FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
2
Bogu dzięki że jeszcze w wieku 50 lat mam zdrowe serce, lecz ciśnienie bardzo wysokie, bo w przeciwnym razie moje serce absolutnie nie wytrzymało by tych rzutów karnych! A więc ,,taniec diabła"! Niech się dzieje wola Boża...
2
Niedowiary! Ja po prostu nie wierze w to co widze! Nawet nie byłem w stanie się cieszyć, po prostu płakałem z radości. Jednak wciąż mam jakiegoś pietra że Francuzi doprowadzą w drugiej połowie do remisu. Obym się cudownie mylił. Argentyno, błagam nie zawiedź mnie chociaż ten jeden raz...
1
@LS Zgadza się, na czarno-białym telewizorze u dziadków na wsi ale w Białej Podlaskiej w rodzinnym domu mieliśmy już telewizor w kolorze. To były cudowne szkolne lata, to se ne vrati...
3
,,Nie opłakuj mnie Argentyno, bo przecież nigdy cię nie opuściłam”- to nawiązanie do piosenki ale przede wszystkim do wybitnej postaci, pierwszej Damy Argentyńskiego narodu a mianowicie Evy Duarte. Ta wspaniała kobieta oddała serce i dusze Argentynie, dosłownie i w przenośni. Opiekowała się najbiedniejszym ludziom w kraju, zadbała o prawa kobiet, budowę przedszkoli, szkół, stadionów, boisk itp. Czytając biografie ,,Evity” to zwyczajnie popłakałem się jak małe dziecko. Dzisiaj pragnąłbym aby Argentyna utonęła we łzach ale we łzach radości i triumfu. Albicelestes, ucieszcie wszystkich swoich sympatyków na całym świecie, zagrajcie ku czci Stabile’go, Di Stefano czy wreszcie ,,boskiego” Maradony. Zagrajcie dla papieża Franciszka i wielu, wielu innych Argentyńskich fanów. Wreszcie zagrajcie ku czci Evy Duarte, kobiety, która jak mało kto na świecie dbała i kochała swoją ojczyznę. Naturalnie jestem Polakiem i zawsze będę kibicował Polsce, nawet w meczu z Argentyną, nawet gdy serce krwawi z powodu gry i porażki. Jednak gdy Polska odpada z jakiegoś turnieju, bądź w nim nie uczestniczy, to wówczas moje serce kieruje się ku Albicelestes. To tak, jakby jedno z moich rodziców było Argentyńczykiem, tak jest od Mundialu Mexico’86 i tak już zostanie, nie potrafie tego racjonalnie wytłumaczyć. Przy okazji chce również pozdrowić wszystkich sympatyków reprezentacji Francji, ekipy, którą szanuje i podziwiam za gre i pracę całego sztabu na czele z Deschampem. Niechaj dzisiaj triumfuje radość z futbolu i gry fair-play. Na koniec, bądźmy dumni z pierwszego Polaka, który poprowadzi finał Mundialu. Życzmy mu wszystkiego najlepszego, oby stanął na wysokości zadania, sprawiedliwie rozstrzygając losy 22 w historii finału mistrzostw świata.
Dzisiaj Vamos Argentina! Vamos a ganar!
4
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
18 grudnia 1948 r. urodził się Adam Musiał. Człowiek legenda krakowskiej Wisły. Lewy obrońca, przeciwko któremu bali się grać zawodnicy innych drużyn. Był istnym boiskowym „harpaganem”, co w gwarze małopolskiej oznacza człowieka porywczego, pełnego energii, zawziętego i nieustępliwego. Te cechy charakteru zaprowadziły go na piłkarski szczyt, jakim było trzecie miejsce na świecie z drużyną narodową w 1974 roku. Wspaniała reprezentacyjna kariera Adama Musiała rozpoczęła się 20 października 1968 roku. W Szczecinie na starym stadionie Pogoni Polska zmierzyła się towarzysko z drużyną NRD (1:1). Obrońca Białej Gwiazdy debiutował w kadrze w towarzystwie wielu znamienitych postaci, jak np. Hubert Kostka, Stanisław Oślizło, Bernard Blaut czy Kazimierz Deyna. Miał wówczas 19 lat i 307 dni. Od tej pory rywalizował o miejsce w drużynie z innym znakomitym lewym obrońcą – Zygmuntem Anczokiem. W trakcie eliminacji mistrzostw świata 1974 stał się podstawowym graczem kadry. Niewiele brakowało, aby jego ostatnim meczem w reprezentacji było starcie z Włochami już na mundialu w RFN-ie. Piłkarze dostali wolne od trenera Kazimierza Górskiego. Obrońca wypił o jedno piwo za dużo, spóźnił się do hotelu i... wdał w niepotrzebną dyskusję z selekcjonerem. Za karę nie zagrał ze Szwecją. Po krótkiej absencji wrócił do łask szkoleniowca i ostatecznie świętował zdobycie medalu. Z gry w kadrze narodowej zrezygnował dwa miesiące po turnieju. Po poważnym wypadku samochodowym nie był już tak sprawny. Jak mówił w „Przeglądzie Sportowym” w 2018 roku: „doszedłem do wniosku, że nie ma sensu się wygłupiać”. Kończył tak, jak zaczynał – towarzyskim spotkaniem z NRD (porażka 1:3), które odbyło się na starym obiekcie warszawskiej Legii. W kadrze występowali wówczas tacy gracze, jak Jan Tomaszewski, Grzegorz Lato, Zygmunt Maszczyk czy najmłodszy w tym gronie Zdzisław Kapka. Po 10-letniej grze w barwach Wisły Kraków, dla której rozegrał 227 spotkań i zdobył jedną bramkę (jak sam podkreślał – tylko dlatego, że zeszła mu piłka), przeniósł się na 2 lata do Arki Gdynia, a następnie wyjechał do Anglii i Stanów Zjednoczonych. Karierę zakończył w 1987 roku. Jak wielu kolegów po fachu, spróbował swych sił jako trener. Rozpoczął – jakżeby inaczej – od pracy w ukochanej Wiśle, gdzie najpierw był asystentem, a później pierwszym szkoleniowcem. Trenował jeszcze zespoły Lechii Gdańsk, Stali Stalowa Wola i GKS-u Katowice. „Gieksa” była ostatnim klubem, jaki prowadził, a był to 1996 rok. Potem pracował jako kierownik stadionu Wisły Kraków. Mimo upływu lat, nadal był rozpoznawany przez kibiców. Jak mówił w wywiadzie dla „Gazety Krakowskiej” w 2016 roku: „To jest największa zapłata dla człowieka. Bo tego się nie kupi za żadne pieniądze. I to człowieka podnosi na duchu, że coś osiągnął, a ludzie go pamiętają, rozpoznają, chcą zamienić parę słów, zapraszają na różnego rodzaju spotkania”. Adam Musiał zmarł 18 listopada 2020 roku w wieku 71 lat.
@Ogorinho1974
@Sensible
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Symson
@DaPidejpi
6
Historia nadal żywa:
Kochani cules, 18 grudnia 2011 r. FC Barcelona pokonała FC Santos 4:0 w finale Klubowych Mistrzostw Świata, po 2 golach Messiego oraz Xaviego i Fabregasa. Blaugrana była pierwszą drużyną, która dwukrotnie wygrała te rozgrywki(nie licząc Pucharu Interkontynentalnego). W finale Barça po znakomitym meczu rozgromiła Santos 4:0. W ekipie brazylijskiej grał Neymar, lecz sam nie był w stanie przeciwstawić się supremacji Katalończyków. Messi dzięki dwóm finałowym golom wyrównał osiągnięcie Pedro z 2009 r., strzelając gola w 6 różnych rozgrywkach w jednym roku kalendarzowym.
Powspominajmy:
@Lionel_Messi10
@Symson
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Sensible
1
@Borry Jak wygra? a nie odwrotnie, jak przegra?
3
@lucas/catalan Vamos a ganar! Para siempre!
