1

To zadanie ażeby zdobyć pierwszy puchar w erze Xaviego wbrew pozorom będzie piekielnie trudne. Już dzisiejszy przeciwnik to ciężki orzech do zgryzienia. Na mój gust Real Betis jest jeszcze lepszą ekipą od Atletico a przecież nawet z ,,Los Colchoneros" mieliśmy sporo szczęścia że dowieźliśmy te 3 punkty do końca. Betis to jedno a w finale czeka już Real Madryt, który nam ostatnio kompletnie nie leży, tak więc szanse na zgarnięcie tego trofeum są niewielkie ale jakieś tam są...

12

Kalendarium Barçy:

12 stycznia 2004 r. odbyła się prezentacja Edgara Davidsa. Holenderski pomocnik został ściągnięty przez Franka Rijkaarda aby natchnąć drużynę, która w dniu jego przyjścia zajmowała dopiero 7 pozycje w tabeli po 19-tu kolejkach ligowych. Jego wypożyczenie z Juventusu okazało się strzałem w dziesiątke- Davids do spółki z Ronaldinho poprowadzili Blaugrane do serii zwycięstw, która zaowocowała wicemistrzostwem kraju. Mimo że Barça była zainteresowana zatrzymaniem Holendra, to jednak po sezonie Davids wybrał oferte Interu.


@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Monix10
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Symson
@Pawel13sz
@patataj

0

@lucca87 Ja bym się jeszcze pozbył Sergi Roberto no i jednak Dembele również. Reszta składu ok. Powiedz mi natomiast kim jest pedro porro?

9

@FCBparasiempre
Dziś mało kto mógłby sobie wyobrazić, że w tak wielkim kraju, zafascynowanym piłką nożną, jak Niemcy nie było pełnoprawnej, zawodowej ligi piłkarskiej. Ba! Bardzo długo opierano się samej idei zawodowstwa. Nikt w Niemczech do pewnego momentu nie wyobrażał sobie takiej zmiany. Już samo przejście na pół zawodowstwo wydawało się dla nich zbyt trudne. W pewnym momencie ktoś jednak poszedł po rozum do głowy i powiedział kompanom w federacji: Panowie, może jednak warto?! Oto historia powstania ligi niemieckiej, a konkretnie tego, co doprowadziło do rozegrania pierwszego meczu w historii Bundesligi. Wielokrotnie każdy z nas słyszał o ordnungu. Określa to porządek, który Niemcy traktują bardzo poważnie. Niemal w każdej dziedzinie życia przykładali wagę do poukładanego egzystowania. Okazuje się jednak, że był wyjątek od tej cennej dla naszych zachodnich sąsiadów reguły. Był to sport, a konkretnie piłka nożna. Sport w Niemczech do lat 60. był wyłącznie amatorski. Mieszkańcy kraju znad Renu twierdzili, że zarobek na uprawianiu sportu uwłacza człowiekowi. W przeciwieństwie do Anglii, gdzie futbol niemal od początku był nastawiony na zawodowstwo, w Niemczech rządził ruch ,,Die Turnen.” Miał to być ruch dla ruchu, pozbawiony konotacji zarobkowych. Nie ominęło to również futbolu, który jednak mocno na tym cierpiał. Nie chodziło w tym cierpieniu o sam fakt braku przychodów do klubów, lecz w ogóle o jakąkolwiek egzystencję związaną z uprawianiem sportu. Od początku XX wieku doszło jednak do pierwszych rozłamów wewnątrz społeczeństwa w kwestii zawodowstwa w futbolu i innych dyscyplinach. Tłem konfliktu była ogólnonarodowa liga, która miała zostać powołana do życia. Kluby nie mogły się dogadać co do kształtu, idei i sposobu przydziału drużyn do rozgrywek. Jest to zrozumiałe, gdyż Niemcy to duży kraj, w dodatku posiadający landy, czyli odpowiedniki polskich województw. Każdy land chciał czegoś dla siebie w pomyśle nowej, ogólnokrajowej ligi i pojawiał się konflikt interesów. Podstawowym problemem było jeszcze samo zawodowstwo. Podejście do spraw zarobkowych za uprawianie sportu oraz narastające w Niemczech nastroje antysemickie po I wojnie światowej nie mogły pozwolić na zbudowanie czegoś trwałego. Istniały co prawda tak zwane Gauligi, czyli rozgrywki regionalne, ale ich struktura była iście daleka od tego, czego oczekiwali wszyscy na czele z rozrastającą się piłkarską federacją. Owe rozgrywki i późniejszy sposób rozstrzygania mistrza kraju można by określić nie ligą, lecz tak naprawdę Pucharem Niemiec, czyli rywalizacją w dzisiejszym systemie pucharowym. Gauliga była swego rodzaju Pucharem Intertoto, kwalifikacją do właściwych rozgrywek o mistrzostwo kraju. Z racji okresu, w którym ona istniała, należy ją nazwać ligą nazistów. Czemu tak? Dlatego, że to właśnie oni na czele z Adolfem Hitlerem powołali do życia Gauligi. Na szczęście dla futbolu, jak i świata, ich władza, a zarazem era Gauligi zakończyła się wraz z końcem II wojny światowej.

Pierwsze sygnały o tym, że coś się zmienia w Niemczech w kwestii powstania profesjonalnej ligi, można było odczuć na przełomie lat 50. i 60. XX wieku. Pomysły dotyczące samej ligi, jak i długo wyczekiwanego przejścia sportowców na zawodowstwo zaczęły się rodzić właśnie wtedy. Zrozumiano bowiem, że na dłuższą metę trudno będzie niemieckim sportowcom rywalizować z rywalami z innych krajów, którzy już byli zawodowcami. Co prawda zdarzały się wyjątki, takie jak ekipa RFN z trenerem Seppem Herbergerem w 1954 roku podczas mistrzostw świata, czy finał Pucharu Europy, w którym zagrał Eintracht Frankfurt. Ludzie ze środowiska mieli przede wszystkim obawy dotyczące rozkupienia najlepszych piłkarzy z Niemiec. Nim doszło do jakichkolwiek rozmów w sprawie powołania jednej, ogólnokrajowej ligi, w najlepsze miały miejsce rozgrywki zwane Oberligą. Twór, który aktualnie jest odpowiednikiem polskiej IV ligi, w latach 1945-1963 był sposobem na wyłonienie mistrza Niemiec spośród pięciu makroregionów. Były to: północ, zachód, południowy zachód, Berlin i południe. Przez pierwsze lata, konkretnie do 1951 roku, przejęto bezpośrednio system z Gauligi, by później zmodyfikować go w dwie grupy, których zwycięzcy trafiali do finału, który wyłaniał mistrza. Przełomem w kontekście zmian okazała się jednak sytuacja z 1961 roku, gdy Inter Mediolan chciał wykupić Uwe Seelera. W myśl ówczesnych zasad piłkarz, który w celach zarobkowych opuszczał Niemcy, był skreślony jako kandydat do reprezentowania kraju w imprezach międzynarodowych. Dodatkowym czynnikiem był coraz niższy poziom, spowodowany zbyt dużą liczbą drużyn grających na najwyższym poziomie. To był kluczowy moment dla zmiany stanowisk co do zawodowstwa, a w konsekwencji do powstania ligi znanej dzisiaj jako Bundesliga. 24 lipca 1962 roku na zebraniu delegatów DFB zapadła decyzja: koniec z Oberligą! W końcu nadeszła wiekopomna dla piłki niemieckiej chwila. Zadecydowano bowiem, że wraz z dwudziestym czwartym dniem sierpnia 1963 roku ma wystartować zupełnie nowa, w pełni profesjonalna liga piłkarska. Nadszedł koniec wszelkiego rodzaju lig regionalnych, Gaulig, czy innych tego rodzaju tworów. Niemcy doczekały się wreszcie ligi na miarę włoskiej Serie A, czy przede wszystkim angielskiej First Division. Długo trzeba było na to czekać, ponieważ dojście do porozumienia wśród klubów, władz i społeczeństwa zajęło niemal pół wieku. No ale jak to mówią, na dobre trzeba czekać czasami bardzo długo. Rozgrywkami Bundesligi zachwyca się mnóstwo kibiców na całym świecie. Dziś aż trudno pomyśleć, że ta liga liczy sobie niewiele ponad 50 lat. Pierwszy mecz nowej ligi przypadł na sobotę. Zaszczyt rozpoczęcia pierwszego, historycznego sezonu Bundesligi przypadł dwóm zespołom, które mają okazję mierzyć się również obecnie. Były to Borussia Dortmund i Werder Brema. Sześciokrotny mistrz Oberligi – West i trzykrotny mistrz kraju miał podjąć zespół, który był skazany na rywalizację z absolutnym dominatorem Oberligi – Nord, zespołem Hamburger SV. Starcie to zapowiadało się znakomicie, lecz z racji warunków technicznych niestety nie realizowano tego meczu tak, jak to miało miejsce choćby w Monachium, we Frankfurcie, czy w Saarbrücken. Samo spotkanie zaczęło się piorunująco. Już w 58. sekundzie meczu do bramki Werderu, w której stał Klaus Lambertz, trafił Friedhelm Konietzka. Wydawało się wówczas, że Borussia udowodni na starcie nowych rozgrywek, że ich dyspozycja z Oberligi nie była przypadkiem. Okazało się jednak, że Werder postawił twarde warunki. Jeszcze przed przerwą do bramki BVB trafił Willi Soya. To tylko zapowiadało większe emocje w drugiej połowie. Tak rzeczywiście się stało, gdyż na Weserstadion po przerwie wpadły łącznie do bramki trzy gole. Dla gospodarzy strzelali Arnold Schütz i Theo Klöckner. Honor Borussii uratował ten, który rozpoczął strzelanie, czyli Konietzka. Mimo wszystko w Dortmundzie, który jeszcze kilka lat wcześniej mierzyła się z potęgami pokroju Milanu w europejskich pucharach, porażka 2:3 w Bremie na otwarcie nowych rozgrywek była solidnym policzkiem w twarz. Okazał się on na tyle mocny, że „żółto – czarni” skończyli sezon dopiero na czwartym miejscu.


