FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
35 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
8
Zapomniane El Clasicos:
28 grudnia 1969 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Real Madryt 1:0 w 16 kolejce Primera Division po golu Gallego w 29 minucie. To zwycięstwo pozwoliło jedynie awansować na 10-te miejsce w tabeli a sezon zakończyć dopiero na siódmym miejscu.
28 grudnia 1975 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 2:1 w 15 kolejce Primera Division. Gole dla Barçy strzelili: Neeskens już w 3 minucie oraz(decydującego o zwycięstwie) Carles Rexach w 89 minucie. Te 2 punkty uplasowały Blaugrane na 4 pozycji ze stratą jedynie 3 punktów właśnie do Realu Madryt.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Stinger_
@Symson
12
Argentina Campeon!
27 grudnia 1936 r. Brazylia pokonała Peru 3:2. To był mecz otwierający 14-tą edycje Copa America. Gospodarzem zmagań była Argentyna a głównym obiektem turnieju był stadion klubu CA San Lorenzo de Almagro zwany ,,Nuevo Gasometro”, mieszczący ponad 65 tys. widzów. Po radiowych rewelacjach sprzed 2 lat, Buenos Aires olśniło przybyszów dosłownie i w przenośni. Po raz pierwszy w historii mecze odbywały się późnym wieczorem przy sztucznym świetle. Takie spektakle ze względu na niezwykły klimat i walory estetyczne zyskały wkrótce miano ,,nokturnów”. Regulaminową nowinką była możliwość dokonania nawet dwóch zmian w trakcie spotkania(w tamtych czasach generalnie nie dozwolona była zmiana piłkarzy). Tu wszakże organizatorom nie starczyło wyobraźni i rezerwowi czekali na swoją szanse kucając lub leżąc na trawie w pobliżu linii autowej. Dopiero te doświadczenia sprawiły iż z biegiem czasu zainstalowano ławke. Turniej był niezwykle mocno obsadzony, chociaż miał też swoich wielkich nieobecnych. Na kontynentalną scenę wrócił wprawdzie Paragwaj, lecz paroletnia wyniszczająca wojna z Boliwią złamała kariery bez mała całej, nader zdolnej generacji. Młodzi piłkarze bowiem szli na front. Mimo tego talenty paragwajskie rodziły się na kamieniu. W trakcie wojny o Gran Chaco w Argentynie znaleźli się piłkarze najwyższej światowej klasy. Niestety żaden z nich nie wystąpił w tym turnieju, choć wiele wskazuje na to że ich obecność uczyniła by z teamu ,,Guarani” bodaj głównego faworyta Copa America. Chodzi o Arsenio Erico i Delfina Beniteza Casereca.
Dramat tego pierwszego polegał na tym iż nigdy nie zagrał w reprezentacji, chociaż był najlepszym piłkarzem w historii Paragwaju, zaś zdaniem takiego autorytetu jak ś.p. Di Stefano w ogóle najwybitniejszym środkowym napastnikiem w dziejach światowego futbolu. Tego typu kategoryczne opinie zawsze budzą wątpliwości. Jednak Erico dowiódł swojej wielkości w sposób nader wymierny. W latach 1934-46 w 335 ligowych meczach zdobył dla Independiente 293 gole! Liderując argentyńskiej tabeli wszechczasów! Z całą pewnością był graczem genialnym i nie ma w tym słowa przesady. Główkarz niezrównany, z którym w zawody mogliby najwyżej iść Kocsis i Passarella. Przy wzroście 175 cm. Fruwał w powietrze na wysokość poprzeczki. Wielokrotnie głową wytrącał bramkarzom piłke, którą- zdawało się już, już trzymali w wyciągniętych w górę jak struna rękach. Strzelał z równą łatwością nożycami, z woleja, z powietrza, z ziemi. Jego palomity(gołąbki) urzekały brawurą i elegancją. Skończony technik i drybler, zdumiewał bogactwem akrobatycznych sztuczek. Pomyśleć tylko, że taki człowiek nigdy nie przywdział pasiastej koszulki ,,Guarani”! A to był ,,za młody”, a to ,,wynarodowił się” tak długo mieszkając w Argentynie, a to trener powątpiewał w jego ambicje… kompletny absurd! Drugim wielkim nieobecnym był Benitez Caseres, skutecznością niewiele ustępujący samemu Erico. W 1937 był już gwiazdą Boca Juniors, jednak sztab trenerski Paragwaju nie widział go w składzie- cóż za idiotyzm! Mimo tak niedorzecznych absencji Paragwaj pokazał kilku obiecujących zawodników, którzy niebawem zrobili udane kariery w lidze argentyńskiej, jak Esquivel, Marcial Barrios, Ortega, Flor czy też najlepszy z nich znakomity napastnik Aurelio Gonzalez. ,,Guarani’’ grali nierówno. Potrafili pokonać Urugwaj, lecz z Brazylią i Argentyną nie mieli cienia szans. Chile nieoczekiwanie rozgromiło Urugwaj 3:0 i stoczyło heroiczny bój z Brazylią, który był popisem napastników i blamażem obrońców. Wynik 4:6 na korzyść Brazylii dobrze oddawał te proporcje.
Natomiast Urugwajczycy owładnięci byli jedną myślą: po raz kolejny wygrać z Argentyną! Wszystko więc podporządkowali temu celowi, w trakcie innych meczów będąc wręcz nieobecnymi duchem. I dopieli swego. 60.tysięczna publiczność na Estadio San Lorenzo oglądała porywające swą dramaturgią widowisko. Już w 5 minucie Villadoniga strzelił gola, który ,,ustawił” dalszy przebieg meczu. Obrona Celestes skutecznie zamurowała dostęp do bramki. W 51 minucie Juan Emilio Piriz strzelił drugiego gola a ,,urusi” poszli za ciosem i w efekcie Varela podwyższył na 3:0. Dopiero wtedy gospodarze otrząsnęli się z szoku. Pod bramką Besuzzo rozpętał się huragan. Varallo w 63 i Zozaya w 68 minucie zmniejszyli klęskę do rozmiarów porażki. Na więcej nie starczyło czasu. O wszystkim decydował teraz ostatni mecz turnieju Argentyna-Brazylia. Canarinhos mieli 8 punktów, zaś Albicelestes 6 punktów. Po wyrównanym ciężkim meczu kapitalny rajd lewoskrzydłowego Enrique Garcii w 48 minucie przesądził sprawę. Wielcy rywale zrównali się punktami. Nie po raz pierwszy w dziejach Copa America doszło więc do dodatkowego meczu. W normalnym czasie przeciwnicy nie ustępowali sobie ani na jotę. Atak za atak, oko za oko. Urugwajski sędzia Mirabal zarządził dogrywke. Za doświadczonego Varallo wszedł nieopierzony młodzian, Vicente de la Mata. Nagle stało się coś takiego, jakby młody żarłoczny jastrząb spadł na spłoszone stadko kuropatw. De la Mata w przeciągu niespełna 4 minut(109 i 112) dwukrotnie odtańczył z piłką nieprawdopodobny taniec ,,świętego Wita” i kompletnie osłupiali obrońcy tylko spoglądali bezradnie jak baletmistrz wjeżdża do pustej bramki. Dzięki tym dwóm fantastycznym zagraniom Argentyna po 8 latach odzyskała Puchar Ameryki. Choć trzeba przyznać iż natknęła się na godnego siebie rywala. W turnieju po raz pierwszy zagrał Ekwador. Po raz czwarty z rzędu zwyciężyli gospodarze, za to pierwszy raz uczestniczyło w rywalizacji więcej niż połowa członków Conmebol. Po raz pierwszy też lider klasyfikacji o miano najlepszego snajpera, Chilijczyk Toro, zdołał strzelić aż 7 goli.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lahey
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Sysia11
@Stinger_
7
@FCBparasiempre
Chociaż grał z Polakami, podczas wojny polsko-bolszewickiej walczył po stronie tych drugich. Później już podczas II wojny światowej objął polską stronę. Historia pierwszego obcokrajowca w naszej lidze pełna jest niespodziewanych zwrotów akcji. Przed Wami Paweł Akimow, czyli pierwszy obcokrajowiec naszej ligi. Pierwsze kluby piłkarskie pojawiły się na obecnym terytorium naszego kraju w momencie, kiedy Polska nie widniała na żadnych mapach świata, a więc do roku 1918. W owym czasie obcokrajowcem formalnie był także Polak, lecz musiał on pochodzić z terenu będącego pod innym zaborem. Dlatego też biorąc pod uwagę definicyjne ujęcie innej narodowości, pierwszych wzmianek musimy szukać po roku 1914. Jeśli istnieje miejsce, w którym na kartach historii znajdziemy piłkarza innej narodowości, to z całą pewnością jest to Lwów, a dokładniej mówiąc, należy się przyjrzeć dwóm zespołom: Pogoni oraz Czarnym Lwów. Pierwsze oficjalne spotkanie obu zespołów miało miejsce podczas rozgrywania Mistrzostw Galicji w 1914 roku. Ich pojedynek był jednocześnie meczem derbowym o prym w mieście. Wobec tego w sposób nie do końca formalny zaciągały one do swoich szeregów Czechów, Węgrów oraz Austriaków, którzy licznie przebywali na tamtych terenach. Pierwszych wzmianek o takich zabiegach można odszukać w „Księdze Pogoni”. Dokładniej mowa o uczniu pochodzącym z niemieckiego gimnazjum, którego ściągnięto na skutek braków kadrowych. W jego przypadku głównym problemem była bariera językowa oraz to, że cechował się nadmierną ostrością w grze. Niestety nie znane nam jest nazwisko tego chłopaka, ponieważ „Księga Pogoni” spisywana była z ustnych przekazów i niestety nikt nie pomyślał, aby zapamiętać jego dane. Kolejne informacje przedstawiają węgierskiego zawodnika, który na co dzień reprezentował PCT Bela Deutsch a do Pogoni Lwów trafił przypadkiem. Należał on do szeregów pułku huzarów, który mniej więcej w 1907 roku stacjonował koło Lwowa. Dodatkowo w „Księdze” możemy odszukać wzmianki o niejakim Löblu, lewoskrzydłowym Victorii Wiedeń, a także o Johannie Kammererze z Florsidorfer AC. W obecnej stolicy Małopolski w 1909 roku pojawił się węgierski piłkarz Ludwik Dominiak, który reprezentował barwy Wisły Kraków do 1911 roku. Co ciekawe nie odniósł on wielkich sukcesów z zespołem ani nie był nawet wiodącym piłkarzem, to wedle podań miał on nauczyć kolegów z zespołu podań wykonywanych wewnętrzną częścią stopy, o czym niejednokrotnie wspominał Stanisław Mielech. „Dominus” trafił do Wisły z szeregów armii austriackiej. Mówiono o nim, że nie tylko był piłkarzem, ale także w pewnym momencie był także trenerem oraz swego rodzaju prezesem. Co ciekawe tym samym okresie rozegrał kilka spotkań dla Krakusa Podgórze. Poszukując pierwszego zagranicznego piłkarza w historii polskiej piłki, należy najpierw nakreślić, w jakim aspekcie będziemy przeprowadzać poszukiwania. Jeśli mamy na myśli formalne rozgrywki piłkarskie, to musimy się przenieść do 1927 roku, kiedy to rozegrano pierwsze krajowe mistrzostwa w systemie ligowym. W tym ujęciu pierwszym obcokrajowcem w sformalizowanym polskim futbolu był zawodnik Legii Warszawa Paweł Mironowicz Akimow grający na pozycji bramkarza, urodzony 27 grudnia 1897 roku w Moskwie. Profesjonalną przygodę z futbolem rozpoczął w 1923 roku jako zawodnik warszawskiej Legii. Występował głównie w spotkaniach towarzyskich oraz nieformalnych lokalnych turniejach. Dwa lata później na skutek problemów finansowych Legii przeniósł się do WTC Warszawa. Niestety trafił z deszczu pod rynnę, ponieważ przez ówczesnych włodarzy klubu został zaszantażowany nieprzedłużeniem wizy zezwalającej na pobyt w kraju, jeśli ten nie podpisze nowej umowy w klubie. W świetle tych wydarzeń postanowił wrócić do Legii. W innym przypadku zostałby deportowany do ZSRR, gdzie wisiało nad nim widmo represji politycznych dla zdrajców. Decyzja o powrocie do Legii okazała się strzałem w dziesiątkę pod względem sportowym. Niespełna rok później sięgnął z klubem po Puchar Polskiego Towarzystwa Eugenicznego, które jest uznawane za pierwsze trofeum w bardzo bogatej historii klubu. Choć trzeba zaznaczyć, że forma 15-minutowych spotkań rozgrywanych w systemie sześciu na sześciu ma niewiele wspólnego z obecną formułą.