7
Wybitne postacie Dumy Katalonii:
18 grudnia 1977 r. prezydent FC Barcelony zrezygnował ze stanowiska. Agusti Montal był ekonomistą i synem jednego z poprzednich prezydentów Barçy. Jego rodzina zajmowała się przemysłem włókienniczym. W 1969 r. został prezydentem klubu, pokonując Pedro Bareta stosunkiem głosów 126 do 112. W tamtych czasach prezydenta Barcelony wybierali oficjalni przedstawiciele a nie sami socios. W 1973 r. został wybrany na drugą kadencje wygrywając z Luisem Casacubertą 902 do 340. Jednym z powodów, dla których zwyciężył tak zdecydowanie było sprowadzenie do klubu Johana Cruijffa. W czasie sprawowania urzędu przez Montala otwarto hale Palau Blaugrana i Palau Blaugrana 2, zainstalowano elektroniczną tablice wyników i oświetlenie na Camp Nou. Montal walczył z reżimem Franco i przeforsował projekt nowego hymnu klubowego p katalońsku, używanego aż do dzisiaj. Poza tym w języku katalońskim zaczął ukazywać się oficjalny biuletyn klubu i informacje prezentowane przez megafony podczas meczu. Za jego kadencji poza Cruijffem sprowadzono również Johana Neeskensa, Hugo Sotila i przede wszystkim legendarnego Rinusa Michelsa, który wywalczył z klubem mistrzostwo kraju w 1974 r. po 14 latach bez tego trofeum. W 1977 r. zrezygnował z funkcji prezydenta na rzecz wiceprezydenta Raimona Carrasco, który sprawował ten urząd do kolejnych wyborów w 1978 r.
@Sensible
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@Symson
5
Blaugrana w europejskich pucharach:
18 grudnia 1963 r. FC Barcelona przegrała w Lozannie dodatkowy mecz 1/8 Pucharu Zdobywców Pucharów z Hamburger SV 2:3 i odpadła z tychże rozgrywek. Gole zdobyli: Bähre i Seeler(2) dla Niemców oraz 2 gole, wybitnie grający głową Sandor Kocsis dla Barçy.
@Lionel_Messi10
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
1
@Lionel_Messi10 Ja też bym tego bardzo chciał, czekam na to od pamiętnej niedzieli 29 czerwca 1986 roku i kosmiczne wówczas Estadio Azteca. Obyśmy miał racje i obyśmy się nie przeliczyli! Żabojady to bardzo twardy orzech do zgryzienia...
7
@FCBparasiempre
Wybuch drugiej wojny światowej odcisnął swoje straszliwe piętno na całym życiu Europy. Nie ominęło to również piłki nożnej. Futbolowe biografie z tego okresu to fascynujące, ale przede wszystkim okrutne świadectwo czasów. Kości piłkarzy, podobnie jak wszystkich innych szarych ludzi, leżą na każdym froncie tej wojny. Był to czas trudnych i niejednoznacznych wyborów moralnych. Ich ocena nie zawsze może być czarno-biała. Historia zna przypadki piłkarzy-bohaterów, jak i również kolaborantów czy wręcz zbrodniarzy. W samej tylko Polsce nietrudno znaleźć futbolowe biografie, które pokazują, jak różne bywają wojenne losy. Niektórzy, jak Henryk Reyman, biorą udział w wojnie obronnej 1939 roku. Wielu piłkarzy czynnie działa w Państwie Podziemnym lub walczy na zachodzie. Okrutny los spotyka Mariana Spojdę, zidentyfikowanego w Lesie Katyńskim na podstawie klubowej legitymacji Warty Poznań. Leon Sperling, reprezentant Polski żydowskiego pochodzenia, staje się jedną z wielu milionów ofiar holokaustu. Historia Kazimierza Górskiego, występującego w sowieckim klubie, to codzienna walka o przetrwanie dla siebie i rodziny. Gerard Cieślik, podobnie jak tysiące polskich Ślązaków, zostaje wcielony do Wehrmachtu. Nie można również zapominać o tych niejednoznacznych biografiach. Fryderyk Scherfke przez władze PRL zostaje uznany za kolaboranta. Nigdy nie powróci po wojnie do ojczyzny. Do dzisiaj toczy się debata o ocenie moralnej postępowania Ernesta Wilimowskiego. Ten bezapelacyjnie najlepszy piłkarz czasów II RP przywdziewa strój niemieckiej reprezentacji ze swastyką na piersi. Po wojnie nad Wisłą dokonuje się swoiste damniato memoriae i na wiele lat wymazuje się jego osiągnięcia z historii. Wśród wielu wojennych dziejów naszych piłkarzy nie sposób jednak znaleźć historii aż tak jednoznacznie moralnie haniebnej, jak losy bohatera tego tekstu. Montewideo, 13 lipca 1930 roku. O godzinie 15: 00 rozpoczyna się inauguracyjny mecz pierwszych Mistrzostw Świata. Alexandre Villaplane, kapitan Francuzów, z dumą wyprowadza swoich kolegów na spotkanie z Meksykiem. Twierdza w miejscowości Arcueil, 26 grudnia 1944 roku. Alexandre Villaplane, skazany za morderstwa i kolaborację z okupantem, zostaje rozstrzelany przez własnych rodaków. Oto tragiczna historia człowieka, który z reprezentanta Francji stał się przestępcą, oszustem, szmalcownikiem i zbrodniarzem.
Alexandre Villaplane na świat przychodzi w kontrolowanej przez Francuzów Algierii. Jego rodzice to typowi przedstawiciele klasy robotniczej z północnej Afryki. Na początku XX wieku wyjeżdżają do Europy w poszukiwaniu lepszego życia. Młody Alexandre w praktyce nigdy nie zdobywa żadnego formalnego wykształcenia. Nie wiadomo nic o jego zdolnościach w nauce, natomiast pewnym jest, że ma talent do jednej rzeczy – piłki nożnej. W 1921 roku, w wieku szesnastu lat, wyrusza za chlebem do swojego wuja zamieszkałego w Langwedocji. Ta historyczna kraina w południowej Francji, między Pirenejami, Rodanem a Morzem Śródziemnym, staje się dla niego domem na kilka kolejnych lat. Dzieje się tak za sprawą angażu do lokalnej drużyny, FC de Cette. Jego umiejętności nie mogły przejść uwadze trenera, Victora Gibsona. Szkocki manager włącza nastolatka do pierwszej drużyny, a ten w ciągu kilku kolejnych lat staje się wschodzącą gwiazdą francuskiej piłki. Dla Villaplane’a jest to trampolina do sukcesów. Pojawiają się również pieniądze i wszelkie, również te nie do końca sportowe, uciechy z życia. Warto w tym momencie poświęcić parę słów rzeczywistości tamtego okresu. Francja lat dwudziestych poprzedniego wieku to kraj, który powoli wstaje z kolan po pierwszej wojnie światowej. Konflikt, choć wygrany, jest katastrofą demograficzną, ekonomiczną oraz społeczną. Życie straciło prawie milion czterysta tysięcy francuskich mężczyzn i chłopców. Wielu wraca z frontu, będąc inwalidami, niezdolnymi do podjęcia pracy i godnej egzystencji. Z drugiej strony, trauma zderza się z nadejściem nowego stylu życia. We Francji rozkwita tzw. epoka Années folles, czyli dosłownie szalonych lat. Paryskie kawiarnie zapełniają się awangardowymi artystami, pisarzami i malarzami. Kwitnie surrealizm, rozwija się architektoniczny styl art déco, a Coco Chanel prezentuje swoją Małą czarną. Zza Atlantyku dociera jazz, nocne kluby pękają w szwach. Bogatsza część społeczeństwa bawi się w kabaretach, trwoni pieniądze w kasynach. Villaplane wpada w wir tych szalonych lat. W teorii we Francji nie ma zawodowego futbolu. W praktyce piłkarze dostają jednak pieniądze za swoją grę, m.in. na fikcyjnych stanowiskach w klubowej administracji. Villaplane w ten sposób otrzymuje korzystną finansowo ofertę i przenosi się w 1926 roku do klubu Nîmes Olympique. Alexandre zarabia coraz więcej, ale i lubi sporo wydawać. Kasyna, zakłady na wyścigi konne, nocne kluby, damy do towarzystwa. Korzysta z uroków życia, jakiego by nie miał szans poznać w odmiennej kulturowo Algierii. Do piłki ma materialistyczne podejście. Przez całą karierę gra po prostu tam, gdzie płacą więcej. Nie zmienia to jednak faktu, że na boisku prezentuje się wyśmienicie. Wkrótce do młodego pomocnika dociera powołanie do reprezentacji Francji.