12

Był sobie piłkarz…

11 stycznia 1980 r. urodził się Geovanni Deiberson Maurício Gómez i w zasadzie należało by mu składać życzenia i dziękować za gre w ,,naszym” klubie, jednak ten Brazylijski skrzydłowy był jednym z najbardziej jaskrawych przykładów fatalnej polityki transferowej prezydenta Joana Gasparta. Jeszcze w marcu 2001 r. Chus Pereda, były piłkarz FC Barcelony i ówczesny wysłannik klubu, poleciał do Brazylii by negocjować transfer z Cruzeiro. Właściciele piłkarza żądali 12 mln euro ale tak oto historie przedstawia Chus: ,,można było obniżyć cene aż do 8,5 mln euro bo potrzebowali pieniędzy”. Pereda nie miał nowych informacji na temat transferu aż do 23 maja, gdy grał w golfa między innymi z Urrutim, który kilka godzin później zginął w wypadku samochodowym. Otrzymał telefon o 19.30 od Antona Parery, dyrektora sportowego FC Barcelony, który powiedział mu: ,,Chusin , kupujemy Geovanniego. Jeżeli zrobimy to za 12 mln euro, dostaniecie razem z Angelem Caballero(agentem FIFA) premie w wysokości 2 mln dolarów.” W międzyczasie prezydent Cruzeiro zażądał już jednak 18 mln. Wtedy Chus zwrócił się do Peredy: ,,mówie do ciebie jako trener, powiedzmy sobie szczerze, Geovanni nie jest wart więcej niż 8,5 mln.” Wówczas Pereda wypowiedział zdanie, które przeszło do smutnej historii Blaugrany: ,,Chusin, cene ustalam ja.” Geovanni kosztował w końcu równowartość 20 mln euro. Dwa sezony spędzone w Katalonii były pasmem rozczarowań- zaledwie 43 występy i 3 gole a także kłótnie z trenerem Rexachiem, zakończyły się wypożyczeniem do Benfiki. Tam Geovanni zdecydowanie odżył i Portugalczycy z ochotą kupili go za około 15 mln euro. W kolejnych latach dał się poznać jako prawdziwy obieżyświat, grając w Premiership, amerykańskiej MLS oraz w kilku klubach ligi brazylijskiej.


@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@AssisMoreira
@Symson
@Symson
@Pawel13sz
@patataj

12

Campeonato Sudamericano de Selecciones:

10 stycznia 1942 r. na Estadio Centenario, Urugwaj gromi Chile 6:1. Co ciekawe, pierwszego gola i to już w pierwszej minucie strzelił Chilijczyk Contreras. Ten mecze rozpoczął 17-tą edycje Copa America. To był czas rewanżu za rok ubiegły, tym bardziej że gospodarzem był Urugwaj. A tak się działo że ilekroć dotychczas ,,Celestes” grali u siebie, nie doznawali goryczy porażki. Estadio Centenario, ten niemy świadek światowego prymatu Urugwajczyków w niezapomnianym 1930 roku, najwidoczniej posiadał zaklętą w swoich murach, zwycięską moc. Również i teraz miał pozostać twierdzą niezdobytą. Zaś chętnych do jej sforsowania nie brakowało. Po pięcioletniej nieobecności pojawili się dwaj silni konkurenci- jak zwykle wyzbyta kompleksów twarda ekipa Paragwaju i usiany gwiazdami pierwszej wielkości team Brazylii. Paragwajczycy pokazali znów paru doskonałych graczy, którzy jak się można było spodziewać, niebawem spakowali manatki i wywędrowali do wielkich argentyńskich klubów. Brazylia z kolei wystawiła sławy bezsporne. Obroną zawiadywał legendarny Domingos da Guia, protoplasta przyszłego ,,libero”, tego wynalazku lat 70-tych, po dziś dzień bezsprzecznie uważany za najlepszego stopera Brazylii wszechczasów. W środku pomocy brylował sumienny Oswaldo Brandão, w przyszłości wielki autorytet trenerski. Natomiast atak to już była prawdziwa kolia brylantów. Po prawej arcymistrz dryblingu Pedro Amorim, po lewej zgrana od lat na pamięć para Tim-Patesko a pomiędzy nimi godny następca Leonidasa i równie godny poprzednik Pelego, startujący właśnie do olśniewającej kariery Zizinho. Natomiast Argentyna dumna była że pojawił się środkowy pomocnik na miare dawnych mistrzów, takich jak Monti, Minella czy Lazzatti. Był to olbrzym z Newell’s, Antonio Perucca, zwany ,,Potron de America”. Jednak w ataku legendarny trener Stabile znów miał zawrót głowy. Pewna swego była jedynie lewa strona. Za to po prawej stronie istna wirówka nonsensu. Rozumiejąca się para klubowa z Tigre, Tossoni-Sandoval przetrwała tylko jeden mecz- 4:3 z Paragwajem. Niezadowolony z rozmiarów zwycięstwa Stabile co i rusz szukał innych rozwiązań. Szybki Heredia nie pasował do wolniejszego Sandovala, zaś były prawoskrzydłowy Pedernera został tymczasem kierownikiem ataku River Plate i na pozycji prawego łącznika czuł się nie swojo. Ta mieszanka wystarczyła wprawdzie na Brazylię ale już nie dała sobie rady w bezbramkowym meczu z twardym Chile, nie mówiąc już o uskrzydlonym dopingiem 70 tys. widzów gospodarzach turnieju.

Decydujący mecz Urugwaj wygrał 1:0 a ,,złotego” gola strzelił w 48 minucie lewoskrzydłowy Zapirain, który w przyszłości miał zyskać miano ,,urugwajskiego Stanleya Matthewsa”, bowiem występował czynnie jeszcze w latach 70-tych. Pokonanej w absolutnie równorzędnym boju Argentynie, CONMEBOL postanowił przyznać nagrodę pocieszenia. W tym celu ufundowano Copa Bolivia, puchar, który od tej pory zwyczajowo przypadał w udziale drugiej drużynie turnieju. Przy okazji Argentyna ustanowiła też rekord Copa America. 22 stycznia na Estadio Centenario rozgromiła Ekwador 12:0! Cztery gole w tym meczu strzelił Herminio Masantonio, legendarny napastnik Huracan. Jeszcze większym wyczynem popisał się w tym meczu fenomenalny napastnik Jose Manuel Moreno, który ,,huknął” aż 5 goli! Nic więc dziwnego iż to właśnie Moreno i Masantonio podzielili między siebie tytuł króla strzelców z wynikiem 7 goli. Urugwaj natomiast powtórzył sukces z 1935 r., lecz dokonał tego w obliczu niepomiernie trudniejszej i liczniejszej konkurencji. Zdobył aż 21 goli(tyle samo co słynny argentyński napad) za to stracił zaledwie 2, z Paragwajem i Chile, przy 6 obciążających defensywę Argentyny i 7 Brazylii. Była to naprawdę wielka drużyna. Jej trzon stanowili zawodnicy bezkonkurencyjnego mistrza kraju- Nacional, który przeżywał apogeum swojej świetności. Oto legendarna kadra Urugwaju ze zwycięskiego turnieju: Joaquin Bermudes(Peñarol), Enrique Castro(Nacional), Luis Ernesto Castro(Nacional), Oscar Chirimni(River Plate), Anibal Ciocca(Nacional), Jose Maria Correa(Sud America), Eugenio Galvalisi(Nacional), Schubert Gambetta(Nacional), Sixto Gonzalez(Liverpool), Obdulio Varela(Wanderers), Agenor Muñiz(Peñarol), Luis Anibal Paz(Nacional), Roberto Porta(Nacional), Raul Rodriguez(Peñarol), Hector Romero(Nacional), Severino Varela Puente(Peñarol) i wreszcie Bibiano Zapirain(Nacional).


@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Monix10
@Pawel13sz
@patataj

0

@P33ck Przecież właśnie pisze o piłkarzu a ojca jego nie znam!

0

@P33ck No nie wiem czy jego ojciec był piłkarzem? W każdym razie opisany jest tu Robert Gadocha.

16

To dopiero historia:

