Prawdziwi cules nigdy nie zapominają!
10 czerwca 1927 r. w Budapeszcie urodził się Laszlo Kubala Stecs, Węgierski napastnik, wielka legenda FC Barcelony. Hiszpański odpowiednik jego imienia to Ladislao, natomiast Polski- Włodzisław. Jego matka miała polsko-węgiersko-słowackie korzenie a ojciec należał do mniejszości słowackiej na Węgrzech. Po rozpoczęciu kariery w budapesztańskim Ferencvarosi, przeniósł się do Czechosłowacji w celu uniknięcia służby wojskowej i rozegrał jeden sezon w Slovanie Bratysława. Tam poznał i poślubił Annę Viole Daučik, córkę trenera reprezentacji Czechosłowacji Ferdinanda Daučika. W 1948 r. powrócił na Węgry i grał kilka miesięcy w Vasas Budapeszt. W styczniu 1948 r. uciekł przed komunistami i trafił do Włoch, gdzie zaliczył epizod w drużynie Pro Patria. Podobno miał zgodzić się na udział w towarzyskim meczu z Benfiką w Lizbonie w barwach najsilniejszego wówczas we Włoszech(a być może i na całym świecie) AC Torino, lecz w ostatniej chwili zrezygnował ze względu na chorobę syna. Wszyscy piłkarze Torino wracający z Lizbony zgineli 4 maja 1949 r. w katastrofie lotniczej. W 1950 r. Kubala wszedł w skład drużyny uchodźców z Europy Środkowo-Wschodniej prowadzonej przez wspomnianego przeze mnieFerdinanda Daučika i przybył do Hiszpanii na serie spotkań towarzyskich. Podczas jednego z nich zauważyli go skauci Realu Madryt oraz legendarny Josep Samitier, wyszukujący talenty dla Blaugrany. W międzyczasie do gry wkroczył Real Madryt, który zaoferował Węgrowi kontrakt, lecz Samitier przekonał go do związania się z Barça. 15 czerwca 1950 r. Kubala stał się zawodnikiem FC Barcelony a Ferdinand Daučik objął posade trenera. Węgierski Związek Piłki Nożnej złożył w międzyczasie zażalenie do FIFA ze względu na bezprawną ich zdaniem ucieczkę Kubali a światowa federacja ukarała go rocznym wykluczeniem, przez które nie zagrał w Primera Division aż do 1951 r. Wystąpił jednak w rozgrywkach Copa del Generalismo, które Barça wygrała głównie dzięki niemu. W swoim pierwszym sezonie w La Liga strzelił 26 goli w 19 meczach(!) w tym 7(co jest rekordem klubu w La Liga) ze Sportingiem Gijon i 5 z Celtą Vigo. Tak zaczęła się jego wspaniała kariera w Dumie Katalonii, której pomógł zdobyć 14 pucharów. To był geniusz, jego występy chciały oglądać tłumy i z czasem stadion „Camp de Les Corts” stał się za mały, więc to właśnie osoba Kubali stała się inspiracją dla budowy Camp Nou, stąd też jego pomnik stoi od 2009 r. przed tym stadionem. Przez 10 lat gry w Blaugranie Kubala rozegrał 329 spotkań strzelając 270 goli. Na stulecie klubu Ladislao Kubala został wybrany najlepszym piłkarzem w historii FC Barcelony.
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
1
@Marusek Wybacz ale to że strzelił "golazo" w El Clasico i 3 czy 4 gole w Lidze Mistrzów nie oznacza wymaganej jakości na taki klub jak Barcunia. Wręcz przeciwnie! Na FC Barceone jest po prostu bardzo słaby a w niektórych meczach grał jak patałach! Wybacz po raz drugi ale ja mu niestety nie mam za co dziękować...
1
@EzioAuditoreDF No to tylko pozazdrościć tobie tak młodego wieku. Ja na tamtym mundialu miałem grubo po 30-tce! Po tym golu miałem nadzieje na rozkwit i mistrzostwo Argentyny ale się wkurwiłem na tych piepszonych szwabów! Zresztą Pekerman też był bardzo zachowawczy Ale w końcu się doczekałem 4 lata temu apogeum niewyobrażalnej radości. Coś obawiam sie że nie uda się obronić mojej kochanej Argentinie mistrzostwa świata ale obym się cudownie pomylił!
9
Zapomniane legendy Blaugrany:
10 czerwca 1912 r. urodził się Enrique Fernandez Viola. Pochodzący z Urugwaju trener FC Barcelony w latach 1947-50 jest jedynym obok Radomira Anticia szkoleniowcem, który prowadził zarówno Barçe, jak i Real i jedynym, który z obiema drużynami sięgał po mistrzostwo Hiszpanii. W latach 1935-36 Viola był napastnikiem Blaugrany i zdobył z nią dwukrotnie mistrzostwo Katalonii.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Argentyna na mistrzostwach świata:
Dokładnie 20 lat temu rozpoczął się w Niemczech 18-ty w historii mundial. Argentyńczycy wysłali drużynę ustabilizowaną i utalentowaną. W kadrze nie brakowało sprytnych i świetnych technicznie piłkarzy, którzy grali zgodnie ze starymi argentyńskimi receptami, z Mascherano jako klasyczną ,,piątką”, ustawioną przed defensywnym kwartetem, dwójką wahadłowych Maxi Rodrigeuzem i Cambiasso lub Lucho Gonzalezem, obok niego u szczytu tego diamentu przywróconym do łask Riquelme, jako ,,enganche” operującym za plecami Crespo i Savioli. Jedynym powodem do przedmundialowych zmartwień było trudne losowanie. Rywalami w grupie okazały się Holandia, obiecujące WKS oraz Serbia i Czarnogóra. Obawy zaczęły się rozwiewać po komfortowym 2:1 z WKS. W chwili rozpoczęcia turnieju Serbia i Czarnogóra również nie były już tak silnym rywalem, jak to się wydawało w momencie losowania i przegrały na inauguracje z Holendrami 0:1 ale tego, co się spotka je z rąk Argentyńczyków, nikt się chyba nie spodziewał. Wszystko zaczęło się już w 6 minucie kiedy Saviola wyłożył piłke Rodrigeuzowi. Później nastąpił gol, który przeszedł do historii jako efekt najpiękniejszej być może zespołowej akcji w dziejach mistrzostw świata. Wymiana 26 podań, której kulminacją było zagranie piętą Crespo do Cambiasso i strzał tego ostatniego ze środka pola karnego. Tuż przed przerwą Rodriguez zdobył swojego drugiego gola, dobijając uderzenie Savioli a w drugiej połowie po faulu na tym zawodniku czerwoną kartke obejrzał Kežman. To co wydarzyło się jeszcze później, nabrało znaczenia po upływie czasu. Na kwadrans przed końcem meczu z ławki rezerwowych podniósł się niejaki… Lionel Messi a po 3 minutach obecności na boisku wemknął się w pole karne i dośrodkował do Crespo, który strzelił czwartego gola dl Argentyny. Drugi z wprowadzonych po przerwie zmienników Carlos Tevez, po indywidualnej akcji umieścił piłke w siatce po raz piąty aż w końcu na 2 minuty przed ostatnim gwizdkiem sędziego Tevez podal do Messiego, który zdobył swojego pierwszego gola na mistrzostwach świata. Wydaje się to nieprawdopodobne ale musiało upłynąć równe 8 lat aby strzelił kolejnego gola na mundialu. Bezbramkowy remis z Holandią zapewnił Argentynie awans z pierwszego miejsca. Rywalem w 1/8 był Meksyk i w tym meczu po raz pierwszy w trakcie mundialu Albicelestes musieli gonić wynik. W 6-tej minucie przeciwnicy wykorzystali coś, co było problemem już podczas meczu z WKS a mianowicie przewagę wzrostu. Rafael Marquez doszedł do dośrodkowania z rzutu wolnego Pardo, przedłużonego później głową przez jednego z kolegów i wepchnął piłke do siatki przy dalszym słupku. W 10 minucie zrobiło się jednak 1:1. Crespo dostawił uniesioną wysoko nogę do dośrodkowania Riquelme z rzutu rożnego. Saviola i Crespo nie wykorzystali sytuacji sam na sam z bramkarzem i doszło do dogrywki, w której będący na skraju pola karnego Maxi Rodriguez przyjął na pierś dalekie podanie w poprzek boiska a następnie huknął z woleja w samo okienko. Był to fantastyczny gol:
Ćwierćfinałowy mecz z Niemcami rozgrywano w Berlinie. Argentyna objęła prowadzenie w znany już sposób. Tym razem rzut rożny Riquelme zamienił na gola silnym uderzeniem głową Ayala. Do 72 minuty, kiedy Pekerman zdjął z boiska Riquelme i zastąpił go Cambiasso, wszystko wydawało się przebiegać po myśli Argentyńczyków. Zdaniem wielu komentatorów był to moment, w którym trener „Albicelestes” nie tylko stracił nerwy ale także szanse na wygranie mundialu. Tocalli twierdził jednak że kadre pogrążyły kontuzje. Na minute przed zejściem Riquelme urazu doznał bramkarz Abbondanzierri, w którego miejsce na boisku pojawił się Leo Franco. Z kolei Pekerman siedem minut później musiał zmienić Crespo. Mając na ławce Messiego, Aimara i Saviole, selekcjoner sięgnął po Julio Cruza, wysokiego i dość nieporadnego na tle tamtej trójki napastnika. Tocalli tłumaczył: ,,Świetnie znaliśmy Riquelme, pracowaliśmy z nim od czasu, gdy miał 14 lat i występował jako ,,piątka”. Wiedzieliśmy że jeśli trzy razy z rzędu straci futbolówkę, to dlatego że jest zmęczony albo ma jakiś kłopot. Prowadziliśmy 1:0 i widzieliśmy jak gubi piłke za piłką, jak rusza się mniej niż zwykle a jego podania nie mają głębi. Nie było w nim tego błysku, wydawał się zmęczony. Mieliśmy na ławce Cambiasso, dobrego w walce o odbiór piłki ale też świetnego technicznie gdy chodziło o jej podawanie. Więc przy stanie 1:0 mówiliśmy sobie zmiana Riquelme na Cambiasso pozwoli nam nadal grać w piłke ale też łatwiej ją odbierać. To samo było z Cruzem. Dlaczego Cruz a nie Messi? Bo wiedzieliśmy że Niemcy są niebezpieczni w walce w powietrzu i chcieliśmy się zabezpieczyć. Uważaliśmy że jedyny sposób, w jaki mogą nam wbić gola to główka po stałym fragmencie gry. No i faktycznie strzelili nam głową ale po 40-metrowej długiej piłce. Tego nikt nie mógł przewidzieć”. Minute po wejściu Cruza Borowski przedłużył dośrodkowanie Ballacka i Klose faktycznie zdobył gola głową. O awansie musiały zdecydować rzuty karne, w których Argentyńczycy okazali się gorsi, w dużej mierze wytrąceni z równowagi tym że niemiecki bramkarz Lehmann przed każdym strzałem wyciągał zza getrów niewielką karteczke z hotelowym nadrukiem i coś na niej czytał. Jak się później okazało, z siedmiu nazwisk na liście Lehmanna tylko dwa należały do wykonawców argentyńskich jedenastek ale obaj ci piłkarze strzelili dokładnie tak, jak przewidywał niemiecki trener bramkarzy Andreas Köpke. Resztę uczyniła siła sugestii. Ponieważ wydawało się że Lehmann zna ich zamiary, kolejni strzelcy wpadali w panike. Ayala i Cambiasso spudłowali a Niemcy strzelali bezbłędnie i awansowali do półfinału. Był to wspaniały spektakl ale zakończył się haniebnie, wielka awanturą na środku boiska i czerwoną kartką dla Cufre, który kopnął Mertesackera. ,,Argentyńczycy nas sprowokowali. Kiedy nasi piłkarze szli strzelać rzuty karne, wrzeszczeli coś po hiszpańsku. Nie rozumieliśmy co mówią ale z pewnością chcieli wytrącić naszych napastników z równowagi. Borowski strzelił na 4:2 i podniósł palec do ust żeby pokazać im że mają siedzieć cicho. To ich naprawdę wkurzyło. Potem nie widziałem już zbyt wiele, poza tym że jeden czy drugi padli na boisko”- wspominał Michael Ballack. Na filmie z tamtego meczu widać że Rodriguez wali Schweinsteigera w tył głowy, Coloccini szarpie się z Fringsem a Sorin z menadżerem reprezentacji Niemiec Bierhoffem. Niemal natychmiast po porażce pojawiły się plotki o podziałach w reprezentacji i(chcąc uniknąć znajomego mechanizmu oskarżeń i szukania winnych) zmęczony Pekerman zrezygnował z funkcji trenera. Fakt że dobrze rozpoznał niemieckie zagrożenie(Argentyńczyków ponownie pogrążyła słaba gra w powietrzu) nie mógł być wielkim pocieszeniem.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Sysia11
@Vivienne
2
@Dari0G Zawodnika w klatce :)
8
@FCBparasiempre
9 czerwca 1924 roku, Stadion Olimpijski „Yves-du-Manoir”; Urugwaj –Szwajcaria.