Zakładając w 1926 roku koszulkę Tricolores, Villaplanestaje się pierwszym graczem pochodzenia północnoafrykańskiego w historii kadry. Zdobywa ogólnokrajową popularność, głównie dzięki swojemu charakterowi oraz znakomitej grze w środku boiska. Dwa lata później wyrusza wraz z olimpijską reprezentacją na Igrzyska w Amsterdamie. W 1929 roku przenosi się do paryskiego Racing Clubu. Stołeczny team ma ambicje stać się swoistym gwiazdozbiorem najlepszych graczy w kraju. W tym czasie zawodowstwo we francuskim futbolu nadal nie jest jeszcze formalne. Nie przeszkadza to jednak Villaplane’owi otrzymywać za grę bardziej wygórowanych stawek niż w Nîmes. Nocny Paryż to dla Alexandra niepowtarzalna okazja do czerpania jeszcze większych uciech z życia. Ulega on ciągle to nowym pokusom szalonych lat. W stolicy poza boiskowy styl życia staje się jeszcze bardziej hulaszczy. W tym czasie zaprzyjaźnia się i wchodzi w koneksje z ludźmi z paryskiego półświatka. Alexandre, podobnie jak we wcześniejszych klubach, nie traci nadal umiejętności godzenia nocnej balangi z boiskową formą. Swoiste opus magnum kariery to występ na Mistrzostwach Świata w Urugwaju. Jako pierwszy kapitan w historii francuskiej kadry wyprowadza swoją reprezentację na mundialowe spotkanie. Villaplane w wypowiedzi dla prasy nazwie ten dzień „najszczęśliwszym w swoim życiu”. Łącznie w barwach narodowych rozegra dwadzieścia pięć spotkań. Swoją przygodę z kadrą zakończy w wieku zaledwie 24 lat. Paryski Racing Club przełomu lat 20. i 30. to iście gwiazdorska drużyna. W klubie występują min. Émile Veinante, Edmond Delfour (obaj reprezentowali Francję na trzech kolejnych Mundialach – 30′, 34′, 38′) oraz Raoul Diagne – pierwszy czarnoskóry gracz w historii kadry. Sprowadzenie Villaplane’a nie gwarantuje jednak drużynie osiągnięcia oczekiwanych sukcesów. Niespodziewanie, Racing Club przegrywa finał Pucharu Francji 1929 z byłą drużyną Alexandra, FC de Cette. W kolejnych dwóch latach wyniki paryskiej drużyny wcale nie są lepsze. W 1932 roku we francuskim futbolu dochodzi do bardzo istotnej zmiany. Wreszcie następuje oczekiwana profesjonalizacja. Powstaje Ligue 1, czyli zawodowa liga. Alexandre ponownie zostaje skuszony ogromnymi zarobkami i decyduje się na kolejny transfer. Trafia do klubu z południa kraju, FC Antibes. Drużyna jest znacznie mniej popularna niż stołeczny Racing. Mimo to stać ich na zatrudnienia piłkarza tej klasy. W inauguracyjnym sezonie zawodowej Ligue 1 Antibes radzi sobie nadspodziewanie dobrze. Rozgrywki są podzielone na dwie dywizje – północną oraz południową. Finał pomiędzy zwycięzcami ma rozstrzygnąć o tytule mistrza Francji. Villaplane wraz z kolegami wygrywają na południu, a na północy najlepsze okazuje się Lille OSC. W finale zwycięża Antibes. Alexandre nie cieszy się jednak z tytułu zbyt długo. Dochodzi do korupcyjnego skandalu. Na jaw wychodzą dowody oraz fakty ustawienia meczu. Mistrzostwo zostaje odebrane, a trener Lille otrzymuje dożywotnią dyskwalifikację. Villaplane jest bezpośrednio zamieszany oraz staje się głównym podejrzanym o udział w procederze. Francuska federacja nie posiada jednak jednoznacznych dowodów na winę zawodnika. Dostaje tylko niewielką karę, choć w samym klubie nikt nie wierzy się w jego niewinność. Reputacja Alexandra legnie w gruzach. Dla władz drużyny jest czarną owcą. Wkrótce, wraz z dwoma innymi kolegami, zostaje wyrzucony z klubu. Po piłkarza sięga OGC Nice. Villaplane ma niezłe statystyki, jednak i tam szybko mają dość jego zachowania. Nad Lazurowym Wybrzeżem Alexandre nie zmienia swoich przyzwyczajeń. Wielokrotnie nie stawia się na treningach. Nie grzeszy formą, bardziej interesuje go nocne życie. Zaledwie po sezonie w Nicei rezygnują z jego usług. Za piłkarzem ciągnie się zła reputacja, a forma z dawnych lat powoli przemija. Villaplane nie znajduje na kolejny sezon zatrudnienia w żadnym klubie z Ligue 1. Po usługi do Alexandra zgłasza się drugoligowy Hispano Bastidienne. Menadżerem klubu z Bordeux jest stary znajomy z FC de Cette, Victor Gibson. Szkot postanawia dać szansę piłkarzowi. Alexandre jednak jest już cieniem dawnego boiskowego siebie. Piłkarska kariera kończy się w iście „spektakularny” sposób. W 1934 roku Villaplane zostaje oskarżony o ustawianie zakładów bukmacherskich na wyścigach konnych. W wieku dwudziestu dziewięciu lat zostaje skazany przez sąd na pół roku pozbawienia wolności.
Paryż, 14 czerwca 1940 roku. Niemieckie wojska wkraczają na ulice francuskiej stolicy. Operacja Fall Gelb kończy się totalnym zwycięstwem hitlerowskiej armii. Taktyka blitzkriegu kładzie Francję na kolana w zaledwie kilka tygodni. Dla mieszkańców znad Sekwany zaczyna się całkowicie nowa, okupacyjna rzeczywistość. Dla sprytnych przestępców, oszustów i drobnych cwaniaczków to dobry czas na wzbogacenie się, zazwyczaj kosztem ludzkiej krzywdy. Villaplane zajmuje się przemytem złota oraz paserstwem. Wsiąknięty od wielu lat w kryminalne środowisko, wkrótce krzyżuje swoje drogi z tzw. organizacją Carlingue. Zwana jest ona potocznie francuskim gestapo. Jest to nic innego jak bezwzględny gang. Kolaborują z okupantem, choć nie ma to nic wspólnego z nazistowską ideologią – chodzi tylko o pieniądze. Alexandre bierze czynny udział w poszukiwaniu ukrywających się Żydów. Ściąga od nich haracze, wymusza opłaty. Za niewydanie Niemcom bierze pieniądze, w innym wypadku przekazuje ich do okupanta. Tacy ludzie, jak Villaplane, bywają dla nazistów bardziej wiarygodni i pomocni niż zwykła policja. W przeciwieństwie do funkcjonariuszy, ludzie z francuskiego gestapo nie mają żadnych skrupułów czy rozterek moralnych. W styczniu 1944 roku powstaje Brigade Nord-Africaine – Brygada Północnoafrykańska. Nie jest to tylko zbiór przestępców, lecz faktycznie militarna formacja (choć niewielka; liczyła maksymalnie 300 osób). Organizacja całkowicie podporządkowuje się nazistom. Działania są skierowane m.in. w zwalczanie francuskiego ruchu oporu. Do nowo utworzonej brygady, jak sama jej nazwa wskazuje, zazwyczaj werbowani są imigranci z krajów Maghrebu. Z tego powodu nazywana jest Mohamed SS. Villaplane wchodzi w struktury formacji. Jest nie tylko szeregowym członkiem, lecz pełni funkcje dowódcze małych oddziałów. Za opis działań Villaplane’a oraz BNA najlepiej posłuży fragment z książki Philippe Aziza pt. ,,Tu trahiras sans vergogne’’: histoire de deux collabos, Bonny et Lafont (pl. Bezwstydnie zdradzisz: historia dwóch kolaborantów, Bonny i Lafont) : ,,Po informacjach otrzymanych z gestapo, Alex [Villaplane] oraz trzej jego ludzie wpadli do domu Geneviève Léonarda, oskarżanego z rodziną o przetrzymywanie żyda. splądrowali dom (…) Alex chwyta 59-letnią matkę szóstki dzieci za włosy. „gdzie jest twój żyd?” kobieta nie chce odpowiedzieć (…) Alex brutalnie ją podnosi, wypycha do sąsiedniego gospodarstwa. uderza kobietę kolbą karabinu, zmusza do oglądania przerażającej sceny, jak reszta mężczyzn z BNA torturuje dwójkę chłopów. po pobiciu dwaj rolnicy zostali rozstrzelani z bliskiej odległości. (…) Alex się śmieje. w tym czasie kilku innych mężczyzn z BNA zlokalizowało żyda, Antoine Bachmanna (…) zabierają go na farmę. Alex uderza go, a później aresztuje. Następnie nakazuje, by Geneviève Léonard oddał mu 200 000 franków.” Villaplane awansuje do stopnia SS-Untersturmführera. Osobiście bierze udział w zbrodniach, gdzie ujawnia się jego dzikość oraz psychopatyczne skłonności. 11 czerwca 1944 roku, w miejscowości w Mussidan w południowo-zachodniej Francji, dowodzony przez niego oddział BNA aresztuje bojowników ruchu oporu. Jedenastu partyzantów z La Résistance ma od 17 do 26 lat. Villaplane wydaje rozkaz rozstrzelania całej grupy. Sam osobiście również pociąga za spust.
