9

Butelkowy finał:

11 lipca 1968 r. na Santiago Bernabeu odbył się tzw. ,,butelkowy finał” Pucharu Hiszpanii pomiędzy Realem Madryt a FC Barcelona. W 1968 r. Blaugrana była w głębokim kryzysie. Od ośmiu lat nie zdobyła mistrzostwa Hiszpanii i awans do finału krajowego pucharu z urzędującym mistrzem kraju został uznany za wielki sukces. W dodatku Duma Katalonii wygrała to spotkanie 1:0. Jedyny gol padł w 6 minucie po samobójczym trafieniu Zunzunegui. Później Barça broniła się mądrze i szczęśliwie. Arbitrem spotkania był pochodzący z Majorki Rigo Sureda. Zdaniem kibiców, w zdecydowanej większości kibicujących Realowi, sędzia powinien podyktować 2 karne dla Królewskich. Z trybun zaczął lecieć ,,deszcz” plastikowych i szklanych butelek, który nie ustał nawet, gdy Duma Katalonii robiła runde honorową w kordonie policji. Jose Zaldua jako kapitan był odpowiedzialny za odebranie trofeum z pudełka a w drodze powrotnej na boisko niektórzy kibice zaczęli w jego stronę rzucać butelkami. Musiał się osłonić trofeum (które skończyło lekko wgniecione), aby uniknąć kontuzji. Zaldúa zawsze wspominał: "Oprócz butelek, zostałem poddany wszelkim formom obelg. To było straszne. Od tego dnia nauczyłem się kochać Katalonię za skalę zniewag, które znosiłem." Po meczu żona jednego z ministrów zwróciła się do prezydenta Blaugrany Narcisa de Carrerasa: ,,Gratuluję, ponieważ Katalonia to też Hiszpania, prawda?”. ,,Proszę pani, lepiej się nie denerwujmy nawzajem”- odpowiedział wzburzony prezydent. Krótko po tych wydarzeniach zakazano sprzedaży napojów w butelkach i puszkach na stadionach hiszpańskich a w 1977 r. zaczęto montować siatki za bramkami, chroniące przed obiektami rzucanymi z trybun.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson

1

@severius Dzięki śliczne za docenienie moich starań i polecam się na przyszłość :)

8

@FCBparasiempre
10 lipca 1946 r. w Zabrzu urodził się Henryk Kasperczak, pomocnik. Dziś wszyscy znają strzelca decydującego gola w meczu z Anglią na Wembley, czyli Domarskiego. Wielu zapomina jednak o inicjatorze tej akcji- Henryku Kasperczaku albo przypomina go z racji sukcesów trenerskich. Tymczasem był to zdecydowanie jeden z najlepszych pomocników w dziejach polskiego futbolu. W meczu z Anglią zademonstrował właśnie swój największy atut, czyli znakomity odbiór piłki. W przeciwieństwie do wielu kolegów unikał jednak częstych zagrań do tyłu; wolał raczej inicjować akcje podaniem do przodu lub w ostateczności do boku. Inna jego słynna asysta miała miejsce już podczas MŚ w RFN. W starciu z Włochami, kończącym zmagania grupowe, Kasperczak wybiegł do dalekiego podania i kątem oka zobaczył Kazimierza Deyne. Jakby linijką odmierzone podanie wzdłuż linii pola karnego idealnie usiadło na nodze ,,Kaki” a ten z pierwszej piłki pokonał Dino Zoffa. ,,Znów proszę państwa Henryk Kasperczak na ustach całej polski”- wołał do mikrofonu rozentuzjazmowany Jan Ciszewski. Znów, bo w tym samym spotkaniu kilkaset sekund wcześniej popisał się znakomitym zagraniem na głowę Szarmacha, które ten zamienił na pierwszego gola. Spotkanie z wicemistrzami świata i Europy kończył więc z dwiema asystami. Jego kolega klubowy i reprezentacyjny Jan Domarski stwierdził po tym spotkaniu: ,,W tym dniu precyzją dogrywania piłek dorównał Gościniakowi”- porównując go do wybitnego rozgrywającego siatkarskiej reprezentacji. Bardzo dobrze wypadł też przeciwko RFN w słynnym ,,meczu na wodzie”. ,,W pamięci zapisał się nam Kasperczak, demonstrując arcymistrzowskie prowadzenie piłki, mimo zaciekłych ataków aż trójki obrońców”- komentowały ,,Nowiny Rzeszowskie”. W całym turnieju Kasperczak był podstawowym wyborem Kazimierza Górskiego. Walecznego, bojowo usposobionego zawodnika trzeba było jednak zmienić na początku drugiej połowy decydującego starcia z Brazylią o 3 miejsce na świecie. Zawodnik Stali Mielec aby zapobiec wyjściu na czystą pozycje Mirandinhy, popełnił faul taktyczny, łapiąc go za koszulke. Wtedy za takie przewinienie groziła maksymalnie żółta kartka. Sędzia bez wahania nałożył na niego właśnie taką kare. Selekcjoner postanowił jednak nie ryzykować i za zawodnika zagrożonego wykluczeniem wprowadził Ćmikiewicza. Takie przewinienia były rzadkie u tego zawodnika. Na polskich boiskach znany był właśnie z dżentelmeńskiej postawy. Podczas turnieju dziennikarzy nurtowało też, czy nie czuje się on pechowcem, grając(przypadkowo) z ,,trzynastką” na plecach. ,,Chyba nie, skoro trenerzy i koledzy uważają, że gram dobrze”- odparł niezrażony. Był jedną z najważniejszych postaci drużyny Górskiego, choć ,,Trener Tysiąclecia” dostrzegł go późno. W szeregach reprezentacji pojawił się dopiero w marcu 1973 r., gdy liczył już sobie prawie 27 lat. W kilka miesięcy przeobraził się jednak w lidera zespołu. ,, W linii środkowej oczywiście najlepiej grał Kasperczak. Piłkarz ten na przestrzeni roku zrobił duże postępy, stał się silnym punktem drużyny”- pisała prasa po spotkaniu towarzyskim z Węgrami przed wyjazdem na MŚ. Do dania mu szansy skłoniła selekcjonera znakomita postawa Kasperczaka we wspinającej się o mistrzostwo Stali Mielec. ,,Kasper” dyrygował drugą linią tej drużyny i szanse wykorzystał, choć rywali w walce o miejsce w kadrze miał arcytrudnych: Ćmikiewicza, Maszczyka czy Guta. Tak się złożyło iż pierwsze spotkanie po medalowym mundialu w lidze było starciem Stali z Legią. Prasa zapowiadało go jako rywalizację dwóch najlepszych linii środkowych w Polsce: Kasperczaka i Laty przeciwko Deynie, Gadosze oraz Ćmikiewiczowi. Zwycięsko wyszli z niego przedstawiciele Podkarpacia. ,,Trzeba nagrodzić gre trójki reprezentantów w składzie Stali: Lato, Kasperczyk i Domarski, która zdecydowanie rozstrzygnęła na swoją korzyść prestiżową rywalizacje z równie renomowanym tercetem gości: Deyna, Gadocha, Ćmikiewicz”- pisały ,,Nowiny Rzeszowskie”. Sam Kasperczak w tym starciu nie dość że wyłączył z gry przeciwników, to jeszcze ustalił wynik meczu strzałem z dystansu. Poza odbiorem to właśnie umiejętność precyzyjnych zagrań z dużej odległości była jego znakiem rozpoznawczym. W tamtym sezonie Kasperczak zdobył wicemistrzostwo Polski. Dwukrotnie zostawał z mielczanami mistrzem kraju. Do tego doszedł też brąz. Dziwnym trafem rodowity zabrzanin nigdy natomiast nie zagrał w klubie z rodzinnego miasta- Górniku. Ze Sparty Zabrze trafił do drugoligowej Stali Mielec. Stąd został ściągnięty przez Legie. Wojskowi jednak go nie docenili i pozostało mu terminowanie w rezerwach. Po powrocie do Mielca został jedną z gwiazd ligi. W 1976 r, zdobył nawet tytuł Piłkarza Roku ,,Pilki Nożnej”(jest jedynym piłkarzem w historii Stali Mielec z tą nagrodą) oraz katowickiego ,,Sportu”. Z reprezentacją poza 3 miejscem na MŚ, zdobyl także wicemistrzostwo oimpijskie w Montrealu. Jego bilans w drużynie narodowej wyniósł 61 meczów i 5 goli. Kariere reprezentacyjną zakończył po MŚ w Argentynie. Tam Jacek Gmoch wpadł na osobliwy pomysł i w decydującym starciu przeciwko Argentynie wystawił go na… środku obrony!, z którą nie miał prawie nic wspólnego. Dwa razy nie upilnował on Mario Kempesa, co sprawiło że Polska przegrała 0:2 i ostatecznie nie awansowała do strefy medalowej. Za to podczas tego mundialu powiększyła mu się rodzina. Jego żona urodziła wtedy syna. Po wyjeździe z Polski grał we Francji w FC Metz. Zrobił największą karierę trenerską z pośród swoich kolegów z drużyny Orłów Górskiego. Z dawnym klubem, gdzie występował jako piłkarz, zdobył Puchar Francji, z HSC Montpellier awansował do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów, Wisłe Kraków doprowadził do 1/8 finału Pucharu UEFA, co stanowi największy sukces futbolu klubowego na arenie kontynentalnej w XXI wieku. Prowadził też reprezentacje afrykańskie: Wybrzeża Kości Słoniowej, Tunezji, Maroka i Senegalu. Zdobył srebro i brąz Pucharu Narodów Afryki. Trzykrotnie wywalczył mistrzostwo Polski, był też trenerem roku we Francji w plebiscycie France Football(1990) i Trenerem Roku w Polsce(2002). Jest również pierwszym Polakiem, który uczestniczył w MŚ zarówno jako piłkarz(1974 i 1978), jak i jako trener(1998 z Tunezją).