W 1927 roku utworzono pierwsze mistrzostwa kraju rozgrywane w systemie ligowym a Akimow zadebiutował w rozgrywkach 15 maja 1927 roku w meczu przeciwko Warcie Poznań. W wygranym 3:1 spotkaniu stał się dodatkowo pierwszym obcokrajowcem, który oficjalnie zagrał w polskiej lidze. Dla Legii zagrał łącznie w 24* oficjalnych spotkaniach w latach 1925-1936. Co ciekawe na dwa lata przed końcem swojej piłkarskiej podróży w pojedynku z Garbarnią Kraków na skutek decyzji szkoleniowca Gustava Wiesera wystąpił jako napastnik. Zanim Akimow trafił do stołecznego klubu, po raz pierwszy w piłkę zagrał, reprezentując drużynę Internowanych Toruń, gdzie występował w 1921 roku. Dwanaście miesięcy później bronił barw Czarnych Toruń. Akimow wobec obecnych standardów swoim wyglądem nie przypominał bramkarza. Mierzył zaledwie 172 cm wzrostu. Co ciekawe swój debiut oraz ostatni mecz w barwach Legii Warszawa zaliczył w spotkaniach z Wartą Poznań, odpowiednio 15 maja 1927 roku i 23 sierpnia 1936. Losy Akimowa nie były łatwe. W 1920 roku otrzymał powołanie do Armii Czerwonej w randze szeregowca, a następnie trafił na front wojny polsko-bolszewickiej. Podczas starć pod Radzyminem został pojmany do niewoli przez polski oddział, po czym zamknięto go w obozie dla jeńców wojennych w okolicach Torunia. Po zakończeniu wojny nie zdecydował się na powrót na ziemie rosyjskie. W okresie międzywojennym zamieszkał w Warszawie i w 1921 roku złożył wniosek o przyznanie polskiego obywatelstwa. Uzyskał je dopiero w 1937 roku po ślubie z Polką. Po raz kolejny na front trafił po wybuchu II Wojny Światowej, a dokładniej mówiąc w trakcie kampanii wrześniowej. Po przedostaniu się na teren Francji wstąpił do 10 Brygady Kawalerii płk. Stanisława Maczka. Po krótkim czasie wysłano go do Wielkiej Brytanii, gdzie awansował na stopień kaprala 1. Dywizji Pancernej. Po roku 1944 brał udział w starciach na terytorium Francji, Holandii oraz Belgii. „Paszka” jak go nazywano, na froncie odznaczył się wielkim bohaterstwem, za co otrzymał Order Virtuti Militari. Podczas bitwy został poważnie raniony odłamkiem pocisku, na skutek czego doznał poważnych ran szarpanych brzucha, lecz pomimo tego postanowił on uratować kompana spod linii silnego ostrzału oddziału niemieckiego.
*W zależności od źródeł liczba jego występów dla Legii Warszawa wynosi 23 bądź 24 mecze.
7
Pierwszy obcokrajowiec w polskiej lidze:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
9
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
27 grudnia 1932 r. w Rembertowie urodził się Jerzy Woźniak, strzelec pierwszego gola na Stadionie Śląskim. Szkoda tylko, że był to gol samobójczy. Ta jedna wpadka nie może jednak przekreślić jego wspaniałych dokonań. Przez lata był podporą defensywy warszawskiej Legii i reprezentacji Polski. Budził podziw wszechstronnym wyszkoleniem i szybkością. Pewny siebie, solidny i grający ofensywnie lewy obrońca, czasami lewoskrzydłowy. Przygodę z piłką zaczynał w klubie Kadra Rembertów, do którego dołączył w wieku 15 lat. Dwa lata później przeniósł się do Marymontu Warszawa, a kiedy przyszedł czas na służbę wojskową, to w 1953 r. trafił do stołecznego Lotnika. Klub ten występował wówczas w II lidze i z Woźniakiem w składzie zajął solidne piąte miejsce w tabeli. Po sezonie został jednak rozwiązany decyzją MON-u. Dobre występy Woźniaka na boiskach drugoligowych boiskach zaowocowały jednak przenosinami do Legii. W nowym zespole zadebiutował 28 marca 1954 r. w bezbramkowo zremisowanym meczu z Lechem. W swoim premierowym sezonie zaliczył tylko 12 występów. Steiner mocno rotował wówczas składem, szukając optymalnego ustawienia, a na pozycji Woźniaka próbował też Edwarda Zielińskiego. Kiedy jednak rok później Legia zdobywała dublet, to Woźniak był już jego pierwszym wyborem. Ciekawostką jest fakt, że razem z Henrykiem Grzybowskim byli wówczas jedynymi warszawiakami w 17-osobowej kadrze zespołu. Woźniak zawsze imponował doskonałym przygotowaniem fizycznym i to w dużej mierze dzięki szybkości wygrywał większość pojedynków. Potrafił też jednak zatrzymać rywala umiejętnościami czysto piłkarskimi, bez uciekania się do nadmiernie ostrej gry. Od czasu do czasu zapuszczał się z piłką do przodu i stwarzał zamieszanie w szeregach rywala. W Legii spędził 14 sezonów. W tym czasie dwukrotnie zdobywał mistrzostwo Polski (1955 i 1956) oraz trzykrotnie Puchar Polski (1955, 1956 i 1966). Zagrał w 217 meczach i trzy razy zdołał wpisać się na listę strzelców. O tym, jak ważną rolę odgrywał w zespole, przekonywano się, kiedy nie było go w składzie. Rzadko pojawiał się na pierwszym planie, nie popisywał się spektakularnymi zagraniami, ale jego obecność w drużynie była bezcenna. Szansę debiutu w kadrze dostał od Ryszarda Koncewicza. Pierwszy raz wystąpił 29 maja 1955 r. w zremisowanym 2:2 meczu z Rumunią w Bukareszcie. Przez kolejne siedem lat był jednym z podstawowych zawodników w kadrze. Grał w starciach z ZSRR, RFN czy Hiszpanią. Na igrzyskach w Rzymie wystąpił we wszystkich trzech spotkaniach. Ostatni raz biało-czerwone barwy reprezentował 23 maja 1962 r. w wygranym 2:0 meczu z Belgią w Warszawie. W Reprezentacji rozegrał 35 meczów.
@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
10
Zapomniane legendy polskiego sportu:
27 grudnia 1889 w Żywcu urodził się Włodzimierz Polaczek(w niektórych materiałach wymieniany jak Władysław), lewy pomocnik. Do szkoły uczęszczał w Krakowie, uczył się w "mateczniku" Wisły - II Szkole Realnej. W 1911 roku ukończył seminarium nauczycielskie, po czym rozpoczął pracę w szkole w Dąbiu pod Krakowem (dzisiaj jedno z osiedli w dzielnicy Grzegórzki). Nie jest pewne, kiedy Włodzimierz Polaczek dołączył do drużyny Wisły. Możliwe, że miało to miejsce już w 1907 roku, pierwszy potwierdzony w źródłach występ przypadał jednak dopiero na 14 czerwca 1908 roku. Tego dnia Wisła Kraków stoczyła piłkarsko-lekkoatletyczne zawody z rezerwą Pogoni Lwów. Polaczek wystąpił tylko w meczu futbolowym - wymieniony jest w programie zawodów jako center napadu, pojawia się też na wykonanej tego dnia fotografii. Od tego okresu aż do roku 1913 Polaczek może być uważany za podstawowego zawodnika Wisły. Według własnych wspomnień pełnił nawet funkcję kapitana pierwszej drużyny. Niewątpliwie był bardzo zaangażowany w życie klubu i w grę dla Wisły - mieszkając z dala od boiska (w 1912 roku został służbowo przeniesiony z Dąbia do Skawiny) na treningi i mecze dojeżdżał rowerem. "Prawie każde wolne popołudnie, niedzielę i święta spędzałem w Krakowie, trenując i rozgrywając zawody w piłkę nożną" - wspominał. Był na tyle wyróżniającym się zawodnikiem, że zapracował na powołania do reprezentacji Krakowa w 1912 roku. To najprawdopodobniej Włodzimierz Polaczek w kwietniu 1911 roku ułożył słowa wiślackiej pieśni do melodii "Marsz Strzelców". Autor zachwalał w tym utworze swój klub: "Wisła w Galicji najlepsza drużyna / Wszak o tem dzisiaj nawet dziecko wie / U członków Wisły zawsze pewna mina / Chociaż silniejszy klub z nimi grać chce". Pieśń pełna jest nawiązań do aktualnych spraw z życia Wisły: kontaktów z klubami czeskimi, nieobiektywnych recenzji prasowych, unikania przez Cracovię derbów ze względu na zakaz nałożony przez Austriacki Związek Piłkarski...