Głos pisarza można wykorzystać w jednym akapicie. Rzadziej dzieje się tak w przypadku jego duszy a jednak w tym sztywnym, prawie stuletnim numerze "Revue de L'Amerique Latine" pozostał kawałek duszy Henry'ego de Montherlanta. Mojego drugiego przyjaciela, mojego kochanego mistrza, mojego lustra. Napisał to, gdy tamtego odległego 9 czerwca 1924 roku urugwajscy piłkarze zostali mistrzami olimpijskimi na stadionie "Yves-du-Manoir". Niepowtarzalny moment, który zmienił świat i nas wszystkich. Kiedy okrążali boisko, świętując zdecydowane zwycięstwo pomyślałem o tym, jak nieprzewidywalne jest życie: niewiele brakowało a ci zawodnicy w ogóle nie przybyli by do Europy, ponieważ Urugwaj uznawano za część Argentyny a teraz byli tu, wykonując pierwszą w historii runde honorową. Ci piłkarze pokazali nam, 40 000 widzów, czym jest prawdziwy futbol a nie piłka ze szkolnego podwórka, którą dotąd znaliśmy. „Swoboda urugwajskich artystów każe myśleć starszym panom: »To wcale nie jest takie trudne«, tak samo jak czytając La Fontaine'a, człowiek może myśli sobie to samo, wszak wielka sztuka zawsze jest łatwa- napisał Henry. - »Wyborne«, powiedzieli. W słowie tym zawierały się precyzja, kierunek, delikatny dotyk, najbardziej subtelne wysiłki muzyków tej orkiestry, które odbieraliśmy jako fizyczną pieszczotę". Powtarzało się również słowo „Wirtuozeria" i to przed nim należy klękać. W czasach młodości Henry pragną grać w futbol tak jak Urugwajczycy: odważnie, walecznie i z poświęceniem. Pamiętam jego entuzjazm, kiedy widzieliśmy ich, jak debiutowali w Colombes. Cóż za szczodrość przy podawaniu piłki do kolegi! I jeszcze większe, jeśli to w ogóle możliwe, przy jej odzyskiwaniu! Strzelili 7 goli Jugosławianom i od tamtej pory nie zabrakło nas na żadnym ich meczu a każde zwycięstwo przyciągało coraz więcej i więcej widzów! Kiedy awansowali do finału, o wyczynie Urugwajczyków słyszano już na wszystkich Paryskich bulwarach i we wszystkich kawiarniach. Tamte Igrzyska Olimpijskie zamieniły Paryż, mój ukochany Paryż, w centrum świata i zakończyły tę przeklętą wojnę, która spustoszyła Europę. Pokazaliśmy światu że można pojedynkować się na murawie stadionu a nie na polach bitwy. Rywalizować mięśniami a nie karabinami. Walczyć o zwycięstwo ale z honorem. Henry był o tym przekonany. Dlatego współpracował z baronem de Coubertinem przy organizacji i wciągnął w to także mnie, marnego poetę, który lepiej radził sobie z kopaniem piłki niż pisaniem kolejnych wersów. " Musimy dołożyć swoje ziarnko piasku- powiedział mi. - Powinniśmy to zrobić kropkę dla sportu, dla naszego kraju i dla wszystkich przyjaciół, których straciliśmy na wojnie". Mówił z taką samą pasją jak podziwiani przez niego rzymscy mistrzowie. Przy nim tak wychwalane w kawiarniach Awangardy wydawały się dziecięcą zabawą. "- Wy, poeci, macie pisać wiersze, dramaturdzy- sztuki teatralne a prozaicy niech pokażą swoje ostre pióro w opowiadaniach. Wy artyści musicie walczyć u boku naszych sportowców. Kultura i sport. „Mens sana in corpore Sano"- powiedział Coubertin. I tak zrobiliśmy. Wszyscy, w celu zdobycia złotego medalu w pięcioboju muz. Moje wiersze brzmiały niezdarnie, bez melodii, statycznie. Opowiadały o ranach, który zadała nam wojna i które próbowaliśmy zabliźnić za pomocą sportu. To był temat mojego pokolenia. Również Henry'ego, który wrócił z okopu z 7 odłamkami z moździerzy wbitymi w ciało. Ja, z pociskiem, który rozdarł mi udo. Jednakże w jego wierszach były melodyjność, rytm, wigor, życie. I Nie zadowolił się tylko poezją. Niby greckiej atleta wykazał się z pewnością we wszystkich dyscyplinach literackich. Opowiadania, utwory dramatyczne, wiersze.
Za „Igrzyska Olimpijskie” bez wątpienia powinien zdobyć złoty medal tamtejszej edycji Pięcioboju Muz. Nie mogły go przyćmić nawet piękne teksty Jeana Giraudoux. „Piłka jest obecna w życiu, lecz wymyka się większości jego praw"- napisał. Wyśmienite. Podobnie jak to: " drużyna daje piłce napęd 11 złośliwości lub 11 wyobraźni". Idealne, nieprawdaż? Jednak w żadnej z tych myśli nie było takiego samego uczucia, jak w słowach Henry’go: „Dla was futbol ogranicza się do tego żeby strzelić jak największą liczbę goli- powiedział. - Dla mnie było to ćwiczenie, które stanowiło część całego życia: ciało gra tak samo, jak powinny grać dusza, serce, wszystko". Czy coś mogłoby przewyższyć to miłosne wyznanie? Być może pytanie, jakie sformułowała jedna z jego postaci: „Co takiego jest w grze ciał, co przyciąga mnie z taką mroczną siłą, podobną do siły miłości?". Spędziłem dwa niezapomniane dni, czytając jego teksty, podczas gdy miasto przystrajało się na igrzyskach. Czytałem również Blasco Ibanieza, Claudela, Prevosta. Przeprowadzałem wywiady z niektórymi sportowcami i często graliśmy w piłkę, bardzo często. Henry stawał między słupkami a ja przyglądałem się jego zwinności. Był niezwykle odważny, rzucał się pod nogi napastników. Podobnie jak w czasie podróży do Hiszpanii, gdy stawiał czoło bykom albo gdy latał. Nawet biegając, ustanowił kilka rekordów. Pamiętam jego bieg na 100 metrów w klubie sportowym „L'Auto”: 11,4 sekundy. Prawdziwy sportmen z duszą golkipera. Ponieważ aby być bramkarzem, trzeba mieć w sobie coś wyjątkowego, innego, jedynego w swoim rodzaju. I on to miał kropkę z poświęceniem cerował dziury swojej obrony i chociaż czasami czuł się w polu karnym jak w klatce, był zakochany w bramce. „Mam więcej ze sportowca niż z pisarza", powtarzał mi wiele razy. Kiedy wkładał czapkę, nakolanniki i skórzane rękawice, całkowicie się zmieniał. Rzadko kiedy udało mi się strzelić mu gola. „Trzeba tylko powtarzać słowa gry, żeby poczuć zapach wojny", napisał w jednym z wierszy zawartych w igrzyskach olimpijskich. I właśnie tak traktował sport: jak wojnę, którą wygrywa się uczciwie, honorowo, odważnie. Baron de Coubertin nazwał go współczesnym Pindarem, mimo że Henry nie zdobył złotego medalu. Teraz, po tylu latach nie mogę sobie nawet przypomnieć zwycięzcy. Na tym etapie mojego życia doskonale rozumiem że więcej rzeczy zapomniałem niż pamiętam. Czasami myślę że Henry zrobił słusznie, zwijając się przed meczem. Być może przeczuwał, co czeka nas na starość. Uwięzione ciało. Zgnilizna zacierająca pamięć. Co więcej, z powodu ludzkiego gadania znalazł się w skomplikowanej sytuacji. Homoseksualista, mizogin, megaloman. Ze względu na to wszystko ostatniego dnia lata albo pierwszego dnia jesieni, zależy, jak na to spojrzeć, Henry włożył do ust lufę pistoletu i pociągnął za cyngiel. W eleganckim salonie swojego mieszkania. O czwartej po południu. Na wypadek gdyby strzał nie zakończył jego życia, połknął kapsułkę z cyjankiem. Nas, którzyśmy mu zostali, poprosił tylko o jedno: byśmy zawieźli jego prochy na Forum Romanum i tak też zrobiłem, razem z młodym pisarzem Gabrielem Matzneffem. Byliśmy winni ten odpoczynek naszemu mistrzowi. Pamiętam że kiedy rozsypywaliśmy prochy, w oddali dało się słyszeć echo odbijanej piłki. Było słoneczne popołudnie, idealne na grę w nasz ukochany futbol. I przypomniałem sobie jego piękne słowa: „Jeśli znajdzie piłkę, będzie najbardziej nieszczęśliwym z ludzi- tak, najbardziej nieszczęśliwym - dopóki nie będzie mógł do niej podejść i nią zawładnąć". Zakochany. W klatce ale zakochany.
Miguel Angel Ortiz.
6
Kochanek w klatce:
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
9
Lionel Messi skopiował ,,wyczyn” Diego Maradony:
9 czerwca 2007 r. Lionel Messi w meczu La Liga z Espanyolem strzelił gola… ręką. Niecałe dwa miesiące po strzeleniu gola żywcem przypominającego słynny rajd Maradony z meczu Argentyna-Anglia na Mundialu w Meksyku, Messi skopiował drugiego gola strzelonego przez wielkiego rodaka w tamtym spotkaniu. Blaugrana toczyła korespondencyjny pojedynek o mistrzostwo z Realem Madryt i potrzebowała zwycięstwa w derbach aby pozostać liderem tabeli. Goście wyszli na prowadzenie w 30 minucie ale krótko przed przerwą Messi po dośrodkowaniu Zambrotty trącił piłke ręką obok bramkarza Kameniego. W drugiej połowie Leo wyprowadził Barçe na prowadzenie ale w ostatniej minucie spotkania wyrównał Raul Tamudo i tym samym odebrał Dumie Katalonii niemal pewne mistrzostwo. Jak się okazało ,,małe oszustwo” nie popłaca.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Sysia11
3
@Comentateiro Dla mnie niesprawiedliwie bo tam powinien być rzut karny podyktowany dla Albicelestes ale jak powiadasz nie na wszystko moge mieć wpływ...