9

Wszystkiego najlepszego panie Heniu!

Wybitne legendy polskiego futbolu:

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

10

RFEF i jego działania wobec FC Barcelony:

10 lipca 2012 r. RFEF uchwaliła amnestie za wydarzenia w Superpucharze Hiszpanii z 2011 r. Hiszpański Związek Piłki Nożnej zdecydował się anulować kary nałożone po rewanżowym meczu Superpucharu Hiszpanii 2011. Jose Mourinho miał pauzować przez 2 mecze a Tito Vilanova przez jeden. Postanowienie szefa związku Angela Marii Villara było niejako ,,prezentem” na początek jego siódmej kadencji. Przypomnę iż pod koniec sierpniowego meczu o Superpuchar Hiszpanii, który Barcelona wygrała 3:2, brazylijski obrońca Realu Marcelo sfaulował Cesca Fabregasa, co wywołało przepychankę przy linii bocznej; udział wzięła w niej większość piłkarzy i członków sztabów szkoleniowych obu drużyn. Trener Jose Mourinho próbował wsadzić palec w oko asystenta Josepa Guardioli Tito Vilanovy, który w rewanżu popchnął Portugalczyka. No cóż, pana Mourinho zawsze cechowała wyszukana bezczelność i tupet.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

10

Pierwszy oficjalny międzypaństwowy turniej w dziejach futbolu:

9 lipca 1816 r. Argentyna wyzwoliła się spod hiszpańskiej dominacji i ogłosiła niepodległość. Równo sto lat temu dla uczczenia tego jubileuszu, w Buenos Aires odbył się pierwszy turniej kontynentalny. Impreza w tej skali pierwsza w dziejach światowego futbolu, oficjalnie nazywała się „Campeonato Sudamericano de Futbol”, krótko mówiąc Copa America. Efektowny puchar ufundował minister spraw zagranicznych, bowiem ranga wydarzenia przekraczała miare czysto sportową. Bodaj po raz pierwszy w XX wieku także i politycy dostrzegli w skórzanej piłce niebywale nośny wehikuł popularności. Turniej ze względu na wyjątkowe okoliczności miał nadzwyczajny charakter i tak też(„extraordinario”) został nazwany. Trwał od 2 do 17 lipca 1916 r. zaś w jego trakcie, dokładnie 9 lipca, uroczyście powołano do życia „Confederacion Sudamericana de Futbol”, pierwszy na świecie związek ponadnarodowy w skali kontynentalnej. Wielka idea Urugwajczyka Hectora Rivadavii Gomeza doczekała się wreszcie urzeczywistnienia. Organizatorzy przygotowali do gry dwa reprezentacyjne obiekty. Większość meczów odbywała się w dzielnicy Palermo na stadionie Gimnasia y Esgrima. Jego trybuna główna wykonana w całości z drewna była swego rodzaju architektonicznym cackiem. Środkowa część okolona balustradą, miała nadbudowane pięterko, zwieńczone misternie ozdobionym spadzistym dachem a na pięciu masztach powiewały narodowe flagi. Łącznie 20 tysięcy mogło napawać się tu futbolowym spektaklem. Natomiast aż 30 tysięcy miłośników futbolu był w stanie pomieścić położony w dzielnicy Avellaneda stadion Racingu.

Ponieważ była to pierwsza impreza tej skali, organizatorzy starali się nie zaniedbać niczego. Zawodnikom zapewniono opieke lekarską a każda drużyna korzystała z usług masażysty. Sędziowie prezentowali się imponująco, zwłaszcza arbiter główny noszący modną cyklistówke z daszkiem przyodziany w pasiastą marynarke, długie białe spodnie i takiegoż koloru buty. Prawie 15 tysięcy widzów było świadkami inauguracji mistrzostw. Faworyt objawił się już na starcie. Urugwajska jedenastka rozgromiła Chile 4:0. Natomiast w drugim meczu Argentyna rozniosła to samo Chile aż 6:1! Wówczas do akcji wkroczyła Brazylia, urywając punkt rozpędzonym Argentyńczykom ale ulegając Urugwajowi. Po klęsce Chile z Urugwajem, kiedy Isabelino Gradin strzelił 2 gole, jeden z dziennikarzy chilijskich wysunął w swojej korespondencji otwarty zarzut że o zwycięstwie „Celestes” przesądził udział ,,dwóch Afrykanerów”! Oprócz Gradina czekoladową karnacje prezentował również Juan Delgado. Żurnaliście z Santiago nie przyszło do głowy iż poza Afryką mogą być jacykolwiek murzyni. Kierownictwo ekipy chilijskiej sfrustrowane rozmiarami porażki, zgłupiało tak bezdennie że wystosowało do organizatorów oficjalny protest, wystawiając się na pośmiewisko. Trzeba przyznać że po wyjaśnieniu sprawy Chilijczycy solennie przeprosili obu zawodników i ze wstydu posypali głowy popiołem. Dodajmy tylko że Gradin zdobywszy 3 gole, został pierwszym w dziejach Copa America ,,goleadorem” czyli królem strzelców tej imprezy. Ostatni mecz turnieju decydował zatem o wszystkim. Gospodarzy urządzało wyłącznie zwycięstwo a Urugwajczykom z powodzeniem wystarczał remis. „Urusi” panowali na placu od pierwszej do ostatniej minuty, gniotąc niemiłosiernie. Gradin i Romano mijali swobodnie pierwszych dwóch, trzech Argentyńczyków, po czym nadziewali się na ,,muro Humano”- ludzki mur złożony ze zmasowanej obrony. Poza tym skłębionym wałem ciał trwał jeszcze niepokonany bramkarz Isola. Na wypełnionym po brzegi stadionie Racingu mecz zakończył się rezultatem bezbramkowym i pierwszy w historii Puchar Ameryki powędrował do Montevideo. Tyle suche fakty. Jednak anegdotyczna podszewka tych zdarzeń mieniła się wszystkimi kolorami tęczy. Walka o najwyższy kontynentalny laur wyzwalała wśród widzów niezwykła emocje, dosłownie i w przenośni, znajdujące ujście poza obrębem trybun. Mecz na szczycie(de facto finał) pomiędzy Argentyną i Urugwajem powinien odbyć się 16 lipca na stadionie Gymnasia y Esgrima. Chętnych obejrzenia tego spektaklu było znacznie więcej niż miejsc. Toteż tysiące kibiców przerwały kordony i wyległy na płyte boiska. Zapanował chaos nie do opanowania bowiem nigdy przedtem podobne incydenty nie miały miejsca. Mecz został przerwany po 5 minutach gry. Okazało się iż grupa kibiców wtargnęła na boisko Gimnasia y Esgrima i podpaliła drewniane trybuny stadionu. Kompletnie bezradni i skonsternowani działacze po gorączkowych naradach podjęli decyzje o przełożeniu terminu meczu na dzień następny i zmianie stadionu. Obiekt Racingu był nawet nie tyle bezpieczniejszy, co po prostu bardziej pojemny. Wybitni piłkarze istnieli w Ameryce Łacińskiej już wcześniej, ciesząc się uznaniem wśród koneserów tego sportu. Lecz dopiero prestiżowe rozgrywki Copa America przyniosły zjawisko do tego czasu nieznane. Kult gwiazd podsycany przez prase a z biegiem czasu również przez radio. Nastąpiła niezwykła eksplozja namiętności, udzielająca się coraz szerszym kręgom publiczności. Sportowy wynik przestał być sprawą wewnętrznej satysfakcji 22 młodzieńców uganiających się za piłką. Począł angażować zbiorową wyobraźnię, odwołując się do poczucia dumy, lokalnego patriotyzmu a wreszcie narodowej i państwowej tożsamości. Grunt dla tego rodzaju identyfikacji był nader podatny szczególnie w tej części świata, gdzie tradycje niepodległościowe nie przekraczały horyzontu stulecia. Gwiazdy wcale nie musiały spadać z nieba. One były w zasięgu wzroku a zielona murawa boiska stanowiła wymarzoną oprawę dla ich olśniewającego blasku.

@Sysia11
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360

0

@Danny Gaucho Z takimi jak ty się nie dyskutuje!
Takich jak ty się ignoruje a nawet eliminuje!!!

0

@Faro No właśnie nic z tego nie rozumiem!

0

@MaziFCB To prawda, owszem. Tyle że to jest wyjątek, gdyż po po pierwsze to znany slogan ,,naszego" kochanego klubu, a po drugie nie używam(nie pisze go) go w zdania(zdaniach) po hiszpańsku.

2

@Hosh Precz z ukraińskim!

4

Wszelkie obce języki na tej stronie precz!

2

@Comentateiro Oczywiście że obcy! Precz z tą popieprzoną chińszczyzną!!!