10 stycznia 1946 r. w Krakowie urodził się Robert Gadocha(przy okazji wszystkiego najlepszego panie Robercie). Był jednym z najlepszych piłkarzy w historii polskiego futbolu. Czarował dryblingami i rzadko spotykaną techniką użytkową. Sam jednak przystał na los człowieka zepchniętego w głęboki cień. Tak zwana ,,Afera dolarowa” sprawiła że Gadocha dawny as reprezentacji i czołowy gracz Legii wybrał milczenie, zerwał kontakty nawet z dawnymi kumplami. Na Mundialu w 1974 nie strzelił żadnego gola ale był za to mistrzem asyst. Po jego zagraniach koledzy zdobyli aż 7 goli! Obok Kazimierza Deyny i Grzegorza Laty został wybrany do jedenastki mistrzostw świata. I to właśnie Lato opowiedział kiedyś historie, która legendzie Gadochy mocno zaszkodziła, powodując że do dzisiaj w życiu publicznym zupełnie go nie ma. Całkiem świadomie uznał iż nikomu nie musi się tłumaczyć, kolegom z reprezentacji też nie, choć mieli powody podejrzewać że Gadocha ich oszukał. W autobiografii Grzegorza Laty wydanej w 1994 r. były prezes PZPN po raz pierwszy wspomniał o dodatkowej finansowej motywacji, po którą sięgnęli Argentyńczycy. Chodzi o mecz z Włochami, ostatni w fazie grupowej na mistrzostwach świata. Zwycięstwo Polaków oznaczało że do drugiej rundy(oprócz Białoczerwonych) przeszliby też Argentyńczycy, którzy w równolegle toczonym meczu musieli pokonać słabiutkie Haiti różnicą co najmniej 3 goli. Tak też się rzeczywiście stało. Wygrali 4:1 a Polska swój mecz 2:1. Pytanie tylko czy Argentyna obawiająca się że nasz zespół spotkanie z Italią może potraktować ulgowo, faktycznie złożyła obietnice finansowej premii? Lato był przekonany że tak! Wtedy nie wymienił żadnych nazwisk, mówił tylko o dwóch-trzech zawodnikach polskiej drużyny. Mieli przyjąć 18 tys. dolarów ale nie podzielili się z pozostałymi kolegami, którzy nie wiedzieli o argentyńskim bonusie. Ujawniona przez Late sprawa wtedy rozeszła się po kościach. W 30-tą rocznice mundialowego medalu wrócił do niej w wywiadzie dla ,,Przeglądu Sportowego” i był już bardziej konkretny. Wciąż nie wymienił żadnego nazwiska, lecz liste podejrzanych ograniczył do jednej osoby, na dodatek łatwo ją było można zidentyfikować. ,,O całej sprawie dowiedziałem się dopiero 10 lat po mundialu. Byłem wtedy zawodnikiem Atalanta Mexico City. Mieliśmy w klubie jakąś impreze, zrobiła się luźniejsza atmosfera i na zwierzenia zebrało się Rubenowi Ayali, który w 1974 grał w ataku reprezentacji Argentyny. Zaczął mi opowiadać jak Argentyńczycy dyskutowali między sobą że trzeba Polaków zmobilizować do poważnej gry z Włochami. Ustalili że każdy z nich ze swojej premii za zakładany awans do drugiej rundy odpali Polakom po tysiąc dolarów. 22 piłkarzy plus 2 trenerów. W sumie 24 tys. dolarów”- relacjonował Lato w ,,PS”, uściślając że do odbiorcy trafiło 18 tys. USD a reszte przejął pośrednik. Przedstawił też hipotezę dlaczego odbierający kase zawodnik z nikim się nie podzielił. ,,Widocznie piłkarz, który zdaniem Ayali był kluczowym graczem Polski i z nim należało rozmawiać jako reprezentantem nas wszystkich, uznał że i tak wygramy z Włochami. Mieliśmy przecież wystąpić w żelaznym ustawieniu, byliśmy na fali a 18 tys. zielonych piechotą nie chodzi. Z czysto logicznego punktu widzenia postawę naszego kolegi można próbować jakoś zrozumieć, lecz tylko z logicznego”- opowiadał Lato.

Zatem skandal wybuchł dopiero w 2004 r. Grzegorz Lato jednym kamyczkiem uruchomił lawine. Na jaw zaczęły wychodzić kolejne fakty bo w Argentynie historia mundialowych dolarów znana była od dawna. Okazało się że o ile Ayala opowiedział Lacie o zakulisowej transakcji, to jednak nie on był pośrednikiem a niejaki Iggy Boćwiński, wówczas szef linii lotniczych PanAm na Polske i serdeczny kolega Gadochy. W operacje miała też być zaangażowana ówczesna żona polskiego piłkarza, która przejęła pieniądze, gdyż on sam uczestniczył w turnieju, ciągle przebywał z drużyną, więc tego typu aktywność siłą rzeczy musiała być mocno ograniczona. Gadocha wszystkim rewelacjom stanowczo zaprzeczył. Zrobił to twardo i jednoznacznie, po czym…. Zapadł się pod ziemie. ,,Jestem z boku, bo szanuje swoje nazwisko. Nie chce się wtopić w polską przeciętność. Poza tym… są pewne sprawy, o których w życiu się nie mówi tylko zabiera się je do grobu. Dlatego nie opowiadam o nich nawet w prywatnych rozmowach”- przekonywał na łamach ,,PS” Gadocha. Trzeba przyznać że brzmiało to cokolwiek tajemniczo a po wybuchu ,,afery dolarowej” nabrało nowego znaczenia. Przez następne lata Gadocha publicznie prawie się nie pokazywał. Niekiedy widziano go na stadionie Legii ale zdecydowanie więcej czasu spędzał w swoim domu na Florydzie. W 2013 r. dodzwonił się do niego Rafał Hurkowski, syn nieżyjącego już cenionego dziennikarza Romana Hurkowskiego. Gadocha zgodził się udzielić wywiadu dla polsatsport.pl. W opublikowanej rozmowie Gadocha powtórzył że z argentyńskimi dolarami nie miał nic wspólnego. ,,Nie wziąłem tych pieniędzy. Przecież gdyby do czegoś doszło, moi koledzy siłą rzeczy wszystkiego by się dowiedzieli! Dlaczego to wyszło dopiero po 30 latach? To wszystko dzieło mojej byłej żony. Była wpływowa, pracowała dla MSW. Szantażowała mnie że jeśli nie zrezygnuje z domu, zniszczy mi życie…. Moje nazwisko zostało zszargane”- stanowczo stwierdził, przyznając przy tym że na stałe mieszka w Sarasocie, na Florydzie. ,,Nie mam z nim kontaktu i nie słyszałem żeby któryś z moich kolegów z drużyny Górskiego miał. To nie jest przypadek ponieważ mam wrażenie że gdy wypłynęła sprawa argentyńskich pieniędzy, świadomie zniknął z pola widzenia. Może poczuł się urażony, że ktoś daje wiare sensacyjnym doniesieniom. No ale z drugiej strony nie próbował się tłumaczyć…. Dużo razem przeżyliśmy, więc na pewno byśmy go spokojnie wysłuchali. Kiedyś wspólni znajomi próbowali spotkać się z nim na Florydzie. Dzwonili, lecz nie odbierał telefonu. Pukali do drzwi ale nie otwierał”- tak opowiadał Lesław Ćmikiewicz, kolega Gadochy z reprezentacji i Legii. ,,To co powiedział Grzegorz Lato, zabrzmiało wiarygodnie. Pierwsza żona Roberta też przyznawała że trzymała te pieniądze. Ja natomiast zwyczajnie uważam że brudy wcześniej czy później wychodzą na wierzch”- zwraca uwagę Władysław Żmuda, czyli kolejny znajomy Gadochy z reprezentacji. ,,Po chrześcijańsku mogę mu wybaczyć ale niesmak pozostaje. Naszym przywódcą nie był, jednak zawsze zajmował konkretne stanowisko. Do tego potrafił nie głupio powiedzieć a mądrego zawsze warto posłuchać. Piłkarzem był pierwszorzędnym”- dodaje Żmuda. Gdy wyszła sprawa nieszczęsnych argentyńskich dolarów, zerwał kontakty z kolegami. Nie przyjeżdżał na okolicznościowe spotkania Orłów Górskiego, choć były tak godne okazje jak świętowanie 40-tej rocznicy medalu mistrzostw świata. W niczym nie zmienia to faktu że był jednym z najlepszych polskich piłkarzy w czasach, gdy nasza reprezentacja odnosiła największe sukcesy. Tego już nikt mu nigdy nie odbierze……


@MesQueUnClub96
@patataj
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@AssisMoreira
@Symson
@DaPidejpi
@Pawel13sz

11

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

10 stycznia 1929 r. w Stanisławowie urodził się Kazimierz Trampisz. Wychowywał się w Stanisławowie. Od dziecka uwielbiał przebywać na łonie przyrody i uganiać się za piłką. Razem z kolegami grał na bosaka na placach i trawnikach. Miłość do futbolu zaszczepił w nim brat mamy Stanisław Kantor, który był bramkarzem w KS Górka. To właśnie w tym klubie mały Kazio stawiał swoje pierwsze kroki. Pierwsze regularne treningi odbywał jednak w założonym przez Sowietów Lokomotiwie. Tam też rozgrywał swoje pierwsze poważne mecze i imponował skutecznością. W 1945 r. trafił do drużyny seniorów. Szybko zauważono, że ma smykałkę do piłki. Kiedy przyszedł czas masowych wyjazdów Polaków ze Stanisławowa, prezes klubu, który był pułkownikiem, chciał za wszelką cenę zatrzymać młodego zawodnika do końca rozgrywek, oferując nawet 2,5 tys. rubli, ale ojciec Kazia się nie zgodził. Razem z rodzicami trafił do Bytomia. Tam został zawodnikiem Polonii, gdzie spotkał wielu swoich przedwojennych idoli. Przez jakiś czas występował też pod fałszywym nazwiskiem w zespole Hejnału Kęty. W Polonii szybko stał się jednym z filarów zespołu. Potrafił znakomicie przyspieszyć akcję i precyzyjnymi podaniami obsługiwać partnerów. Był dobrze wyszkolony technicznie i doskonale wiedział, kiedy najlepiej oddać strzał. W 1955 r. roku zawieszono go za rzekome opuszczenie spodenek i pokazanie kibicom ŁKS-u „tylnej części ciała”, ale nigdy się do przypisywanego mu czynu nie przyznał. Z bytomskim klubem był związany do 1962 r. Dwukrotnie świętował z kolegami mistrzostwo Polski. Z Bytomia przeniósł się do Rzeszowa, gdzie został zawodnikiem Stali. Spędził tam dwa sezony i zakończył karierę. Pracował jako trener m.in. w Rzeszowie, Bytomiu, Katowicach, Chorzowie, Krakowie i Głubczycach. Był reprezentantem Polski na igrzyskach w Helsinkach. Zagrał wówczas w pierwszym spotkaniu z amatorami z Francji. Debiutował w kadrze dwa lata wcześniej. 30 października 1950 r. zagrał w wygranym 1:0 meczu z Bułgarią w Sofii. Pierwszego gola dla biało-czerwonych zdobył 21 września 1952 r. w spotkaniu z NRD (wygrana 3:0). Dwa lata później zdobył dwa gole w pojedynku z Bułgarią. W ciągu ośmiu lat zaliczył tylko 10 występów. Mimo że nie grano wówczas zbyt wielu meczów, to jak na zawodnika takiej klasy, co Trampisz, to zdecydowanie za mało. W Reprezentacji rozegrał 10 meczów, strzelając 3 gole.