Wojna we Francji dobiega końca. Od czasu alianckiego desantu w Normandii z każdym tygodniem staje się jasne – Niemiecka potęga chyli się ku upadkowi. 25 sierpnia zostaje wyzwolony Paryż. Rozpoczyna się polowanie na nazistów, zbrodniarzy, zdrajców i kolaborantów. Sprawiedliwość nie omija Villaplane’a. Znamienne i podsumowujące życie byłego piłkarza są słowa prokuratora w czasie procesu: ,,Jego psychika była inna niż reszty członków gangu. sam przyznaje, że jest intrygantem. powiedziałbym, po przestudiowaniu jego akt, że jest oszustem, urodzonym oszustem. oszuści mają poczucie, które jest nieodzowne w ich handlu: poczucie przedstawienia. jest to konieczne do oślepienia ofiar i zmuszenia ich do rezygnacji z tego, czego chcą. użył go do popełnienia najgorszej formy szantażu – szantażu nadziei.” Przed sądem udowadnia mu się udział w przynajmniej dziesięciu morderstwach. Wyrok może być tylko jeden. 1 grudnia 1944 roku zostaje skazany na śmierć. W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia pluton egzekucyjny wykonuje rozkaz.
Tak kończy swój żywot Alexandre Villaplane – olimpijczyk, kapitan reprezentacji Francji, który nie zdał egzaminu z człowieczeństwa.
8
Kapitan Francji, który stał się hitlerowskim zbrodniarzem:
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
8
Wybitne legendy rodzimego futbolu:
17 grudnia 1933 r. urodził się Stefan Florenski, głównie obrońca. To był prekursor gry wślizgami. Pochodził z Sośnicy, ze śląskiej, górniczej rodziny, w której nie było tradycji sportowych. Tuż po wojnie zaczął treningi w miejscowym klubie. Na początku grał jako napastnik i strzelał sporo goli. W 1956 r. A-klasowa Sośnica przegrała z Górnikiem w sparingu 0:8, ale Florenski pokazał się z na tyle dobrej strony, że ówczesny trener zabrzan Augustyn Dziwisz chciał go mieć u siebie. Prezesem Sośnicy był wówczas Władysław Lubański – ojciec Włodka. Poradził młodemu chłopakowi, że lepiej, żeby przeszedł do drugoligowego Piasta, bo w Zabrzu może wpaść w nieodpowiednie towarzystwo. Florenski liczył się z jego zdaniem, bo prezes był też sztygarem w kopalni, w której pracował i dał mu na tyle lekką pracę, żeby mógł jednocześnie trenować i grać. Ostatecznie jednak po długich namowach przeszedł do Górnika. Zadebiutował 3 lutego 1957 r. w drugiej rundzie Pucharu Sportu w meczu ze Stalą Huta Kościuszko. Górnik wygrał 4:1, a młody obrońca zebrał pochlebne recenzje. Jego kariera zaczęła przyspieszać. W tym samym sezonie świętował z zespołem pierwszy w historii mistrzowski tytuł. Zaliczył debiut w reprezentacji 29 września 1957 r. w meczu z Bułgarią a już kilka tygodni później brał udział w pamiętnych bojach z ZSRR. Był w składzie na igrzyska olimpijskie w Rzymie ale tuż przed turniejem, w jednym ze sparingów złamał nogę i całą imprezę przeleżał z nogą w gipsie w hotelowym pokoju. Ostatni mecz w barwach Górnika zagrał miesiąc przed 37. urodzinami. W sumie dziewięciokrotnie(!) zdobył z zespołem mistrzostwo kraju (1957, 1959, 1961, 1963, 1964, 1965, 1966, 1967, 1971) i pięciokrotnie puchar Polski (1965, 1968, 1969, 1970, 1971). Grał w trzecim meczu z AS Romą i w finale z Pucharu Zdobywców Pucharów z Manchesterem City. W Reprezentacji rozegrał 11 meczów.
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Sensible
@Symson
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@patataj
0
@Criss18Barca No tak, Gudjohnsen to nie był zbyt udany transfer. Ja bardzo żałuje że w tym finale nie mogło zagrać dwóch genialnych napastników. Właściwie to już nie pamiętam czy Eto'o i Messi byli kontuzjowani? bo wówczas nie miałem dostępu ani do meczu a zwłaszcza do internetu.
13
Niespodziewana porażka:
17 grudnia 2006 r. FC Barcelona przegrała z Internacional Porto Alegre 1:0 w finale Klubowych Mistrzostw Świata. ,,Nie należy mówić że jest się najlepszym, trzeba być najlepszym” – tak przed finałowym meczem w Klubowych Mistrzostwach Świata wypowiedział się Frank Rijkaard, podkreślając że bez dobrej gry nie wygrywa się trofeów. Niestety wydarzenia boiskowe potwierdziły obawy trenera. Nie licząc końcówki pierwszej połowy i trzech sytuacji między 72 a 74 minutą, Blaugrana osłabiona brakiem Eto’o i Messiego prezentowała się słabo. Najlepszy na boisku Pedro Iarley wyprowadził perfekcyjną kontre i to po jego dośrodkowaniu gola strzelił Luiz Adriano. Do końca meczu pozostało 10 minut, lecz jedynym pomysłem Barçy było granie długich piłek na niskiego Giuly’ego. Katalończycy na brakujący tytuł musieli czekać kolejne 3 lata.
Dla chętnych obejrzenia:
@Lionel_Messi10
@Symson
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@Sensible
10
Czy wiemy że…
16 grudnia 1899 r. w Fiaschetteria Toscana na ulicy Berchet założono AC Milan, Klubowy Mistrz Świata 2007, zdobywca Ligi Mistrzów/Pucharu Europy 1963, 1969, 1989, 1990, 1994, 2003, 2007, i 18-krotny mistrz Włoch. Kilpin, Allison oraz Davies- to trzej Anglicy którzy wpadli na pomysł stworzenia klubu i przedstawili swoją ideę biznesmenom Edwardsowi Nathanowi i Barnettowi którzy wsparli inicjatywę.
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@NaFazieHitman
@Sensible
@patataj
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@patataj
@Symson
11
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
16 grudnia 1922 r. urodził się Józef Kohut, napastnik. Wisła Kraków miała szczęście do znakomitych napastników. Henryk Reyman był pierwszym piłkarzem, który strzelił w lidze 100 goli. Niewiele ustępował mu potem skutecznością Artur Woźniak. Po II wojnie światowej pierwsze skrzypce w ataku Białej Gwiazdy zaczął odgrywać ich następca – Józef Kohut, chłopak rodem z grodu pod Wawelem. W dodatku posiadł rekord, jakiego nie mieli w dorobku ci dwaj pozostali gracze ani żaden z innych napastników w lidze. W czasie okupacji z lubością podglądali go nawet Niemcy, którzy darzyli szacunkiem jego fantazje oraz waleczność. Nic zatem dziwnego że w pierwszych powojennych sezonach to on był czołowym strzelcem w kraju. Szczególnie zabłysnął w edycji rozgrywanej w 1948 roku. Dzięki temu jest do dziś ostatnim piłkarzem w historii, który przekroczył bariere 30 goli w jednym sezonie. Nikt od tego czasu nie zbliżył się do uzyskanej wówczas prze niego średniej goli na kolejke – 1,11. Z tamtej edycji pochodzi też jego wciąż niepobity rekord. Kohut jako jedyny w historii w 3 kolejnych meczach Ekstraklasy popisał się hattrickiem! Do dziś jest jedynym piłkarzem w historii ligi z takim wyczynem na koncie. Był zresztą wtedy w niespotykanym gazie. W pięciu sąsiadujących ze sobą kolejkach aż 4 razy popisał się hattrickiem, raz poprzestał zaś na dublecie. Nikt inny nie miał równej passy. Jest tez autorem jednego z najszybszych goli w historii ligi. Już w 12 sekundzie pokonał bramkarza Legii. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 8:0 a on uzyskał w nim hattricka. Ten strzelecki rezultat powtarzał jeszcze w dwóch następnych kolejkach rozgrywanych przy Reymonta po tym wydarzeniu. Indywidualne osiągnięcia z tamtych rozgrywek nie dały jednak wtedy Wiśle mistrzostwa. Biała Gwiazda przegrała bowiem baraż o końcową wygraną z Cracovią i została ze srebrnym medalem. Niepowodzenie powetowała sobie w dwóch kolejnych sezonach. Za każdym razem czołowa postacią tej drużyny był Kohut. W obu mistrzowskich edycjach notował na koncie dwucyfrówkę w strzelonych golach. Tytuł zdobył też w 1951 ale wskutek regulaminu było to oficjalnie tylko ,,mistrzostwo ligi”. Mistrzostwo Polski jako zdobywca Pucharu Polski zgarnął zaś Ruch Chorzów. Poza tym 2 razy został wicemistrzem Polski i 2 razy zdobył brąz. Na 9 rozegranych sezonów 7 razy kończył więc na podium. Indywidualnie jego dorobek wyniósł 81 goli w 125 meczach w Ekstraklasie. Średnia wyniosła zatem 0.65 gola na mecz. Kibiców ujmowała jego skuteczność ale też pełen fantazji styl gry oparty na ciągłych przyspieszeniach, szybkości niekonwencjonalnych rozwiązań. Tworzył znakomitą pare z Mieczysławem Graczem, dużo bardziej pracowitym od niego. Dlatego Gracza bardzo denerwowało że jego partner z ataku nie wraca się po piłke do linii środkowej. Z drugiej strony nie było w tych czasach bardziej lubianego piłkarza Wisły od Kohuta. Łatwość wyrabiania pozycji strzeleckich przysłaniała wszelkie wady. Dostrzegał to też trener Białej Gwiazdy – Josef Kuchynka. Jego zawodnik regularnie dawał mu pozasportowe powody do usuwania go ze składu. Zamiast skreślić towarzyskiego napastnika ordynował mu jednak treningi, w czasie których Kohut ćwiczył ubrany w podwójny sweter aby wypocić toksyny nagromadzone nocą… Może zresztą dzięki tym słabostkom, zdawał się kibicom bliższy niż pozostali zawodnicy. Imponował też walecznością, tak na boisku, jak i poza nim. Kiedyś wdał się nawet w bójke z oficerem Służby Bezpieczeństwa, co mogło przekreślić jego karierę. Sława uratowała go od większych konsekwencji. W reprezentacji Polski zagrał 11 razy i zdobył 4 gole. Dwukrotnie udało mu się wpisać na liste strzelców w starciach z Węgrami. W kadrze zadebiutował zaś zmieniając Kazimierza Górskiego w meczu zakończonym porażką 0:8 z Danią. Kariere piłkarską zakończył w 1953 r. Zmarł zaś niespełna 17 lat później. Wisła Kraków swego czasu organizowała memoriał jego imienia.