1
@Comentateiro A no nie na wszystko, nie na wszystko. Co prawda to prawda....!
9
@FCBparasiempre
Chęć organizacji 14-tej edycji Mistrzostw Świata wyraziło aż 16 państw. Od dawna wiadome było, że wyścig wygra ktoś z Europy. Oficjalne oferty zgłosiło 8 krajów: Anglia, Austria, Francja, Grecja, Jugosławia, RFN, Włochy i ZSRR. W maju 1984 roku FIFA postanowiła, że Mundial 1990 zostanie rozegrany we Włoszech. Wszyscy uczestnicy światowego czempionatu, począwszy od piłkarzy i trenerów, przez sędziów i delegatów, kończąc na kibicach, zgodnie stwierdzają, że zdecydowanie najlepsze turnieje organizują kraje po uszy zakochane w futbolu. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, jak bardzo Italia kocha piłkę nożną. W związku z tym z rozgrywkami w 1990 roku wiązano wielkie nadzieje. Ich maskotką, jedną z najpopularniejszych i najbardziej oryginalnych w dziejach, został Ciao. Prawdopodobnie nie ma na świecie kibica, który nie kojarzy postaci wzorowanej na klocki lego z piłką w miejscu głowy. Znakomicie prezentował się także oficjalny plakat. Przedstawiał boisko piłkarskie usytuowane w centrum wizytówki Włoch, rzymskiego Koloseum. W eliminacjach do mistrzostw wystartowało 105 drużyn. Dwa zwycięstwa z Albanią i remis ze Szwecją nie wystarczyły Polsce do awansu. Nasi piłkarze musieli uznać wyższość Skandynawów oraz Anglików i pierwszy raz od 1974 roku turniej oglądali w telewizji. Warto przy tej okazji wspomnieć o Klątwie Bońka. Były zawodnik m.in. Widzewa, Juventusu i Romy w mocnych słowach zareagował na krytykę po odpadnięciu drużyny Antoniego Piechniczka w 1/8 finału Mundialu 1986: „Wszystkim się w głowach poprzewracało. Już sam awans do mistrzostw jest wielkim sukcesem. Jeszcze zatęsknimy za polskimi awansami”. Trzeba przyznać, że szybko zatęskniliśmy. Podczas gdy nasza piłka popadała w coraz większy marazm, swoje problemy w eliminacjach mieli również Duńczycy i Francuzi, kolejno przyszli Mistrzowie Europy i Świata, którzy nie zdołali zakwalifikować się na włoski turniej. Ciekawe rzeczy działy się w strefie CONCACAF. Meksyk, największy faworyt, został zdyskwalifikowany za fałszowanie paszportów swoich zawodników, by ci mogli wystąpić na Mistrzostwach Świata do lat 20. Na południe od Meksyku o awans walczyły drużyny Chile i Brazylii. Ich grupowy rywal, Wenezuela, był jedynie dostarczycielem punktów. W Chile gospodarze zremisowali z „Canarinhos” 1:1. W 67. minucie rewanżu na „Maracanie”, przy prowadzeniu następców Pelego 1:0, chilijscy zawodnicy zeszli z boiska, gdyż z bólu zwijał się ich bramkarz, Roberto Rojas, rzekomo trafiony racą wyrzuconą z trybun. Spotkanie miało być powtórzone, jednak śledztwo i powtórki wykazały, że golkiper sfingował całą akcję, przygotowując nieco przypaloną bluzę i raniąc swoją twarz żyletką, schowaną przed meczem w rękawicy. Finalnie FIFA ukarała Chilijczyków walkowerem i zakazem udziału w kwalifikacjach do kolejnych mistrzostw. Ponadto na Rojasa nałożono dożywotnią dyskwalifikację. Kara została anulowana w 2001 roku, dzięki czemu futbolowy oszust mógł zostać trenerem. Walkę o tytuł toczono w dniach 8 czerwca – 8 lipca 1990 roku. Do Argentyny (aktualny Mistrz Świata) i Włoch dołączyli: Anglia, Austria, Belgia, Czechosłowacja, Hiszpania, Holandia, Irlandia, Jugosławia, RFN, Rumunia, Szkocja, Szwecja, ZSRR, Argentyna, Brazylia, Kolumbia, Urugwaj, Kostaryka, USA, Egipt, Kamerun, Korea Południowa i Zjednoczone Emiraty Arabskie. System rozgrywek był taki sam jak cztery lata wcześniej. Uczestnicy zostali podzieleni na sześć czterozespołowych grup, z których awans do fazy pucharowej wywalczały dwie najlepsze ekipy każdej z nich oraz cztery najlepsze drużyny z trzecich miejsc. Podział na grupy prezentował się następująco:
Grupa A: Austria, Czechosłowacja, Stany Zjednoczone, Włochy Grupa B: Argentyna, Kamerun, Rumunia, ZSRR Grupa C: Brazylia, Kostaryka, Szkocja, Szwecja Grupa D: Jugosławia, Kolumbia, RFN, Zjednoczone Emiraty Arabskie Grupa E: Belgia, Hiszpania, Korea Południowa, Urugwaj Grupa F: Anglia, Egipt, Holandia, Irlandia
Organizatorzy bardzo obawiali się brytyjskich kibiców, w związku, z czym mecze grupy F były rozgrywane na stadionach w Palermo i Cagliari, gdzie służby były najlepiej przygotowane na ewentualne ekscesy chuliganów. Oprócz „Stadio La Favorita i Stadio Sant’Elia”, organizatorzy przygotowali jeszcze 10 obiektów: w Rzymie, Neapolu, Mediolanie, Turynie, Bari, Florencji, Genui, Weronie, Udine i Bolonii. Podczas budowy i przebudowy obiektów śmierć poniosło ponad 20 robotników. Aby oddać im hołd, prezydent Włoch, Francesco Cossiga, zrezygnował z oficjalnej ceremonii otwarcia. Rozgrywki zainaugurowało starcie Argentyny z Kamerunem, zakończone nieoczekiwanym zwycięstwem Nieposkromionych Lwów 1:0. Przy bocznej linii z chorągiewką biegał nasz rodak, Michał Listkiewicz. Były prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej opowiedział mi o kulisach swojej pracy: „Przed mundialem we Włoszech była audiencja u papieża Wojtyły. Miałem zaszczyt stać obok niego i przedstawiać kolejnych sędziów. Po wszystkim odbyło się wspólne spotkanie i papież mówił, że szkoda, że na turnieju nie gra reprezentacja Polski, bo chciałby kibicować, no, ale skoro jest polski sędzia, pan Michał, to będzie się za niego modlił”. Modlitwy Ojca Świętego okazały się skuteczne. Listkiewicz pobił rekord Mistrzostw Świata, sędziując na linii aż 8 spotkań na jednym turnieju, w tym właśnie mecz otwarcia i wielki finał. Zanim jednak dotrzemy do finału, skupmy się na zmaganiach grupowych. Porażka z Kamerunem spowodowała, że Argentyńczycy do ostatniej kolejki musieli zażarcie walczyć o wyjście z grupy. Po zwycięstwie 2:0 nad ZSRR i remisie 1:1 z Rumunią udało im się znaleźć w gronie czterech najlepszych drużyn z trzecich miejsc i rzutem na taśmę awansować do 1/8 finału. Pierwsze miejsce w tabeli niespodziewanie zajął rewelacyjny Kamerun, choć w ostatnim starciu tej fazy został boleśnie sprowadzony na ziemię, przegrywając 0:4 ze Związkiem Radzieckim. Drugą pozycję zajęła Rumunia. To właśnie w meczu z Rumunią, wygranym przez przybyszy z Afryki 2:1, narodziła się mundialowa legenda strzelca dwóch goli, 38-letniego wówczas Rogera Milli. Z grup A i C wyszły tylko po dwie ekipy. W tej pierwszej bezkonkurencyjni okazali się Włosi i Czechosłowacy, tę drugą zdominowali przybysze z Ameryki Południowej i Środkowej. Brazylia i Kostaryka wysłały przy okazji do domu Szwedów i Szkotów. Zjednoczone Emiraty Arabskie, Korea Południowa i Egipt przyjechały do Italii bardziej w roli turystów niż ekip walczących o wysokie cele. W kolejnym etapie rozgrywek doszło do kilku nie precedensowych wydarzeń. Już w 1/8 los skojarzył ze sobą odwiecznych rywali, Argentynę i Brazylię. Z wielkiej chmury spadł mały deszcz, minimalne zwycięstwo 1:0 odnieśli zawodnicy znad La Platy. Czechosłowacja pomściła drużyny z północnej Europy i pewnie ograła Kostarykę 4:1. Trzy gole zdobył Tomas Skuhravy. Hat-tricków na Mistrzostwach Świata było już sporo, ale Skuhravy był pierwszym zawodnikiem, który triplet zaliczył wyłącznie po uderzeniach głową. Czwarty remis zanotowała Irlandia, po czym okazała się lepsza od Rumunii w serii rzutów karnych i zameldowała się w 1/4 finału bez wygrania ani jednego meczu. Przez wiele miesięcy przed rozpoczęciem turnieju Kolumbijczycy szczycili się, że grają w polu w jedenastu, ponieważ ich bramkarz, René Higuita, często wybiega daleko przed pole karne, pełniąc wówczas rolę ostatniego obrońcy. Można śmiało powiedzieć, że to jego grę naśladował Manuel Neuer. Niemcowi nie przydarzył się jeszcze wielki klops na arenie międzynarodowej (choć w tym momencie niektórzy mogą przypomnieć mecz Interu z Schalke w Lidze Mistrzów), podczas gdy Higuita po dalekim wyjściu ze swojej bramki podarował Kamerunowi gola w dogrywce. Z jego nieudanego dryblingu na 30. metrze skrzętnie skorzystał Milla. Nieposkromione Lwy wygrały 2:1. Jeden z najstarszych zawodników rozgrywek zaliczył drugi dublet i wprowadził swoją drużynę do historycznego ćwierćfinału. Historycznego, bo pierwszego dla zespołów z Afryki. To właśnie starcie zawodników z Afryki przeciwko Anglii okazało się zdecydowanie najlepszym widowiskiem w 1/4 finału. Po remisie 2:2 w regulaminowym czasie gry, w dogrywce gola z rzutu karnego zdobył niezawodny Lineker. Największa sensacja i najbardziej pozytywna drużyna całego mundialu musiała pakować manatki i wracać do domu. Pozostałe ćwierćfinały wypada jedynie wspomnieć. Emocji było w nich jak na lekarstwo. Niemcy wygrali z Czechosłowacją, a Włosi z Irlandią po 1:0. Zwycięzcę bezbramkowego meczu Argentyna – Jugosławia wyłoniła seria jedenastek. Pomimo pudeł Maradony i Troglio, do półfinału awansowali aktualni Mistrzowie Świata. W strefie medalowej Argentyna trafiła na Włochów, a Anglia na RFN. Znowu mieliśmy bliźniacze pojedynki. Po remisach 1:1, w jednym i drugim doszło do konkursów rzutów karnych. Wojny nerwów wygrali Niemcy i Argentyńczycy. Cała Italia zalała się łzami. No, nie do końca cała. Na meczu w Neapolu zameldowało się sporo kibiców Napoli i bardziej niż swoją drużynę narodową wspierało swoją żywą legendę, Diego Maradonę. Na otarcie łez Włosi pokonali 2:1 Anglię w “finale pocieszenia”, jak zwykło się mawiać na mecz o trzecie miejsce. Na wielki finał jedenastki Argentyny i Niemiec wyprowadzał m.in. Michał Listkiewicz. „Mundiale są moim największym sukcesem zawodowym. Przede wszystkim byłem jedynym Polakiem w ścisłym finale. Tak jak kiedyś była klątwa Bońka, że długo nie awansujemy do finałów, co trwało przez 16 lat, tak ja powiedziałem, że stawiam świetną kolację Polakowi, który będzie w finale Mistrzostw Świata. W jakiejkolwiek roli, nawet niech strzyże trawę, maluje linie albo, jako dziecko wyprowadza piłkarza na boisko. Nadal czekam”. No i się wreszcie doczekał, bowiem jak wszyscy wiemy finał mundialu w Katarze poprowadził Szymon Marciniak, ale o tym będzie mowa w dziale Katar 2022.