@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@patataj
@AssisMoreira

15

Powspominajmy, to już 11 lat:

10 stycznia 2011 r. Lionel Messi odebrał swoją drugą z rzędu Złotą Piłke, tym razem po raz pierwszy w historii pod egidą FIFA. Wielu ekspertów faworyzowało Wesleya Sneijdera, który z Interem zdobył potrójna koronę a z reprezentacją dotarł do finału mundialu. Holenderski pomocnik przegrał jednak nie tylko z Messim ale również z mistrzami Świata- Iniestą oraz Xavim. Tym samym stała się rzecz bez precedensu ponieważ całe podium Złotej Piłki zajeli wychowankowie jednego klubu.

Czy my dożyjemy jeszcze kiedyś tak spektakularnego wyczynu?


@Symson
@Monix10
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj

1

@ptrx Nie no, La Manita to chyba raczej do zera ale taki wynik ciężko będzie kiedyś powtórzyć, jeśli wogóle...?

19

Niespotykane El Clasico!

Dokładnie 80 lat temu FC Barcelona remisuje na Camp de Les Corts z Realem Madryt… 5:5(!) w ramach 14 kolejki Primera Division. Jeszcze do 87 minuty Blaugrana prowadziła 5:4. Na 3 minuty przed końcem Mardones doprowadził do remisu. Patrząc na tabele kończącą sezon ten Klasyk nie miał większego znaczenia ponieważ Duma Katalonii zakończyła go na 3 pozycji. Co ciekawe, Królewscy zakończyli rozgrywki na… 10 pozycji!


@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Monix10
@Symson

13

Zapomniane legendy futbolu:

Legenda Spartaka Moskwa i reprezentacji Związku Radzieckiego. Świetny piłkarz i bardzo skromny człowiek. Igor Netto, bo o nim jest ten artykuł, grał aby nieść chwałę ZSRR, jednak tak naprawdę imperium wyrządziło mu wielką krzywdę niszcząc życie rodzinne. Igor Aleksandrowicz Netto urodził się 9 stycznia 1930 roku w Moskwie. Rodzina piłkarza pochodziła z Estonii. W XVIII wieku osiedlił się tam prapradziadek Igora, z pochodzenia Włoch. Zamieszkał w Estonii, ponieważ w nadbałtyckim kraju czekała na niego praca ogrodnika. Ojciec zawodnika walczył podczas I wojny światowej po stronie łotewskich strzelców sprzymierzonych z Rosją. Zmarł w 1956 roku. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zgon Netto seniora nastąpił, kiedy Igor i jego koledzy ze złotej drużyny olimpijskiej wracali pociągiem do kraju i świętowali zdobycie mistrzostwa (1:0 z Jugosławią w finale). Kapitan zwycięskiego zespołu wiedział o śmierci ojca jeszcze przed podróżą, jednak nie powiedział o tym nikomu z ekipy. Netto nie chciał psuć kolegom radości ze zdobycia złotych medali. Najbardziej tragiczna jest jednak historia relacji Igora z jego starszym bratem Lwem. W 1944 roku został on schwytany przez Niemców po tym, jak walczył dla Armii Czerwonej podczas II wojny światowej. Po zakończeniu wojny został zwolniony z więzienia przez Amerykanów. Lew Netto wrócił do ojczyzny, jednak w 1948 roku oskarżono go o szpiegostwo na rzecz Stanów Zjednoczonych. Lwa skazano na 25 lat pobytu w gułagu mieszczącego się w Norylsku, czyli jednym z najzimniejszych miast świata. Brat Igora opuścił obóz w 1958 roku. Zarówno Igor, jak i jego rodzina musieli wymazać Lwa z pamięci. W dokumentach kontrolnych wypełnianych przed IO w Helsinkach piłkarz zeznał, że nie widział brata od czasu wojny. Gdyby wyjawił prawdę, nie pojechałby na igrzyska, a w przyszłości okazałoby się, że to najłagodniejsza represja wobec jego osoby. Bracia spędzili ze sobą ostatnie lata życia Igora, który zmarł 30 marca 1999 roku w wieku 69 lat. Chorego na Alzheimera Netto opuściła żona, radziecka aktorka Olga Jakowlewa. Poznali się w 1960 roku. W uroczystościach ślubnych nie uczestniczyła matka, sprzeciwiająca się wyborowi syna. Jej zdaniem Olga związała się z Igorem tylko dlatego, aby skorzystać z jego sławy i zrobić karierę filmową. Rzeczywiście, poważanie w branży Jakowlewa zyskała już po ślubie z jednym z najlepszych radzieckich futbolistów. Aktorka i piłkarz rozwiedli się w 1987 roku.

Niewiele brakowało, aby Netto zamiast piłki nożnej wybrał hokej na lodzie. Jako młodzian łączył nawet grę dla piłkarskiej i hokejowej sekcji Spartaka. Z uganiania się za krążkiem zrezygnował – jak głosi legenda – pod wpływem nacisków ze strony osób związanych z piłkarską częścią Spartaka. Jako hokeista Netto grał na pozycji napastnika. Jako piłkarz występował w środku pola z numerem sześć. Tak kolegę z drużyny wspominał Aleksiej Paramonow: ,,Byłem pięć lat starszy od Igora. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że ten młody zawodnik, bez żadnych obaw domaga się od starszych zawodników zostania na boisku po każdej sesji treningowej, aby poprawić technikę. Nikt go nie posłuchał, a on żonglował piłką i starał się poprawić przyspieszenie. Ten rodzaj szkolenia pozwolił mu stać się jednym z najlepszych piłkarzy w kraju.” Jeszcze jako młody gracz żądał od kolegów z defensywy, aby przestali grać długimi podaniami do napastników, tylko podawali piłkę po ziemi lub jemu. Można powiedzieć, że to Netto był jednym z prekursorów tzw. ,,wejścia między stoperów”. Nazywano go ,,Gęś”, ponieważ miał skrzeczący głos i bardzo długą szyję. Zaledwie w wieku 22 lat został kapitanem piłkarskiej reprezentacji Związku Radzieckiego. Z opaską na ramieniu w ciągu trzynastu lat (1952-1965) rozegrał 52 spotkania. Łącznie zanotował 54 występy. Następnym kapitanem został wybitny napastnik Walentin Iwanow. Nominacja Netto na kapitana drużyny zbiegła się z najlepszym okresem w dziejach radzieckiej reprezentacji. W 1956 roku w Melbourne zdobyła ona olimpijskie złoto. Cztery lata później ZSRR jako pierwsza ekipa w dziejach wywalczyła mistrzostwo Europy. W 1958 roku Związek Radziecki po raz pierwszy awansował na mistrzostwa świata. Tam jednak na drodze do medalu stanęła Brazylia uważana po dziś dzień za jedną z najlepszych drużyn w historii dyscypliny. Równie wiele sukcesów Igor Netto osiągnął dla Spartaka Moskwa. Reprezentował klub przez siedemnaście lat. Rozegrał dla niego 368 ligowych meczów. Pięć razy zdobywał ze Spartakiem mistrzostwo ZSRR, a trzy razy krajowy puchar. Po śmierci legendy na cmentarzu Wagankowo wzniesiono jego pomnik. Na kamieniu napisano ,,Kochały Cię miliony”. Wielki w swej prostocie napis ku czci wielkiego w swej prostocie piłkarza.


@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Symson
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@AssisMoreira

12

@FCBparasiempre
100 metrów przebiegał w czasie nieco ponad dziesięciu sekund. „Był szybszy od wiatru”, pisali o nim dziennikarze. Argentyński atakujący Claudio Caniggia był jednym z najciekawszych zawodników lat 90-tych XX wieku. Dlaczego nie wymieniamy go wśród absolutnie największych tamtych czasów? Ponieważ nad ciężką, katorżniczą, treningową pracę przedkładał imprezy, alkohol, narkotyki i… przyjaźń z Diego Maradoną. To musiało go zgubić. Claudio Caniggia w pełnej formie był prawdziwym ucieleśnieniem dynamiki, szybkości i latynoskiego temperamentu. Kiedy patrzyło się na niego w biegu, miało się wrażenie, że ten facet frunie nad boiskiem. Był jak najdoskonalszej krwi mustang, niemający przed sobą żadnych limitów. Wychowały go Club Atletico River Plate oraz Henderson, jedna z dzielnic potężnej metropolii Buenos Aires. Caniggia miał talent. Nie był specjalnie wysoki, ale był nieprawdopodobnie zwinny i dynamiczny. „Zanim obrońca zdołał dopaść go na dobre, on już był w innym sektorze boiska” – mówił Hector Viera, jego szkoleniowiec w River, człowiek, który wprowadził go do seniorskiej piłki. Caniggia bardzo szybko trafił do wielkiego piłkarskiego świata. W 1988 roku, w wieku 21. lat podpisał kontrakt z włoskim Hellas Verona. Wyjazd w tak młodym wieku do włoskiej Serie A, najlepszej wówczas ligi świata, okazał się dla niego doskonałym wyborem. Caniggia miał co prawda w Italii wiele problemów, często był faulowany i poniewierany na boisku, ale dzięki temu błyskawicznie nauczył się tego, jak gra się w piłkę nożną na najwyższym poziomie. Rzucony na najgłębszą z możliwych wodę, szybko nauczył się pływać wśród rekinów. Na dobre Caniggia rozwinął się już w Atalancie. W ekipie „Nerazzurrich” z Bergamo przez trzy lata był najjaśniejszym punktem zespołu. To m.in. dzięki jego doskonałej postawie skromna Atalanta najpierw uzyskała prawo gry w europejskich pucharach (sezon 1989-90), a następnie dobiła do najlepszej ósemki Pucharu UEFA (1990-91). To w Italii zyskał przydomek „Il Figlio del Vento”, czyli „syn wiatru”.