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Symson
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@patataj
@Sensible
8
Epokowy turniej w dziejach Dumy Katalonii:
16 grudnia 2009 r. FC Barcelona pokonuje FC Atlante 3:1 w półfinale Klubowych Mistrzostw Świata rozgrywanych w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Po 5 minutach meczu mistrz Ameryki Północnej prowadził po golu Rojasa, jednak w 35 minucie wyrównał Busquets. Po przerwie gole Messiego i Pedro zapewniły Blaugranie udział w wielkim finale. Gdyby ktoś chciał zobaczyć:
@Lionel_Messi10
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
11
Debiuty legend:
16 grudnia 1990 r. Josep Guardiola OFICJALNIE zadebiutował w barwach Blaugrana meczem z Cadiz CF na Camp Nou w ramach 15 kolejki La Liga(de facto Pep zadebiutował już 1 maja 1989 r. wraz z Francesciem Vilanova i Jordim Roura, który strzelił 2 gole, w towarzyskim meczu z CD Banyoles wygranym 6:2). Guardiola miał szczęście ponieważ Amor pauzował za żółte kartki. Johan Cruyff dał mu od razu szanse w podstawowym składzie i nie omieszkał pochwalić go po meczu. ,,Zawsze należy być dumnym z pochwał, zwłaszcza jeżeli pochodzą od trenera. Jestem zadowolony ze swojej postawy, choć zawsze mógłbym zagrać lepiej. Byłem otoczony tyloma doskonałymi graczami, że trudno było zagrać źle w takim doborowym towarzystwie. Wszyscy mi pomagali i pozwoliło mi to dobrze wykonać swoją prace.’’– podsumował swój występ Pep. Guardiola zachował koszulke z debiutu ale mimo udanej gry był świadomy tego iż Amor wróci do składu w kolejnym meczu. ,,Czuję że od teraz będzie się ode mnie wymagać więcej na Mini Estadi(gdzie grywał w drużynie rezerw). Przeciwnicy będą mnie ostrzej atakować ale przyjmuje wyzwanie. Czuje że mogę być przydatny w pierwszym zespole’’- kontynuował Pep. Przypomnę tylko że mecz z Cadiz, Barça wygrała 2:0 a Pepito zagrał w nim pełne 90 minut. Jeszcze w owym sezonie Guardiola wystąpił w Primera Division trzykrotnie, natomiast od sezonu 1991/92 na stałe awansował do kadry Cruyffa. Jak widać ,,boski’’ Johan miał nosa i miał jaja zarazem aby dać zagrać Pepowi w meczu La Liga.
@Lionel_Messi10
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Sensible
8
Zapomniane, acz wspaniałe legendy polskiego futbolu:
15 grudnia 1937 r. w Chropaczowie urodził się Roman Lentner. Był pierwszym zawodnikiem, który dla Górnika rozegrał 200 spotkań. Fenomenalne uzdolniony, wyjątkowo szybki i świetnie wyszkolony skrzydłowy. Treningi zaczynał w klubie Czarni Chropaczów, do którego zapisał się kiedy miał 10 lat. Jako nastolatek wyjechał na kolonie do Karlina na Pomorzu. Dla rozrywki zorganizowano mecz pomiędzy kolonistami a miejscową drużyną, która występował w B-klasie. Nastolatkowie wygrali 17:0, a Lentner strzelił kilka goli. Działacze byli nim zachwyceni i szybko zadzwonili do domu, próbując przekonać rodziców, żeby chłopak mógł zostać. Zgodzili się i młody chłopak oprócz gry w piłkę pracował też w miejscowym PGR. W Karlinie spędził cztery lata i doszedł z zespołem do III ligi. Przez występy w reprezentacji LZS-ów województwa koszalińskiego dostrzegł go trener Michał Matyas. Szybko zaczął dostawać powołania na juniorskie zgrupowania a w 1956 r. wrócił na Śląsk. W meczu juniorów z Rumunią pokazał się z bardzo dobrej strony i zaciętą walkę o niego stoczył Górnik z Ruchem. W Górniku debiutował jeszcze jako junior. Znakomicie grał podczas tournée zespołu we Francji, dzięki czemu dostał szansę występu w słynnym meczu z ZSRR w Chorzowie. Jako skrzydłowy strzelił dla Górnika 87 goli w oficjalnych meczach a po jego podaniach dziesiątki bramek zdobywali jego koledzy. W 1960 r. pojechał z reprezentacją na igrzyska do Rzymu. Potrafił grać przeciwko silnym rywalom, w pamięci kibiców zapisały się jego dynamiczne rajdy bogate w efektowne dryblingi. W 1961 r. włoskie czasopismo zaliczyło go do szóstki najlepszych lewoskrzydłowych świata. Z Górnikiem ośmiokrotnie zdobył mistrzostwo Polski (1957, 1959, 1961, 1963, 1964, 1965, 1966 i 1967) i trzy razy puchar Polski (1965, 1968 i 1969). W 1969 r. był z zespołem na tournée w Ameryce Południowej. Podczas jednego z treningów złamał nogę. Złożono ją w kolumbijskim szpitalu, ale po powrocie do Polski okazało się, że zrobiono to źle i noga źle się zrosła. Chcieli mu ją łamać jeszcze raz, ale piłkarz się nie zgodził. Ból jednak stał się na tyle dokuczliwy, że nie potrafił biegać tak szybko jak wcześniej. Stracił swój największy atut i odszedł z Górnika. Trafił do Górnika Wesoła, ale tam sam wspominał, że to nie było już poważne granie i zakończył karierę. W Reprezentacji rozegrał 32 mecze, strzelając 7 goli.
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Symson
10
Feliz cumpleaños panie Allanie!