Natomiast finał we Włoszech był taki, jak większość turniejowych spotkań. Mówiąc delikatnie, mało atrakcyjny. Padł tylko jeden gol, autorstwa Andreasa Brehme z rzutu karnego. Więcej było nieczystej gry niż piłkarskich emocji. Obrońcy tytułu kończyli mecz w dziewiątkę, po czerwonych kartkach dla Monzona i Dezottiego. Franz Beckenbauer powtórzył osiągnięcie Brazylijczyka Zagalo, sięgając po Mistrzostwo Świata, jako piłkarz i trener. Polski sędzia był bardzo chwalony za swoje poczynania na Mistrzostwach Świata. Niestety, tego samego nie można powiedzieć o głównych bohaterach turnieju. Snajperzy nie palili się zbytnio do strzelania goli. Średnio na mecz padło zaledwie 2,21 gola. Statystyka wygląda jeszcze gorzej, jeśli weźmiemy pod uwagę tylko regulaminowe 90 minut gry: 2,10 gola/mecz. Jest to najgorszy wynik w historii mundiali. Włoskie finały były znakomitym pretekstem do dyskusji na temat, co zrobić, aby w futbolu padało więcej goli. Pomysłów było wiele. Wśród nich najbardziej oczywiste: zwiększenie rozmiarów bramek lub granie bez spalonego. O marazmie rozgrywek z 1990 roku trafnie pisał Eduardo Galeano w „Blaskach i cieniach futbolu”: „Na włoskich mistrzostwach królował futbol nudny, pozbawiony śmiałości i piękna”.
13
Italia 1990:
Mistrzostwa Świata w 1990 roku we Włoszech były jednymi z najnudniejszych w historii. Piłkarze strzelali mało goli, grali brutalnie i przede wszystkim zabrakło meczów, które moglibyśmy wspominać z zapartym tchem. Uczestnicy bardzo chwalą jednak organizację i otoczkę mundialu na Półwyspie Apenińskim. Choć zabrakło na nim reprezentacji Polski, jeden z naszych rodaków miał zaszczyt wziąć udział w wielkim finale. Jak do tego doszło? Jak wspomina te chwile? Dlaczego reprezentacje Chile i Meksyku zostały wykluczone z walki o najważniejszy piłkarski turniej? Dlaczego po raz pierwszy zrezygnowano z oficjalnej ceremonii otwarcia rozgrywek? Który bramkarz był prekursorem dalekich, znanych dziś, jako „Neuerowych”, wycieczek poza pole karne? Odpowiedzi na te pytania i masę innych ciekawostek o Mundialu 1990 znajdziecie w odpowiedzi na mój komentarz.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@AssisMoreira Przecież FIFA sama traktowała te złota olimpijskie przed wojną jako mistrzostwo świata. O ile pamiętam pisałem już o tym na łamach fcbarca.com
Dla mnie to nie jest nonsen. Urugwaj był absolutnym hegemonem zanim pojawiły się mistrzostwa świata...
1
@Comentateiro Po jaka cholere pisać po chińsku jak można napisać po polsku: nie faworyt, kopciuszek itp.
Wiesz że z tym "potężnym Bayernem" mocno mnie irytujesz?
Z pielęgnowaniem również...
0
@FcPortoFan1999 Powstrzymają to za mało powiedziane. Chyba najodpowiedniejszym słowem byłoby: unicestwienie Polski.
1
@Comentateiro underdoga? a co to za cholerstwo do diabła!?
A po drugie ty pochodzisz z niemieckiej rodziny? jeśli można wiedzieć...?
1
@FcPortoFan1999 Doskonale o tym wiem. Niebiescy szli jak burza a Wilimowski przewodził w klasyfikacji strzelców. No niestety Hitler i Stalin zrobili co swoje...
12
Bardzo cenne zwycięstwo z najmocniejszym przeciwnikiem:
Przed Ruchem był wyjazd do Krakowa. Mecz został rozegrany w Boże Ciało w czwartek 8 czerwca 1939 roku. Wisła była najpoważniejszym kandydatem do odebrania chorzowianom palmy pierwszeństwa w lidze. Mecze pomiędzy tymi drużynami już od początku elektryzowały kibiców obu drużyn. Tym razem nie było inaczej. Zbiórka kibiców Ruchu odbyła się na stacji kolejowej Chorzów Batory. Pociąg specjalny zatrzymywał się po drodze na stacjach w Katowicach, Szopienicach oraz Mysłowicach. Bilety na mecz były sprzedawane bezpośrednio w pociągu. Powrót do Batorego zaplanowano na godzinę 22:16. „Ilustrowany Kurier Codzienny” pisał: „Zwycięstwo odniosła drużyna Ruchu ale nie było ono wykładnikiem sił. Wisła bowiem miała co najmniej przez 2/3 zawodów inicjatywę w swych rękach i przewyższała swego przeciwnika pod względem technicznym i zespołowości gry ale można tu śmiało zastosować powiedzonko: Wisła grała a Ruch wygrał”. „Niebiescy” w Krakowie wystąpili w składzie: Brom, Giemza, Dziwisz, Mikunda, Skrzypiec, Fica, Kruk, Słota, Peterek, Wilimowski i Wodarz. Przegląd Sportowy donosił: „Piłka nożna jest sportem zespołowym a wynik zależy od spoistości i siły całej jednostki. Mimo to jednak trudno zaprzeczyć że zespołowość ta jest pod decydującym wpływem wybitniejszych jednostek, nadających tę drużynie. Dla udowodnienia tego możemy powołać się na mecz Ruchu z Wisłą. Dwa zespoły walczyły z poświęceniem. Wisła była lepsza i zasłużyła na zwycięstwo. Jeśli przegrała to nie jest to wynikiem wyższości przeciwnika ale zasługą dwu jednostek. Dwaj ludzie, którzy wywalczyli Ruchowi zwycięstwo, mogące zaważyć na szali mistrzowskiej to Brom i Wilimowski, który zdobył zwycięskiego i jedynego gola po podaniu Giemzy. Mecz zakończył się wynikiem 0:1". Był to 14 mecz ligowy obu drużyn w Krakowie i dopiero pierwsze zwycięstwo Ruchu na boisku „Białej gwiazdy”. W tabeli „Niebiescy” nadal byli liderem z 14 punktami. Druga była Wisła mająca 10 punktów ale jeden mecz rozegrany mniej.
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@NeroTFP1
@misterio
@Marusek
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
14
Wojna futbolowa:
Bill Shankly, wielka legenda Liverpoolu, zwykł mawiać: „Są ludzie‚ którzy uważają‚ że futbol to sprawa życia i śmierci. Jestem takim podejściem rozczarowany. Futbol jest dużo ważniejszy.” Nie sposób się nie zgodzić z takim postawieniem sprawy. Piłka nożna rodzi waśnie wśród najbliższych znajomych i prowadzi do konfliktów na stadionach. Raz za jej sprawą rozpętało się prawdziwe piekło. Wybuchła wojna futbolowa. Końcówka lat 60-tych była czasem wielkich napięć pomiędzy Salwadorem a Hondurasem. Zarzewiem konfliktu stała się migracja salwadorskich chłopów, którzy w poszukiwaniu lepszego życia masowo osiedlali się na terytorium przygranicznym Hondurasu. Spowodowane to było faktem, iż ponad połowa rolników pracowała tylko sezonowo. W poszukiwaniu lepszego życia decydowali się opuszczać swoją ojczyznę. Szacuje się, że na ten krok zdecydowało się od 150 do 300 tysięcy! W obawie przed szerzeniem się biedoty, której niestety i tak już było sporo, kraj ze stolicą w Tegucigalpa zapowiedział reformę rolną; miała zostać wprowadzona głównie kosztem ziemi zagospodarowanej nielegalnie przez Salwadorczyków. Warto również wspomnieć, że niektórzy obywatele Hondurasu dopuszczali się brutalnych zbrodni. W skrajnych przypadkach także torturowali swoich sąsiadów. Prasa publikowała zdjęcia represjonowanych. Nienawiść była olbrzymia, a wojna wisiała na ostrzu noża. Kiedy więc los w eliminacjach do Mundialu 1970, który miał się odbyć w Meksyku, skrzyżował obie te reprezentacje, stało się jasne, że będą to mecze podwyższonego ryzyka. Pierwsze starcie wyznaczono na 8 czerwca 1969 w Tegucigalpie, stolicy Hondurasu. W przededniu spotkania prawdziwy „popis” dali kibice gospodarzy, którzy zgromadzili się pod hotelem zamieszkiwanym przez reprezentantów Salwadoru i tak skutecznie uprzykrzali im życie, że ci w nocy nie zmrużyli nawet oka! Podczas swojego „gorącego” powitania nie szczędzili kamieni ciskanych w okna przy akompaniamencie wrzasków i petard. Nietrudno się zatem domyślić, że swój cel osiągnęli. Zawodnicy Los Catrachos wygrali spotkanie, decydującą bramkę strzelając w ostatniej minucie gry. To, co wywołało euforię wśród jednych, innych pchnęło do dramatycznych decyzji. 18-letnia Amelia Bolaños, która oglądała to spotkanie na ekranie telewizora, chwilę po tym wydarzeniu popełniła samobójstwo, strzelając sobie w serce. Użyta przez nią broń należała do jej ojca i została wykradziona z jego biurka… Tak przynajmniej brzmi wersja Ryszarda Kapuścińskiego, której niestety nigdy nie potwierdzono. Być może był to zabieg mający na celu dodanie nieco romantyczności do całego wydarzenia. Tego niestety już się nigdy nie dowiemy. Wróćmy zatem do faktów. Tydzień później miał miejsce rewanż, który odbył się w San Salvador. Drużyna Hondurasu w obawie przed linczem drogę z hotelu na stadion odbyła w opancerzonym wozie. Antonio Mendoza po latach wspominał ostatnie 24 godziny przed meczem: „ Był to czas, kiedy na prawdę baliśmy się o swoje życie. Do naszego pokoju hotelowego wpadła bomba domowej roboty, która na szczęście nie wybuchła”. Cytat ten dobitnie pokazuje, że środki bezpieczeństwa nie były przesadzone. Przejdźmy jednak do samego futbolu. Honduranom do awansu wystarczał remis, gdyż w tamtych czasach nie stosowano jeszcze zasady goli strzelonych na wyjeździe. Każda ich porażka oznaczała trzeci, barażowy mecz. I tak też się stało. Rozpędzona maszyna „La Selecta” rozbiła w puch swojego rywala, nie dając mu żadnych szans, wszystkie trzy bramki strzelając przed przerwą. Jeden z bohaterów tamtej porażki wyznał niedawno, że nie był zbyt rozczarowany tą porażką. Przynajmniej korzystny wynik nie podburzał tłumu. Relacje pomiędzy obydwoma krajami popsuły się do tego stopnia, że wkrótce zerwano stosunki dyplomatyczne. Decydujący o awansie mecz rozegrano na Stadionie Azteca w Meksyku. Tam po dogrywce zwyciężył Salwador 3:2. Futbol jednak zaczynał odchodzić w cień…