Jako gracz Atalanty Caniggia pojechał na swój pierwszy piłkarski Mundial. Początek turnieju nie był dla niego udany. To właśnie na nim wykonany został jeden z najbardziej pamiętnych wślizgów w całej historii turniejów o Mistrzostwo Świata. Była 89. minuta meczu otwarcia pomiędzy Argentyną a Kamerunem. Sensacyjnie przegrywająca 0-1 ekipa obrońców tytułu ruszyła z jedną z ostatnich akcji na bramkę rozpaczliwie broniących się graczy z Afryki. Caniggia był nie do zatrzymania. W szaleńczym biegu minął dwóch kolejnych defensorów „Nieposkromionych Lwów”. Droga w kierunku bramki Thomasa N’Kono stała otworem. Wtedy jak spod ziemi wyrósł potężny Benjamin Massing. Kameruński stoper, nie patrząc na piłkę, z pełnym impetem wszedł w nogi Argentyńczyka. To był koniec tej akcji. Massing dostał za tę interwencję czerwoną kartkę, ale równocześnie pozbawił „Albicelestes” ostatniej szansy na wyrównanie. Kamerun sensacyjnie wygrał tamten mecz 1-0. Pomimo porażki to właśnie podczas Mundialu 1990 Caniggia na dobre zaistniał w szerokiej świadomości kibiców. To był zdecydowanie jego turniej. Razem z Diego Maradoną przeciągnął przeciętny argentyński zespół aż do wielkiego finału tej imprezy. Twarda, zagęszczona defensywa, nieustanne paraliżowanie gry i ofensywne wypady małą ilością graczy. Argentyńczycy Carlosa Bilardo na włoskim Mundialu nie mogli się podobać. To była drużyna ostrych, zdyscyplinowanych żołnierzy, wsparta fenomenem Maradony i Caniggii. Piłkarze tacy jak Simon, Ruggeri, Serrizuela czy Batista wychodzili na mecze z nożami w zębach. Tamta Argentyna była skuteczna do granic możliwości, a dodatkowo… sprzyjało jej wielkie szczęście. Z grupy awansowała z trzeciego miejsca (ówczesny regulamin przewidywał taką możliwość dla czterech najlepszych „trzecich miejsc”), Brazylię wyeliminowała, będąc zespołem zdecydowanie gorszym, dzięki jednemu przebłyskowi geniuszu duetu Maradona- Caniggia, a Jugosłowian i Włochów odprawiła dopiero po konkursach rzutów karnych. Talent i błysk Caniggii na tle tej bardzo przeciętnej ekipy był widoczny aż nadto. To właśnie jego bramki dały „Albicelestes” zwycięstwo nad Brazylią oraz niezwykle istotne wyrównanie w półfinałowym boju z Italią. Po włoskim Mundialu Caniggia był już gwiazdą. W 1991 roku wywalczył jeszcze z Argentyną swoje pierwsze Copa America, zdobywając na turnieju w Chile dwie bramki, a latem 1992 roku jego nowym pracodawcą została mająca spore ambicje Roma. Tak zaczęły się pierwsze poważne kłopoty Argentyńczyka… Caniggia zatopił się w nocnym życiu Rzymu. Był stałym bywalcem najmodniejszych knajp, klubów i dyskotek. Imprezował nieustannie. Wynajmował całe lokale, stawiał drinki, wciągał kokainę. Żył jak gwiazda rocka, a nie profesjonalny sportowiec. Zatracił się w swojej sławie, pieniądzach i możliwościach. To nie mogło dobrze się skończyć. W kwietniu 1993 roku w organizmie piłkarza wykryto obecność narkotyków. Wyrok był bezlitosny. 13 miesięcy bezwzględnej dyskwalifikacji. W Rzymie nie chcieli o nim słyszeć… Już po Mundialu 1994, na który zdążył wrócić w ostatniej chwili i na którym także padły wobec niego zarzuty o zażywanie narkotyków, Caniggia przeniósł się do mistrzowskiej w Portugalii Benfiki. W słabszej lidze, w dużym klubie, grającym dodatkowo w Lidze Mistrzów, miał się odrodzić i przypomnieć o sobie światu.

Tamta Benfica to był fajny, perspektywiczny zespół, który jednak nie do końca wykorzystał tkwiący w nim potencjał. W Champions League Lizbończycy odpadli w ćwierćfinale, wyrzuceni za burtę przez broniący trofeum Milan. Caniggia w trakcie tamtych bojów po raz kolejny w swojej karierze przekonał się o sile i możliwościach legendarnego Franco Baresiego. Doświadczony Włoch swoją nieustępliwością i rewelacyjnymi interwencjami wybił argentyńskiemu napastnikowi piłkę z głowy… Caniggia zatęsknił za Buenos Aires. Latem 1995 roku, po zaledwie jednym sezonie w Benfice, Claudio powrócił, po siedmiu latach, do ligi argentyńskiej. Tym razem miejscem jego pracy stało się jednak Boca Juniors. Czas spędzony w barwach popularnych „Xeneizes” był dla niego okresem dalszych imprez i zabaw. Nocne picie i awantury w lokalach wykańczały go fizycznie. Jego częstym kompanem był w tamtym okresie Diego Maradona, prawdziwy król życia… Pod koniec lat 90-tych Caniggia jeszcze raz postanowił zawitać do Europy. Grał ponownie dla Atalanty, a także dla szkockich Dundee FC i Rangers. Dzięki dobrej postawie na Ibrox, przypomniał o sobie w ojczyźnie. Marcelo Bielsa, ówczesny selekcjoner argentyńskiej kadry, powołał 35-letniego napastnika na japońsko-koreański Mundial 2002. Trudno było o efektowniejszy akcent na koniec burzliwej kariery. I choć w Azji Caniggia, podobnie jak cała Argentyna, furory nie zrobił to i tak przypomniał o sobie wielu tym, którzy zdążyli już o nim zapomnieć. Claudio Caniggia bez wątpienia był piłkarzem wyjątkowym. Sposób gry, styl życia, ale też sam image, jednoznacznie kojarzyły się z buntem, wolnością i brakiem limitów. Argentyńczyk żył i grał po swojemu i chyba dlatego tak wielu kibiców pokochało go miłością bezwzględną. Dla niego to dużo ważniejsze niż znalezienie się w panteonie gwiazd, tworzonym przez dziennikarzy i ekspertów…


14

Blondwłosy sprinter kończy dziś 56 lat. O kogo chodzi? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz:

@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Symson
@AssisMoreira

17

Czy wiemy(pamiętamy) że…

Swoje 42 urodziny obchodzi dziś Eusebiusz Smolarek, pomocnik i napastnik. Euzebiusz Smolarek co prawda urodził się 9 stycznia 1981 r. w Łodzi ale większość dzieciństwa i pierwsze piłkarskie kroki stawiał za granicą. Wszystko uwarunkowane było karierą jego nieżyjącego już ojca - śp. Włodzimierza. Euzebiusz Smolarek w kadrze narodowej występował w latach 2002-2010. Łącznie rozegrał w biało-czerwonych barwach 47 meczów, strzelając 20 bramek. Pod względem trafień do siatki przebił zatem swojego ojca - Włodzimierza (13 goli). Jak wspomniano, debiutu w dorosłej drużynie doczekał się w 2002 r., a powołanie otrzymał od Jerzego Engela. Na kolejny występ z orłem na piersi musiał poczekać ponad dwa lata z powodu kontuzji kolana oraz zawieszenia. Pierwsze bramki zanotował pod koniec 2005 r., w tym debiutancką w starciu z Austrią. W 2006 roku selekcjoner Paweł Janas zabrał "Ebiego" na Mistrzostwa Świata w Niemczech. Kibicom kadry dał się szczególnie zapamiętać z końca 2006 r., kiedy to Polska pokonała w Chorzowie Portugalię 2:1 w ramach eliminacji ME 2008. Wówczas oba trafienia zanotował właśnie "Ebi". Po raz pierwszy w reprezentacji trafił więcej niż jeden raz. Rok później Euzebiusz Smolarek w starciu eliminacyjnym z Kazachstanem ustrzelił hat-tricka w jedenaście minut i był ponownie bohaterem meczu, w którym nasi kadrowicze wygrali 3:1. Ogółem eliminacje ME 2008 to najlepszy czas reprezentacyjny Smolarka. Strzelił w nich wówczas dziewięć goli (trzecie miejsce w klasyfikacji strzelców kwalifikacji), a Biało-Czerwoni awansowali na Euro z pierwszego miejsca. Na ME w Austrii i Szwajcarii "Ebi" nie zdołał strzelić ani razu i był to kolejny nieudany turniej dla naszej reprezentacji (tak ja na MŚ 2006, tak i na Euro 2008 odpadliśmy po trzech meczach fazy grupowej). Euzebiusz Smolarek w sposób szczególny pokazał się również kibicom kadry 1 kwietnia 2009 r. Wówczas ustrzelił drugiego reprezentacyjnego hat-tricka w starciu z San Marino. Był to rekordowy mecz Polaków, którzy wygrali aż 10:0. Smolarek po raz ostatni w biało-czerwonych barwach wybiegł na murawę 17 listopada w ramach meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej (3:1).


@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Sensible
@AssisMoreira

0

@Darek_Maruszczak Więc dlaczego tutaj https://www.elevensports.pl/program-tv/Eleven-Sports-1/11633 nie ma? Tylko zaproszenie na jakichś niebieskich ptaszkach?

12


Niezrównany łowca nagród:

9 stycznia 2012 r. Lionel Messi odebrał swoją trzecią Złotą Piłke z rzędu. Argentyńczyk był oczywistym faworytem tej edycji plebiscytu po tym, jak poprowadził Blaugrane do wygrania 5 pucharów w 2011 r. Messi stał się najmłodszym zawodnikiem z trzema Złotymi Piłkami na koncie a w dodatku zdobył je 3 lata z rzędu, czym wyrównał osiągnięcie Platiniego. Na podium znalazło się również miejsce dla Xaviego a tuż za nim uplasował się Andres Iniesta.