9

Kochani cules pamiętajmy „nasze” żywe legendy:

9 lipca 2003 r. Duma Katalonii zaprezentowała nowego zakontraktowanego piłkarza, którym był Rafael Marquez. Urodzony w 1979 r. meksykański środkowy obrońca i defensywny pomocnik nie bez powodu otrzymał od rodaków pseudonim ,,Cesarz”. Kariere rozpoczął w Atlasie Guadalajara, lecz już w 1999 r. trafił do AS Monaco. Po 4 latach w Księstwie przeniósł się na Camp Nou. ,,Będę wzorował się na Puyolu” – przekonywał Meksykanin. Bardzo szybko został łącznikiem pomiędzy formacjami: defensywną i pomocy a z czasem idealnym partnerem Puyola, z którym stworzył zapore nie do przejścia w drodze po podwójną koronę w sezonie 2005/2006. Miał też swój wkład w grę drużyny ,,sześciu pucharów” z 2009 r., choć nie wystąpił w żadnym z finałów w tamtym roku. Spory wpływ na spadek jego formy miały kontuzje. W końcu w 2010 r. odszedł z Blaugrany do New York Red Bulls. W barwach Dumy Katalonii rozegrał 242 mecze strzelając 13 goli, w tym także kilka z rzutów wolnych. W mojej subiektywnej opinii Rafael Marquez jest trzecim(po Puyolu i Pique) najlepszym defensorem Barçy XXI wieku.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

10

Debiut wybitnej legendy FC Barcelony:

9 lipca 1939 r. w towarzyskim spotkaniu z Deportivo Alaves, przegranym przez Barçe 2:4, zadebiutował legendarny, genialny napastnik Cesar Rodriguez, strzelając jednocześnie jednego z goli w tym debiucie.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

9

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

8 lipca 1961 r. urodził się Janusz Nawrocki, pomocnik. Papierosy szkodzą zdrowiu ale Janusz Nawrocki nie jest dobrym przykładem potwierdzającym tę słuszną teze. Jak wielu innych piłkarzy namiętnie palił, co nie zmienia faktu że na boisku zawsze zasuwał za dwóch albo i trzech, zarówno w klubie, jak i reprezentacji, no i w piłke skończył grać grubo po 40-tce. W czasach jego kariery świadomość o szkodliwym wpływie nikotyny na zdrowie była znacznie mniejsza niż dzisiaj. ,,Większość piłkarzy paliła. Jeżeli ktoś był dobrze wytrenowany, dawał sobie rade a ja na boisku ciągle zapindalałem jak mały samochodzik. Nikt mi nie zarzuci że się oszczędzałem.”- podsumowuje pan Janusz. Wisła Kraków była jego domem, w niej nauczył się futbolu. ,,Ojciec zawsze mi powtarzał: ,,Jeśli chcesz grać, czekaj na swoją szanse, na kartki, na kontuzje innych a jeśli już wejdziesz na boisko, to pokaż co potrafisz! Później niech się trener martwi na kogo stawiać”. Z Wisłą rozstałem się zanim zadebiutowałem w reprezentacji. Ja już wcześniej chciałem odejść ale odrabiałem wojsko w milicji, więc mnie to trzymało. Spadek w 1985 r. stał się dodatkowym bodźcem. Nie chciałem grać w drugiej lidze, choć pół roku i tak w niej spędziłem. Trzymał mnie kontrakt.”- wspomina Nawrocki. To była dość niezwykła drugoligowa drużyna bo występowali w niej wciąż bardzo dobrzy piłkarze, byli reprezentanci Polski a nawet medalista mistrzostw świata – Jan Jałocha a także Marek Motyka, Leszek Lipka, Michał Wróbel i jeszcze wielu innych uznanych ligowców. ,,Ten spadek ciągle nie daje mi spokoju. Byliśmy zbyt dobrą drużyną żeby spadać. Nawet po wielu latach próbowałem dociec dlaczego tak się stało. Analizowałem różne fakty. Prawdy pewnie nigdy nie poznamy. Obiło mi się o uszy że kilka meczów niektórzy puścili ale ciągle nie wiem czy to jest prawda.

W każdym razie ja mam czyste sumienie, byłem wtedy młody i nawet gdyby coś podobnego się działo, starsi nie wciągnęli by mnie w takie sprawy.”- przypuszcza pan Janusz. Wówczas Nawrocki intensywnie pracował nad zmianą klubu. ,,Wciąż miałem dobre relacje z Lenczykiem i właśnie on polecił mnie Alojzemu Łysko, który prowadził GKS Katowice. Szybko się dogadałem, była przerwa zimowa a ja klub mogłem zmienić dopiero po zakończeniu sezonu. Przez pół roku musiałem kiblować. Siedziałem w Katowicach, nielegalnie grałem w sparingach w zespole rezerw bo musiałem dbać o forme. Byłem już zawodnikiem GieKsy ale ciągle nie mogłem grać. Z wytęsknieniem czekałem na nowy sezon.”- wspomina Nawrocki. W GieKsie zapracował na solidną marke. Ślązacy w szatni i na trybunach docenili jego zaangażowanie. Walczył na każdych warunkach, miał serce do biegania. ,, Z przodu grali Furtok, Koniarek i Kubisztal. Jeden szybszy od drugiego. Gdy odebrałem piłke na środkowym kole i zagrałem ją do przodu, to w trzech się ścigali, który pierwszy do niej dopadnie a potem trener miał pretensje że nie mnie pod polem karnym rywali. Nie było takiej opcji, nawet teoretycznie bo ja dopiero startowałem od zera a oni, urodzeni szybkościowcy, byli już w pełnym biegu.”- tłumaczy Nawrocki. W kadrze rozegrał w sumie 23 mecze, wszystkie u Andrzeja Strejlała, w jednym nawet z opaską kapitana. Dwukrotnie był blisko awansu na mistrzowską impreze ale zawsze czegoś brakowało. Andrzej Strejlał do tej pory sugeruje że kilku naszych zawodników świadomie mogło się nie przyłożyć do solidnego grania, choć wszelkie szczegóły pozostają w sferze niemożliwych do zweryfikowania domysłów. Ważnym argumentem było zachowanie Nawrockiego, który schodząc w końcówce meczu ze Szwedami z boiska przy stanie 0:2, zdenerwowany miał rzucić kąśliwą uwagę że nie da się wygrać w ośmiu. ,,Całkiem możliwe że coś takiego powiedziałem. Dziwnie ten mecz wyglądał z naszej strony, choć akurat ze Szwedami zawsze gra się bardzo ciężko, oni są świetnie zorganizowani. Nic więcej nie potrafie powiedzieć, zwłaszcza po tylu latach.”- wspomina nasz bohater. Ostatni raz w kadrze zagrał z Irlandią w kwalifikacjach EURO 1992. Polacy zremisowali w Poznaniu 3:3, choć było już 1:3. Pięknie gonili wynik ale do awansu nie wystarczyłoby im nawet zwycięstwo. Za remis z Irlandią polscy piłkarze dostali premie ale Nawrockiego pominięto. ,,Już nigdy nie zagrałem w reprezentacji bo media krytykowały że powoływany jest piłkarz z drugiej ligi austriackiej a ja wtedy naprawdę dawałem rade. Byłem topowym zawodnikiem w tej drugiej lidze, grałem regularnie. Zresztą z Mödling awansowałem do elity i jeszcze pograłem tam 3 sezony. Gdy jeszcze grałem w Ruchu Chorzów, spotkałem Strejlała i powiedziałem mu o tej premii za mecz z Irlandią. Był bardzo zaskoczony, nie mógł uwierzyć i na tym się skończyło. Do dzisiaj mi nie zapłacili, czego nie rozumiem tym bardziej że również nigdy nie zostałem zaproszony na mecz kadry, nikt nie zaproponował mi żadnego biletu. Było EURO w Polsce, były różne mecze. Nie mówię że byłem wybitnym reprezentantem ale taki gest mogli wykonać, zwłaszcza że są mi winni kase!”- wspomina po latach pan Janusz.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

11

Wybitne legendy urugwajskiego futbolu:

8 lipca 1897 r. urodził się Isabelino Gradin, napastnik. Gradin żył bardzo krótko, zaledwie 47 lat, lecz już za życie przeszedł do legendy. Wołano na niego po prostu Isabel. Zaczynał w 1914 r. w małym klubiku Agraciada, najlepsze lata spędził w słynnym Peñarolu, potem był dumą klubu Olimpia. Karierę zakończył w 1928 r. Karierę piłkarską, bowiem jednocześnie Gradin należał do grona najwybitniejszych lekkoatletów tamtej epoki. Wystarczy powiedzieć że był mistrzem Ameryki Południowej w biegach na dystansie 400 m, na 200 m, na 200, 400 i w sztafecie 4 x 400 m. Niewiele gorzej śmigał przez płotki i z podobnym powodzeniem uprawiał sprint na 100 a nawet biegi średnie na 800 m. Niezwykłe zdolności ruchowe i fenomenalna wydolność fizyczna dawały mu także na boisku futbolowym ogromną przewagę nad większością rywali. Mijał ich niczym slalomowe tyczki, przeskakiwał lekko jak kolejne płotki, Był nie do powstrzymania. Łatwość biegu łączył wszakże z doskonałą techniką i potęgę strzału. Rozwijając nawet największą szybkość potrafił piłkę utrzymać krótko przy nodze. Strzelam zaś na ogół w ruchu, ściągając piłkę z powietrza i waląc z pełną mocą z woleja. Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie oglądano, to też ,, na Gradina" chodziły tłumy a że do tego był miły, skromnym chłopcem o ujmującym uśmiechu, stał się idolem absolutnym wszystkich kibiców. Jego imieniem nazywano kluby zarówno w Urugwaju (Barrio Olympico), jak i na przykład w Chile. Gradin jest dwukrotnym zwycięzcą turnieju Copa América(w tym tego premierowego z 1916 roku) gdzie z trzema bramkami na koncie został królem strzelców turnieju. Na tym turnieju w 1916, w wygranym spotkaniu z Chile (4:0) kierownictwo przegranej ekipy złożyło protest, oskarżając Urugwajczyków o nielegalny występ w ich zespole Afrykanów - Gradína oraz Juana Delgado. Ostatecznie, apelacja została wycofana, a skruszeni działacze Chile przeprosili za swój protest. Gradin rozegrał dla reprezentacji Urugwaju 23 spotkania, w których strzelił 9 goli.