Czternastego lipca korespondent Polskiej Agencji Prasowej, Ryszard Kapuściński, nadał taki oto telegram: „Tegucigalpa (Honduras) pap 14 lipca via tropical radio rca dzisiaj szósta wieczorem rozpoczęła się wojna Salwadoru z Hondurasem lotnictwo Salwadoru zbombardowało cztery miasta Hondurasu stop jednocześnie wojska Salwadoru przerwały granice Hondurasu usiłując wedrzeć się w głąb kraju stop w odpowiedzi na atak agresora lotnictwo Hondurasu zbombardowało ważniejsze obiekty przemysłowe i strategiczne Salwadoru a siły lądowe podjęły działania obronne”. Oba kraje dysponowały skromnymi siłami wojskowymi, jednak Honduras miał sporą przewagę wśród jednostek powietrznych. Jak się wkrótce okazało, lotnictwo miało odegrać decydującą rolę w całym konflikcie. Lepiej wyposażonym i wyszkolonym pilotom Hondurasu od samego początku udało się wywalczyć przewagę w powietrzu i skutecznie bombardować oddziały lądowe wroga. Dowódcy armii Salwadoru, którzy byli pewni swej przewagi na lądzie i uważali, że łatwo uda im się pokonać Honduras, pozbawieni zapasów paliwa zniszczonych przez samoloty FAH, utknęli ze swoimi oddziałami w miejscu. Już w drugim dniu konfliktu Organizacja Państw Amerykańskich żądała wycofania wojsk Salwadoru z terytorium sąsiada. Jednak dowództwo okupanta zdecydowało, że uczyni to tylko i wyłącznie pod warunkiem wypłaty odszkodowań dla swoich wysiedleńców. W końcu po stu godzinach potyczek, dnia 18 lipca 1969 roku, osiągnięto zawieszenie broni. Salwador długo zwlekał z wycofaniem swoich wojsk, uczynił to dopiero pod groźbą poważnych sankcji. „Tysiące uchodźców z obu krajów, wielu z nich ciężko rannych, przybywa do sąsiedniej Gwatemali – relacjonowano w Polskim Radiu dwa dni po zakończeniu walk. – (…) W ciągu tych 5 dni walk wojna futbolowa przestała być operetkową ciekawostką z krańca świata. Jest jeszcze jedną, rozgrywającą się na tym świecie tragedią.” Niestety, źródła nie są zgodne co do ilości zabitych. Szacunkowo mogę zatem podać, że jest to przedział pomiędzy dwoma a sześcioma tysiącami osób. Pewny jest jednak fakt, że wiele tysięcy straciło dach nad głową. Wojna, która trwała zaledwie 100 godzin, odmieniła życie ogromnej liczbie ludzkich istnień. Incydenty graniczne trwały aż do 1972 roku. Około 130 tysięcy salwadorskich chłopów powróciło do ojczyzny. Spowodowało to w znaczącym stopniu zahamowanie rozwoju gospodarki tego kraju. W efekcie wojny stosunki polityczne i ekonomiczne między obu państwami zostały zerwane. Traktat pokojowy podpisano dopiero w październiku 1980 pod naciskiem Stanów Zjednoczonych, dążących do skoordynowania działań armii obu państw przeciwko lewicowym partyzantom salwadorskim, operującym w rejonach przygranicznych. Podpisanie traktatu nie rozwiązało jednak istoty sporu granicznego. A co z piłkarzami Salwadoru? W decydującej rundzie kwalifikacji pokonali Haiti, jednak podczas Mistrzostw Świata nie tylko nie wyszli z grupy – zostali także strasznie upokorzeni, kończąc turniej bez strzelonej bramki i z bilansem dziewięciu goli straconych.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
10
@FCBparasiempre
Gilmar, Djalma Santos, Nilton Santos, Didi, Zito, Vava, Zagallo. Tuż przed rozpoczęciem Mistrzostw Świata w 1958 roku Brazylia miała kim straszyć swoich przeciwników. Trener Vicente Feola dokooptował do składu na turniej, pod presją mediów i kibiców, dwóch zawodników, którzy dla świata byli wówczas anonimowi. Jak bardzo Pele i Garrincha, bo o nich mowa, zmienili historię futbolu? Zgodnie z obietnicą FIFA z lipca 1950 roku, organizację Mundialu 1958 powierzono Szwecji. Chęć udziału w turnieju wyraziło 55 krajów. Większość z nich podzielono na trzyzespołowe, kontynentalne grupy. Polska została skojarzona z Finlandią i ZSRR. Finowie przegrali wszystkie mecze, stając się, zgodnie z przewidywaniami, outsiderami tabeli. Biało-Czerwoni przegrali pierwszy mecz z Rosjanami 0:3, a rewanż na Stadionie Śląskim doczekał się miana legendy. 100 tys. osób obserwowało, jak po dwóch bramkach Gerarda Cieślika Polacy zwyciężyli 2:1. W związku z taką samą liczbą punktów, konieczny był dodatkowy mecz barażowy na neutralnym terenie. W Lipsku Sowieci zwyciężyli 2:0 i to “Wielki Brat” wywalczył awans na Mistrzostwa Świata. Ciekawy przypadek z eliminacji dotyczy reprezentacji Izraela. Izraelczycy mieli pierwotnie przejść cztery etapy kwalifikacji. W każdym z nich trafiali na kraje muzułmańskie, kolejno Turcję, Indonezję, Egipt i Sudan. Żaden z nich nie chciał rozgrywać meczu na terenie swojego oponenta, zatem wszyscy solidarnie oddali dwumecze walkowerem. Cztery starcia, cztery walkowery – czy taka sytuacja zapewniła Izraelowi udział w czempionacie? Myśląc logicznie, powinna zapewnić ale nie zapewniła! FIFA stwierdziła, że bez grania w eliminacjach udział w turnieju przysługuje jedynie gospodarzom (Szwecja) i aktualnemu Mistrzowi Świata (Republika Federalna Niemiec), zatem postanowiła, że Izrael zmierzy się z jedną z drużyn, która zajęła drugie miejsce w swojej grupie w eliminacjach europejskich. Wylosowano Walię. Wyspiarze wygrali dwa mecze w rozmiarze 2:0 i to oni pojechali do Skandynawii. Swoją drogą, jeden jedyny raz w historii zdarzyło się, by awans wywalczyły aż cztery drużyny z Wysp Brytyjskich – Anglia, Walia, Szkocja i Irlandia Północna. W turnieju, rozegranym w dniach 8-29 czerwca 1958 roku, wzięło udział 16 drużyn: Szwecja, RFN, Anglia, Francja, Węgry, Czechosłowacja, Walia, Austria, ZSRR, Jugosławia, Irlandia Północna, Szkocja, Argentyna, Brazylia, Paragwaj i Meksyk. Zostały podzielone na cztery grupy. W grupie A mierzyły się Argentyna, Irlandia Północna, Czechosłowacja i RFN. Grupa B skojarzyła ze sobą Jugosławię, Francję, Paragwaj i Szkocję. Grupa C: Meksyk, Szwecja, Walia i Węgry. Najciekawiej zapowiadały się pojedynki w grupie D, w której zameldowały się ekipy Anglii, Austrii, Brazylii i ZSRR. W szwedzkim czempionacie wprowadzono kilka innowacji. Po raz pierwszy ułożono finałową drabinkę, dzięki czemu nie było konieczności losowania par w fazie pucharowej. Wielką popularnością cieszył się konkurs na oficjalną piłkę. Organizatorzy doczekali się aż 103 zgłoszeń. Ostatecznie wygrał model “Gunnar Gren”, nazwany tak na cześć znakomitego szwedzkiego pomocnika. Ponadto po raz pierwszy mecze były transmitowane na żywo w telewizji. Co prawda tylko na terenie Szwecji, inne kraje nadal musiały podziwiać wyczyny piłkarzy jedynie z odtworzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że był to bardzo duży krok w kierunku komercjalizacji i popularyzacji najpiękniejszej dyscypliny sportu na świecie. Jednym z głównych faworytów do sięgnięcia po Złotą Nike była Brazylia. Canarinhos bardzo poważnie podeszli do turnieju. Na kilka miesięcy przed jego rozpoczęciem krajowy rząd postanowił przekazać na reprezentację potężną działkę pieniędzy. W związku z tym piłkarze z kraju kawy mieli zapewnione najlepsze warunki przygotowawcze.
Ponadto do pracy w kadrze zaangażowanego prywatnych lekarzy, dentystów, a nawet psychologa. W związku z faktem, że większość zawodników wywodziła się ze skrajnej biedy, przywołani fachowcy mieli ręce pełne roboty. Najwięcej do powiedzenia chciał mieć psycholog, Joao Carvalhaes. Jeszcze w trakcie selekcji dokonał na zawodnikach wiele badań psychologicznych. Dzięki uzyskanym wynikom zaczął namawiać trenera Vicente Feolę do tego, by ze zgrupowania wyrzucił dwóch gagatków, których wyniki “stanu umysłu” były wręcz katastrofalne. Jednego nazwał dzieckiem, a drugiego człowiekiem niedorozwiniętym. Pierwszym był 17-letni Pele, a drugim gwiazda Botafogo, 24-letni Garrincha. Feola również nie był zagorzałym zwolennikiem tych dwóch zawodników. Doskonale zdawał sobie sprawę, że obaj mają pstro w głowie i lubią sprawiać kłopoty wychowawcze. Ich obecność w drużynie narodowej była podyktowana olbrzymią presją mediów i społeczeństwa. Pele, mimo młodego wieku i koguciej budowie ciała, grał bez strachu, na wielkim luzie i prezentował niespotykaną wcześniej w Brazylii skuteczność. Garrincha był jeszcze większym fenomenem. Kiedy wychodził na rozgrzewkę wśród publiczności, przed którą prezentował się po raz pierwszy, wzbudzał salwę śmiechu. Wszystko przez specyficzną budowę ciała i sposób poruszania się. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że największy magik w historii piłki nożnej nie zrobiłby dzisiaj kariery, bo w młodym wieku zostałby pozbawiony nadziei przez lekarzy. Garrincha miał bowiem krzywy kręgosłup, lewą nogę krótszą od prawej a w zestawie obie tworzyły swoisty żagiel na wietrze – lewa była wygięta na zewnątrz, a prawa do wewnątrz. Manuel Francisco dos Santos, bo tak brzmi pełne imię i nazwisko Garrinchy, urodził się i wychował w Pau Grande. Malownicza miejscowość była ziemskim rajem dla zawodnika. Gdy był mały, uwielbiał łowić ryby i polować na strzyżyki. To właśnie dzięki tym małym ptaszkom zyskał swój przydomek. Nie brał życia zbyt poważnie. Nie interesowało go zainteresowanie wyrażane jego osobą przez największe kluby w Brazylii. Wolał swoje Pau Grande, do którego stale wracał po wypłynięciu na szerokie wody. Kiedy w 1950 roku cały kraj rozpoczynał płacz podczas przegranego finału z Urugwajem na Maracanie, on na spokojnie łowił ryby. Nigdy nie dbał o pieniądze, co często wykorzystywali klubowi prezesi. Od zawsze był uczulony na pracę, a jego ulubionymi zajęciami było uganianie się na przemian za kobietami i za piłką. W jednym i drugim nie miał sobie równych. Byłe kochanki zachwalały jego łóżkowe umiejętności i 25-centymetrowy sprzęt, którym dysponował. Jeszcze większym magikiem był jednak na boisku. Chwała Bogu, że akurat tę zdolność mógł podziwiać cały świat. Dysproporcje w budowie ciała przeobraził w swoją tajną broń. Dzięki niespotykanej koordynacji ruchowej mało który przeciwnik był w stanie przewidzieć, jak zwód akurat wymyśli Garrincha. A dryblerem był niezwykłym. Uwielbiał holować piłkę, kiwać zawodników, zakładać im siatki. Sprawiało mu to większą przyjemność niż samo strzelanie goli. Tuż przed Mundialem 1958 reprezentacja Brazylii rozegrała sparingowe starcie z włoską Fiorentiną. Mane przedryblował obrońców, wyszedł sam na sam, okiwał bramkarza kładąc go “na tyłku” i mając przed sobą pustą bramkę… zatrzymał się, pozwolił golkiperowi wstać, wymanewrował go raz jeszcze i wszedł z piłką do jego świątyni. Feola, inni trenerzy i koledzy z drużyny z początku nienawidzili u niego samolubnej gry. Do czasu… Mundial 1958 zainaugurowało starcie Szwecji i Meksyku, pewnie wygrane przez gospodarzy 3:0. Szwedom trzeba oddać, że podczas całego turnieju prezentowali się znakomicie. Faza grupowa wyklarowała kilku pretendentów do wygrania mistrzostw. Wśród nich, obok Brazylii i Francji, byli właśnie Skandynawowie. Awans z grupy A wywalczyły drużyny RFN i Irlandii Północnej, z grupy B Francja i Jugosławia, a z grupy C Szwecja i Walia, której do promocji wystarczyły zaledwie trzy remisy. Najciekawiej było w grupie D, uznanej za grupę śmierci. Garrincha i Pele od początku turnieju ugrzęźli na ławce. Bez nich Canarinhos pokonali Austrię 3:0 i bezbramkowo zremisowali z Anglią, prezentując bardzo zachowawczą grę.