@Monix10
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@Ogorinho1974

0

Przecież na żadnym z Elevenów nie ma transmisji, przed chwilą sprawdzałem w programie

12

Zapomniane El Clasico:

9 stycznia 1949 r. FC Barcelona pokonuje na Camp de Les Corts Real Madryt 3:1 w 15 kolejce Primera Division. Gole dla Barçy strzelili: Cesar Rodriguez(28 i 61 minuta) oraz Basora w 56 minucie. To zwycięstwo przyczyniło się w efekcie do drugiego z rzędu i czwartego w historii mistrzostwa Hiszpanii dla Blaugrany.



@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Monix10
@DaPidejpi

12

Pamiętamy!

Wybitne legendy polskiego sportu:

Panie i Panowie dzisiaj 75 lat kończy Jan Tomaszewski, człowiek, który zatrzymał Anglie! Karierę piłkarską pan Jan rozpoczął w Śląsku Wrocław, w barwach tej drużyny zadebiutował w I lidze. W latach 1963–1967 był zawodnikiem Gwardii Wrocław. W 1971 przeszedł do Legii Warszawa. Jednak po kilku słabych występach stracił miejsce w pierwszej jedenastce i w 1972 przeniósł się do ŁKS Łódź, gdzie udało mu się wywalczyć pozycję jednego z najlepszych polskich bramkarzy. Od 1978 występował za granicą – w Beerschot i Herculesie Alicante. Jako piłkarz największe sukcesy odniósł, grając w reprezentacji Polski. W drużynie narodowej zadebiutował 10 października 1971 w meczu eliminacji mistrzostw Europy z drużyną RFN – wyznaczony wówczas do gry Piotr Czaja tuż przed meczem rozchorował się i musiał zostać zastąpiony przez Jana Tomaszewskiego. Reprezentacja Polski przegrała 1:3, a debiutującego bramkarza krytykowano wówczas za postawę w tym spotkaniu. Następny mecz w drużynie narodowej rozegrał po półtorarocznej przerwie w marcu 1973. Wówczas wywalczył miejsce w pierwszej jedenastce reprezentacji, z którą jeszcze w tym samym roku uzyskał awans do mistrzostw świata. Przyczyniła się do tego jego postawa w meczu eliminacyjnym z Anglią rozgrywanym 17 października 1973 na stadionie Wembley. Nazwany przed meczem przez angielskiego trenera Briana Clough clownem Jan Tomaszewski bronił skutecznie, przepuszczając w meczu tylko jeden strzał oddany przez Allana Clarke'a z rzutu karnego. Dzięki swojemu występowi zdobył duży szacunek wśród angielskich kibiców i zyskał przydomek bohatera z Wembley a także człowieka, który zatrzymał Anglię.

W 1974 brał udział w mistrzostwach świata w RFN, w których reprezentacja Polski zajęła trzecie miejsce. Dwukrotnie w tych mistrzostwach obronił rzuty karne (jako pierwszy bramkarz w historii na imprezie tego poziomu) – Staffana Tappera w meczu ze Szwecją oraz Uliego Hoenessa w meczu z RFN. Po mistrzostwach zdobył wielkie uznanie a Pelé nazwał go najlepszym bramkarzem świata. W reprezentacji Polski wystąpił również na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu w 1976 (srebrny medal) oraz na mistrzostwach świata w Argentynie w 1978, w trakcie których stracił miejsce w reprezentacyjnej bramce na rzecz Zygmunta Kukli. W czasie obydwu mistrzostw świata (1974, 1978) rozegrał łącznie 990 minut w 11 spotkaniach. Do drużyny narodowej powrócił w 1981, rozgrywając dwa spotkania. Ostatni występ, a zarazem jedyny jako kapitan reprezentacji, zanotował w towarzyskim spotkaniu z Hiszpanią rozegranym 18 listopada 1981. Ogółem w barwach narodowych wystąpił w 63 meczach oficjalnych. Jest uważany za jednego z najwybitniejszych bramkarzy w historii polskiej piłki nożnej. Należał również do światowej czołówki bramkarzy lat 70. Wielokrotnie, także po zakończeniu kariery, występował w meczach pokazowych i charytatywnych. Krótko zajmował się działalnością trenerską. W latach 1989–1990 był trenerem bramkarzy reprezentacji Polski. Prowadził również w kilku meczach drużynę Widzewa Łódź w sezonie 1989/1990. Jako jeden z nielicznych zaliczył swój trenerski debiut w ekstraklasie jeszcze przed oficjalnym zakończeniem kariery – w ostatnim meczu sezonu 1980/1981 kierował zespołem ŁKS Łódź w meczu z Szombierkami Bytom, a w 1982 zagrał jeszcze cztery mecze jako zawodnik. Krótko był asystentem trenera reprezentacji Polski, kiedy to funkcję tę pełnił Andrzej Strejlau. Mając na koncie 63 mecze w barwach reprezentacji Polski, należał do Klubu Wybitnego Reprezentanta. 28 czerwca 2012 zrzekł się członkostwa w tej organizacji. Decyzję podjął dzień po tym, jak przewodniczący klubu, Władysław Żmuda, złożył wniosek o jego wykluczenie, motywując to jego zdaniem "bulwersującymi wypowiedziami pod adresem polskiej drużyny narodowej startującej w mistrzostwach Europy 2012 i poszczególnych piłkarzy".



@AssisMoreira
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Symson
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@patataj

10

@FCBparasiempre
Zespoły rezerw to twory, które w swoim założeniu stanowią zaplecze dla pierwszej drużyny. Większe kluby z szerokimi kadrami mogą pozwolić sobie na rywalizację swojego drugiego składu na niższych szczeblach rozgrywek. Często jest to bezpośrednie zaplecze najwyższych lig. Co w przypadku, gdy tzw. drugi garnitur radzi sobie powyżej oczekiwań? Oto kilka ciekawych historii. Tak jak nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji u Monty Pythona, tak też właściciele i piłkarze Atletico Madryt prawdopodobnie nie zakładali, że przyjdzie im grać w jednej lidze ze swoimi rezerwami. Na szczęście władze ligi wcześniej przewidziały takie okoliczności i zabezpieczyły się przepisami. Gdy w sezonie 1999/2000 drużyna z Madrytu spadła z najwyższej klasy rozgrywkowej, jej rezerwy zajęły dającą utrzymanie 17. pozycję w II lidze. W teorii oznaczało to, że relegowany zespół Atletico będzie walczył w pojedynku ze swoim „bratem”. W praktyce drużyna Atletico Madryt B została przesunięta do niższej ligi. Rezerwy Los Rojiblancos do dziś nie wychyliły nosa powyżej III ligi. W powyższym przypadku zespół rezerw został automatycznie zdegradowany przez spadek pierwszej drużyny. Trzeba jednak pamiętać, że „ekipy B” wielokrotnie miały okazję awansować do pierwszej ligi, jednak zostały zablokowane przez wspomniane przepisy. Wśród pechowców znalazły się: Mestalla (druga drużyna Valencii) w sezonie 1951/52, Castilla i Athletic Bilbao w sezonie 1983/84 czy Atletico Madryt w sezonie 1998/99… czyli rok przed spadkiem pierwszej drużyny. W ostatniej dekadzie dwukrotnie na miejscu uprawniającym do udziału w play-off znalazła się FC Barcelona B.

Ciekawym przypadkiem jest wspomniana w poprzednim akapicie Castilla, czyli zaplecze Realu Madryt. Do 1991 roku rezerwy mogły brać udział w rozgrywkach Copa del Rey. W sezonie 1978/79 zarówno Real Madryt, jak i Castilla radziły sobie w pucharze nadzwyczaj dobrze i dotarły… do finału. Real, zgodnie z przewidywaniami, wysoko pokonał swój zespół B. Co ciekawe, niewiele brakowało, żeby Real nie awansował do finału. Atletico Madryt postawiło twarde warunki w półfinale, a o awansie zadecydowały dopiero rzuty karne. Castilla pokonała drogę do finału bez większych problemów. Miałaby na pewno większe szanse na zwycięstwo, gdyby nie fakt mierzenia się ze swoim pierwszym garniturem. Klub nie mógł pozwolić na kompromitację. Castilla mogła wziąć udział w Pucharze Zdobywców Pucharów. Przygoda zakończyła się szybko, bo już w pierwszej rundzie, po porażce z West Hamem. Jest to jedyny przypadek, gdzie zespół rezerw grał w rozgrywkach pucharowych na szczeblu europejskim. W pierwszym spotkaniu Hiszpanie wygrali 3:1, jednak ulegli na wyjeździe aż 1:5. Dwumecz został zapamiętany głównie przez haniebne zachowanie Anglików na Santiago Bernabeu. W efekcie rewanż odbył się przy zamkniętych trybunach. Drugi team Realu Madryt nie powtórzył więcej takiego sukcesu. Castilla trzykrotnie dotarła do ćwierćfinału Copa Del Rey. Wkrótce udział rezerw w pucharze został zakazany.