15 grudnia 1952 r. urodził się Allan Simonsen. Duński napastnik przychodził do FC Barcelony w glorii i chwale po udanych latach spędzonych w Borussi Mönchengladbach. W RFN zdobył 3 mistrzostwa kraju i 2 puchary UEFA a indywidualnie wywalczył tytuł najlepszego europejskiego piłkarza 1977 r. Do Barçy trafił w miejsce Johana Neeskensa, gdyż w tamtych czasach w każdej drużynie mogło grać jednocześnie jedynie dwóch obcokrajowców. Filigranowy Duńczyk był świadomy odpowiedzialności, która na nim ciążyła: ,,Wiem jak ważny był Neeskens dla drużyny i jestem w stanie podjąć się wyzwania. Myślę że nie zawiodę kibiców. Chce być jednym z wielu i pomóc drużynie. Nie boję się ostrej gry rywali. Cruyff też był kryty bardzo krótko a w Barcelonie nie doznał poważnej kontuzji”. Simonsen miał racje w obu ostatnich aspektach. Prze 3 sezony w Blaugranie omijały go kontuzje, lecz brakowało jego indywidualnych popisów. 10 goli w sezonie nie było satysfakcjonującym wynikiem, jednakże Simonsen zapisał się na kartach historii klubu zdobywając gola w drugim zwycięskim finale Pucharu Zdobywców Pucharów na Camp Nou. Stał się w ten sposób pierwszym piłkarzem, który zdobywał gole w trzech finałach różnych pucharów europejskich. Duńczyk pożegnał się z Dumą Katalonii ze względu na transfer Diego Maradony. Zarząd zaproponował mu miejsce w klubie i ewentualną gre w przypadku kontuzji Argentyńczyka albo Niemca Schustera. Simonsen postanowił rozstać się z Barçą. W październiku 1982 r. sensacyjną oferte złożył mu Charlton Athletic, grający wówczas w drugiej lidze angielskiej. Wydawało się że Simonsen skusi się na propozycje Realu Madryt, Tottenhamu lub Sportingu Lizbona, jednak w końcu wybrał najsłabszą oferte pod względem sportowym. Charlton zapłacił ogromną jak na owe czasy kwotę 300 tys. funtów.
@Lionel_Messi10
@Symson
@Pawel13sz
@patataj
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@DaPidejpi
7
Nie tylko dla sympatyków ,,Los Bosteros”:
14 grudnia 2003 r. CA Boca Juniors pokonało w rzutach karnych AC Milan w finale Pucharu Interkontynentalnego. Pirlo, Seedorf i Costacurta. To piłkarze, którzy nie strzelili rzutów karnych dla Milanu i Puchar Interkontynentalny(tak jak w 2000 r.) wywalczyła Boca Juniors. Po 120 minutach meczu w Jokohamie było 1:1, w karnych 3:1 dla Argentyńczyków. Milan przeważał niemal przez całe spotkanie, był blisko tego, by(jako pierwszy zespół na świecie) zdobyć to trofeum po raz czwarty. Poprzednio jako zdobywcy Pucharu Europy wygrywali rywalizację ze zdobywcami Copa Libertadores w 1969, '89 i '90 roku. Przegrywali w 1963, '93 i '94. W 24. minucie gola dla Włochów strzelił(z ośmiu metrów po bardzo dobrym podaniu Andrei Pirlo) Duńczyk Jon Dahl Tomasson. Wyrównanie padło pięć minut później - odbitą przez bramkarza Didę piłkę po uderzeniu Iarleya dobił pomocnik Matias Donnet. W kolejnej akcji Brazylijczyk Kaka z Milanu trafił piłką w poprzeczkę. W drugiej połowie doskonałych okazji dla Włochów nie wykorzystali Paolo Maldini i Kaka. Świetnie bronił Abbondanzieri. Tuż przed końcem rezerwowy argentyńskiej drużyny Carlos Tevez strzelił zaś tuż nad poprzeczką. W dogrywce Abbondanzieri kapitalnie wybronił strzał Andrija Szewczenki, a tuż przed końcem gola ze spalonego strzelił Filippo Inzaghi. Bramka nie została uznana. Milan, który w finale poprzedniej Ligi Mistrzów wygrał w karnych z Juventusem, w niedzielę gorzej wykonywał jedenastki niż Boca Juniors. Mistrz Argentyny wywalczył Puchar Interkontynentalny po raz trzeci. To także trzeci Puchar 54-letniego trenera zespołu z Buenos Aires Carlosa Bianchiego. Przed nim żaden szkoleniowiec tego nie dokonał. AC Milan - Boca Juniors 1:1 (1:1, 1:1) karne 1:3.
Gole: Tomasson (24.) / Donnet (29.)
Składy: AC Milan: Dida - Cafu, Costacurta, Pancaro, Maldini - Gattuso (102. Ambrosini), Pirlo, Seedorf, Kaka (78. Rui Costa) - Szewczenko, Tomasson (60. Inzaghi)
Boca: Abbondanzieri - Schiavi, Perea (73. Jerez), Burdisso, Rodriguez - Donnet, Cagna, Battaglia, Cascini - Schelotto (73. Tevez), Iarley Sędziował Walentin Iwanow (Rosja)
Pozdrawiam wszystkich ,,Xeneizes”
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Sensible
@Symson
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@patataj
10
Po raz pierwszy i jak dotąd ostatni:
14 grudnia 1919 r. FC Barcelona pokonała na Camp del Carrer Indústria lokalnego rywala FC Internacional 2:1 w 6 kolejce mistrzostw Katalonii. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt że jednego z goli dla Blaugrany z rzutu karnego zdobył… Ricardo Zamora! Tak, tak, jeden z najlepszych bramkarzy w historii futbolu dokonał tego jako jedyny golkiper w historii Barçy. Swoją drogą bardzo jestem ciekaw jak by wyszedł taki rzut karny ter Stegenowi, który przecież dosyć dobrze gra nogami, nieprawdaż? W jednej z pierwszych rund Copa del Rey to myśle że można byłoby coś takiego zaryzykować przy sprzyjającym dla nas wyniku. Niemiec również mógłby przejść do historii, pytanie tylko czy będzie taka okazja i czy pozwoli na to Xavi?
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@patataj
@DaPidejpi
3
No kochani, 3:0 z Chorwacja to nawet by mi się nie przyśniło w najkolorowszych snach. Wprost niedowiary że aż tak gładko poszło. Co to się stało z drugą linią Chorwacji a zwłaszcza z defensywą? Zresztą to już nie ważne, najważniejsze że Albicelestes zagrają w finale! Jest atmosfera i jest moc w tej drużynie. Nie chce przeżywać drugi raz tego co się wydarzyło 13 lipca 2014 roku, to był dla mnie przykry cios. Argentyno! nie zawiedź mnie po raz drugi i daj mi te przyjemność cieszyć się z tobą z mistrzostwa.
0
@Janiama Bardzo chciałbym takiego wyniku jaki typujesz, jednak ja po 90 minutach typuje remis 0:0. Vamos Argentina!
0
W regulaminowym czasie gry postawiłem na remis, choć bardzo chciałbym aby Albicelestes rozstrzygneli to na własną korzyść. Ostatecznie typuje że to wszystko zakończy się rzutami karnymi a tego nie chce bo jak mawiają latynosi rzuty karne to taniec diabła! Jestem ciekaw jak wy typujecie dzisiejszy półfinał?
8
@FCBparasiempre
„Mamy dziś idealne warunki do gry” – niestety nie zawsze komentatorzy mogą zacząć transmisję właśnie takimi słowami. Wiele razy warunki pogodowe miały wpływ na przebieg spotkań, także tych najważniejszych. W większości przypadków sędziowie podejmowali słuszną decyzję. Są jednak wyjątki… W tym artykule chciałbym przedstawić sześć spotkań, na które wpływ miały śnieg, deszcz czy też mgła.
Stolica kwitnącej wiśni pod pokrywą śnieżną
Jeśli ktoś gra na co dzień w Portugalii i Urugwaju, to duży śnieg musi być dla niego szokiem. Tak też było 13 grudnia 1987, kiedy w finale Pucharu Interkontynentalnego zmierzyły się ze sobą FC Porto i Peñarol. Pierwsi byli triumfatorami Pucharu Europy, a drudzy Copa Libertadores. Do spotkania doszło na Stadionie Narodowym w Tokio. W bramce Smoków stał Józef Młynarczyk. Obie drużyny musiały walczyć nie tylko ze sobą, ale również z obfitymi opadami śniegu, których wynikiem była zabłocona murawa. Nie było jednak innego wyjścia, ponieważ sponsor tytularny Toyota Cup pod żadnym względem nie chciał zgodzić się na przełożenie tego meczu. ,,Niemożliwym było podążanie za wskazówkami trenera. musieliśmy więc grać instynktownie i z pasją. w miarę, jak było coraz chłodniej, mi robiło się coraz cieplej. przejąłem się tym wszystkim tak mocno, że zrobiło mi się wręcz gorąco. w tamtym zespole wszyscy byliśmy braćmi, którzy trzymali się razem i mieli gorące serca” – wspominał napastnik porto i bohater tamtego spotkania Rabah Madjer. Młynarczyk relacjonował, że boisko było pokryte przez dziesięciocentymetrową warstwą śniegu (odsyłamy do artykułu, w którym przeczytacie więcej na temat sukcesów Porto, a także konkretnej wypowiedzi Młynarczyka na temat tego spotkania). Piłkarze niemal cały czas się ślizgali. Widoczność była mocno ograniczona, a piłka odbijała się od murawy w bardzo nienaturalny sposób. Co może mocno zaskakiwać, z trybun to śnieżne widowisko oglądało (lub przynajmniej próbowało oglądać) ponad 45 tysięcy osób. Chociaż obie jedenastki mocno pragnęły, żeby mecz zakończył się po 90 minutach, to utrzymywał się wynik 1:1 i potrzebna była dogrywka. ,,byłem zmuszony dość często interweniować, często kłaść się w błoto. było mi potwornie zimno. zwykle w takich sytuacjach nikt nie schodzi do szatni ale tym razem sędzia(sam zresztą zmarznięty) pozwolił na zmianę strojów i ogrzanie się w szatni”– powiedział Młynarczyk w odniesieniu do pierwszej połowy i momentu kiedy arbiter zarządził dogrywkę. Decydujący moment meczu miał miejsce w 109. minucie. Na strzał z ponad 30 metrów zdecydował się Madjer. W śnieżnej zamieci piłka przeleciała nad bramkarzem Eduardo Pereirą Martinezem. Potem zatrzymała się na śniegu i długo toczyła, zanim ostatecznie przekroczyła linię bramkową. Strzelec stwierdził, że w tym momencie czas się dla niego zatrzymał. Podobne zdanie miał Młynarczyk, który przyznał, że mało im serca nie stanęły, bo zatrzymała się na śniegu, tuż za linią. Drużyna Smoków wraz z polskim bramkarzem sięgnęła po tytuł klubowych mistrzów świata.