@Stinger_
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360

8

Towarzyska Gira Sudamericana:

8 lipca 1962 r. FC Barcelona remisuje z Barcelona de Guayaquil 1:1 w towarzyskim turnieju rozgrywanym w Ameryce Południowej.

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

9

@FCBparasiempre
6 lipca 1991 r. rozpoczęła się 35-ta w historii edycja Copa America. Po raz kolejny gospodarzem imprezy było Chile. Tym razem były to pierwsze rozgrywki transmitowane przez satelitę na cały świat. Telewizyjny przekaz docierał także do Polski. Brazylijska firma „Traffic” wykupiła prawa do transmisji za 1,7 miliona dolarów. Turniej zorganizowano w kilku miastach. Uczestników podzielona na 2 grupy. W pierwszej zmierzyły się Argentyna, Chile, Paragwaj, Peru i Wenezuela; w drugiej Brazylia, Urugwaj, Kolumbia, Ekwador i Boliwia. Utrzymano też w mocy regulamin sprzed 2 lat, wedle którego po dwie najlepsze drużyny tworzyły pule finałową. Argentyna była zdecydowanym faworytem nie tylko pierwszej grupy ale i całych mistrzostw. Głodna sukcesu(ostatni raz tytuł zdobyła w roku… 1959!) przywiozła do Chile niezwykle silną, doskonale przygotowaną ekipe, którą trenował nowy trener Alfio Basile. Musiał on obyć się bez ,,boskiego” Diego, bowiem wiele zdawało się wówczas wskazywać iż kapryśny Diego na finałach MŚ’90 zakończył przygodę z wielką piłką. W bramce stał bohater sprzed roku, jeden z trzech ludzi, oprócz Maradony i Caniggi, którym dosyć bezbarwna Argentyna zawdzięczała wicemistrzostwo świata. To 27-letni Sergio Goycochea, niezrównany obrońca rzutów karnych, człowiek o sprężystości i refleksie pantery. Na środku obrony niczym latarnia morska trwał od lat godny następca Passarelli, kapitan drużyny Oscar Rugeri. W reprezentacji rozegrał 95 meczów, strzelając bodaj 7 goli. Zdobył mistrzostwo świata 1986 i wicemistrzostwo 1990 oraz Copa America 1991 i 1993. Niezwykle silna, wyrazista osobowość, mocny psychicznie, idealny kapitan i lider zespołu. Obrońca zdecydowany, twardy, sprawny, szybki i nieustannie wspierający atak. Wyżej od niego skakał tylko niezrównany Passarella. W życiu prywatnym cichy, skromny, bez reszty oddany rodzinie a na boisku jego wybuchowy temperament eksplodował niczym gejzer. W pomocy wybijał się zwłaszcza wysoki, jasny szatyn, 22-letni Dario Franco, pracowity, wydajny fizycznie, bardzo pożyteczny dla zespołu i skuteczny w destrukcji. Świetne warunki sprawiały że równie ochoczo włączał się do akcji zaczepnych a głową strzelał silnie i precyzyjnie. Zadania typowo ofensywne spełniał Diego Simeone. Ten utalentowany młodzian to syn Carmelo Simeone, w latach 50-tych i 60-tych doskonałego prawego obrońcy Velezu, Boca i reprezentacji. Jednak młody Diego dziedzicząc w prostej linii futbolową tradycje, skalą zdolności chyba przerósł ojca. Znakomity technik i strzelec, zwrotny, szybki, momentami nadużywał dryblingu, zapominając o czekających na podanie partnerach. Kiedy zdołał poskromić wybujały egoizm, jego wielkie umiejętności grały na korzyść drużyny. To był typ piłkarza zdolny jedną niekonwencjonalną akcją przesądzić losy meczu. Dosyć nieoczekiwanie wielką rewelacją i odkryciem tego turnieju okazał się dokoptowany niemal w ostatniej chwili Leonardo Rodriguez. 20-letni chłopak miał jedną ceche na wage złota, otóż potrafił zmylić czujność obrońców, błyskawicznie przyspieszyć i w pełnym biegu posłać centre tak dokładną że obsłużonemu w ten sposób partnerowi wystarczyło przyłożyć do piłki noge lub głowe. Jego mierzone dośrodkowania bardzo często otwierały drogę do bramki. Rzecz jasna na tym nie kończyły się walory Rodrigeuza. Umiał mądrze rozegrać piłke w środku pola, zmienić rytm gry a uderzenie posiadał ,,wymowne”. Na chilijskich stadionach rozgrywał życiowe partie.