Jednocześnie z grą w Wiśle Włodzimierz Polaczek zaangażował się w działalność Związku Strzeleckiego. Inspiracją do tego była osoba Andrzeja Galicy - późniejszego generała Wojska Polskiego, a wówczas ojca jednego z uczniów Polaczka. Galica był przewodniczącym skawińskiego obwodu Strzelca, a Polaczek aktywnie pomagał mu w organizowaniu nowych oddziałów i w przeprowadzaniu ćwiczeń. "Przechodziłem stopnie sekcyjnego, plutonowego i kompanijnego, przy czym prowadziłem również kancelarię komendy obwodowej" - wspominał Polaczek, nadmieniając także, że działalność w Strzelcu nie zawsze spotykała się z aprobatą szerszych kręgów społecznych. Samego Polaczka miały zaś spotykać nieprzyjemności ze strony przełożonych w szkole. Związek Strzelecki był paramilitarną organizacją niepodległościową, której celem było przygotowanie polskich kadr wojskowych. Oddziały Związku w 1914 roku stały się zalążkiem polskich sił zbrojnych - Pierwsza Kompania Kadrowa została sformowana na stadionie Wisły w Parku Sportowym w Oleandrach, z niej później narodziły się Legiony Polskie. Polaczek, podobnie jak i Galica, nie uczestniczył w wydarzeniach rozgrywających się na Oleandrach na przełomie lipca i sierpnia 1914 roku. Został wcześniej powołany do wojska austriackiego i trafił na front. Jego podopieczni ze Skawiny stawili się jednak w Oleandrach - zgodnie z celem, do którego przygotowywali się przez poprzednie lata. Dokładne losy Włodzimierza Polaczka w czasie I Wojny Światowej nie są znane. Zgodnie z własnoręcznie spisaną biografią, do Krakowa powrócił "z niewoli w czerwcu 1920 r.". Pracował jako dyrektor szkoły pod Krakowem, w tym czasie zasiadał też w Zarządzie Towarzystwa Sportowego. Następnie przeprowadził się do Poznania, a potem do Katowic, gdzie pracował między innymi w Funduszu Pracy. W czasie II Wojny Światowej został aresztowany przez Niemców, trafił do obozu Neuengamme, gdzie zmarł pod koniec 1944 roku z wycieńczenia.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
0
@Losiex Owszem przychodzi do głowy Stoiczkov, no ale aż tak intensywnie to chyba raczej nie pajacował...? Wypowiadam się wyłącznie na podstawie artykułów książkowych i internetowych, gdyż nie widziałem go w akcji na żywo...
2
@AssisMoreira Ja też jego personalnie nie cierpie. Zgadzam się z toba: jego determinacja, taktyka i dodałbym jeszcze odpowiednia motywacja piłkarzy z pewnością dałaby jakieś rezultaty ale czy więcej pucharów(?) to już troche sprawa dyskusyjna. Nomen omen to właśnie przeciwko Interowi Mediolan prowadzonemu przez Mourinho w kwietniu 2010 roku nasza Barcunia została przekręcona przez sędziego i to w dwóch meczach! Zresztą pisałem już o tym...
15
To wcale nie był prima-aprilis:
Choć dzisiaj wydaje się to nie do pomyślenia, to właśnie 27 grudnia 2007 r. socios Blaugrany w ankiecie bożonarodzeniowej chcieli wyboru Jose Mourinho na przyszłego trenera FC Barcelony. Ponad połowa ankietowanych była za dymisją Franka Rijkaarda po zakończeniu sezonu, choć jeszcze rok wcześniej w identycznej sondzie otrzymał on większy kredyt zaufania niż piłkarze i to pomimo przegranych niewiele wcześniej Klubowych Mistrzostw Świata. Ronaldinho, który niemal w niczym nie przypominał piłkarza sprzed 2 lat, również był negatywnie oceniany i prawie 45% ankietowanych domagała się jego sprzedaży jeszcze w zimowym okienku transferowym. Niecałe 2/3 kibiców nie wierzyło w zdobycie mistrzostwa. Co prawda ankieta była przeprowadzona jedynie wśród 300 socios i tuż po przegranym meczu z Realem, lecz oddawała stopień niezadowolenia kibiców osiąganymi wynikami. Tak jak domagali się tego fani, Rijkaard i Ronaldinho odeszli po zakończeniu sezonu, w którym piłkarze zajeli w La Liga dopiero trzecie miejsce i skończyli rozgrywki bez żadnego trofeum. Swoją drogą to bardzo ciekawe co by się działo z ,,naszą” Barça gdyby doszło do zatrudnienia pana Mourinho? Tego jednak już się nie dowiemy.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Stinger_
9
Hotel ,,España”:
Budynek ten został otwarty w 1859 roku pod nazwą ,,Fonda de Espanya”, z inicjatywy braci Joana i Paua Riba. Znajduje się przy Barcelońskiej ulicy ,,Sant Pau”. Na początku XX wieku, jako że biznes okazał się sukcesem, został zamieniony w ,,Hotel España”. Za przebudowę odpowiedzialny był architekt Lluis Domenech i Montaner, z którym współpracował malarz oraz dwóch rzeźbiarzy. Budynek ukończony w 1903 roku spotkał się z uznaniem ze strony Urzędu Miasta, który rok później w corocznym konkursie budynków artystycznych przyznał hotelowi nagrodę za jego wystrój z modernistycznymi motywami. W środku znajduje się fresk wymyślony przez Ramona Casasa, który znajduje się w tak zwanym Salonie Syren. Właśnie w tym salonie na początku listopada 1930 roku, zorganizowano kolację w hołdzie kolarzowi Marii Cañardo Lacaście, znanemu jako ,,Katalończyk z Olite” z uwagi na jego nawarskie pochodzenie. Był jednym z najbardziej znanych sportowców swoich czasów, wszak w tamtym roku wygrał wyścig Dookoła Katalonii, Dookoła Kraju Basków i Dookoła Lewantu a także mistrzostwa Hiszpanii. Na organizowaną przez FC Barcelonę uroczystość przyszło około 60 gości łącznie z kilkoma dziennikarzami. Cañardo był wielkim kibicem futbolu ogólnie a FC Barcelony w szczególności i nie krył się z tym nawet do tego stopnia że w klapie zawsze nosił znaczek klubu. Był duszą sekcji kolarskiej klubu działającej w latach 1925-1943, z której nigdy nie odszedł. Jego sława pozwoliła mu zawrzeć przyjaźnie z takimi legendami FC Barcelony Jak Samitier czy Kubala. Kolarz z Navarry za swoją pasje do Barçy został nawet wsadzony do więzienia, po tym jak oskarżono go iż jest ,, czerwonym separatystą", ponieważ odmówił przejścia do utworzonej w 1941 roku kolarskiej drużyny Espanyolu(istniała tylko przez dekadę). Cañardo zmarł 19 czerwca 1987 roku na nieuleczalną chorobę. Miał 81 lat i był honorowym socio FC Barcelony.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Stinger_
@Symson
25
Rozejm Bożonarodzeniowy:
I wojna światowa. Oddziały alianckie i niemieckie toczyły walkę pozycyjną. Zajmowały umocnione pozycje w okopach i zasiekach. Pomiędzy nimi znajdowała się tzw. ziemia niczyja, nad którą, jak wskazuje nazwa, nikt nie miał kontroli. Przesunięcie frontu było trudne. Całość działań przebiegała bardzo powoli. Cały świat naiwnie wierzył, że wojna zakończy się wraz z nastaniem świąt. Bez przerwy ginęły tysiące ludzi. W dzień Bożego Narodzenia 1914 roku doszło jednak do niesamowitego wydarzenia. Zawiązano krótki rozejm i rozegrano mecz. Wszystko zaczęło się na froncie zachodnim w okolicach belgijskiego miasta Ypres. Przestano strzelać i zapadła niespodziewana cisza. W noc wigilijną zaczęły bratać się pierwsze oddziały obu stron konfliktu. Słychać było śmiechy i muzykę. Nie nastąpił upragniony koniec wojny, ale doszło przynajmniej do tymczasowego rozejmu. Na chwilę walczący żołnierze przestali być maszynami do zabijania. Stali się znów ludźmi. Zaczęli wychodzić z okopów i szczerze witać się ze swoimi wrogami. Wymieniali się podarkami, składali sobie świąteczne życzenia. Niemieccy żołnierze zaczęli również przyozdabiać swoje okopy w świątecznym stylu. Nie wszyscy do końca rozumieli, co się tam wyprawia. W niektórych miejscach frontu rozejm nie został uznany i prowadzono dalej walki. Brytyjski kapitan CI Stockwell, chcąc zignorować dobry nastrój Niemców, próbował desperacko wykonywać wydane rozkazy. Zmienił jednak zdanie, kiedy jego sierżant poinformował go, że wrogowie wyszli z okopów, są nieuzbrojeni i znajdują się idealnie na celowniku. Nie strzelajcie, nie chcemy już dzisiaj walczyć. Przyślemy wam trochę piwa – krzyczeli żołnierze jednego z saksońskich pułków. Obie strony ustaliły także, iż pochowane zostaną ciała żołnierzy, które znajdowały się na ziemi niczyjej. ,,W dzień Bożego Narodzenia Niemcy postanowili że nie zostanie oddany już żaden strzał. Byli już zmęczeni wojną. Przysłali mi paczke cygar i pudełko papierosów. W zamian za niemiecką gazete dałem im kopie naszego ,,Le Petit Parisien”- głosi fragment listu jednego z francuskich żołnierzy. Do tego typu wymian doszło jeszcze wielokrotnie. Na ziemi niczyjej zdecydowano się do tego rozegrać mecz piłki nożnej!