Decydującym meczem w kontekście awansu do fazy pucharowej było starcie z ZSRR. Na kilkanaście godzin przed pierwszym gwizdkiem do Feoli udała się rada drużyny, prosząc, by wystawił w składzie Pelego i Garrinchę. W tym samym czasie Carvalhaes wykonał na zawodnikach kolejne psychotesty. Pozytywnie zdało go tylko dwóch zawodników – Nilton Santos i, co zaskakujące, Pele. Najgorszy wynik osiągnął, a jakże, Mane. Kiedy został poproszony o narysowanie pierwszej rzeczy, która przychodzi mu na myśl, nabazgrał coś na kształt okręgu i kilku wychodzących z niego kresek. Psycholog zapytał: ,,Mane, mam rozumieć, że to słońce? Nie. Głowa Quarentinhy (kolega z Botafogo)”. Carvalhaes stanowczo odradzał Feoli wystawienie Garrinchy. Ten jednak wziął odpowiedzialność na swoje barki i odpowiedział: “Może i masz rację w kwestii psychiki Garrinchy, ale rzecz w tym, że nie znasz się na piłce nożnej”. Po wszystkim odsunął Carvalhaesa od drużyny aż do zakończenia mistrzostw. Garrincha i Pele wybiegli w podstawowej jedenastce. Mane nie znał brazylijskiego hymnu, podczas jego grania stał pogarbiony i wyraźnie znudzony. Zwracał na siebie uwagę publiczności. Feola chciał od samego początku pokazać, kto będzie dzielił i rządził na boisku, więc nakazał Didiemu, by pierwszą piłkę zagrał na skrzydło do Garrinchy. Tak się stało. Piłkarz z Pau Grande już w swoim dziewiczym kontakcie z futbolówką rozkochał w sobie kibiców zgromadzonych na trybunach. W ciągu pierwszych pięciu minut przez sowieckie pole karne przeszła prawdziwa nawałnica. Jej efektem był gol Vavy. Ten sam zawodnik ustalił rezultat w drugiej połowie. Zwycięstwo 2:0 dało Brazylijczykom pierwsze miejsce w grupie i awans do ćwierćfinału, gdzie czekała na nich Walia. Dzięki dość niespodziewanemu remisowi Anglii z Austrią, w grze pozostali Rosjanie. Po triumfie nad Sowietami prasa zachwycała się tylko jednym zawodnikiem, czarodziejem Garrinchą. Pisano, że zawodnik Botafogo “w pojedynkę rozwaliłby reprezentację Anglii”. Mecz 1/4 finału z Walią był słabszy w wykonaniu Canarinhos. Wielu trenerów jest zdania, że najtrudniejszym starciem na turnieju zawsze jest czwarty mecz. Potwierdziło się to na przykładzie drużyny Feoli. Mane stale miał przy sobie trzech opiekunów, nie opuszczających go nawet na krok, przez co ciężko było mu w pełni rozwinąć skrzydła. Bohaterem starcia został Pele, strzelec jedynego gola. W dniu starcia miał zaledwie 17 lat i 239 dni. Do dziś jest najmłodszym strzelcem bramki w finałach Mistrzostw Świata. Patrząc na dyspozycję poszczególnych zespołów, półfinał między Francją a Brazylią zapowiadał się wręcz fenomenalnie. Ułożeni Francuzi, do których dzień przed meczem przyjechały żony i partnerki, kontra nieokiełznani Brazylijczycy, którzy podczas mistrzostw żyli w seksualnym raju, uciekając z hotelu w ramiona bardzo wyzwolonych i chętnych na wszystko i o każdej porze Szwedek. Przede wszystkim była to jednak konfrontacja najlepszych zawodników na świecie. Z jednej strony Raymond Kopa i Just Fontaine, z drugiej Pele i Garrincha. Ci drudzy nie pozostawili żadnych złudzeń. Co prawda pierwsza połowa nie wskazywała końcowego, zdecydowanego triumfu, ale drugie 45 minut rozwiało wszelkie wątpliwości. Canarinhos więcej akcji przeprowadzali stroną Garrinchy, a ten szalał w najlepsze. Kryjący do Andre Lerond po latach odtworzył sobie zapis meczu na video i widząc, jak ośmieszał go Mane, szczerze stwierdził: “Wiedziałem, że było źle, ale dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jaki to był obciach”. Mimo wszystko Garrinchę w półfinałowym starciu przyćmił Pele, zdobywca klasycznego hat-tricka. Młokos liczący 17 lat i 244 dni został najmłodszym w historii strzelcem trzech bramek w jednym mundialowym meczu. Brazylia zwyciężyła 5:2. Finałowym przeciwnikiem piłkarzy Feoli byli Szwedzi, którzy w poprzedniej rundzie pokonali RFN 3:1. Zanim doszło do decydującego starcia, Francja ograła Niemców 6:3 w meczu o trzecie miejsce. Cztery bramki zdobył Just Fontaine. W całym turnieju uzbierał aż 13 trafień, co jest wyczynem niedoścignionym i ciężko będzie go kiedykolwiek poprawić. Przed wielkim finałem pojawił się problem. Stroje Szwecji i Brazylii były niemal bliźniacze, przez co konieczne było losowanie, która z drużyn może wystąpić w swoich standardowych, żółtych (kanarkowych) trykotach. Losowanie było łaskawe dla gospodarzy. Canarinhos mieli więc trzy opcje– koszulki białe, zielone albo niebieskie. Białe kojarzyły się z niczym innym jak z haniebną porażką na Maracanie w 1950 roku, więc automatycznie odpadły. Ostatecznie wybrano niebieskie. Z dwóch powodów. Niebieski był kolorem szat Matki Bożej z Aparecidy, patronki całego kraju, której powierzono opiekę nad piłkarzami podczas Mistrzostw Świata. Ponadto zauważono, że w poprzednich pięciu mistrzowskich edycjach aż cztery razy triumfatorem był zespół, grający finał właśnie w niebieskich koszulkach (po dwa razy Urugwaj i Włochy).
W Rio de Janeiro i innych miastach kraju powoli odczuwano nadchodzący sukces. Feola nie chciał powtórki z 1950 roku, zatem zabronił swoim zawodnikom rozmawiać z kimkolwiek przed decydującym starciem. Gdy na konferencji prasowej zobaczył setki mikrofonów, nakazał je powyłączać. Nie chciał szumu. Nie zapowiadał sukcesu, wypowiadał się rozważnie, z respektem i lekką obawą przed przeciwnikiem i wspierającą go publicznością. Przed każdym spotkaniem obowiązkowym rytuałem brazylijskich zawodników było wypicie narodowego dobra, kawy. Kawy oryginalnej, przywiezionych przez zespół ze swojego kraju w olbrzymich ilościach. W finale z początku bardziej pobudzeni byli jednak Szwedzi. Za sprawą Liedholma wyszli na prowadzenie już w czwartej minucie. Pięć minut później wyrównał niezawodny Didi. Ten sam zawodnik wyprowadził swoich kolegów na prowadzenie na nieco kwadrans przed końcem pierwszej części spotkania. W szatni zawodnicy znów posilili się kawą i w drugiej odsłonie odegrali kolejny koncert. Dwie bramki Pelego, najmłodszego w historii Mistrza Świata (17 lat i 249 dni), i jedna Zagallo były efektem zdecydowanej, ofensywnej, radosnej gry Canarinhos, napędzanej rajdami Garrinchy. Ostateczny wynik odzwierciedlał różnicę między dwoma zespołami – 5:2. Po końcowym gwizdku niemal cała zwycięska ekipa zalała się łzami szczęścia. Niemal cała, bo niewzruszony pozostał jedynie Garrincha. Dla niego zwycięstwo w finale Mundialu smakowało mniej więcej tak, jak zwycięstwo na podwórku w Pau Grande. Podczas koronacji Mistrzów Świata, zgodnie z tradycją, puchar Julesa Rimeta trafił w ręce kapitana, Belliniego. Zawodnik uniósł statuetkę wysoko ponad głowę, dając przykład kolejnym pokoleniom zawodników, którzy w podobny sposób świętują zdobycie ważnego pucharu lub mistrzostwa. Brazylia oszalała na punkcie swoich zawodników. Oszalał również cały świat. Każdy, kto śledził przebieg Mistrzostw Świata, był zauroczony Pelem i Garrinchą. Nelson Rodrigues pisał o tym drugim: “Jest uważany za idiotę, ale na Mistrzostwach Świata pokazał, że to my jesteśmy idiotami. Myślimy, racjonalizujemy. Przy cudownej szybkości jego reakcji jesteśmy nierobami, ociężałymi hipopotamami”. Pele i Garrincha stali się najcenniejszym dobrem narodowym Brazylii. Z całego świata otrzymywali setki listów z prośbą o autografy, europejskie ekipy zapraszały Botafogo i Santos na tournee, a kobiety mdlały na ich widok, z czego zawodnicy skrzętnie korzystali. Ich wartość była do tego stopnia niepodważalna, że otrzymali zakaz podróżowania jednym samolotem. Dalsza historia pokazała, że gdy w reprezentacji występowali w duecie, Canarinhos nie przegrali meczu. Na całym świecie to Pele po dziś dzień jest uznawany za najlepszego piłkarza w historii, jednak większość Brazylijczyków w tym rankingu znacznie wyżej stawia Garrinchę. Mane porywał tłumy, często w pojedynkę rozstrzygał losy spotkań. W narodowych barwach wystąpił 50 razy. Wówczas Brazylia przegrała tylko jedno spotkanie. Kiedy? Tego dowiecie się przy innej okazji.