Stara Dama zakopana w tureckim błocie
Inna „śnieżna zamieć” miała miejsce w Stambule. Ostatnia kolejka fazy grupowej Ligi Mistrzów sezonu 2013/2014 – do Turcji na mecz z Galatasaray przyleciał Juventus. Włochom do awansu wystarczał remis. Turcy musieli koniecznie wygrać. Mecz został przerwany po 30 minutach przez gwałtowne opady śniegu. Arbiter główny szybko zorientował się, że warunki atmosferyczne będą nie do pokonania. Podjęto decyzję, że drużyny pojawią się na murawie kolejnego dnia. Boisko było jednak nadal w opłakanym stanie i nie nadawało się do gry. UEFA nie mogła jednak pozwolić na inny termin, ponieważ wtedy konieczne byłoby przesunięcie losowania par kolejnej fazy rozgrywek. ,,Oczywiście staraliśmy się, aby spotkanie zostało przełożone, więc próbowaliśmy się spotkać wcześniej z delegatem UEFA. nikt nie chciał nas jednak słuchać. Roberto Mancini powiedział, że warunki do gry były niebezpiecznie i również tak uważałem” – powiedział po meczu ówczesny trener mistrza Włoch, Antonio Conte. Błoto zatrzymywało piłkę, która odbijała się w nienaturalny sposób. Juventus skupił się więc na defensywie. Tak, żeby dowieźć do końca remis dający awans. Jednak w końcówce spotkania o wszystkim zadecydował Wesley Sneijder. Holender pokonał Buffona i wywalczył tym samym awans do 1/8 finału Ligi Mistrzów. ,,Oczywiście nie powinniśmy dopuścić do sytuacji, w której o wszystkim decyduje ostatnia seria spotkań. jestem pewien, że gdyby boisko było w przyzwoitym stanie, to zagralibyśmy naszą piłkę. nie mogliśmy przewidzieć takich okoliczności, więc uważam, że nasze odpadnięcie jest niesprawiedliwe. trzeba też jednak przyznać, że sami utrudniliśmy sobie życie” – kontynuował Conte. ,,W przerwie było już za późno. Juventus zgodził się na grę lub przynajmniej nie mówili nic innego. zgadzam się z Conte, że gra była niemożliwa dla obydwu drużyn. zaczęła się więc loteria. potem gra była otwarta i byliśmy bardziej agresywni. zasłużyliśmy więc na zwycięstwo. nasza postawa na pewno wynikała z tego, że po prostu musieliśmy to wygrać” – podsumował coach Galatasaray, czyli Roberto Mancini.
Utopione polskie marzenia
Pora na najpopularniejsze spotkanie w fatalnych warunkach. Przynajmniej dla Polaków. Jeśli deszcz, to skojarzenie jest jedno – „mecz na wodzie” z mundialu 1974. Tę historię znają niemal wszyscy kibice polskiej piłki. 3 lipca na Waldstadion we Frankfurcie nad Menem Polacy zmierzyli się z gospodarzami turnieju RFN. Było to ostatnie spotkanie drugiej rundy fazy grupowej, które decydowało o tym, kto zagra w finale turnieju. Podopieczni Kazimierza Górskiego musieli koniecznie wygrać, natomiast rywalom do gry o złoto wystarczał remis. Przed samym spotkaniem rozpętała się ogromna ulewa. Chociaż służby porządkowe robiły, co mogły, to nie były w stanie doprowadzić murawy do normalnego stanu. Gra Polaków na tamtym mundialu opierała się głównie na szybkości. Ani Grzegorz Lato, ani Robert Gadocha nie byli w stanie rozpędzić się w tak trudnych warunkach. Piłka co chwilę stawała w miejscu, co oznaczało, że było dużo łatwiej się bronić niż atakować. Polska musiała jednak wygrać… ,,W normalnych warunkach atmosferycznych prawdopodobnie nie mielibyśmy szans” – powiedział lider niemieckiej obrony, Franz Beckenbauer. Ostatecznie za sprawą Gerda Mullera gospodarze zwyciężyli 1:0 i zameldowali się w finale, gdzie pokonali później Holendrów. Orły Górskiego zdobyły z kolei srebrne medale, pokonując w meczu o trzecie miejsce Brazylię. ,,Ciężko czasem było przesunąć piłkę o pół metra, bo stawała na wodzie. musiała być podawana górą, nie można było grać dołem, a jednocześnie ciężko było ją z tej wody wydobyć” – wspominał Andrzej Strejlau.
Jeden poślizg od pucharu
W mocnym deszczu odbył się także finał Ligi Mistrzów w 2008 roku. Na rosyjskich Łużnikach zmierzyły się ze sobą Chelsea i Manchester United. Po 90 minutach gry było 1:1. Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia i potrzebne były rzuty karne. Chociaż piłkarze byli już mocno przemoknięci, to do tamtego momentu deszcz nie odgrywał decydującej roli. Wszystko zmieniło się jednak przed ostatnia serią jedenastek. Nani doprowadził do wyniku 4:4, ale decydujący o wszystkim strzał należał do Johna Terry’ego. Anglik poślizgnął się i trafił w słupek. Śliska murawa przedłużyła więc szansę podopiecznych Fergusona. Później spudłował też Anelka, a Manchester United sięgnął po swój trzeci tytuł najlepszej drużyny Europy. Terry długo nie mógł dojść do siebie po całym wydarzeniu. ,,Zdecydowanie to się nigdy nie skończy. wciąż budzę się w nocy i mam to przed oczami. gówniane uczucie. na pewno z biegiem czasu to złagodniało, ale wciąż jest kilka takich dni w roku, kiedy się budzę i słyszę huk. to cały czas siedzi w mojej głowie i nigdy nie odejdzie, czuję się wtedy wypatroszony” – wspominał John Terry. ,,Kiedy mecz dobiegł końca, wśród wielu emocji pamiętam deszcz. był on ciężki i nieubłagany. czekaliśmy pięć lub dziesięć minut, zanim poszliśmy po nasze medale. cała gra była dużo trudniejsza. wspomnieniem, które zostanie ze mną na całe życie było wchodzenie po schodach. było ich 91 lub 94, a po drodze ludzie mówili nam „brawo” – mówi inny uczestnik moskiewskiego finału, Michael Essien.
Piętnastu na jedenastu
Skoro były już śnieg i deszcz, to została nam tylko mgła. Co prawda spotkanie pomiędzy Arsenalem i Dynamo Moskwa z 1945 miało jedynie charakter towarzyski, ale warunki atmosferyczne sprawiły, że zostało zapamiętane na bardzo długo. Zapraszając rosyjski zespół do Londynu, Anglicy mieli nadzieję na ocieplenie relacji panujących pomiędzy tymi krajami. Chociaż na trybunach White Hart Line stawiło się ponad 50 tysięcy kibiców, to nie mogli oni prawie niczego zobaczyć przez panującą mgłę. Piłkarze wielokrotnie namawiali sędziego, żeby zawiesił mecz, ale ten pozostawał nieugięty. To, co się działo na boisku spokojnie można wrzucić do kategorii „piłkarskich jaj”. Zespoły postanowiły nie przestrzegać absolutnie żadnych reguł. Dynamo Moskwa chciało przeprowadzić zmiany, ale piłkarze, którzy mieli opuścić murawę – ostatecznie na niej pozostali. Według niektórych świadków rosyjska drużyna miała w pewnym momencie na boisku 15 zawodników. Dopiero po 20 minutach sędziowie zdecydowali się przerwać mecz i przeliczyć liczbę piłkarzy. Jeden z Kanonierów został ukarany czerwoną kartka, ale dzięki panującej pogodzie wrócił na boisko i zagrał resztę spotkania. Skutki mgły odczuł bardzo boleśnie bramkarz Arsenalu, który wpadł na słupek swojej bramki. Źródła podają, że jego miejsce zajął jeden z kibiców, który wytrwał do końca meczu.