W ataku Basile dysponował duetem, o jakim może tylko pomarzyć każdy trener. Atuty chyżonogiego Caniggi znane już były całemu światu. Teraz u jego boku pojawił się młodzian równie przystojny, o włosach niewiele krótszych a był nim Gabriel Batistuta. Harmonijnie zbudowany, bardzo sprawny i szybki, wszystkie dodatkowe zdolności podporządkował temu, co stanowi kwintesencje futbolu: zdobywanie goli. Technike strzału doprowadził do absolutnej perfekcji, bez różnicy czy uderzał lewą czy tez prawą nogą, z wolnego, karnego bądź też w pełnym biegu. Mocno trzymający się w ,,siodle” potrafił dopiąć swego, nawet mając na karku napierających na niego obrońców. Podczas turnieju Gabriel trafił z dyspozycją strzelecką w sam punkt i z 6 golami został goleadorem imprezy. Z takimi asami atutowymi trener Basile mógł sobie pozwolić na wszystko. W mniej ważnych meczach dowolnie eksperymentował ze składem. Albicelestes szli niepowstrzymanie od zwycięstwa do zwycięstwa. Grając na ,,ćwierć gwizdka” rozprawiła się 3:0 z Wenezuelą, w twardym boju pokonała 1:0 bardzo tym razem mocne Chile, rozgromiła Paragwaj 4:1 i w rezerwowym składzie nie dała szans Peru(3:2). O drugie premiowane miejsce gospodarze zmagali się z Paragwajem, prowadzonym przez znakomitego ongiś piłkarza, zdobywcę Copa America w 1979, Carlosa Kiee. Teoretycznie zgromadził on całkiem niezłych zawodników na czele z legendarnym Jose Luisem Chilavertem. Mimo to zgranie zespołu szwankowało, obrona interweniowało nerwowo, no i kondycyjnie ,,Guarani” nie wytrzymali trudów imprezy. Wysoka porażka z Chile(0:4) wyrzuciła ich za burte. Jeszcze słabiej zaprezentowało się Peru, grające futbol jak zwykle miły dla oka ale mało zdecydowany a zwłaszcza w obronie niefrasobliwy. Gospodarze turnieju ulegli tylko rewelacyjnej Argentynie, pokonując pozostałych przeciwników. Grali ostro, z ogromną determinacją ale też pokazali naprawdę dobrą, widowiskowa piłke. W ataku szalał postrach wszystkich obrońców na obu kontynentach Ivan Zamorano. Ten napastnik zasmakował już występów w Copa America 1987 ale był wówczas tylko skromnym rezerwowym. Rozgrywka w drugiej grupie była bardziej emocjonująca i obfitowała w nie lada dramaty. Wydawało się że obrońca tytułu Brazylia, poradzi sobie łatwo, lecz ekipie Roberto Falcão szło jak po grudzie. Ledwo wymęczyła zwycięstwo z odważną Boliwią, z najwyższym trudem zremisowała z zawsze niewygodnym Urugwajem i gładko(0:2) przegrała z Kolumbią, ku zdumieniu obserwatorów ustępując jej także pod względem techniki. Do nie dawna było to w ogóle nie do pomyślenia! I oto jej losy zawisły na włosku. Dopiero desperacka szarża z kompletnie wyzbytym respektu Ekwadorem zapewniła Brazylijczykom awans. Nie pokazali oni niczego nadzwyczajnego. Komuś, kto przyglądał się szarpaninie, w jaką wikłali się Taffarel, Branco, Mazinho, Marcio Santos, Mauro Silva czy rai, do głowy by nie przyszło iż widzi w akcji przyszłych mistrzów świata. No może najwyżej Mauro Silva pokazał przebłyski wielkiego talentu. Lansowany na ,,drugiego Falcão” Neto zawiódł na całej linii. W ataku najgroźniejszy był grubonogi João Paulo, puszczający się w samotne długie rajdy. Jego pięknie zapowiadającą się karierę we włoskim Bari przekreśliło złamanie nogi. Do ostatniej chwili Brazylii zagrażał Urugwaj, chociaż ten niczym nadzwyczajnym nie zachwycił. Z kolei Kolumbie prowadził tym razem nie trener Maturana, lecz Luis Garcia. Miał wszelako ułatwione zadanie bowiem ,,odziedziczył” aż 10 zawodników występujących w Copa America przed dwoma laty. U boku Higuity, perei, Escobara, Alvareza, Valderramy i de avili pojawili się właściwie dwaj nowi nader obiecujący zawodnicy. Czarnoskóry Freddy Rincon oraz młodziutki, ledwie 19-letni Ivan Valenciano. Ma się rozumieć iż gra Kolumbijczyków obracała się wokół alfy i omegi zespołu, czyli Carlosa Valderramy, rozdzielającego piłki z matematyczną dokładnością. Wpadka z Urugwajem nie zmieniała faktu że to właśnie Kolumbia była najlepszym teamem rugiej grupy i ona też, wraz z Brazylią przeszła do puli finałowej dzięki korzystniejszej różnicy bramkowej, bowiem wszystkie 3 drużyny zebrały po 5 punktów. Jeszcze słowo należy się ambitnym jedenastkom Ekwadoru i Boliwii, grającym naprawdę lepszy futbol niż wskazywałyby na to miejsca w ostatecznej punktacji. Twarda Boliwia tyle wysiłku włożyła w zaszczytne remisy z Urugwajem i Kolumbią że świeższy na finiszu Ekwador rozłożył ją 4:0. Tak oto uformowała się finałowa czwórka: Argentyna, Brazylia, Chile i Kolumbia. Teraz już każdy musiał grać z każdym. Widownie Estadio Nacional rozgrzał szczególnie pasjonujący mecz dwóch kolosów- trzykrotnego mistrza świata z dwukrotnym. Bohaterem tego dramatycznego spotkania był skromny Dario Franco. Dwukrotnie po idealnych centrach Rodrigueza skakał wyżej od Ricardo czy Santosa i dwukrotnie piłka lądowała obok bezradnego Taffarela. Wprawdzie Branco w typowy dla siebie sposób huknął z rzutu wolnego z odległości ponad 35 metrów ale przypomniał o sobie najlepszy snajper turnieju Batistuta i było 3:1. João Paulo tylko zmniejszył rozmiary porażki(3:2). Brazylia przegrała po zażartej walce; sędzia z Paragwaju wyrzucił z boiska Caniggie i Enrique oraz Mazinho, Marcio Santosa i Carece! Ale wreszcie zagrała w stylu chociaż cokolwiek przypominającym dawnych ,,Canarinhos’ i to był pozytywny przełom, chociaż przyszedł trochę zbyt późno. Podopieczni Falcão złapali drugi oddech i bez nadmiernych problemów uporali się zarówno z Chile, jak i z Kolumbią. Rozkręcili się Branco, Luis Enrique i niezwykle dynamiczny obrońca Cafu, zaś Renato Gaucho z Botafogo zamaszystymi zwodami wprost ośmieszał obrońców przeciwnika. Jednak argentyńska maszyna też nie zwalniała obrotów. Minimalnie tylko zacieła się w bezbramkowym meczu z gospodarzami, którzy dosłownie gryźli trawe Estadio Nacional, co zresztą przypłacili ogromnym ubytkiem sił ale już z Kolumbią ,,Albicelestes” udowodnili że nie mają godnych siebie rywali. Podczas rzęsistego deszczu, na grząskiej rozmytej murawie, taplając się w wodzie i błocie, pokazali futbol piękny i skuteczny. Kolumbijczycy nie chcieli pozostać dłużni. I oto na koniec imprezy, obie drużyny zafundowały 50-tysięcznej publiczności oraz milionom telewidzów wspaniałe widowisko. Valderrama popisywał się techniką zgoła baśniową; odebranie mu piłki graniczyło z nieprawdopodobieństwem. Szczwany lis Basile zalecił więc swoim graczom przemyślana taktykę. Kolumbijskiemu wodzirejowi pozostawiono ograniczoną swobode, obstawiając za to jego partnerów i przechwytując kierowane do nich podania. ,,Żółto-niebiescy” grali elegancki, estetyczny futbol, co skłoniło któregoś z obserwatorów do uwagi: ,,Tak właśnie grali Brazylijczycy ale to było 30 lat temu…”. Argentyńczycy paradoksalnie rzadziej utrzymywali się przy piłce, lecz nigdy nie stracili kontroli nad sytuacją. W razie potrzeby przyspieszali i błyskawiczna wymiana podań, jeden przerzut do Caniggi czy Batistuty momentalnie stwarzały zagrożenie pod bramka Higuity. Zderzyły się dwa style: subtelny, miękki, lekko archaiczny i pragmatyczny, nowoczesny, choć też nie pozbawiony nieco surowej urody. 2:1 dla Argentyny nie pozostawiało złudzeń, ,,co jest grane” we współczesnym futbolu. Team Basilego zademonstrował taką klase że komentatorzy szeptali o narodzinach wielkiego zespołu, który właśnie wyruszył na podbój świata i któremu, podobnie jak w 1978 i 1986, nikt nie stawi czoła. Tak więc Argentyna o jeden punkt nad Brazylią triumfuje po raz 13-sty w historii Copa America.


9

Argentina! Argentina Campeones!(czytajcie kochani w odpowiedzi na mój komentarz):
@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360

0

@Eto'o9 R10 No z przykrością musze się z tobą nie zgodzić w tej kwestii ale jedno nie ulega wątpliwości: To są ikony FC Barcelony i zawsze należy o nich wspominać, zwłaszcza każdy szanujący się cule!

9

Jedyny triumf nad „Canarinhos”:

Polska pokonała na mistrzostwach świata Brazylie 1:0! 6 lipca 1974 reprezentacje Polski i Brazylii wybiegły na Olympiastadion (Stadion Olimpijski) w Monachium, gdzie na oczach ponad 70 tysięcy widzów miały zagrać o honorowe, trzecie miejsce w turnieju. Polacy przystępowali do tego spotkania kilka dni po przegranym 0:1 meczu z RFN, który ze względu na fatalne warunki atmosferyczne przeszedł do historii jako “Mecz na wodzie”. Eksperci długo zastanawiali się jeszcze po tym spotkaniu jaki mógłby być rezultat, gdyby mecz odbył się w normalnych warunkach, bowiem Polaków jako rewelację turnieju uznawano za jedną z nielicznych drużyn, które były w stanie pokonać reprezentację RFN. Stało się jednak inaczej, lecz nasi reprezentanci wciąż walczyli o historyczny i wyjątkowy sukces. Spotkanie z Brazylią odbywało się w godzinach popołudniowych i w skrajnym upale. Uczestnicy tamtego meczu wspominają, że warunki były iście tropikalne a temperatura znacznie przekraczała 30 stopni Celsjusza. Brazylijczycy przystępowali do spotkania mimo wszystko w roli faworytów i liczyli na stosunkowo szybkie rozprawienie się z reprezentacją Polski, lecz ta mimo trudów turnieju oraz panującego upału, stawiała przeciwnikowi twarde warunki, zwłaszcza w środkowej strefie boiska. Efekt był taki, że mimo optycznej przewagi “Canarinhos”, w trakcie pierwszej połowy spotkania obie drużyny stwarzały sobie porównywalnie groźne sytuacje, lecz nie zbliżyły się specjalnie do otworzenia wyniku. Groźniejsze sytuacje przyniosła druga połowa, w której do głosu coraz bardziej dochodzili Brazylijczycy, lecz w bramce doskonale spisywał się Jan Tomaszewski, broniąc choćby groźne uderzenie Valdomiro, po tym jak ten urwał się prawym skrzydłem i uderzał niebezpiecznie z ostrego kąta. W 71 minucie spotkania Henryk Kasperczak musiał ratować się faulem taktycznym, długo przytrzymując próbującego urwać się na naszą bramkę Mirandinhę. Za to przewinienie otrzymał żółtą kartkę, a trener Górski obawiając się wykluczenia swojego podopiecznego z boiska szybko dokonał zmiany. Kilka minut później wydarzyła się najważniejsza sytuacja tego spotkania, gdy Zygmunt Maszczyk przejął piłkę i doskonałym podaniem uruchomił Grzegorza Lato. Ten ruszył z własnej połowy i nie decydując się na uruchomienie łapanego przez brazylijską defensywę na spalonego Zdzisława Kapki, sam wypuścił sobie piłkę na dobieg i ubiegł obrońcę, umieszczając futbolówkę w siatce strzałem po długim słupku, obok bezradnego Leao. W kolejnych minutach Polacy dbali o defensywę i kontrowali, lecz Lato przegrał dwie kolejne sytuacje sam na sam z brazylijskim golkiperem. Ostatecznie Polska wygrała tamto spotkanie 1:0 i została trzecią drużyną świata, zdobywając za ten triumf srebrne medale, bowiem dla wicemistrzów świata przypadały wtedy medale pozłacane.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

10

Wotum nieufności wobec Laporty:

6 lipca 2008 r. odbyło się referendum dotyczące odwołania Joana Laporty. Jego inicjatorem był Oriol Giralt, jeden z socio klubu. 60,6 % socios było za dymisja Laporty ale wniosek o wotum nieufności musiał przejść większością 2/3 głosów i tym samym upadł. Laporta zdecydował się na pozostanie w klubie. W 1998 r. obecny prezydent znajdował się po drugiej stronie barykady i pragnął odwołać ówczesne władze. ,,Nuñez powinien zrezygnować w imie demokracji”- mówił wówczas Laporta, gdy wniosku nie poparła wymagana większość socios.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

0

@Eto'o9 R10 Jeśli chodzi o napastników to właśnie tacy piłkarze jak Paulino Alcantara, Cesar Rodriguez czy wreszcie Ladislao Kubala byli bardzo wyjątkowi, wręcz genialni na swoich pozycjach. Nie uważam że Ronaldo i Messi byli od nich lepsi, jedynie pobili rekordy. A powodem pobicia rekordów był dłuższy okres grania i większa ilość przeciwników(czytaj meczów).