Spartak Koszyce zapisał się w historii czechosłowackiej piłki przez niezwykłe zdarzenie. W sezonie 1957/58 pierwszy i drugi team z siedzibą w Koszycach występowały we wschodniej grupie drugiej ligi czechosłowackiej. Drużyna rezerw była beniaminkiem, mimo to zagrała świetny sezon. Po 33 kolejkach ekipa B zajęła drugie miejsce w lidze, ustępując zaledwie jednym punktem Dynamu Żylina. To wystarczyło do awansu do I ligi. Tymczasem pierwszy zespół Spartaka zakończył rozgrywki na ostatnim miejscu z zaledwie sześcioma punktami. W efekcie, gdy drugi garnitur mógł świętować promocję do najwyższej klasy rozgrywkowej, ten pierwszy musiał przełknąć gorycz spadku do trzeciej ligi. Po sezonie Spartak zmienił nazwę na Jednota, przez co w czechosłowackiej I lidze zagrał pierwszy zespół, a rezerwy zastąpiły Spartak Koszyce A na trzecim poziomie ligowym. Niesprawiedliwe! Nie tylko Koszyce miały swoje dwie drużyny w tej samej lidze. Sezon wcześniej pierwsza i druga ekipa Slavoja Liberec występowała w III klasie rozgrywkowej. Podobnie jak w przypadku Spartaka, również rezerwy Slavoja spisywały się lepiej od pierwszej drużyny. Innym ciekawym przykładem jest Dukla Tabor, która w sezonie 1961/62 spadła z II do III ligi. Jej miejsce na drugim poziomie rozgrywkowym miały zająć rezerwy, które zajęły wysokie miejsce w niższej klasie. Ostatecznie to pierwsza drużyna zagrała w wyższej lidze. Czechosłowacja była jednym z nielicznych wyjątków, gdzie pierwszy i drugi zespół mogły mierzyć się na tym samym poziomie. W większości przypadków przepisy zabraniały takiej rywalizacji. Wśród pechowców, którzy wygrywali zaplecze I ligi, ale nie mogli awansować, znajdują się dziesiątki drużyn z różnych krajów. W Estonii od ponad dekady druga liga jest zdominowana przez kluby z Tallinna. Levadia i Flora mogłyby prawdopodobnie z powodzeniem wystawiać dwa zespoły w tzw. „ekstraklasie”. Podobna sytuacja ma miejsce w lidze Andory, gdzie na zapleczu przewodzą rezerwy Lusistans i Santa Coloma. Wracając do Estonii, warto wspomnieć, że Levadia posiada swoją drugą drużynę na II poziomie rozgrywek, ale i trzecią na III poziomie. Ewenement. 9 maja 2018 roku w półfinale Pucharu Estonii Flora Tallinn pokonała 9:3 klubową drużynę U-21. Warto dodać, że w rozgrywkach pucharowych brała również udział ekipa U-19, która odpadła w 1/32.

Wśród krajów o bogatszej historii ligowej (poza wspomnianą wcześniej Hiszpanią) nie sposób nie wymienić Holandii, w której od pięciu lat na pierwszych miejscach II ligi wymieniają się młodzieżowe drużyny Ajaxu i PSV, czy Portugalii, gdzie dwukrotnie awans przysługiwał rezerwom FC Porto. Pomiędzy sezonem 1997/98 a 2000/01 rokrocznie pierwsze miejsce w drugiej lidze Ukrainy zajmowała druga ekipa Dynama Kijów. Omawiając Hiszpanię, wspominałem przypadek Castilli, która świetnie radziła sobie w rozgrywkach pucharowych. Podobnych przykładów jest wiele. Warto tu wrócić chociażby do Czechosłowacji. Dwukrotnie do ćwierćfinału docierały rezerwy Baniku Ostrawa, również dwa razy półfinał zaliczył drugi garnitur Sparty Praga. Szczególnie ciekawym jest sezon 1970/71, kiedy to drugi zespół Sparty pokonał w ćwierćfinale pierwszy 2:1. W Holandii drugi team Ajaxu dwukrotnie dochodził do ćwierćfinału, a raz nawet osiągnął półfinał. W sezonie 1987/88 w drodze do ćwierćfinału rezerwy ekipy z Amsterdamu pokonały trzy drużyny z pierwszej ligi. Jednocześnie pierwszy zespół odpadł już w drugiej rundzie rozgrywek, ulegając FC Den Bosch. Możliwe, że młodzież z Ajaxu osiągnęłaby więcej niż ćwierćfinał, jednak władze klubu zdecydowały, że w meczu decydującym o awansie do półfinału z drugoligowym RKC, zagra pierwszy skład. Ten niestety przegrał 1:2. kończąc świetną passę rezerw.

Omawiając mniejsze i większe sukcesy drużyn rezerwowych, trzeba też wspomnieć o Polsce. Drugi skład Warty Poznań jako pierwszy dotarł do 1/8 finału Pucharu Polski. W 1952 roku do finału dotarła druga drużyna Legii Warszawa. W kolejnej edycji ekipa rezerwowa Gwardii Warszawa wygrała te rozgrywki po emocjonującym dwumeczu z Wisłą Kraków (mecz został powtórzony po remisie 0:0 w pierwszym spotkaniu). Poza drużynami z Warszawy do finału dotarły również ROW Rybnik i Ruch Chorzów. Szczególnie wart uwagi jest zespół rezerw z Chorzowa. Według statystyk jest to drużyna, która osiągnęła finał krajowego pucharu, występując w najniższej klasie rozgrywkowej. W momencie, gdy rozpoczynali drogę do finału sezonu 1992/93, trwały jeszcze rozgrywki 1991/92. Chorzowianie musieli walczyć w pucharze na poziomie regionalnym, następnie wojewódzkim, by już w sezonie 1992/93 móc wystąpić w centralnych rozgrywkach Pucharu Polski. Zanim dotarli na Stadion Śląski, pokonali: Stal Bielsko Białą, Polonię Bytom, Raków Częstochowę, Olimpię Poznań, Miedź Legnicę, Stomil Dębicę i Śląsk Wrocław. Cudowny marsz został zatrzymany dopiero w finale przez GKS Katowice, jednak rezerwy Chorzowa nie poddały się bez walki, przegrywając dopiero po rzutach karnych.

A co z reprezentacjami?

Nie tylko kluby posiadają zespoły rezerwowe. Również reprezentacje mają swoją drugą, a czasem trzecią kadrę. Zwykle są one nieformalne i ustalane tylko na potrzeby gier wewnętrznych na zgrupowaniach. Zdarzało się jednak, że kadry „A” i „B” rywalizowały w oficjalnych rozgrywkach. Taka sytuacja miała miejsce w Afryce w latach 90. w ramach mistrzostw wschodniej i środkowej Afryki (CECAFA). Gospodarze turnieju mogli wystawić dodatkowo drugą drużynę. Zespoły rezerw zwykle radziły sobie lepiej od pierwszych składów drużyny narodowej. Zdarzało się, że mierzyły się w bratobójczym pojedynku, jak np. w 1996 roku, kiedy to Sudan B pokonał w półfinale Sudan A. Szczególnie ciekawe były rozgrywki w 2000 roku, gdy pierwszy i drugi zespół Ugandy spotkały się w finale. W tamtym przypadku nie było niespodzianki – pierwszy zespół wygrał 2:0. W 2001 roku po kolejnej bezpośredniej rywalizacji drużyn z jednego kraju (Rwanda walczyła między sobą o trzecie miejsce w turnieju), władze CECAFA zdecydowały o zablokowaniu możliwości udziału drużyn z tego samego kraju w przyszłości.


1

Na ostatnie 5 spotkań w La Liga na Wanda Metropolitano, ,,nasza" kochana Barcunia wygrała zaledwie jeden mecz, dwa przegrywając i dwa remisując. Ciężko sobie wyobrazić dzisiejszą victorie w Madrycie, zwłaszcza bez Roberta i Alby i z taką formą. To będzie graniczyło z cudem! Obawiam się że nawet nie stać nas na remis, no ale obym się mile rozczarował...

13

Wszystkie chwyty dozwolone?

W 1988 r. meksykański dziennikarz Miguel Angel Ramirez odkrył źródło młodości, w którym wykąpało się kilku piłkarzy młodzieżowej reprezentacji kraju. Po tej magicznej kąpieli niektórym ubyło dwóch, trzech a nawet sześciu lat. prawda była jednak dużo bardziej prozaiczna: trenerzy sfałszowali im akty urodzenia i paszporty. Jeden z piłkarzy poddany magicznej kuracji stał się młodszy od swojego brata bliźniaka o okrągłe 2 lata. Dyrektor klubu Guadalajara skwitował to odkrycie filozoficznie: ,, Nie twierdze że to coś dobrego ale przecież od zawsze tak się robiło.” Wtórował mu Rafael del Castillo, zarządzający młodzieżową piłką w Meksyku: ,,Dlaczego Meksyk nie może oszukiwać skoro inne kraje uważają to za coś normalnego?”. Po mundialu w 1966 r. zarządzający AFA Valentin Suarez stwierdził: ,,Stanley Rous nie jest prawym człowiekiem. Zorganizował mundial tak, by wygrała go Anglia. Ja zrobiłbym to samo, gdyby mistrzostwa rozgrywano w Argentynie”. Moralność rynku, która w naszych czasach jest moralnością świata, usprawiedliwia stosowanie wszelkich dostępnych metod(nawet niezgodnych z prawem) by osiągnąć sukces.

Zawodowy futbol nie ma żadnych skrupułów, albowiem jest ich pozbawiony zarządzający nim system władzy, stawiający na pierwszym miejscu skuteczność. Koniec końców skrupuły nigdy nie były traktowane zbyt poważnie. Skrupuły były najtańszą i najmniej znaczącą walutą we Włoszech okresu renesansu. Pięć stuleci później Paul Steiner, niemiecki piłkarz zespołu z Kilonii wyjaśniał: ,,Gram dla pieniędzy i punktów. Przeciwnik chce mi odebrać jedno i drugie. Dlatego będę z nim walczyć w każdy możliwy sposób.” Z kolei Ronald Koeman tak usprawiedliwiał brutalny faul, jakiego dopuścił się na reprezentancie Francji Tiganie jego rodak Gilhaus w 1988 r.: ,,To było klasowe zagranie. Tigana był największym zagrożeniem i trzeba go było zneutralizować za wszelką cene.” Cel uświęca środki i każde świństwo jest dobre, choć lepiej zrobić je dyskretnie. Basile Boli z Olimpique Marsylia, znany łamacz kostek, tak wspomina swój chrzest bojowy: w 1983 r. uderzył z główki Rogera Mille, który doprowadził go do szaleństwa nieustannie szturchając i dając kuksańce. Boli wyciągnął z tego doświadczenia następującą nauczke: ,,Lekcja numer jeden: uderzaj, zanim uderzą ciebie ale rób to skrycie.” Trzeba zatem uderzać, gdy piłka jest daleko bo arbiter, podobnie jak kamery telewizyjne, koncentruje się na niej niemal cały czas. Podczas mundialu w 1970 r. Pelego krył włoski obrońca Bertini. Brazylijczyk chwalił rywala po zakończonym meczu: ,, Bertini był mistrzem jeśli chodzi o faulowanie tak, aby nikt tego nie zauważył. Uderzał mnie pięścią w żebra albo w brzuch, kopał po kostkach… Prawdziwy artysta.” Wśród argentyńskich dziennikarzy zasłużoną sławą cieszą się zasadzki zastawiane przez Carlosa Bilardo, który potrafił robić to sprytnie i skutecznie. Mówi się że Bilardo najpierw kłuł rywali szpilką a później robił oczy niewiniątka. Kiedy był trenerem Argentyny, zdołał podsunąć spragnionemu Brazylijczykowi Branco bidon napełniony rzygowinami podczas najważniejszego meczu na mundialu w 1990 r.