7
Joga Bonito, czyli piękna gra:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
No kto by pomyślał?
8 czerwca 1991 Real Madryt zrobił FC Barcelonie mistrzowski szpaler na Santiago Bernabeu. Miało to miejsce w ostatniej kolejce sezonu 1990/91. To był pierwszy przypadek w historii, gdy Blaugrana przyjeżdżała do Madrytu na mecz z Realem będąc już mistrzem Hiszpanii. Barça była już zwycięzcą La Ligi od miesiąca i w każdym z czterech ostatnich spotkań rywale oklaskiwali jej graczy, gdy ci wbiegali z szatni na boisko. Nie ominęło to także Realu, który na pocieszenie wygrał tamto starcie 1:0 po golu Aldany. Prezydent ,,Królewskich” Ramon Mendoza, po meczu wypowiedział się dyplomatycznie ale jednocześnie w sposób ironiczny: ,,Jak możemy nie klaskać drużynie, która wyprzedza o 11 punktów mistrza Hiszpanii z ostatnich 5 lat ”.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
12
Copa de los Pirineos:
8 czerwca 1913 r. na ,,Camp del Carrer Indústria” FC Barcelona pokonała w finale francuski Comète et Simiot Bordeaux 7:2 i po raz czwarty z rzędu sięgnęła po Puchar Pirenejów. Gole dla Barçy zdobywali: Paulino Alcantara(2), Berdie(2), Roma Forns, Allack oraz Massana.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
11
Feliz cumpleaños panie Javier!
Javier Mascherano kończy dzisiaj 42 lata. Dziękujemy za wielkie oddanie i poświęcenie ,,naszemu” klubowi. Bywaj zdrów ,,nasza” legendo.
Chyba nie musze nakreślać sylwetki tak dobrze nam znanego piłkarza? Dodam tylko że Javier urodził się w San Lorenzo a swoją karierę zaczynał w klubie Renato Cesarini z Rosario.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Sysia11
@Vivienne
13
@FCBparasiempre
Splot czynników sportowych, organizacyjnych i politycznych uniemożliwił jednej z najlepszych drużyn dekady udział w pierwszych powojennych mistrzostwach. Jak duży wpływ na tę decyzję miał Juan Domingo Perón? Rosnąca rywalizacja z Brazylią, problemy sportowe i organizacyjne oraz wpływ Juana Domingo Peróna połączyły się, tworząc splot czynników, które doprowadziły do wykluczenia Argentyny z Mistrzostw Świata w 1950 i 1954 roku. Minęło ponad 75 lata a rekonstrukcja wydarzeń stała się bardzo trudna. Jednak śledztwo „LA NACION” stara się jak najwierniej przyjrzeć się wydarzeniom, koncentrując się przynajmniej na trzech kluczowych czynnikach, które wpłynęły na tak doniosłą decyzję. Lata 40. XX wieku uważane są za złoty wiek argentyńskiej piłki nożnej, z utalentowanymi zawodnikami w każdej drużynie. W tym okresie reprezentacja zdobyła mistrzostwo Ameryki Południowej w latach 1941, 1945, 1946 i 1947. Mając środki na walkę o mistrzostwo świata w 1950 roku, wciąż trudno zrozumieć, dlaczego nie wzięła udziału w eliminacjach i zmarnowała tę idealną okazję. Kilka wydarzeń daje wskazówki i stanowi ważne elementy układanki. Daty zaznaczone na czerwono w kalendarzach z poprzednich lat. Pierwszy wpis na tej osi czasu to 2 lutego 1937 roku. Tego ranka argentyńska reprezentacja zdobyła tytuł mistrza Ameryki Południowej, pokonując Brazylię 2:0 na „Gasómetro”, dawnym stadionie San Lorenzo. Gole strzelił młody Vicente De La Mata, który miał wówczas 19 lat i grał w Independiente. Mecz rozpoczął się poprzedniego wieczoru, około 21:30. Jednak pierwszy finał pomiędzy Argentyną a Brazylią został przyćmiony skandalem. Obie drużyny dopuściły się brutalnej gry, doszło do wtargnięcia na murawę a przez ponad 40 minut brazylijska drużyna nie zgadzając się z decyzją urugwajskiego sędziego Luisa Alberto Mirabala, udała się do szatni i zagroziła wycofaniem się z turnieju. „Mistrzostwa miały godny ubolewania epilog” – napisał magazyn „El Gráfico”, dodając: „ Tak haniebne zamieszki rzadko się zdarzają. Konieczne może być wprowadzenie zakazu rozgrywania meczów międzynarodowych ”. Przed końcowym gwizdkiem drużyna gości opuściła boisko z powodu rasistowskich obelg. Wraz ze spadkiem formy Urugwaju, rywalizacja między Argentyną a Brazylią została oficjalnie zainaugurowana. Dwa lata później, 22 stycznia 1939 roku, Argentyńczycy ponownie spotkali się, tym razem w meczu o Puchar Roca w Rio de Janeiro. Przy wyniku 2:2, Argentyna opuściła boisko, gdy brazylijski sędzia Carlos de Oliveira Monteiro podyktował rzut karny dla gospodarzy na cztery minuty przed końcem meczu. Argentyńczycy protestowali, że zagranie ręką Sabino Coletta nastąpiło poza polem karnym i skonfrontowali się z sędzią, który wyrzucił z boiska kilku zawodników. Pozostali opuścili boisko. Rzut karny trafił do pustej bramki, co było całkowicie niezgodne z prawem a mecz zakończył się zwycięstwem Brazylijczyków. Niektórzy twierdzą, że było 3:2 ale prawda jest taka, że Argentyńczycy przegrali mecz walkowerem. Następnie nadszedł moment, który ostatecznie zerwał stosunki między liderami obu federacji piłkarskich i być może był to decydujący czynnik w zrozumieniu nieobecności Argentyny na Mistrzostwach Świata w 1950 roku. 10 lutego 1946 roku Argentyna i Brazylia zmierzyły się aby rozstrzygnąć losy Mistrzostw Ameryki Południowej(Copa America). Argentyna prowadziła w finałowym etapie rozgrywek różnicą jednego punktu a zwycięzca meczu na „Estadio Monumental” zostałby mistrzem. Remis oznaczałby, że trofeum pozostałoby w Buenos Aires. W Brazylii błyszczeli między innymi Domingos da Guía, Zizinho, Jair Rosa Pinto i Chico. Argentyna mogła pochwalić się znakomitym atakiem, w skład którego wchodzili Vicente De la Mata, Norberto „ Tucho” Mendes, Adolfo Pedernera, Ángel Labruna i Félix Loustau. W obronie wystąpił José Salomón, obrońca o dominującej i imponującej prezencji. Prawdziwy lider. W dwudziestej ósmej minucie meczu Jair poważnie zranił Salomóna potężnym kopnięciem, łamiąc mu kość piszczelową i strzałkową w prawej nodze. W bójce wzięła udział lokalna policja, która zamiast rozdzielić zawodników, zaatakowała również Brazylijczyków. Tak opisał to dziennikarz Félix Frascara w magazynie „El Gráfico”: „W tym momencie eksplodowała bomba zbiorowej agresji. Salomón upadł po starciu z Jairem; Fonda i Strembel gonili Chico i Jaira; ciosy i kopniaki; ogólny wrzask, zamieszanie, podcinanie nóg, kije; wtargnięcie na boisko niezliczonych policjantów; Chico, po uderzeniu Pescii, jest ścigany przez Marante, otrzymuje kopniaka, kontynuuje bieg w kierunku tunelu a policja, nie mogąc go dosięgnąć, próbuje go powalić, podcinając mu nogi; Chico upada przed lożą prasową i otrzymuje grad ciosów, dopóki nie pozwolą mu kontynuować marszu w kierunku szatni, trzymając się za bolącą głowę i wpatrując się, jego oczy nie były skupione, z wyrazem przerażenia; na reszcie boiska – gorzka ironia! – bójka trwa. To pięć lub dziesięć minut niewiarygodnego szaleństwa. Policja, nadmiernie liczna, ma Sędzia również użył nadmiernej i Niepotrzebnie siłowe środki. Gdy bójka ustała, a pięści i stopy zostały uwolnione, Brazylijczycy udali się do szatni, podczas gdy gospodarze pozostali na boisku. Minęła godzina i jedenaście minut, zanim mecz został wznowiony. W rzeczywistości mecz nie został wznowiony. Przynajmniej gra nie przypominała tego, co widzieliśmy przed skandalem. Sędzia zdecydował o wyrzuceniu z boiska Chico i De la Maty, więc każda drużyna pojawiła się w dziesiątkę. Salomón nie był w drużynie Argentyny. Kapitan doznał najpoważniejszego urazu: podwójnego złamania prawej nogi (...)”.