,,Futbol! Futbol na ziemi niczyjej na litość boską! Uwierzylibyście? Nie mieliśmy najlepszego boiska ale to musiało się wydarzyć. Mieliśmy dwie bramki, piłke i dwa zespoły. Czy potrzeba było czegoś jeszcze?”- pytał w swoich wspomnieniach żołnierz walczący po stronie niemieckiej. Rozpoczął się mecz. Jak podkreślali żołnierze, był to dziwny jak i piękny widok. Śmiertelni wrogowie stali się na jakiś czas przyjaciółmi. Rozegrali bardziej mecz towarzyski niż baraż o awans na mistrzostwa świata. Uczestnicy się uśmiechali. Zapomnieli o wojnie i o tym, jaki jest ich cel. Liczyły się święta i okrągły przedmiot. ,,Nie było łatwo grać na zamarzniętym błocie ale kontynuowaliśmy grę. Nie mieliśmy sędziego”- opisywał mecz kolejny z niemieckich żołnierzy. Chociaż większość graczy nie była w stanie się komunikować, bo mówili w różnych językach, to udało im się znaleźć ten wspólny dzięki futbolowi. Nie zagrały ze sobą dwie jedenastki. W spotkaniu wzięło udział 70 Niemców i 50 Anglików, a zmagania odbywały się wzdłuż całej linii frontu. Mecz dobiegł końca, kiedy piłka przebiła się na wystającym drucie kolczastym. 1 stycznia 1915 roku anonimowy major poinformował brytyjskie „The Times”, że Niemcy zwyciężyli 3:2. Rezultat potwierdzono jeszcze w relacjach wielu żołnierzy. Wobec bardzo rozległego placu gry, taka zgodność może trochę dziwić. Sugeruje się, że wszystkie wspomnienia uczestników mogą odnosić się jednak do mitycznego meczu, który nigdy nie miał miejsca. Mity są jednak dużo silniejsze niż fakty. Po latach sami Anglicy bardzo chętnie wracają wspomnieniami do tamtych dni i świętują to wydarzenie. Robią to pomimo tego, że bardzo nie lubią wracać do jakichkolwiek porażek z Niemcami. Tu liczy się jednak zupełnie co innego, bo jest to wyjątkowa to historia. W niektórych miejscach frontu rozejm trwał aż do 3 stycznia. Do końca I wojny światowej nie doszło już niestety do tego typu wydarzeń. W setną rocznicę rozejmu bożonarodzeniowego UEFA postanowiła upamiętnić tę historię specjalnym filmem. Wzięły w nim udział takie postacie jak: Michel Platini, Sir Bobby Charlton, Didier Deshamps, Gareth Bale, Philip Lahm czy też Wayne Rooney. Starsi piłkarze wcielili się w rolę narratorów a młodsi przeczytali listy żołnierzy, które cytowane są w tym tekście.
@Symson
@Stinger_
@Rastafarnianin
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@Arkon
@Adran360
14
Kij od flagi:
Gdy tylko ,,La Rambla” przeniosła się pod numer 13 przy ,,Rambli de Canaletes”, na balkonie pomieszczenia w którym mieściła się redakcja umieszczono kij od flagi. Tylko jeden, co było dość ciekawe jeśli weźmiemy pod uwagę że w tamtych czasach w okresie dyktatury Primo de Rivery(1923-1930), obok flagi katalońskiej obowiązkowo trzeba było zawiesić hiszpańską. Jednak ten jedyny kij pozostał pusty; nie zawieszono na nim ani ,,Senyery”, ani flagi hiszpańskiej. Fakt że pracownicy ,,La Rambli” umieścili tylko kij bez żadnej flagi był postrzegany jako pewna śmiałość i spowodował że w siedzibie redakcji zjawiła się policja. Przypominała iż flaga Katalońska nie może powiewać same, . Ponieważ jest to traktowane jako przestępstwo. Wobec żądań policjantów Josep Sunyol, wydawca ,,Rambli”, odpowiedział że wywieszą ,,Senyere” kiedy będzie to w pełni legalne. Kij nadal tkwił samotnie na balkonie, aż 14 kwietnia 1931 roku Francesc Macia proklamował Republikę Katalonii. Wtedy Sunyol zjawił się w redakcji i z zamykanej na klucz skrzyni wyciągnął przygotowaną na tę okazję ,,Senyere”. Nie wywiesił jej jednak ani Sunyol, ani żaden z dziennikarzy tygodnika. Zaszczyt ten przypadł niejakiemu Pla- dozorcy, który pracował w ,,La Rambla”. Historia tego człowieka jest bardzo ciekawa. Jako młody żołnierz był torturowany i skazany przez trybunał wojskowy, po tym jak 11 września 1923 roku uczestniczył w złożeniu hołdu przed pomnikiem Rafaela Casanovy ubrany w wojskowy mundur. Został uwolniony dzięki kampanii na rzecz udzielenia mu amnestii, prowadzonej między innymi przez Tygodnik ,,La Rambla”. Wówczas skierował się do siedziby redakcji żeby poprosić o pracę i Synyol go zatrudnił. Ostatecznie to właśnie on zawiesił ,,Senyere”, na tamtym jedynym kiju, po tym jak przez całe lata leżała w redakcyjnej skrzyni.
@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson
10
Zapomniane legendy futbolu:
26 grudnia 1909 r. urodził się Oldřich Nejedlý, czeskim piłkarz, który grał jako napastnik i jest uważany za jednego z najwybitniejszych graczy Czechosłowacji. Był królem strzelców mistrzostw świata w 1934 roku. Nejedlý przez całą swoją karierę grał w Sparcie Praga. Strzelił 162 ligowe gole w 187 meczach, zdobywając cztery mistrzostwa czechosłowackiej pierwszej ligi w 1932, 1936, 1938 i 1939 roku, dodając Puchar Mitropa w 1935 roku. Strzelił także 18 goli w 38 meczach dla SK Rakovník (1943, 1944 i 1946), co daje mu łącznie 180 goli w lidze w 225 meczach. Dla Czechosłowacji Nejedlý strzelił 29 goli w 44 meczach. Został odznaczony Brązową Piłką na Mistrzostwach Świata 1934 jako trzeci najwybitniejszy zawodnik turnieju i został wybrany do Drużyny Gwiazd turnieju. Rozegrałby więcej meczów i strzeliłby znacznie więcej goli dla Czechosłowacji, gdyby nie złamał nogi na mundialu w 1938 roku, co skutecznie zakończyło jego międzynarodową karierę. Był uczestnikiem dwóch mistrzostw świata, w 1934 we Włoszech i 1938 we Francji. Nejedlý był najlepszym strzelcem mistrzostw świata w 1934 roku z pięcioma golami. Zostało to oficjalnie uznane przez FIFA od listopada 2006 roku, ponieważ początkowo przyznano mu tylko cztery, co czyni go wspólnym najlepszym strzelcem z Angelo Schiavio i Edmundem Conenem. Na mundialu w 1938 strzelił z kolei 2 gole. Nejedlý zmarł w 1990 roku, w wieku 80 lat, podczas rozgrywania Mistrzostw Świata FIFA 1990, turnieju, który jako edycja z 1934 roku również odbywał się we Włoszech.
@Symson
@Safrani
@Stinger_
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
9
Ku pamięci Katalońskich legend:
26 grudnia 1943 r. odbył się mecz w hołdzie Antonio Franco. FC Barcelona zagrała wówczas na ,,Camp de Les Corts” z Realem Madryt. Do zakończenia II wojny światowej obie drużyny aż 26 razy spotykały się w meczach towarzyskich. Tamten ,,Klasyk” toczył się w atmosferze, o którą trudno w dzisiejszych czasach. Mimo zwycięstwa Katalończyków 4:0 obie drużyny były zadowolone ze spotkania. ,,Widziałeś to! Futbol to ma. Pasjonuje tłumy i ekscytuje kibiców, którzy żyją w wielkim napięciu, oczekując na końcowy rezultat. Jesteśmy żywiołowymi Latynosami ale jeżeli szlachetność napotyka szlachetność, umiemy się przyjąć z otwartymi ramionami”- zachwycał się atmosferą Santiago Bernabeu, prezydent Realu. ,,Nie spodziewałem się takiego wspaniałego pożegnania. Nie zasługiwałem na tyle jako zawodnik, mecz był również ważny dla obu drużyn. Dziękuje obu zespołom i kibicom, którzy zawsze traktowali mnie wspaniale”- powiedział żegnający się z futbolem Antonio Franco, pomocnik Barçy w latach 1934-43 i kapitan klubu w ostatnich latach kariery. Być może i tak właśnie było w ten świąteczny grudniowy dzień, jednak ja osobiście nie wierzę Bernabeu w te słowa o szlachetności wobec Dumy Katalonii, zwłaszcza po tym co się wydarzyło tego samego roku 13 czerwca na Estadio Chamartin w Copa del Generalismo. Kto nie wie o co chodzi, bądź słabo się orientuje, to polecam przeczytać książke ,,Barça. Życie, pasja, ludzie”, a jeszcze lepiej książke ,,FC Barcelona Real Madryt Wojna światów” a w niej rozdział ,,Skandal”.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Stinger_
@Symson
2
Piosenki mojej młodości:
12
Argentina Campeon!
25 grudnia 1925 r. Argentyna remisuje w Buenos Aires z Brazylią 2:2 po golach Cerrottiego w 31 minucie i Seaone w 55 minucie, w 6 meczu 9-tej edycji Copa America. Tym samym Albicelestes sięgają po raz drugi w historii po mistrzostwo Ameryki Południowej wyprzedzając Brazylię o 2 punkty. Natomiast królem strzelców zostaje wspomniany Manuel Seoane, który strzelił 6 goli w 4 meczach, co stanowiło wówczas rekord Copa America.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson
10
Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:
25 grudnia 1922 r. urodził się Felix Loustau, legendarny lewoskrzydłowy. 8-krotny mistrz Argentyny oraz 3-krotny po rząd zdobywca Copa America(1945, 1946 oraz 1947). Felix Loustau, na którym nie poznano się w Racingu, usiłując uczynić z niego pomocnika, swe powołanie znalazł w 1942 r. na lewym skrzydle River Plate. Grał tam bez przerwy do 1957 roku, aby u schyłku wspaniałej kariery wylądować w Estudiantes de la Plata. Współtworzył dwie fenomenalne piątki napadu. Najpierw w latach 40-tych niepowtarzalną ,,La Maquina”(maszyne) River: Muñoz, Moreno, Peernera, Labruna, Loustau. W sezonie 1947 Pedernere zastąpił pewien młodzian o nazwisku… di Stefano. Potem w latach 50-tych niewiele słabszą formacje: Vernazza-Sivori-Walter Gomez-Labruna-Lustaou. W lidze strzelił równo 101 goli a wypracował ze cztery lub pięć setek. Nazywano go ,,Magiem”, ,,Czarodziejem piłki” lub po prostu ,,Chaplinem”. Był zawodnikiem wprost genialnym i choć południowcy celują w skłonności do patosu, w tym przypadku określenie ,,jugador genial” trafiało w samo sedno. Dryblował z wdziękiem baletmistrza a jego centry miały dokładność milimetrową. Piłki podawał kolegom a raczej wykładaj je na złotej tacy. Zarazem grał zawsze dla zespołu, w razie potrzeby skutecznie wspomagając obrone. Dla wielkiego Di Stefano, dla Menottiego i niemal wszystkich autorytetów pamiętających jego czasy był i jest niedościgłym ideałem skrzydłowego…
@Sysia11
@Symson
@Stinger_
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
1
@Balboa901 Wystarczy że Messi strzelił, to dla nas najwazniejsze!