Z kolei dziennikarze urugwajscy mówią o tym, kto bezczelnie popełnia faule, że gra ,,twardą nogą”, wielu z nich wychwala też ,,kopnięcie zmiękczające”, chętnie stosowane podczas meczów międzynarodowych. Zagranie takie należy wykonać w pierwszych minutach meczu. Później można bowiem za nie wylecieć z boiska. W Urugwaju boiskowa przemoc szła w parze z upadkiem piłkarskich umiejętności. Kiedyś określenie ,,garra charrua” kojarzyło się z odwagą a nie kopniakami rozdawanymi na lewo i prawo. Aby nie być gołosłownym: podczas mundialu w 1950 r. w ostatnim meczu(de facto finałowym), Brazylia popełniła dwa razy więcej fauli niż Urugwaj. Cztery dekady później, gdy pod okiem trenera Tabareza Urugwaj ponownie zaczął grać czysto, niektórzy komentatorzy urugwajscy narzekali że nie przynosi to pożądanych rezultatów. Na szczęście to się zmienia. Dzisiaj większość nieczystych, wręcz brutalnych ataków jest wyłapywana, jeśli nie przez sędziego, to przez którąś z wielu kamer na stadionie.


@Symson
@patataj
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Pawel13sz
@DaPidejpi
@AssisMoreira

12

Mundial w czasie dyktatury Videli:

Pięć tysięcy dziennikarzy z całego świata, luksusowe centrum prasowe i telewizyjne, wspaniałe stadiony, nowe lotniska przekonywały o skuteczności argentyńskich władz. Najbardziej doświadczeni dziennikarze niemieccy mówili że mundial w 1978 przypominał igrzyska olimpijskie z 1936 r., które Hitler z wielką pompą zorganizował w Berlinie. Koszty pozostały tajemnicą państwową. Na organizacje mundialu przeznaczono wiele milionów dolarów, nie wiadomo ile kosztowało budowanie wizerunku ,,szczęśliwego kraju” po rządami wojskowych. Najważniejsi organizatorzy mistrzostw świata realizowali w międzyczasie swój plan eksterminacji. ,,Ostateczne rozwiązanie”, jak je nazywali, obejmowało zamordowanie wielu tysięcy Argentyńczyków, ilu- tego nie wiemy do dziś. Każdy, kto próbował się tego dowiedzieć, prędzej czy później zapadał się pod ziemie. Ciekawość, podobnie jak wszelkie wątpliwości, była traktowana jako dowód buntu. Prezes Argenyńskiej Spółki Rolnej Celedonio Pereda oznajmił że dzięki piłce nożnej ,,skończy się oczernianie wielkich Argentyńczyków w zachodnich mediach”.

Nie wolno było krytykować nawet piłkarzy, nie mówiąc o trenerze reprezentacji. Mimo że argentyńskiej jedenastce zdarzały się na tych mistrzostwach potknięcia, komentatorzy sportowi zawsze wyrażali się o reprezentacji w samych superlatywach. Aby poprawić swój wizerunek na świecie, argentyńska junta zapłaciła amerykańskiej firmie public relations pół miliona dolarów. Raport ekspertów Burson-Masteller nosił tytuł: ,,To, co prawdziwe w odniesieniu do produktów, jest również prawdziwe w odniesieniu do kraju”. Admirał Carlos Alberto Lacoste, sprawujący piecze nad mundialem mówił w jednym z wywiadów: ,,Kiedy jade do Europy albo Stanów Zjednoczonych, co robi na mnie największe wrażenie? Wielkie przedsięwzięcia, wielkie porty lotnicze, wspaniałe samochody, luksusowe cukiernie.” Admirał, iluzjonista biegły w ztuce znikania dolarów i produkcji szybkich fotun, przeją kontrole nad mundialem po tajemniczym zabójstwie innego wojskowego, któremu pierwotnie powierzono to zadanie. Lacoste obracał beż żadnej kontroli ogromnymi sumami pieniędzy i, jak się wydaje, reszte z niektórych wydatków, najpewniej przez zwykłą nieuwagę zatrzymał dla siebie. Mundialową rozrzutność i marnotrawienie pieniędzy publicznych zakwestionował nawet sekretarz skarbu w rządzie wojskowych- Juan Alemann, który ośmielił się postawić kilka niewygodnych pytań. Admirał miał jednak w zwyczaju odpowiadać na wszelkie wątpliwości następująco: ,,Tylko żebyście się nie dziwili, jak ktoś podłoży wam bombę…” Rzeczywiście, bomba wybuchła w domu Alemanna, w chwili gdy Argentyńczycy strzelili Peru czwartego gola(bardzo potrzebnego na wage awansu do finału). Po zakończeniu mundialu admirał Lacoste za swoje zasługi został mianowany… wiceprezesem FIFA!


@AssisMoreira
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@Sensible
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Symson

1

@Janiama A to fajniutkie miałeś spotkanie z panem Romanem, troche zazdroszcze :) Dla mnie Wójcicki był moim ulubionym stoperem reprezentacji a zwłaszcza Widzewa, taki prawdziwy ,,harpagan"!

10

Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:

8 stycznia 1958 r. urodził się Roman Wójcicki, silny środkowy obrońca imponujący warunkami fizycznymi. Jeden z czołowych polskich defensorów w latach 80. Przygodę z piłką zaczynał w rodzinnej Nysie, gdzie w wieku 11 lat zapisał się do miejscowej Stali. Początkowo grał jako napastnik, ale z czasem został przesunięty do obrony. Regularnie czynione postępy spowodowały, że zaczęły się nim interesować większe kluby. W 1975 r. trafił do Odry Opole. Dość szybko włączono go do kadry seniorów, a w lidze zadebiutował 24 lipca 1977 r. w meczu z Polonią Bytom. Dobra postawa w lidze zaowocowała powołaniem do reprezentacji do młodzieżowej, a niedługo później do seniorskiej. 12 kwietnia 1978 r. wystąpił w wygranym 3:0 meczu z Irlandią w Łodzi. Jacek Gmoch dostrzegł w nim potencjał i postanowił zabrać na mistrzostwa świata do Argentyny. Wójcicki nie zagrał tam jednak ani minuty. Wiosną 1980 r. trafił do Śląska Wrocław. Dla Odry rozegrał 82 spotkania i zdobył osiem bramek. W Śląsku dopiero od nowego sezonu zaczął regularne występy. Zawsze grał bardzo ambitnie i potrafił się znakomicie ustawiać. W 1982 r. z kolegami z drużyny zajął drugie miejsce w lidze. Dobra forma zaowocowała kolejnym powołaniem na dużą imprezę. Tym razem Antoni Piechniczek widział dla niego miejsce w kadrze na mistrzostwa świata w Hiszpanii. Do pierwszej jedenastki jednak było jeszcze daleko. Duet Żmuda-Janas spisywał się bardzo dobrze i Wójcicki praktycznie cały turniej przesiedział na ławce rezerwowych. Wystąpił tylko w drugiej połowie meczu o III miejsce z Francją, w którym zmienił Waldemara Matysika. Po mistrzostwach przeszedł do Widzewa. Z łódzkim klubem związany był przez cztery lata. Zaliczył 113 spotkań, w których zdobył 11 bramek. Największym jego osiągnięciem było dotarcie z kolegami do półfinału Pucharu Europy, w którym musieli uznać wyższość Juventusu. Czas spędzony w Łodzi Wójcicki wspomina jednak bardzo dobrze i podkreśla, że obok występów z orzełkiem na piersi, był to najpiękniejszy okres w jego karierze. Z Widzewem dwukrotnie był wicemistrzem Polski (1983 i 1984) i dwukrotnie zajmował trzecie miejsce (1985 i 1986). Brak mistrzostwa mógł sobie osłodzić zdobytym w 1985 r. Pucharem Polski. W 1984 r. został laureatem Złotych Butów w plebiscycie ,,Sportu”. Po mistrzostwach świata w Meksyku, w których był jednym z filarów naszej reprezentacji, wyjechał do Niemiec. Grał w FC 08 Homburg, a 1989 r. został zawodnikiem Hannoveru, z którym w 1992 r. zdobył Puchar Niemiec. Karierę kończył w TSV Havelse 1912, gdzie przez cztery lata był grającym trenerem. Później trenował zespoły z niższych lig niemieckich. Z kadrą pożegnał się w przegranym 0:3 meczu z Anglią 3 czerwca 1989 r. Czasami zarzucano mu małą zwrotność i niedostatki techniczne, przez co miał problemy ze zwinnymi zawodnikami, ale jego szybkość biegowa, siła uderzenia i waleczność rekompensowały te braki. W Reprezentacji Polski rozegrał 62 mecze, strzelając 2 gole.

Przy okazji pragnę pozdrowić wszystkich ,,Czerwonoarmistów”.


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@AssisMoreira

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?