10

Wybitne legendy Dumy Katalonii:

6 lipca 1920 r. w Leon urodził się genialny napastnik Cesar Rodriguez Alvarez. Piłkarz momentami niedoceniany ale z ogromnym talentem i z pewnością jeden z najlepszych piłkarzy, jacy kiedykolwiek występowali w FC Barcelonie. Cesar w barwach Blaugrany zaliczył 433 występy, strzelając 294 gole. W samej tylko La Liga Cesar uzbierał 190 goli, co jest drugim wynikiem w historii Blaugrany po Lionelu Messim. W roku 1939 Cesar Rodriguez przeszedł z małego klubiku Frente Leon do wielkiej FC Barcelony, by tam podwyższać swe umiejętności. W chwili przekroczenia budynków klubowych, młody Hiszpan z pewnością nie zdawał sobie sprawy że to właśnie tutaj spędzi najlepsze chwile życia. Jego debiut w drużynie nieco się opóźnił, za sprawą obowiązków wobec armii. Mimo że oficjalnie był zawodnikiem Barçy, grał na wypożyczeniu w Granada CF, gdzie w 1941 pomógł małemu klubowi w awansie do Primera Division a rok później oficjalnie zadebiutował w La Liga w barwach FCB. Już w trakcie pierwszego sezonu młodzian pokazał się z bardzo dobrej strony. W meczu z CD Castellon(7:3) udało mu się aż 6-krotnie(!) pokonać bramkarza rywali. Ostatecznie zakończył ligowe zmagania na drugiej pozycji w tabeli strzelców La Liga a jego najlepszy okres właśnie nadchodził… Po powrocie w 1942 r., Cesar musiał czekać aż 3 lata aby zatriumfować z Blaugraną w Primera Division. Dopiero rok 1945 dał jemu i drużynie upragnione mistrzostwo. Rok później doprowadził katalońską jedenastke do finału Copa del Generalismo, w którym strzelił 2 gole Realowi Sociedad, dając swojej ekipie ostateczne zwycięstwo. Kolejny sezon był przełomowy; właśnie wtedy, wraz z Basorą, Kubalą, Manchonem i Moreno, stworzył zabójczą linie ataku, która zapewniła klubowi aż 5(!) tytułów w ciągu zaledwie jednego sezonu 1951/52. Mimo tak doborowego towarzystwa, Cesar nadal świecił własnym blaskiem, strzelając gola w doliczonym czasie finału Copa del Generalismo z Valencią, który ostatecznie zakończył się wynikiem 4:2 dla Katalończyków. Udało mu się także zdobyć jedynego gola w finale z OGG Nice w Copa Latina.

Niestety, wszystko co piękne szybko się kończy. Cesar musiał w końcu opuścić Dume Katalonii, gdyż nikt nie mógł mu tam zapewnić miejsca w podstawowym składzie a taki snajper nie może przecież przesiadywać na ławce rezerwowych. Po dwóch drobnych epizodach w mało znaczących klubikach, przeszedł do Elche CF i tam również osiągał sukcesy. Najpierw jako gracz a później jako grający trener poprowadził swój zespół z 4 ligi aż do samej Primera Division! Spędził tam jeszcze sezon prowadząc już jako normalny trener, lecz nie zawojował La Ligi. W ciągu 7 lat Cesarowi udało się zaliczyć niezbyt imponującą ilość występów w reprezentacji Hiszpanii. Między 1945 a 1952 rokiem 12 razy wystąpił w kadrze ,,La Roja”. Należy jednak pamiętać iż w tamtych czasach reprezentacje europejskie nie rozgrywały tylu meczów co dzisiaj. Jednak za to Rodriguez może się pochwalić powołaniem na mistrzostwa świata rozgrywane w Brazylii w 1950 r. Po pierwszych doświadczeniach w roli trenera, Cesar przejął zespół Realu Saragossa i ponownie osiągnął wspaniałe rezultaty, jak na możliwości klubu. W dwóch kolejnych sezonach był odpowiednio czwarty i piąty. Udało mu się także dojść do finału Copa del Generalismo, gdzie został pokonany przez swoją ukochaną Barçe. Niezłe wyniki i styl, w jakim grała Saragossa zwróciły uwagę działaczy Katalończyków na Cesara. W krótkim czasie powierzono mu drużynę, w której odniósł wiele sukcesów, lecz tym razem nie poszło mu tak dobrze i po 85 meczach dano mu do zrozumienia iż powinien odejść. Cesar Rodriguez jako piłkarz zdobył z Blaugraną 5 mistrzostw Hiszpanii, raz udało mu się zgarnąć nagrodę ,,Pichichi”(w 1949, 28 goli), dwukrotnie wygrał Copa del Generalismo oraz triumfował w wielu mniej prestiżowych turniejach. Z pewnością można o nim powiedzieć że był człowiekiem sukcesu i pozostanie w pamięci cules jako jeden z najwybitniejszych napastników Dumy Katalonii.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

9

Legendy argentyńskiego futbolu:

5 lipca 1901 r. urodził się Julio Libonatti. Grał na pozycji napastnika i mógł grać na dowolnej pozycji w ataku. Piłkarz o dużej inteligencji, jakości, szybkości i umiejętnościach, wyróżniał się precyzyjnymi strzałami i skutecznością przed bramką. Był znany jako ,,El Matador”. Karierę rozpoczął w szeregach Newell's Old Boys w wieku 16 lat, debiutując w Nicasio Vila Cup (liga piłkarska Rosario) w roku 1917. W kolejnej edycji tego turnieju zdobył swój pierwszy tytuł z Newell’s wyrywając trofeum z Rosario Central. W 1921 roku „Trędowaci” zakończyli wspaniały sezon, zdobywając kolejny Puchar Nicasio Vila i Puchar Ibarguren. W lokalnych rozgrywkach przegrali tylko jeden mecz i mieli pięć przewagi nad swoim bezpośrednim prześladowcą, Tiro Federal Argentino. W Pucharze Ibarguren pokonali Huracán 0:3, a Libonatti zamknął wynik w 44. minucie. W kolejnej kampanii odnowili ligę Rosarina przed Nacionalem i Belgrano, choć przy tej okazji Huracán zemścił się za poprzedni finał w „Ibarguren Cup” i pokonał ich 1:0 w dogrywce. W ostatnich latach spędzonych w koszulce Newell’s nie poprawił swojego rekordu, chociaż nadal z łatwością trafiał do siatki, pozostawiając ostatni bagaż drużynie Rosario, która zdobyła 78 goli w 141 meczach. W 1925 roku prezydent Turynu Enrico Maroni był entuzjastycznie nastawiony do gry Libonattiego podczas podróży do Argentyny i złożył ofertę podpisania kontraktu z napastnikiem, która została przyjęta. Tym samym stał się pierwszym piłkarzem przeniesionym na Stary Kontynent i otworzył europejskie drzwi licznym rodakom, którzy później poszli w jego ślady. Napastnik, którego rodzice byli Włochami, ale pod koniec XIX wieku wyemigrował do Argentyny, szybko uzyskał obywatelstwo włoskie. W barwach Turynu zadebiutował 4 października 1925 roku w meczu z Brescią przebijając siatkę drużyny przeciwnej. W swojej pierwszej kampanii strzelił 18 goli w 22 meczach, a Torino zajęło drugie miejsce. W sezonie 1926-1927 wspaniały trójząb utworzony przez Baloncieriego, Rossettiego i Libonattiego przyprawiał o ból głowy przeciwną obronę, a Turyn po prowadzeniu Grupy B Dywizji Narodowej zdominował rundę finałową i miał dwa punkty przewagi nad Bologną, zdobywając trofeum mistrza Włoch. Radość nie trwała jednak długo, gdy tytuł został wycofany po sprawie Allemandiego. Torino pokonało Juventus 1:2, ale kilka dni wcześniej menadżer skontaktował się z obrońcą Juventusu Luigim Allemandim i zaproponował mu 50 000 funtów za ustawienie meczu. Włoska Federacja Piłki Nożnej i jej prezes Leandro Arpinati pozbawili Turyn ligi i ogłosili nieważność mistrzostw w tym sezonie. W następnym roku, z całą legitymizacją, „Il Toro” wygrał ligę, pokonując Genuę i Juventus w ostatniej fazie grupowej. Libonatti został ogłoszony „capocannoniere” z 35 golami, a zespół prowadzony przez De Tony'ego Cargnellego, w skład którego wchodzili tacy ludzie jak Franzoni, Rossetti, Baloncieri, Sperone, Colombari i Feliciano Monti, zdobył pierwszy w swojej historii tytuł mistrzowski. W 1929 roku walczyli o utrzymanie mistrzostwa kraju, ale musieli zadowolić się wicemistrzem. Odbył się dwumeczowy finał pomiędzy Bolonią a Turynem, który trzeba było rozstrzygnąć w powtórce. W Bolonii gospodarze wygrali 3:1, a gola dla Torino strzelił Libonatti. W rewanżu El Toro wygrał minimalnie po golu Włocha-Argentyńczyka w połowie drugiej połowy. Powtórkę rozegraną w Rzymie Bologna wygrała golem w końcówce pojedynku.