12
Duma Katalonii debiutuje w europejskich pucharach w pierwszy dzień Bożego Narodzenia:
Zdajecie sobie sprawę iż ,,nasza” Barça 25 grudnia 1955 r. rozegrała swój pierwszy mecz w europejskich pucharach? Otóż 69 lat temu FC Barcelona rozgrywała spotkanie z reprezentacją Kopenhagi w ramach ćwierćfinału Pucharu Miast Targowych. Było to trzecie w kolejności spotkanie pierwszej edycji tych rozgrywek w historii. Mecz z Kopenhagą odbył się na słynnym ,,Camp de Les Corts” przy komplecie 35 tys. widzów a Blaugrana wystąpiła o dziwo w czarnych koszulkach, białych spodenkach i z herbem miasta Barcelony na piersi. O poziomie przeciwników niech świadczy fakt iż rzut karny wywalczył dla nich 18-letni Andersen, gracz z trzeciej ligi duńskiej. Mecz zakończył się zdecydowanym zwycięstwem gospodarzy 6:2 a pierwszego oficjalnego gola dla Barçy w europejskich pucharach(drugiego w kolejności również) strzelił w 8 minucie napastnik Esteban Areta z podania Kubali. Pozostałe gole strzelili: Justo Tejada(2), Ramon Villaverde oraz wspomniany już Ladislao Kubala. Tą pierwszą edycje rozgrywek, trwającą 2 lata, wygrała rzecz jasna Duma Katalonii.
@Symson
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
11
Nie tylko dla prawdziwych cules:
W latach 20-tych poprzedniego wieku teren na wzgórzu Montjuic, gdzie mieścił się kamieniołom, został odpowiednio przystosowany, żeby wybudować na nim stadion piłkarski Estadi Catala(jak oficjalnie go nazwano) mogący pomieścić 35 tys. osób. Projekt ten powstał w wyniku kandydowania Barcelony do zorganizowania Igrzysk Olimpijskich w 1924 roku. W ramach kampanii na rzecz organizacji igrzysk, 25 grudnia 1921 r. Barça rozegrała mecz inauguracyjny przeciwko Sparcie Praga w obecności 30 tys. widzów, którzy wypełnili trybuny nowego stadionu i setek pozostałych, śledzących boiskowe wydarzenia z pobliskich wzgórz. Według ówczesnych relacji, tamtego świątecznego dnia futbol przestał być dyscypliną marginalną, a stał się sportem masowym. Sam Samitier zabrał głos w tej sprawie: ,,Zawsze uważałem iż wizyta Sparty była decydująca dla katalońskiego futbolu. Od tamtej chwili liczba widzów rosła z dnia na dzień”. Podczas inauguracji stadionu na trybunach obecny był ówczesny burmistrz miasta, Antoni Martinez, któremu towarzyszył między innymi prezydent Mancomunitatu i przewodniczący Parlamentu. W tamtym towarzyskim meczu ze Spartą, które prowadził sędzia Bru, Blaugrana wystawiła taki oto skład: Zamora, Planes, Martinez Surroca, Torralba, Sancho, Samitier, Vinyals, Vicente Martinez, Josep Gracia, Sagi Barba oraz ówczesny kapitan Paulino Alcantara. W doliczonym czasie gry Sparta zdołała pokonać Barçe 3:2, lecz następnego dnia rozegrano mecz rewanżowy, który zakończył się zwycięstwem gospodarzy 2:0, po golach Planesa oraz Alcantary z rzutu karnego.
@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson
7
Niech narodzenie Chrystusa wniesie światło do naszych umysłów, serc i naszego życia;
niech rozświetli miejsca, gdzie wciąż zalega mrok; niech oświeci drogę, którą zmierzamy.
Z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia pragnę złożyć wszystkim Państwu(nie tylko prawdziwym cules) najszczersze życzenia
niezmąconego pokoju, niezłomnej wiary oraz niewyczerpanych sił.
6
@FCBparasiempre
Faworytem spotkania byli oczywiście piłkarze z Półwyspu Apenińskiego. Gra Chile opierała się na wykorzystaniu dwójki znakomitych snajperów. Wystarczyło tylko odciąć ich od podań. Jak się jednak okazało, nie było to takie proste. Dodatkowo Cesare Maldini, zdając sobie sprawę z zagrożenia, jakie stanowił Salas, przydzielił mu anioła stróża, którym miał być Fabio Cannavaro. Mecz rozpoczął się po myśli Azzurich. Po błędzie chilijskiej obrony Włosi wyprowadzili błyskawiczną kontrę i już w 10. minucie prowadzili 1:0 po bramce Vieriego. Chile nie zamierzało jednak się poddawać i zdołało wyrównać jeszcze przed przerwą. W zamieszaniu po rzucie rożnym piłkę głową uderzył Zamorano. Ta spadła pod nogi Salasa, który mimo asysty Cannavaro, pokonał z najbliższej odległości Pagliucę. Mimo niedużego wzrostu Salas świetnie radził sobie w powietrzu. To właśnie głową strzelił swoją drugą bramkę w tamtym meczu. Sensacja wisiała w powietrzu, bo Włosi mimo wprowadzenia Chiesy i Inazghiego nie potrafili wyrównać. Dopiero na kilka minut przed końcem dokonał tego Roberto Baggio. Najpierw nastrzelił w polu karnym rękę Ronalda Fuentesa, a potem wykorzystał jedenastkę. Nelson Tapia miał piłkę na rękawicach, ale Włochowi tym razem sprzyjało szczęście. W drugim meczu z Austrią znowu padł remis. Tym razem 1:1. Chile długo prowadziło, a bramkę stracili dopiero w doliczonym czasie. Salas w swoim drugim występie na mundialu ponownie wpisał się na listę strzelców. Akcja bramkowa była bardzo podobna do jego pierwszego trafienia z Włochami. Po stałym fragmencie gry, tym razem po rzucie wolnym, piłkę głową strącał Zamorano…. ponownie futbolówka trafia do Salasa, który w tłoku zdołał wepchnąć ją do bramki. Po kolejnym remisie 1:1 z Kamerunem, Chile zdołało wyjść z grupy z drugiego miejsca. W 1/8 finału trafili na obrońców tytułu. Nie byli w stanie przeciwstawić się Ronaldo i spółce i przegrali 1:4. Jedyną bramkę dla La Roja strzelił nie kto inny, a właśnie Salas. Z czterema golami na koncie uplasował się w czołówce strzelców turnieju. Tylko Vieri, Batistuta i Šuker mieli ich więcej, ale trzeba powiedzieć, że rozegrali też więcej spotkań. Świetny atak Za-Sa, który porównywano ze słynnym brazylijskim Ro-Ro, zaprezentował się dobrze, ale brakowało wsparcia zespołu. Niewiele brakowało, żeby zajęli pierwsze miejsce w grupie. Salas udowodnił jednak, że zalicza się do najzdolniejszych napastników na świecie i że pieniądze, jakie zapłaciło za niego Lazio, nie są wyrzucone w błoto. Zaprezentował się z najlepszej strony i zaimponował nie tyle ekspertom (ci go przecież znali), co takim kibicom, jak właśnie ja przed telewizorem. Kiedy pojawił się w Rzymie, Włosi mówili, że mają u siebie fenomen nr 2, nawiązując w ten sposób do Ronaldo. Trafił do klubu ze ścisłej europejskiej czołówki. Giuseppe Favalli, Roberto Mancini, Siniša Mihajlović, Alessandro Nesta, Sérgio Conceição, Pavel Nedvěd, Alen Bokšić, Dejan Stanković, Fernando Couto i Christian Vieri stanowili klasę samą w sobie i sroce spod ogona nie wypadli. Marcelo Salas dobrze wpasował się w drużynę. Na pierwszą bramkę w lidze kazał trochę poczekać, bo trafił dopiero 18 października, ale za to z kim… Premierowego gola w Serie A zaliczył w starciu z wielkim Interem. W wygranym 5:3 spotkaniu na Stadio Giuseppe Meazza już w pierwszej minucie otworzył wynik spotkania. Drużyna jednak borykała się z kontuzjami. Utrudniało to na pewno zgranie z partnerami w ofensywie. Mimo tych problemów, strzelając 15 goli w lidze i 23 we wszystkich rozgrywkach, był najlepszym snajperem w zespole. W tamtym sezonie w Serie A liczyły się tak naprawdę dwa zespoły. Milan i właśnie Lazio. Jeszcze na dwie kolejki przed końcem to rzymianie przewodzili stawce. Potknięcie, jakim był remis z Fiorentiną w przedostatniej serii spotkań zadecydowało o tym, że z tytułu cieszono się w Mediolanie. Do szczęścia zabrakło punktu. Rok wcześniej Lazio zdobyło Puchar Włoch. Kiedy więc Salas przyszedł do klubu, miał okazję zagrać w ostatniej edycji Pucharu Zdobywców Pucharów. Jego kilka bramek na pewno pomogło zespołowi w drodze do finału. Wreszcie 19 maja 1999 r. na Villa Park w Birmingham Biancocelesti stanęli naprzeciw RCD Mallorca. Chilijczyk rozegrał całe spotkanie. Chciał zaskoczyć Carlosa Roę już w pierwszej minucie, próbował też strzału z przewrotki, ale nie było mu dane trafić do siatki. Musiały mu wystarczyć gole strzelone w poprzednich rundach. Główną rolę odegrał za to w spotkaniu o Superpuchar Europy. W starciu z Manchesterem United, tym samym, który w pamiętnym finale wydarł zwycięstwo Bayernowi, Lazio wygrało 1:0. Bohaterowie z Barcelony Sheringham i Solskjær grali od początku, ale to Salas, który pojawił się na boisku w 23 minucie, strzelił jedynego gola i Włosi po raz pierwszy i ostatni mogli cieszyć się z tego trofeum. Warto odnotować, że arbitrem w tamtym spotkaniu był Polak – Ryszard Wójcik. W roku 2000 Lazio zdobyło wreszcie upragnione Scudetto. Najwięcej bramek w lidze znowu strzelił Salas. Cichym bohaterem dla rzymskiego klubu był też Alessandro Calori. Gracz Perguii strzelił w ostatniej kolejce bramkę Juventusowi. To ten gol zadecydował o porażce turyńczyków w tamtym spotkaniu i o utracie prowadzenia w ostatniej kolejce. Powtórzyła się sytuacja sprzed roku, ale tym razem to Lazio było tym klubem, który rzutem na taśmę zwyciężył.