Niesamowite, że mecz trwał dalej. Argentyna wygrała 2:0 po dwóch golach „Tucho” Méndeza i została mistrzem. Oficjalna książka „Copa América”, wydana w 2008 roku, podaje, że mecz rozpoczął się o 15:00 i zakończył o 22:00. Od tamtej pory nic już nie było takie samo. W 1947 roku Argentyna obroniła tytuł mistrza w Ekwadorze ale Brazylia nie brała w nim udziału. Aby uniknąć konfliktów, w kolejnych trzech edycjach naprzemiennie pojawiali się w rozgrywkach kontynentalnych. „Relacje pozostawały bardzo napięte aż do Mistrzostw Ameryki Południowej w 1949 roku, które odbyły się w Rio de Janeiro i São Paulo. Argentyna zdecydowała się nie uczestniczyć w turnieju, ponieważ w listopadzie 1948 roku ogłoszono strajk a piłkarze, którzy wyjechali za granicę, nie mogli grać. „Aby nie wysyłać drużyny rezerwowej, postanowili nie podróżować” – wyjaśnił Ricardo Gorosito, członek Centrum Badań nad Historią Futbolu (CIHF), w rozmowie z „LA NACION”. Historyk wyjaśnia: „To bardzo zdenerwowało Brazylijczyków. Urugwaj był w tej samej sytuacji ale wystawił drużynę i zajął trzecie miejsce”. Gniew wzrósł, gdy AFA, na czele której stał przywódca związku zawodowego Oscar Nicolini, podjęła decyzję o zerwaniu stosunków i wycofaniu udziału Argentyny z Mistrzostw Świata 1950. Początkowo Argentyńska reprezentacja miała podzielić grupę kwalifikacyjną z Kolumbią, Chile i Boliwią. Dwie z tych drużyn miały awansować. W okresie powszechnej dominacji, udział Argentyny w Brazylii był praktycznie gwarantowany. Jednak Argentyna się wycofała a reprezentacja Kolumbii odmówiła udziału. Krótko mówiąc, Chile i Boliwia były jedynymi drużynami, które zakwalifikowały się do Mistrzostw Świata w 1950 roku. W drugiej strefie Ameryki Południowej Ekwador i Peru nie pojawiły się a Paragwaj i Urugwaj dołączyły do turnieju w Brazylii – Urugwaj był przecież głównym bohaterem historycznego „Maracanazo”. „Gniew był ogromny. Do tego stopnia, że Brazylijska Konfederacja Sportu (CBD) zakazała swoim drużynom rozgrywania meczów towarzyskich z Argentyńczykami. Na przykład Racing miał zaplanowany mecz z Bangu z Rio de Janeiro, który z tego powodu nie mógł się odbyć” – dodaje Gorosito. Wszystko to zostało odnotowane w Raporcie Rocznym AFA z 1950 roku. Na jego łamach czytamy: „W czasie, gdy władze AFA wymieniały opinie z liderami Chilijskiej i Boliwijskiej Federacji Piłki Nożnej, aby ustalić, jak powinny zostać rozegrane mecze kwalifikacyjne, Brazylijska Konfederacja Sportu przyjęła nietypową rezolucję: zakazała jednemu ze swoich klubów, który leciał do Santiago w Chile, rozgrywania meczów z drużynami argentyńskimi…”, odnosząc się do Bangú i Racingu. Czy ta rywalizacja między liderami mogła być powodem nieobecności Argentyny na Mistrzostwach Świata w 1950 roku? To możliwe. Choć nie jedyny powód. W rezolucji przyjętej przez AFA 11 stycznia tego roku a upublicznionej pięć dni później przez jej prezesa, Valentína Suáreza, odniesiono się do skutków strajku piłkarzy, który miał miejsce w Argentynie w latach 1948–1949: „Mając na uwadze oświadczenia (CBD) dotyczące nieobecności reprezentacji Argentyny na ostatnich Mistrzostwach Ameryki Południowej w piłce nożnej, które odbyły się w Rio de Janeiro, pomimo powszechnie znanych przyczyn siły wyższej, które uniemożliwiły udział Argentyny, powyższe precedensy świadczą o nieprzychylnym nastawieniu do AFA. W obronie niezachwianych zasad godności i szacunku, Argentyński Związek Piłki Nożnej nie weźmie udziału w Mistrzostwach Świata ”. Zainicjowany w listopadzie 1948 roku strajk zawodowych piłkarzy w Argentynie miał fundamentalne konsekwencje dla historii piłki nożnej w naszym kraju i w wielu innych krajach kontynentu amerykańskiego. Najbardziej ikonicznym punktem było odrzucenie decyzji AFA o zamknięciu okna transferowego na trzy lata (nikt nie mógł zmieniać klubu do 1951 roku). Jednocześnie Argentyński Związek Piłkarzy (założony w 1944 roku) domagał się swobody działania dla swoich członków po wygaśnięciu kontraktów (do tego czasu każdy piłkarz musiał uzyskać zgodę swojego poprzedniego klubu na zmianę klubu, a odmowa zgody uniemożliwiała grę), zniesienia maksymalnego limitu wynagrodzeń w wysokości 1500 dolarów amerykańskich i zastąpienia go płacą minimalną, a także pełnego uznania świadczeń pracowniczych: premii świątecznej, 45 dni urlopu i odprawy. Choć strajk okazał się stosunkowo skuteczny dla zawodników, jego skutki sięgały daleko poza jego zakończenie w czerwcu 1949 roku. Kilku zawodników pozostało pod skrzydłami AFA, ale wielu innych wyemigrowało, aby grać w krajach, gdzie mogli podpisać kontrakty z dużo wyższymi pensjami. Zdecydowana większość trafiła do Włoch, Urugwaju, Kolumbii i Peru. Aby zobrazować ten exodus, przyjrzyjmy się statystykom z 1949 roku: w Kolumbii grało około 109 zagranicznych zawodników, w tym 57 Argentyńczyków. Do 1951 roku liczba ta miała się podwoić.
Do najbardziej błyskotliwych nazwisk w regionie uprawy kawy należeli Adolfo Pedernera, Alfredo Di Stéfano, Néstor Pipo Rossi, Antonio Sastre, René Pontoni i Julio Cozzi. Było 12 Argentyńczyków w Independent Santa Fe w Bogocie, 10 w Universidad de Bogotá, 8 w Deportes Caldas w Manizales, 7 w Millonarios w Bogocie, 5 w América de Cali, 2 w Boca Juniors w Cali, 3 w Once Deportivo w Manizales, 5 w Bucaramanga w Santander, 1 w Deportivo Medellín i 1 w Deportivo Pereyra. Argentyńska piłka nożna trwała ale reprezentacja poniosła porażkę: w tamtym czasie powołania do reprezentacji można było uzyskać tylko w lidze krajowej. Chociaż powrót do formy nie byłby trudny. Argentyna wciąż mogła się pochwalić tak wybitnymi piłkarzami jak Ángel Labruna, Félix Loustau, Norberto „Tucho” Méndez, Ernesto Grillo i Amadeo Carrizo, między innymi. Następnie uwaga skupia się na braku rywalizacji. Po braku meczów w latach 1948 i 1949, argentyńska reprezentacja powróciła do oficjalnych rozgrywek dopiero w marcu 1950 roku, rozgrywając dwa mecze z Paragwajem o Puchar „Chevallier Boutell”. Pierwszy zakończył się remisem 2:2 na stadionie River Plate a drugi, na Gasómetro, zakończył się zwycięstwem gospodarzy 4:0. Był to jedyny występ „Albicelestes” w roku Mistrzostw Świata. Gorosito dodaje: „W 1951 roku Perón dowiedział się, że Anglia nigdy nie przegrała na Wembley z drużynami spoza Wielkiej Brytanii i zlecił Valentínowi Suárezowi zorganizowanie meczu towarzyskiego. Argentyńska reprezentacja wyjechała i przegrała 1:2 w tym pamiętnym meczu, w którym wyróżniał się Miguel Rugilo, zapisując się w historii jako „Lew Wembley” dzięki swojej znakomitej grze bramkarskiej. Podczas tej podróży pokonali Irlandię 1:0 po golu Labruny”. Historyk kontynuuje temat okresu po Mistrzostwach Świata w 1950 r. dla argentyńskiej reprezentacji, co w pewien sposób wyjaśnia powody jej nieobecności na kolejnych Mistrzostwach Świata, które odbyły się w Szwajcarii w 1954 r. „W 1952 roku wrócili do Europy: pokonali Hiszpanię 1:0(gol Infante) i Portugalię 3:1. W 1953 roku Anglicy odwzajemnili wizytę. W pierwszym meczu przegrali 3:1 po słynnej bramce Ernesto Grillo; drugi mecz został przerwany po 20 minutach a w trzecim pokonali Hiszpanię 1:0. Rok później wrócili do Europy: przegrali z Włochami 2:0 i pokonali Portugalię. Bardzo mała rywalizacja. Dwa mecze rocznie przez sześć lat. Brak aktywności oznaczał, że nie byli w stanie uczestniczyć w rozgrywkach. Wysłali jednak trenera Guillermo Stábile, aby ocenił poziom rywalizacji. Po powrocie z mistrzostw świata trener stwierdził, że gdyby pojechali, drużyna zaprezentowałaby się znakomicie” – podsumowuje. Bardzo trudno jest wyjaśnić nieobecność argentyńskiej reprezentacji na dwóch mistrzostwach świata, które odbyły się podczas pierwszych dwóch kadencji prezydentury Juana Domingo Peróna. Przede wszystkim dlatego, że ten przywódca polityczny, jak nikt przed nim ani po nim, zawsze był bardzo aktywny w promowaniu integracji społecznej poprzez sport. Rozumiał lepiej niż ktokolwiek inny, że silne inwestycje w piłkę nożną służą jako narzędzie dominacji politycznej. Nie jest przypadkiem, że podczas jego pierwszej prezydentury duże kluby otrzymały bardzo znaczące wsparcie finansowe, które niektóre wykorzystały na modernizację swoich stadionów. Za dystrybucję tych milionów dolarów odpowiadał Raúl Cereijo, Minister Finansów, na który skorzystały między innymi River, Vélez, Boca, Huracán i Gimnasia y Esgrima de La Plata. Najbardziej skorzystał Racing Club, który dzięki funduszom rządowym mógł wybudować Cilindro de Avellaneda, bardzo nowoczesny jak na tamte czasy stadion. Nieprzypadkowo nosi on imię Juana Domingo Peróna, ani też to, że rywale Racingu ironicznie zmienili nazwę klubu na „ Deportivo Cereijo ”. Manewry polityczne wykluczyły San Lorenzo z dystrybucji funduszy. Z prezesem będącym członkiem UCR (Luisem Nardellim) klub nie otrzymał żadnych dotacji i został pozbawiony możliwości budowy betonowego stadionu. Choć nie ma na to żadnych dowodów, nie sposób wyobrazić sobie scenariusza, w którym Perón nie brał udziału w decyzji o nieuczestniczeniu w Mistrzostwach Świata w Brazylii w 1950 roku lub Mistrzostwach Świata w Szwajcarii w 1954 roku, ani nie miał na ten temat zdania. Prawdą jest jednak również, że lider polityczny niewiele mógł zrobić podczas strajku. To właśnie ten fakt podkreśla całkowitą autonomię, jaką cieszyła się wówczas piłka nożna. „Nie tak znacząco jak teraz, ale polityka zawsze w taki czy inny sposób ingerowała w niektóre decyzje sportowe. Rok po Mistrzostwach Świata w Brazylii to właśnie Perón zaproponował zorganizowanie meczu z Anglią na Wembley, właśnie dlatego, że dowiedział się, że Anglicy nigdy nie przegrali z przeciwnikiem spoza Wielkiej Brytanii na ich stadionie” – wyjaśnia Gorosito. Dodaje: „Za czasów Peróna większość prezesów AFA była postaciami politycznymi bardzo bliskimi temu rządowi”. Istnieją dwa aspekty, które mogą określić wpływ Juana Domingo Peróna na ostateczną decyzję Argentyny o nieuczestniczeniu w Mistrzostwach Świata w Brazylii w 1950 roku. Pierwszy czynnik ma w sobie nutę dumy. Z praktycznie zerową konkurencją na poziomie reprezentacji narodowej i wciąż odczuwającymi skutki strajku z 1948 roku, rząd krajowy podobno zdecydował się nie brać udziału w Mistrzostwach Świata, ponieważ nie było gwarancji zwycięstwa. „Nie mogę zapewnić, że wygramy” – miał powiedzieć wówczas Perónowi Valentín Suárez, jak przypomina agencja prasowa Télam. Z drugiej strony, czy Perón mógł zmienić statut AFA, aby umożliwić emigrantom powoływanie do reprezentacji, wystawiając w ten sposób znacznie bardziej konkurencyjny skład? Na to pytanie nikt nie potrafi teraz odpowiedzieć. Jednak, jak zawsze, działacze piłkarscy byli bardzo blisko rządu i nawet ta relacja nie mogła szybko zakończyć strajku. Istnieją niepotwierdzone doniesienia, że prezydent Argentyny był bardzo zły na piłkarzy, którzy odważyli się strajkować w czasie rządów peronistów, co skutkowało ponad roczną przerwą w rozgrywkach piłki nożnej w Argentynie i późniejszym exodusem. Jednocześnie Perón nadal aktywnie wspierał sport jako narzędzie integracji społecznej i propagandy swojego rządu. W 1950 roku Argentyna była gospodarzem Mistrzostw Świata w Koszykówce(zdobywając mistrzostwo) a rok później Buenos Aires zorganizowało Igrzyska Panamerykańskie. Co więcej, za jego prezydentury w 1949 roku odbyły się w kraju Mistrzostwa Świata w Strzelectwie a w Buenos Aires zbudowano tor wyścigowy i tor kolarski.