Począwszy od 1930 roku, wraz z utworzeniem Serie A, wyniki Il Toro spadły, a szanse na walkę o tytuł zmalały. Libonatti strzelił 14 goli w 1931 i 16 w 1932, ale w kolejnych sezonach nie przekroczył dziesięciu. „Matador” opuścił Turyn w 1934 roku ze znakomitymi statystykami: 150 goli w 239 meczach. Kolejnym celem jego podróży była Genua. W drużynie Griffon spędził dwa sezony, najpierw w Serie B, a następnie w najwyższej kategorii, gdzie zajął jedenaste miejsce. Strzelił 7 goli w 27 meczach i dzielił szatnię z węgierskim trenerem Gyorgym Orthem czy Argentyńczykami Mario Evaristo, Guillermo Stábile i Rodolfo Orlandini. W 1937 r. wyjechał do Rimini, gdzie w kampanii 1937-1938 łączył pracę na boisku z ławkami rezerwowych. Zespół zajął 5. miejsce w Serie C. Libonatti przeszedł na emeryturę pod koniec sezonu. W reprezentacji Argentyny występował 15 razy na arenie międzynarodowej i strzelił 8 goli w latach 1919–1922. Zadebiutował w „Honor Cup” w 1919 r., gdzie „Albicelestes” pokonali Urugwaj 6:1 hat-trickiem Rosario. W 1920 roku ponownie potwierdzili tytuł po zwycięstwie 1:0 w Buenos Aires, ale „La Celeste” zdobyła dwa pozostałe tytuły, o które regularnie rywalizowała ze swoimi sąsiadami: Urugwajski Puchar Honorowy i Puchar Newtona.
@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360

13

Pożegnalny występ wybitnej legendy FC Barcelony:

5 lipca 1927 r. FC Barcelona rozegrała towarzyski mecz z kombinowaną drużyną Espanyolu. To był ostatni mecz legendarnego Paulino Alcantary w barwach Dumy Katalonii. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem ,,Espanyolu” 2:1 a honorowe trafienie dla Blaugrany zaliczył znakomity napastnik Josep Sastre.


Transferowe niewypały:

5 lipca 2010 r. Dmytro Czyhryński został sprzedany do Szachtara Donieck. Ukraiński środkowy obrońca był niespodziewanym transferowym niewypałem Pepa Guardioli pod koniec okna transferowego w 2009 r., krótko po meczu Superpucharu Europy z Szachtarem, w którym występował właśnie Czyhryński. Młody, mało znany zawodnik kosztował aż 25 milionów euro i zarówno prasa, jak i kibice dziwili się decyzji szkoleniowca, który miał nalegać na ten zakup. Ukrainiec rozegrał jednak tylko 14 spotkań przez cały sezon i pomimo nacisków Guardioli, Sandro Rosell zdecydował się przystać na propozycję odkupienia Czyhryńskiego przez Szachtar za 15 mln. aby wartość zawodnika nie spadła jeszcze bardziej. Co ciekawe po powrocie do Doniecka, Dmytro nie wywalczył sobie miejsca w pierwszym składzie. No cóż, jak widać nasz ,,Pepito” jak każdy z nas ma prawo się najzwyczajniej w świecie pomylić…
@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

9

Artyści kontra wyrobnicy:

4 lipca 2004 r. reprezentacja Grecji sensacyjnie zdobyła mistrzostwo Europy pokonując w finale na Estadio da Luz Portugalie 1:0. Oba zespoły spotkały się już na tym turnieju, tyle że w fazie grupowej. Wówczas lepsi byli piłkarze Hellady, zwyciężając 2:1. Finał to już jednak najwyższy szczebel rozgrywek a finały się wygrywa, nie rozgrywa. W pierwszych minutach meczu inicjatywę przejeli Portugalczycy; strzały Paulety i Cristiano Ronaldo nie sprawiły jednak Nikopolidosowi większych trudności. Do wysiłku zmusił go dopiero Miguel ale i jego uderzenie zdołał sparować grecki golkiper. W rewanżu Charisteas usiłował postraszyć Ricardo ale strzał nie był na tyle niebezpieczny aby mógł poważnie zagrozić portugalskiej bramce. Po pierwszej połowie zatem 0:0. Piłkarze Scolariego w dalszym ciągu atakowali ale poza utrzymywaniem się przy piłce nie potrafili zdyskontować wypracowanej przewagi. Grecy zwarli szyki obronne, ograniczając swoja aktywność w grze jedynie do kontrataków. Po jednej z takich akcji uzyskali rzut rożny. Do narożnika boiska udał się Basinas; chwile potem dośrodkował w pole karne, Charisteas uprzedził Carvalho oraz Andrade i głową wpakował piłke do siatki. To był decydujący cios, który oszołomił gospodarzy. Po tym golu Portugalczycy nie zdołali się już otrząsnąć a tylko cudem uniknęli kolejnej bramki. Szanse na odrobienie strat mieli jeszcze Figo i Ronaldo ale nie potrafili ich wykorzystać. W 85 minucie meczu na boisko wtargnął kibic z szalikiem FC Barcelony i rzucił nim w grającego na co dzień w Realu Madryt Luisa Figo. Pięć minut później było już po meczu. Triumfujący Grecy rzucili na kolana upokorzonych Portugalczyków. Puchar Delaunaya pierwszy raz w historii powędrował pod Akropol.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

8

@FCBparasiempre
4 lipa 1926 r. w Buenos Aires urodził się Alfredo Di Stefano, ofensywny pomocnik/napastnik, zdobywca Copa America-1947 ; 8-krotny Mistrz Hiszpanii(Real Madryt)-1954, 1955, 1957, 1958, 1961, 1962, 1963, 1964 ; 5-krotny Zdobywca Pucharu Europy(Real Madryt)-1956,1957,1958,1959,60 ; 3-krotny Mistrz Kolumbii(Millonarios FC) – 1941, 1951, 1952 ; Zdobywca Pucharu Króla(Real Madryt)-1962 ; Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego(Real Madryt- 1960 ; 2-krotny Mistrz Argentyny(River Plate) – 1945, 1947 ; 2-krotny zdobywca Złotej Piłki ,,France Football’’– 1957, 1959 ; Hiszpański Piłkarz Roku - 1957, 1959, 1960, 1964 ; 2-krotny Król Strzelców Pucharu Europy - 1958, 1962 ; 5-krotny Król Strzelców ligi hiszpańskiej(Real Madryt) - 1954, 1956, 1957, 1958, 1959 ; Król strzelców Ligi Argentyńskiej – 1947; 2-krotny król strzelców Ligi Kolumbijskiej – 1951, 1952. Zdobywca 23 goli w 31 meczach dla reprezentacji Hiszpanii. Zdobywca 6 goli w 6 meczach(!) dla reprezentacji Argentyny. Ogółem zdobywca 555 goli w 697 oficjalnych meczach. Alfredo Di Stefano to jeden z najlepszych piłkarzy wszechczasów, słynący z wszechstronności, inteligencji na boisku i skuteczności. Był głównym liderem słynnego madryckiego składu, który w latach 50-tych i 60-tych zdominował hiszpańską i europejską piłkę. Jest jednym z najwybitniejszych piłkarzy Realu Madryt i całej hiszpańskiej ligi, a grało ich tam nie mało. Przez dziesięciolecia był najskuteczniejszym napastnikiem Realu, oraz jednym z najskuteczniejszy piłkarzy Primera Division w całej jej historii. Alfredo Di Stefano przyszedł na świat w rodzinie włoskich emigrantów w Barraca, jednym z dyskryktów Bueno Aires. Pierwszym klubem Di Stefano był słynny River Plate, w którym zaczął grywać w wieku 17 lat. Już dwa lata później świętował swój pierwszy triumf z zespołem w lidzie argentyńskiej. W 1947 roku po raz drugi zdobył mistrzostwo, zostając także królem strzelców. W między czasie miał przygodę z Club Atletico Huracan, do którego na krótko został wypożyczony w 1946 r. Strajk argentyńskiej ligi, sprawił, że Alfredo Di Stefano przeniósł się do Kolumbii, grając w tamtejszym Millonarios w latach 1949-1953. Z klubem tym zdobył trzykrotnie mistrzostwo Kolumbii zostając także dwukrotnym królem strzelców. Było jasne, że Di Stefano ma niezwykłe umiejętności snajperskie, oraz charakter przywódcy na boisku. Był piłkarzem myślącym, często zmieniał pozycję co utrudniało pilnowanie go przez obrońców przeciwnej drużyny. To wszystko sprawiło, że o Argentyńczyka zaczęły dobijać się dwa hiszpańskie kluby; Real Madryt i FC Barcelona. Po wielu perturbacjach Di Stefano w końcu trafił na Santiago Bernabeu, mimo, że miał już nawet podpisaną umowę z Barceloną. W owym czasie Związek Hiszpański zakazał występów piłkarzy zagranicznych w lidze, jednak nawał krytyki sprawił, że decyzja szybko została odwołana i Alfred Di Stefano mógł grać w Realu Madryt. Wraz z przyjściem di Stefano zaczęła się złota era Realu Madryt, zdecydowanie okres największej dominacji jednego klubu na świecie. Di Stefano był filarem drużyny, wokół którego powstała drużyna, która zapoczątkowała wielka potęgę Realu Madryt. Przed przyjściem „Saeata rubia”(„blond strzała”) klub z Madrytu miał na koncie tylko dwa trumfy w lidze, ale z pomocą Di Stefano szybko to się zmieniło. Już w pierwszym swoim sezonie zdobywając koroną króla strzelców(27 goli), wraz z kolegami zdobył także mistrzostwo. Drugi sezon był równie udany, Di Stefano drugi raz z rzędu został mistrzem Primera Division.W kolejnym sezonie Real Madryt w lidze musiał uznać wyższość Athletic Bilbao i FC Barcelony, mimo, że Argentyńczyk strzelił 24 goli i ponownie został królem strzelców. Ale niepowodzenie w lidze Real odbił w rozgrywkach o Puchar Europy, które w sezonie 1955/56 ruszyły po raz pierwszy. W finale „Królewscy” pokonali Stade Reims 4:3, a jedną z bramek zdobył Alfredo Di Stefona. W 1956 roku Di Stefano przyjął obywatelstwo Hiszpanii, tegoż roku do Realu przyszedł inny wybitny piłkarz – Raymond Kopaszewski(polskiego pochodzenia), i wraz z Di Stefano siał postrach na boiskach krajowych i europejskich. Real Madryt ponownie na dwa lata odzyskał prym w lidzie hiszpańskiej, co łącząc ze zdobywaniem kolejnych Pucharów Europy wcale nie było takie łatwe. Ale jak przyznawali piłkarze klubów całej europy, Real wówczas był klasą sam dla siebie, a sam Alfredo Di Stefano poziomem gry przewyższał innych piłkarzy co najmniej o klasę. W finałach tych rozgrywek Di Stefano odgrywał niemal zawsze pierwsze skrzypce. W 1957 Real spotkał się z Fiorentiną, pokonując ją 2:0, jedną z bramek strzelił D Stefano. Zdobył również 7 goli w całych rozgrywkach. W finale w 1958 roku klub z Madrytu pokonał 3:2 AC Milan, i Argentyńczyk z hiszpańskim paszportem ponownie wpisał się na listę strzelców. Z liczbą 10 goli został także najskuteczniejszym piłkarzem tych rozgrywek. W sezonie 1958/59 w Primera Division Real był drugi tuż za Barceloną, i po raz 4 z rzędy zdobył Puchar Europy, w czym pomógł Di Stefano i Kopaszewskiemu kolejny wybitny piłkarz – Ferenc Puskas. To była drużyna prawdziwych „Galaktycznych”, w składzie podajże trzech z pięciu najlepszych piłkarzy świata lat 50-tych, którzy potrafili grać niezwykle drużynowo i pomysłowo.