Latem w Rzymie zjawiło się dwóch nowych piłkarzy. Byli to znakomici napastnicy, czyli Claudio López i Hernán Crespo. Marcelo Salas nie był już podstawowym zawodnikiem. Tylko w 15 meczach wychodził w pierwszym składzie. Nie omijały go urazy, a kiedy grał, to często pozostawał w cieniu Argentyńczyków, zwłaszcza Crespo. W styczniu opiekę nad klubem przejął Dino Zoff. Legendarny bramkarz dał szansę Chilijczykowi, a ten odpłacił mu się trzema bramkami w trzech kolejnych meczach. Crespo był jednak w świetnej formie. W lidze zdobył 26 bramek. Chilijczyk w ciągu swoich dwóch pierwszych sezonów w Serie A zgromadził tylko o dwa trafienia więcej. Nadszedł czas na zmianę otoczenia. Swoją przygodę w Lazio zakończył z 48 golami w 117 występach. W Rzymie do dzisiaj jednak bardzo ciepło go wspominają, stawiając w jednym rzędzie z najlepszymi napastnikami w historii klubu. Jeszcze kiedy był zawodnikiem Lazio, próbowano go sprzedać do Parmy i Valencii. Był też blisko przejścia do Interu. Ostatecznie jednak wylądował w Turynie, który polecił mu Nedvěd. Lippi widział w nim zastępcę Inzaghiego, który odszedł do Milanu. Niestety okres spędzony u podnóża Alp nie był dla Chilijczyka udany. Początek zapowiadał się nie najgorzej. Wchodził w końcówkach, kilka razy dostał szansę od pierwszych minut. Pierwszą bramkę strzelił w meczu z Chievo. Jego trafienie z karnego zapewniło Juve trzy punkty. Mógł zostać bohaterem w derbowym spotkaniu z Torino, zremisowanym 3:3. Na kilka minut przed końcem wykonując rzut karny, miał na nodze piłkę meczową. Fatalnie jednak przestrzelił, przenosząc futbolówkę wysoko nad poprzeczką. Nie miał czasu, żeby się zrehabilitować. Tydzień później 20 października w meczu z Bologną odniósł kontuzję. W walce o piłkę nadwyrężył nogę i kolano nie wytrzymało. Uszkodził więzadła krzyżowe przednie. Lippi był rozczarowany. Stracił bardzo dobrego zawodnika. ,,Bardzo mi go żal, Marcelo wszedł do drużyny z wielką pokorą i powagą. Jego kontuzja jest dużym osłabieniem, tracimy gracza o wielkiej jakości i prestiżu z bardzo bogatym doświadczeniem”– mówił o urazie piłkarza Lippi. Sam zawodnik nie tracił nadziei i wierzył, że wkrótce wróci na boisko. ,,Bądźcie pewni, że jestem spokojny. Kiedy wrócę na boisku, będę silniejszy niż przedtem, żeby podziękować kibicom Juventusu za okazaną przyjaźń i sympatię”– zapewniał Salas. Uraz okazał się na tyle poważny, że Salas stracił praktycznie resztę sezonu. Po operacji musiał pauzować ponad pół roku. Na boisko wrócił dopiero w maju. W rewanżowym spotkaniu finału Pucharu Włoch zmienił Marcelo Zalayetę. Przed kontuzją dołożył jednak swoją cegiełkę do triumfu w lidze i na swoim koncie mógł zapisać kolejne Scudetto. Po sezonie pojawiła się propozycja przejścia do lizbońskiego Sportingu. Ówczesny dyrektor sportowy Giovanni di Marzio wybrał się do Lizbony, żeby obejrzeć w akcji Ricardo Quaresmę. Portugalczyk jednak w meczu z Belencenes nie zagrał. Uwagę działacza przykuł inny, bardzo zdolny i utalentowany zawodnik. Di Marzio zadzwonił do klubu i powiadomił o swoim odkryciu. Zaczęły się negocjacje. Rozmowy były już bardzo zaawansowane, a w ramach transferu do Sportingu miał przejść właśnie Salas. Chilijczyk jednak wycofał się na ostatniej prostej i ostatecznie do transakcji nie doszło. Tym utalentowanym juniorem był Cristiano Ronaldo. Tak, ten Cristiano Ronaldo. Do pierwszej jedenastki wrócił na rozgrywany w Trypolisie w Libii mecz o Superpuchar Włoch. Juve wygrało z Parmą 2:1, a Salas grał do 72. minuty. Parę dni później w Turynie zameldował się Marco di Vaio, który we wspomnianym wyżej spotkaniu strzelił jedynego gola dla Parmy. W klubie ze Stadio Dellle Alpi był bezpośrednim rywalem Chilijczyka w walce o pierwszy skład. Lippi skłaniał się jednak bardziej ku wystawianiu Włocha. Salas wystąpił w ledwie 11 ligowych spotkaniach, często wchodząc z ławki. Nie mógł być zadowolony. Raptem trzy bramki przez cały sezon we wszystkich rozgrywkach musiały być wielkim rozczarowaniem. Nie można też zarzucić trenerowi, że nie chciał na niego stawiać. Stawiał, ale Marcelo nie zachwycał. Nie omijały go też urazy. Ostatni raz w klubowych barwach zagrał 7 marca 2003 r. w wygranym 1:0 meczu z Udinese. Wszedł wtedy na ostatnie 17 minut, zmieniając Edgara Davidsa. Dzięki tym niewielu występom znowu jednak mógł cieszyć się ze zdobycia mistrzostwa Włoch. To był jego trzeci triumf w karierze. Trzeci i ostatni na włoskiej ziemi.
Został wypożyczony do River Plate, a rok później podpisał z klubem kontrakt na zasadzie wolnego transferu. To już jednak nie był ten sam zawodnik, który opuszczał klub w 1998 r. Choć miał niespełna 30 lat, to odniesione kontuzje zostawiły ślad w jego organizmie. Nie decydował już sam o wynikach meczów. Kolejne urazy przeszkadzały mu w odbudowaniu się. Mimo że nie był w takiej formie jak dawniej, zdołał pomóc drużynie w wygraniu w Torneo Clausura w 2004. Kibicom na kontynencie przypomniał się już w pierwszym sezonie po powrocie. W Copa Libertadores 2004 jego gol z meksykańskim Santosem Laguna pozwolił doprowadzić do rzutów karnych i przedłużyć nadzieje na awans. Jego doświadczenie było bezcenne w drodze do półfinałów, gdzie musieli uznać wyższość Boca Juniors. Rok później powtórzyli osiągnięcie i znowu zameldowali się w czwórce najlepszych na kontynencie. W pamięci kibiców zostanie jego wspaniały hat-trick w pojedynku z LDU de Quito. Dobre występy pozwoliły mu odzyskać miejsce w drużynie narodowej. Nie był w stanie jednak pomóc swojej reprezentacji w eliminacjach do mistrzostw świata w Niemczech. Chile znowu rozczarowało, zajmując siódme miejsce. Był to jednak o niebo lepszy wynik niż w poprzednich kwalifikacjach. Wtedy zajęli ostatnie miejsce, a wyprzedziła ich nawet Wenezuela. Miewał przebłyski, pokazywał się z dobrej strony, ale był daleki od wielkiej formy. Ciągle trapiony mniejszymi i większymi urazami nie mógł po prostu osiągnąć wyższego poziomu. Był rozczarowany niemożnością spełnienia oczekiwań kibiców, a przede wszystkim swoich własnych. Nosił się nawet z zamiarem zakończenia kariery. Wtedy jednak pomocną dłoń do Matadora wyciągnął Universidad de Chile. Sam Salas określał ten klub najważniejszym w swoim życiu i to właśnie tutaj przyszło mu zakończyć karierę. Już po przyjściu poprowadził drużynę do finału mistrzostw kraju, które jednak przegrali po rzutach karnych z Universidad Católica. Rok później znowu zabrakło szczęścia. Tym razem po konkursie jedenastek ze zwycięstwa mogli cieszyć się zawodnicy Colo Colo. Zdobycie tytułu nie było widocznie pisane piłkarzowi. Za każdym razem La U byli w czołówce, ale zawsze brakowało ostatniego kroku. Marcelo Salas w ciągu czterech sezonów w Universidad de Chile rozegrał 82 mecze. 37 razy pokonywał bramkarzy rywali. Mimo problemów zdrowotnych godnie zakończył karierę, nie rozmieniając się na drobne. W kadrze narodowej ustanowił rekord strzelonych bramek. Zgromadził ich 37. Dopiero niedawno jego osiągnięcie poprawił Alexis Sánchez. Przygodę z piłką zakończył w wieku ledwie 33 lat. Na jego pożegnaniu na Estadio Nacional zgromadziło się 50 tys. ludzi. Z pewnością, gdyby nie kontuzje grałby o parę lat dłużej. Jeszcze niejeden raz zachwyciłby kibiców zarówno w Europie, jak i na całym świecie. Szkoda, że tylko raz dane było mu zagrać na mistrzostwach świata. Mimo problemów podczas swego pobytu w Juve, Salas nadal we Włoszech cieszy się świetną opinią. W uznaniu jego osiągnięć w Italii poproszono go o prezentację trofeum przed finałowym meczem Pucharu Włoch. Spotkały się tam Juventus z Lazio. Nigdy nie zapomniał, kto wprowadził go do futbolowego świata i zawsze podkreślał rolę swoich pierwszych trenerów. ,,Najpierw był Salvador Biondi, który wspierał mnie, kiedy przyjechałem do Santiago. Później był profesor Véliz, dzięki któremu zaistniałem w U-17. No i oczywiście Don Arturo Salah, który doskonale mnie prowadził, dał mi szansę pokazania się i ukształtował mnie jako zawodnika”– mówił o tych, którym najwięcej zawdzięcza.
Śmiało można stawiać go w jednym rzędzie z takimi chilijskimi piłkarzami jak Guillermo Subiabre, David Arellano, Sergio Livingstone, Leonel Sánchez, Carlos Campos, Elías Figueroa, Carlos Caszely czy Iván Zamorano. Arturo Vidal czy Alexis Sánchez również aktywnie zgłaszają się do tego grona, a bardzo możliwe, że Salas był jednym z tych, którzy stanowili dla nich inspirację.
8
@FCBparasiempre
Mundial roku 1998 rozgrywany we Francji. Do dziś doskonale pamiętam mecz Argentyny z Anglią, odpadnięcie Paragwaju po dogrywce, czy porażkę Chorwacji w półfinale. Jak każdy turniej, także i ten francuski miał swoich większych i mniejszych bohaterów. O tych większych każdy z was pewnie pamięta, ale ci mniejsi czasami zacierają się w pamięci. Nazwiska, które mi jednoznacznie kojarzą się z tamtym mundialem to Marokańczyk Mustapha Hadji, Paragwajczyk José Luis Chilavert, Nigeryjczyk Sunday Oliseh, czy urodzony w Chile Marcelo Salas, o którym będzie ten tekst. Po raz pierwszy szerszej publiczności dał się poznać 11 lutego 1998 r. Chilijska reprezentacja w ramach przygotowań do mistrzostw świata rozgrywała na początku roku kilka meczów towarzyskich. Salas był wtedy zawodnikiem argentyńskiego River Plate. Klub nie puścił go na turniej rozgrywany w Hongkongu, gdzie Chile mierzyło się z gospodarzami i Iranem. Nie poleciał też do Australii i Nowej Zelandii. W lutym jednak La Roja mierzyła się z Anglikami. Rozgrywany na Wembley mecz miał być ważnym sprawdzianem dla Chile, które wracało na najważniejszą piłkarską imprezę po 16 latach nieobecności. Egzamin zdali celująco. Chile zwyciężyło 2:0, a obie bramki strzelił Marcelo Salas. W ten sposób skradł show debiutującemu, młodziutkiemu Owenowi. Brytyjskie media nie kryły zachwytu nad świetną grą Chilijczyka. Daily Telegraph pisał, że zawodnik udzielił Anglikom lekcji futbolu, a The Telegraph zwracał uwagę na wyjątkowej urody pierwszą bramkę: ,,Pierwszy gol, strzelony tuż przed przerwą lewą nogą, był jednym z najpiękniejszych, jaki widziała historia Wembley” – można było przeczytać po meczu. ,,Salas to klasa światowa. Ma wszystko, co jest potrzebne, żeby odnieść sukces w wielkim klubie. Można powiedzieć, że był prawdopodobnie jednym z najlepszych snajperów, przeciwko którym grałem w reprezentacji”- komplementował po meczu przeciwnika Tony Adams. Marcelo Salas urodził się 24 grudnia 1974 r. w Temuco. To ćwierćmilionowe miasto jest ośrodkiem administracyjnym regionu Araukania. Leży w środkowym Chile, 670 km na południe od stolicy kraju Santiago. Tereny te od wieków zamieszkiwane są przez walecznych i nieustępliwych Indian. Ludu Mapuczów nie byli w stanie ujarzmić ani Inkowie, ani hiszpańscy konkwistadorzy. Dopiero w XIX w. pokonała ich armia chilijska. Swoją kulturalną odrębność zdołali jednak zachować do dzisiaj. Tak samo waleczny był również Salas. Z tą różnicą, że on swoje boje toczył na zielonej murawie. Pierwszy raz na trawiastym boisku zagrał, mając 16 lat. Wcześniej nie miał ku temu okazji. Jego pierwszym klubem był lokalny Santos FC Temuco. Tam zaczęła się kariera jednego z najbardziej rozpoznawalnych chilijskich piłkarzy. Dzisiaj klub na swoim oficjalnym twitterowym koncie szczyci się swoją szkółką oraz tym, że to właśnie stąd na szerokie wody wypływał Salas. Występy w jednym zespole to było jednak za mało dla zdolnego chłopaka. Wkrótce zaczął więc grać dla innego klubu z rodzinnego miasta – Deportivo Temuco. ,,Podobnie jak wszyscy chłopcy w Ameryce Południowej żywiłem się chlebem i futbolem. Moja mama musiała po mnie przychodzić i zabierać do domu, bo inaczej spędzałbym całe dnie z piłką. Moim pierwszym klubem był ten z najbliższej okolicy – Santos. Po pewnym czasie dostałem szansę w zespole Deportivo Temuco, więc grałem w środy i soboty dla dwóch różnych drużyn” – Wspominał swoje początki Salas. Dzielił swój czas między dwa zespoły do 1990 r. Wtedy w barwach Deportivo rozegrał kilka spotkań, kolejno przeciwko Huachipato, Audax Italiano i Universidad de Chile. W tym ostatnim meczu wpadł w oko Salvadorowi Biondiemu, który współpracował z Los Azules. Dwa gole, które strzelił stołecznemu klubowi, wystarczyły, żeby działacz się nim zainteresował. Salas wiedział, że w stolicy będzie miał większe możliwości rozwoju. Postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i wyjechać do Santiago. Trudno było mu opuścić rodzinny dom, ale był zdeterminowany, żeby osiągnąć sukces. Chciał zaliczyć testy w CD Palestino, próbował też dostać się do Colo Colo, ale bez rezultatów. Wreszcie pojawił się w La U. Salvador Biondi doskonale go pamiętał. Przekonał działaczy, że warto wydać 60 tys. dolarów na transfer. Wkrótce Salas przeniósł się z Deportivo Temuco (którego dziś jest prezesem) do jednego z najbardziej utytułowanych chilijskich klubów – Universidad de Chile. Początkowo grywał w drużynie U-17. Pierwszy raz niebieską koszulkę z czerwoną literą U na sercu założył w meczu przeciwko CD Soinca Bata. Lepszego debiutu nie mógł sobie wymarzyć, strzelił dwa gole. Juniorzy Los Azules okazali się najlepsi w kraju, a Salas został najlepszym strzelcem rozgrywek. Bardzo dobra dyspozycja napastnika nie umknęła uwadze selekcjonerów juniorskich reprezentacji. W 1991 r. wystąpił w mistrzostwach Ameryki Południowej U-17, gdzie zajął z zespołem czwarte miejsce. Rok później był już członkiem kadry U-20.
Sukcesy na szczeblu młodzieżowym nie były mu jednak pisane i żeby rozsławić swój kraj, musiał jeszcze trochę poczekać. Jego kariera zaczynała nabierać rozpędu. Cały czas miał go na oku ówczesny trener Arturo Salah. Swój profesjonalny debiut zaliczył 10 kwietnia 1993 r. w meczu pucharowym z Deportes Colchagua. Wszedł na ostatni kwadrans, zmieniając Mariano Puyola. W chilijskiej Primera División swój pierwszy występ zanotował 11 lipca, ponownie zmieniając Puyola. Ostatecznie swój debiutancki sezon w elicie zakończył z 12 meczami na koncie. We wszystkich wchodził z ławki. Do pierwszej jedenastki wskoczył już w następnym sezonie. 4 stycznia 1994 Salas strzelił swoją pierwszą bramkę. La U co prawda przegrali 1:2 z Cobreloą, ale piłkarz był chwalony przez ekspertów. Swoimi występami zrobił prawdziwą furorę. Pojawiał się na boisku 25 razy i strzelił aż 27 bramek. Do tytułu króla strzelców co prawda zabrakło mu kilku trafień, ale w dużej mierze to dzięki niemu Los Azules odzyskali tytuł po 25 latach. To właśnie Salas strzelił decydującego o mistrzostwie gola w spotkaniu z Universidad Católica 4 grudnia 1994. W pamięci kibiców zapisał się też dzięki hat-trickowi z 15 maja w derbowym pojedynku z odwiecznym rywalem Colo Colo. Jak wspominał po latach, doskonale zapamiętał swój debiut, ale to właśnie spotkanie z Los Albos uważa za swoje najlepsze w barwach Universidad de Chile. Pod koniec roku pokazał się szerszej publiczności w południowoamerykańskim odpowiedniku Pucharu UEFA, czyli w Copa CONMEBOL. Strzelił dwie bramki i dotarł z drużyną do półfinału, gdzie musiał uznać wyższość urugwajskiego Peñarolu. Jako mistrz Chile miał okazję zaprezentować się w najważniejszych klubowych rozgrywkach za oceanem. Pierwszy mecz w Copa Libertadores to również był jego popis. W starciu z Universidad Católica, które La U wygrali 4:1, trzykrotnie pokonywał bramkarza. Pechowe porażki z zespołami z Kolumbii sprawiły, że o awansie, który dawało trzecie miejsce w grupie, decydował dodatkowy mecz. W wewnętrznym starciu chilijskich drużyn lepsi okazali się La Católica. Niepowodzenie na arenie międzynarodowej Salas odbił sobie na krajowym podwórku. Strzelił 17 bramek i znowu był liderem drużyny, doprowadzając ją do kolejnego triumfu w lidze. Kibice zaczęli nazywać go El Matador. Na pytanie, skąd wziął się taki przydomek, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Jest kilka wersji. Według jednej z nich podczas meczu z Colo Colo publiczność zaczęła śpiewać piosenkę ze słowem matador w refrenie. Ponieważ Salas został bohaterem spotkania, to zaczęto go tak nazywać. Inna mówi, że napastnik tak błyskawicznie uderzał piłkę, jak matador zadający ciosy. Najbardziej chyba zbliżona do prawdy zakłada, że przydomek wiąże się ze sposobem, w jaki celebrował strzelone bramki. Klękał na lewe kolano i prawą rękę unosił do góry. Tak samo, jak uczestnicy corridy po walce z bykiem. Trudno powiedzieć, która jest prawdziwa, choć pewnie w każdej jest ziarno prawdy. Niezależnie od tego, coraz lepsze występy Chilijczyka zwróciły uwagę selekcjonera narodowej reprezentacji. Wykluczona z eliminacji reprezentacja mogła rozgrywać tylko mecze towarzyskie, a Copa America w 1993 r. zakończyła już na fazie grupowej. Zmieniali się selekcjonerzy. W ciągu kilkunastu miesięcy reprezentacją kierowali Arturo Salah, który znał naszego bohatera z pracy w klubie, Urugwajczyk Nelson Acosta i Chorwat Mirko Jozić. To właśnie przybysz z Europy, który miał na koncie sukcesy z Colo Colo, powołał Marcelo do kadry. Salas zadebiutował w obecności ponad 60 tys. kibiców na Estadio Nacional w Santiago. 18 maja 1994 r. Chile podejmowało Argentynę, która w składzie miała takie tuzy jak Diego Maradona, Gabriel Batistuta, Abel Balbo, Fernando Redondo, Diego Simeone, Oscar Ruggeri czy Roberto Sensini. Niespełna 20-letni Salas pojawił się na boisku w drugiej połowie, zmieniając w 67. minucie Fabiána Guevarę. Nie przestraszył się wielkich nazwisk w zespole rywala i 10 minut po wejściu strzelił swoją pierwszą bramkę w barwach narodowych. Chile zyskało nowego goleadora, który wkrótce wraz z Ivánem Zamorano stworzył jeden najlepszych ataków końca XX w. Niespełna rok później jedyny raz zagrał w rodzinnym mieście. La Roja tylko zremisowała z niezbyt silną wtedy Islandią, a Salas strzelił jedynego gola dla Chile, wywołując wybuch radości na trybunach. Wkrótce liga chilijska zrobiła się dla niego za mała. Dobre występy w kadrze i w klubie zwróciły uwagę najsilniejszych klubów na kontynencie. O zawodnika pytało również hiszpańskie UD Las Palmas i meksykańskie CF Monterrey. W 1996 r. w Copa Libertadores dotarł aż do półfinału. Po drodze strzelał bramki ekwadorskiej Barcelonie, urugwajskiemu Defensorowi Sporting i brazylijskiemu Botafogo. W starciu o finał La U zmierzyli się z River Plate. Pierwszy mecz, którego gospodarzem byli Chilijczycy, zakończył się rezultatem 2:2. Trzeba jednak przyznać, że Argentyńczycy mieli sporo szczęścia. Rewanż w Buenos Aires Los Millonarios zdołali rozstrzygnąć na swoją korzyść i odnieśli skromne zwycięstwo 1:0. Salas zaprezentował się jednak bardzo dobrze i jeszcze bardziej zwrócił na siebie uwagę. Kwestią czasu było to, kiedy zmieni klub. Wkrótce wybrał się do stolicy Argentyny, gdzie miał podpisać kontrakt z Boca Juniors. Jednak kiedy zjawił się na miejscu, ówczesny szkoleniowiec Carlos Bilardo oznajmił: ,,Salas jest za niski”. Miał jeszcze dodać, że żaden Chilijczyk nie zrobił furory w lidze argentyńskiej. Marcelo nie załamał się, dzielnie zniósł zniewagę i już dwa tygodnie później parafował umowę z River Plate.