Sam Di Stefano szybko stał się najskuteczniejszym piłkarzem Europejskich Pucharów w których zawsze imponował skutecznością. W każdym z pięciu finałów Pucharu Europy, Di Stefano strzelał gole. W ostatnim wygranym finale w 1960 r. z Eintrachtem Frankfurt(7:3) zaliczył hattricka, a wraz z Puskasem zdobył łącznie 20 goli! Z dorobkiem 49 goli w Pucharze Europy na dziesięciolecia stał się rekordzistą pod tym względem(rekord został pobity dopiero w 2005 r.).Z kolei Pichichi Trophy(trofeum dla króla strzelców) zdobył jeszcze w roku 1957(31), 1958(19) i 1959(23). W 1960 r. Di Stefano z zespołem zdobył kolejne nowopowstałe trofeum w postaci Pucharu Interkontynentalnego, pokonując urugwajski klub Penarol Montevideo.Passa w elitarnych europejskich rozgrywkach została przerwana w sezonie 1960/1961, gdzie na drodze Realu Madryt stanęła FC Barcelona. Mimo odpadnięcia w Pucharze Europy, Real przerzucił swoją passę zwycięstw na ligę, w której w kolejnych latach triumfował w składzie z Alfredo di Stefano pięć razy z rzędu. Mimo, że w 1962 i 1964 Los Blancos dochodzili do finałów Pucharu Europy, to jednak nie udało się go zdobyć ponownie. Sam Alfredo Di Steafano po roku 1960, nie prezentował się już tak wspaniale jak wcześniej, prym w ataku przejął Ferenc Puskas, jednak nadal to on był przywódcą drużyny, a z jego zdaniem liczył się nawet trener.Gdy w 1964 roku Alfredo Di Stefano odchodził z Realu był już legendą i najwybitniejszym piłkarzem klubu, z dorobkiem 246 goli w 302 meczach najskuteczniejszym napastnikiem w historii aż do XXI wieku, kiedy rekord ten pobił Raul Gonzales. Karierę piłkarską kończył w Barcelonie, ale nie w klubie znienawidzonym przez Madryckich kibiców, a w Espanyolu. Grał tam przez dwa sezony i mimo blisko 40 lat radził sobie całkiem dobrze, w 77 występach zanotował 41 bramek. W 1947 roku Alfredo di Stefano został po raz pierwszy powołany do reprezentacji Argentyny. Paradoksem jest, że tak wybitny piłkarz ani razu nie uczestniczył w Mundialu. Grając dla Argentyny nie wystąpił na MŚ w 1950 roku, gdyż ta odmówiła udziału w imprezie. Z kolei w 1954 roku Argentyna nie zakwalifikowała się do mistrzostw, a sam di Stefano wystąpił kilka razy w reprezentacji Kolumbii, co jednak nie zostały uznane oficjalne. Dla barw Argentyny strzelił 6 goli w 6 meczach. Alfredo przyjął obywatelstwo Hiszpańskie w 1956 r. i mógł grać w reprezentacji Hiszpanii. Jednak nie zdołał się zakwalifikować na MŚ w 1962 r. Ta sztuka udała się 4 lata później, ale pech chciał, że przed finałami mistrzostw świata Di Stefano doznał kontuzji, która go wyeliminowała z imprezy. Mimo, że Alfredo Di Stefano przez większość swojej kariery występował w barwach Hiszpanii, to wielu wiąże jego osobę z Argentyną, co przypomina słynne zdjęcie Di Stefano w trykocie Argentyny, na którym może jeszcze pochwalić się blond czuprynką. Plasuje się na czwartym miejscu wśród strzelców Primera Division(227 goli), i na drugim wśród zawodników Realu Madryt( z dorobkiem 216 bramek), wyprzedził go dopiero Raul Gonzales w 2009 roku. W 2003 roku przez Federację Hiszpańską został wybrany „Złotym piłkarzem”, jako najwybitniejszy gracz hiszpański ostatnich 50 lat. Sam Pele nazwał go najbardziej kompletnym piłkarzem wszechczasów. W głosowaniu France Football na najwybitniejszego piłkarza w historii, Di Stefano uplasował się na czwartej pozycji, za Pele, Maradoną i Johanem Cruyffem. W 2000 roku został mianowany jako Honorowy Prezydent Realu Madryt. Od 2008 roku dziennik „Marca”, wręcza nagrodę imienia Alfredo Di Stefano, dla najlepszego piłkarza ligi hiszpańskiej. W 2006 roku otwarto stadion imienia Alfreda Di Stefano, gdzie zwykle grają i trenują rezerwy Realu Madryt. Po zakończeniu kariery rozpoczął swoją przygodę z trenerką. Trenował osiem klubów z niezłym skutkiem w tym River Plate i Boca Juniors , z którymi wywalczył Mistrzostwo Argentyny. Trenował także ukochany Real Madryt zdobywając Super Puchar Hiszpanii w 1990 r. Największe jednak osiągnięcia zdobył z Walencją, kiedy to w 1971 roku wywalczył mistrzostwo Hiszpanii, a za drugim podejściem w 1980 r. zdobył z tym klubem Puchar Zdobywców Pucharu.

10

Upragniony remis dający awans do półfinału:

4 lipca 1982 r. Polska zremisowała bezbramkowo z ZSRR w drugiej fazie(grupowej) mundialu España 1982. Cała Polska zasiada przed telewizorami. Gdy kibice martwią się o wyniki kolejnych spotkań, pracownikom Telewizji Polskiej sen z powiek spędza to, co może pojawić się na ekranie. W wielu miejscach na całym świecie pojawiają się transparenty "Solidarności". "Nad studiem warszawskim można było panować. Problem był natomiast z żywym przekazem z Hiszpanii" – wspominał Grzegorz Świątkiewicz z Redakcji Sportowej Telewizji Polskiej. Apogeum emocji nastąpiło przed meczem Polska – ZSRR. Na mecz odbywający się 4 lipca 1982 roku na Camp Nou w Barcelonie Biuro Koordynacyjne Solidarności za Granicą przygotowało dwa transparenty o wymiarach 15 metrów długości na trzy metry szerokości. Polski realizator dwoił się i troił, żeby ominąć te obrazy, co i raz robił przebitki z innych meczów, ale nie dało się nie pokazać polskich symboli. Na trybunach znajdowało się także ponad pięć tysięcy małych flag z napisem "Solidarność". "Dziesięć minut po rozpoczęciu drugiej połowy zjawił się kapitan z Guardii Civil z żądaniem usunięcia transparentu. Podniosłem ręce i krzyknąłem: Katalończycy, pomóżcie! Nagle 80 tys. ludzi zaczęło skandować: Solidaritat! Polonia!" – wspominał z rozrzewnieniem Pascal Rossi-Grzeskowiak, współpracownik "Solidarności" we Francji. Mecz, ku ogromnej radości zawodników, trenera i kibiców zakończył się "zwycięskim remisem", gdyż pozwolił reprezentacji Polski awansować do półfinału MŚ. Włodzimierz Smolarek pobił światowy rekord w czasie trzymania piłki przy narożnej chorągiewce, Zbigniew Boniek wystąpił w telewizji w zdobycznej koszulce przeciwnika a następnego dnia w zachodniej prasie ukazało się zdjęcie reprezentacji ZSRR na tle transparentu z napisem "Polska-Rosja 0:0, Solidarność-ZSRR 1:0".

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?