Pobyt w River Plate otworzył przed nim drzwi do wielkiej kariery. Argentyński klub zapłacił za Chilijczyka 2,6 mln dolarów. Napastnik z miejsca stał się jednym z podstawowych zawodników drużyny. Grał obok takich sław jak Francescoli czy Ortega i znakomicie wywiązywał się ze swoich obowiązków. Jeszcze w grudniu załapał się na mecz o Puchar Interkontynentalny, ale River musiał uznać wyższość Juventusu. Torneo Apertura 1996 zakończył na pierwszym miejscu. Nie było na nich mocnych także w trakcie Torneo Clasura 1997. W swoim pierwszym sezonie w Argentynie Salas strzelił 11 goli. Już wtedy zwracał uwagę europejskich klubów. Jak ujawniała włoska prasa w 1996 r., Inter proponował 8 mln dolarów, a wkrótce potem Napoli dawało 12 mln. Pytały też takie firmy jak Glasgow Rangers, Newcastle, Valencia, Deportivo La Coruna, Juventus, Barcelona i madrycki Real. Wielu chłopakom w jego wieku pewnie uderzyłaby sodówka. Tym bardziej, że w pewnym okresie Salas był najlepiej opłacanym zawodnikiem w lidze. Rok 1997 był najlepszym w jego całej karierze. Kolejny raz świętował mistrzostwo w Torneo Apertura, choć tym razem wiele nie brakowało, a straciliby tytuł na rzecz Boca. W Copa Libertadores River, jako obrońca tytułu, przystępował do rywalizacji dopiero w 1/8 finału. Pechowo przegrali w rzutach karnych z innym argentyńskim klubem – Racingiem. Niepowodzenie jednak odbili sobie w Supercopa Sudamericana. Przeszli jak burza przez pierwszą rundę, w której ponieśli tylko jedną porażkę z Santosem. Salas rozgrywał świetne mecze. Im większa była ranga spotkania, tym lepiej grał. W półfinale z Atletico Nacional Medellin popisał się zuchwałym lobem nad bramkarzem z kilkudziesięciu metrów. Trudno dziwić się zachwytom komentatora. Takich bramek nie ogląda się często. Jego dwa gole wprowadziły River do finału, w którym mierzyli się z Sao Paulo. Pierwszy mecz w Brazylii zakończył się bezbramkowym remisem. Rewanż na El Monumental to znów znakomite zawody w wykonaniu Chilijczyka. Jego dwie bramki na początku drugiej połowy zapewniły zwycięstwo Los Millonarios, a Salas mógł cieszyć się z pierwszego triumfu na arenie międzynarodowej. ,,W River grałem z ludźmi takiego kalibru jak Francescoli, Ortega, Gallardo czy Cruz. Wygraliśmy wszystko. Pamiętam, że jak po raz pierwszy wróciłem do Chile, to witano mnie jak króla” – mówił o swoich sukcesach w River Plate. W tym samym czasie ważyły się losy udziału chilijskiej kadry na mistrzostwach we Francji. Piłkarze z kraju miedzi i saletry ostatni raz na mundialu grali w 1982 r. W eliminacjach kadra początkowo rozczarowywała, grając dosyć w kratkę. Dopiero w drugiej części zaczęli prezentować się tak, jak oczekiwali tego kibice. W lipcu odnieśli ważne zwycięstwa nad Kolumbią (4:1) i Paragwajem (2:1). W październiku mierzyli się ze swoim bezpośrednim rywalem w walce o awans. Wygrana 4:1 nad Peru pozwoliła ich wyprzedzić w tabeli dzięki lepszemu stosunkowi bramek. Marcelo Salas właśnie w tych kluczowych meczach zaprezentował się świetnie. Zarówno z Kolumbią, jak i z Peru ustrzelił hat-tricka i walnie przyczynił się do awansu na francuski turniej. 16 listopada rozgrywano ostatnią kolejkę, a Chile mierzyło się w Santiago z Boliwią. Na trybunach zjawił się sam Alex Ferguson, który na własne oczy chciał się przekonać czy warto ściągnąć Marcelo do Manchesteru. Czerwone diabły były skłonne zapłacić za napastnika nawet 30 mln dolarów. Chile zwyciężyło 3:0. Salas po raz kolejny strzelił bramkę w narodowych barwach, ale do transferu było jeszcze daleko. Działacze River doskonale zdawali sobie sprawę, że wartość zawodnika może znacząco wrosnąć po mistrzostwach i nie kwapili się ze sprzedażą swojej gwiazdy. Znakomity rok w jego wykonaniu został doceniony przez ekspertów. Jako pierwszy Chilijczyk od czasów Elíasa Figueroy został uznany za najlepszego piłkarza Ameryki Południowej. Również w Argentynie wybrano go najlepszym zawodnikiem mijającego roku. Po raz drugi z rzędu umieszczono go także w najlepszej jedenastce kontynentu. To był jednak tylko wstęp do roku 1998, w którym miał usłyszeć o nim cały futbolowy świat. Jeszcze przed pamiętnym meczem na Wembley do walki o pozyskanie Marcelo bardzo aktywnie włączyło się rzymskie Lazio. Zachwyt, w jaki Salas wprawił angielskie media, przyspieszył pertraktacje Włochów z River Plate i wkrótce uzgodniono, że od nowego sezonu Chilijczyk będzie zakładał koszulkę Biancocelestich. Włoska prasa pisała o nowym Imperatorze Rzymu. Argentyńczycy mieli dostać za zawodnika 20 mln dolarów, a pikanterii dodawał fakt, że już 11 czerwca w Bordeaux Chile miało zmierzyć się z Włochami.
5
Matador z plemienia Mapuczów:
@Symson
@Stinger_
@patataj
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
2
@Maki123 Tu akurat masz racje ale Święta Bożego Narodzenia, zwłaszcza w Polskiej tradycji moim skromnym zdaniem nie powinny być ściśle łączone z Barcą. Przedewszystkim to są święta rodzinne a nie klubowe...
0
@Crashynski Dla mnie osobiście pamiętny finał Ligi Mistrzów na Stade de France z Arsenalem! Moja pierwsza ogladana na żywo Barcunia w finale, mój ulubiony napastnik Eto'o i to wejście Henki Larsona... Tego się nie zapomina do końca życia!
11
Premierowe zwycięstwo i premierowe gole w dziejach Dumy Katalonii:
24 grudnia 1899 r. FC Barcelona po raz pierwszy w swojej historii wygrała mecz i po raz pierwszy strzeliła gole. To był towarzyski mecz z FC Catala rozgrywany na tym samym obiekcie co premierowe spotkanie z angielską colonią(8 grudnia 1899) a mianowicie na ,,Velodrom de la Bonanova”. Mecz zakończył się zwycięstwem Blaugrany 3:1 a pierwsze dwa gole zdobył nie kto inny jak sam legendarny Joan Gamper! Trzeciego gola dołożył Ernest Witty. Wspomniany przeze mnie ,,Velodrome de la Bonanova” został zburzony w 1910 r. po latach pełnienia funkcji siedziby FC Català, pierwszego głównego rywala FC Barcelony w początkach piłkarskiej Barcelony. Rywalizacja z Catalą była dość wyraźna w tych wczesnych latach. Legenda głosi, że założyciele FC Català odrzucili Gampera, ponieważ był obcokrajowcem, zmuszając go do założenia własnego klubu. Jednak prawda jest taka, że FC Català miała zagranicznych graczy, z których niektórzy byli Szkotami. Jeśli rzeczywiście został odrzucony, to prawdopodobnie dlatego, że Gamper był protestantem, podczas gdy wszyscy gracze Català byli katolikami ale to już inna historia.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Stinger_
@Symson
2
@JanneAhonen O prosze! Gratulacje za dobrą pamięć :)
12
Recreation Club był pierwszy w Hiszpanii:
23 grudnia 1889 r. z inicjatywy Alexandra Mackaya, byłego szkockiego lekarza, Roberta Russella Rossa, również szkockiego lekarza oraz przez grupę górników z kopalni Rio Tinto, powstał Huelva Recreation Club, przemianowany później na Recreativo Club de Huelva. Swój pierwszy mecz rozegrali rok później na hipodromie Tablada w Sevilli. Ich rywalami byli pracownicy wodociągów należących do Brytyjczyków i przez nich obsługiwanych. W pierwszej dekadzie XX wieku ,,El Recre” przeszedł w ręce Hiszpanów a następnie zniknął z mapy wielkich klubów. Do dnia dzisiejszego Huelva wiedzie spór z Rio Tinto o to, który klub jest kolebką hiszpańskiej piłki nożnej. Chociaż współcześnie ,,Recre” błąka się po niższych ligach, to przed wjazdem do miasta stoi olbrzymi pomnik nieznanego piłkarza. Swoim kształtem przypomina nieco ten, który stoi nieopodal stadionu w Rio Tinto.
@Symson
@Stinger_
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 No tak, to w sumie dobrze że u ,,nas" nie ma takiego ,,drugiego Pereza", choć jeszcze nie tak dawno był i na dobrą sprawe do tej pory smród się po nim ciągnie...