Jak bramkarz we mgle
Podobna mgła panowała w spotkaniu pomiędzy Chelsea a Charltonem, które zostało rozegrane w 1937 roku. Z powodu tragicznej widoczności sędzia przerwał i następnie wznowił spotkanie. Kiedy piłkarze oraz kibice nie mogli już dojrzeć absolutnie niczego, arbiter przerwał ostatecznie mecz po 61 minutach gry przy wyniku 1:1. Prawie wszyscy udali się do szatni. Dlaczego prawie? Z powodu gęstej mgły na murawie pozostał… bramkarz Charltonu, Sam Bartram. Golkiper zakładał, że spotkanie może trwać nadal. W swoich wspomnieniach przyznał nawet, że skoro nie widział żadnych rywali blisko siebie, to prawdopodobnie jego koledzy musieli osiągnąć zdecydowaną przewagę i po prostu nie dopuszczają przeciwnika do własnej bramki. ,,Po dłuższej chwili z zasłony mgły wyłoniła się przede mną postać policjanta. spojrzał on na mnie z niedowierzaniem i zapytał co tutaj do licha jeszcze robię? powiedział mi, że gra zatrzymała się 15 minut temu, a boisko jest kompletnie puste. kiedy po omacku dotarłem do szatni, to reszta ekipy kończyła już prysznic. wywołałem u kolegów lawinę śmiechu” – wspominał Bartram. określenie „dziecko we mgle” pasowało więc do bramkarza Charltonu dosłownie i w przenośni.
Sytuacji, w których warunki pogodowe miały wpływ na przebieg ważnych meczów jest oczywiście dużo więcej, ale nie jest możliwe opisanie ich wszystkich w jednym artykule. Pogoda czyni mecze dużo ciekawszymi. Cieszyć się tym mogą jednak jedynie kibice siedzący przed telewizorami. Piłkarze są wtedy bardziej narażeni na kontuzje, a gra zamienia się w loterię. Z powodu warunków atmosferycznych cierpią również widzowie zgromadzeni na stadionie. Miejmy nadzieję, że sędziowie będą podejmować w przyszłości same słuszne decyzje i nie dojdzie do takich kuriozalnych spotkań, chociaż z drugiej strony… wtedy ten artykuł by nie powstał.
5
Czasem słońce, czasem deszcz a czasem…. (w odpowiedzi na mój komentarz):
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@Sensible
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Symson
10
@FCBparasiempre
W 1930 roku odbyły się pierwsze mistrzostwa świata w piłce nożnej. Z każdą kolejną edycją, mistrzostwa zyskiwały na popularności i znaczeniu. Mijały jednak kolejne lata, a światowy czempionat był jedynym prestiżowym turniejem, gdzie rywalizować mogli najlepsi gracze z całego świata. Pomysł bohatera dzisiejszego tekstu wprowadził sporo ożywienia do skostniałego terminarza piłkarskiego. Gabriel Hanot w końcu postanowił zatroszczyć się o kluby. Tak oto powstał Puchar Europy, przekształcony później w Ligę Mistrzów.
Francuza zainspirował mecz towarzyski pomiędzy Wolverhampton i Honvedem Budapeszt z 13 grudnia 1954 roku. Pracował on wówczas jako dziennikarz ,,L’Equipe”. Chciał wykorzystać popularność i siłę gazety do stworzenia klubowych mistrzostw Europy w piłce nożnej. Z pomocą przyszedł mu szef gazety Jacques Goddet, który widział ogromne korzyści finansowe ze stworzenia nowych rozgrywek. Jego zdaniem Francuzi chcieliby czytać w ,,L’Equipe” o tym, jak radzą sobie europejskie kluby w bezpośrednich pojedynkach i jak na ich tle wypada drużyna z Francji. Ponadto już raz w historii sportu francuskie czasopismo optowało za utworzeniem pewnej imprezy, która dziś jest marką i wizytówką nie tylko francuskiego sportu, ale i całego kraju. Mowa oczywiście o Tour de France, którego pomysłodawcą w 1903 roku byli dziennikarze ,,L’Auto”. Swego czasu Hanot pisał i tam. Karierę żurnalisty rozpoczął w gazecie wydawanej przez francuską federację piłkarską. Później pracował w ,,Le Miroir de Sports”, gdzie był redaktorem naczelnym. Dla ,,L’Illustration” pisał nie tylko o piłce nożnej, ale także o kolarstwie, golfie i lotnictwie. Tę ostatnią dyscyplinę pokochał po tym, jak w czasie I wojny światowej walczył jako lotnik. Pasja do lotnictwa sprawiła, że jego wieloletnim przyjacielem stał się autor ,,Małego Księcia” Antoine de Saint-Exupéry. Zanim jednak Gabriel Hanot zaczął o piłce pisać, sam w nią grał. Pierwsze kroki stawiał w klubie US Tourcoing jako skrzydłowy. Z czasem przeniesiono go do obrony. W 1908 roku zadebiutował w reprezentacji Francji. Dla ,,Trójkolorowych” rozegrał dwanaście spotkań i zdobył trzy bramki. Pożegnalny występ zanotował będąc kapitanem zespołu. Meczów w narodowych barwach miałby pewnie więcej, gdyby nie I wojna światowa i konflikt piłkarza z francuską federacją. Gabriela od zawsze fascynowały Niemcy. W 1910 roku postanowił przenieść się z Tourcoing do BFC Preussen. Federacja wyraziła zgodę na transfer, ale Hanot nie mógł grać w reprezentacji. Wrócił do niej dopiero dwa lat później, kiedy to ponownie związał się z Tourcoing. W 1919 roku jako gracz AS Française postanowił zawiesić buty na kołku w wieku zaledwie trzydziestu lat.
W 1945 roku Hanot miał za sobą całkiem bogatą karierę piłkarską i dziennikarską. Tuż po zakończeniu II wojny światowej miał szansę realizować się jako selekcjoner francuskiej kadry. Hanot obchodził się z zawodnikami bez pardonu, nawet z tymi, których cenił. W ogóle był specyficzną jednostką. Nigdy nie podawał ręki, uważając ten gest za niehigieniczny i zbędny. Pomocnik Jean Prouff w kwietniu 1949 roku zagrał(zdaniem selekcjonera) fatalny mecz przeciwko Holandii (porażka Francji 1:4). O czwartej w nocy do jego pokoju hotelowego zadzwonił Hanot. Chciał zapytać, czy Prouff nie śpi. Odebrane połączenie uspokoiło trenera, który dodał, że liczył na to, iż po tak beznadziejnym występie Prouff nie będzie mógł spać ze wstydu. Na dokładkę Hanot poinformował piłkarza, aby spakował swoje rzeczy i opuścił hotel. Kiedy rano w windzie selekcjoner natknął się na pomocnika, zapytał go tylko, dlaczego jeszcze tu jest. Trenowanie francuskich reprezentantów Gabriel łączył z dziennikarstwem, co doprowadziło do kuriozalnej sytuacji. Po tym, jak Francja przegrała 1:5 z Hiszpanią i tym samym nie zakwalifikowała się na pierwsze po wojnie mistrzostwa świata w 1950 roku, Hanot napisał dla ,,L’Equipe” tekst, w którym domagał się… zwolnienia samego siebie z funkcji szkoleniowca. Federacja posłuchała sugestii żurnalisty i zatrudniła duet Pierre Pibarot – Paul Baron. Wiele lat wcześniej napisał liczący dwie strony plan reform mających na celu usprawnienie francuskiego futbolu. Hanot domagał się zaprzestania płacenia niedouczonym francuskim trenerom ogromnych pensji (120000 franków miesięcznie), wprowadzenia zawodowstwa i płacy minimalnej dla graczy. Żądał zredukowania liczby drużyn w poszczególnych klasach rozgrywkowych do czternastu lub szesnastu oraz grania meczów w odstępie przynajmniej trzech dni. Ponadto jako pierwszy zaproponował i zrealizował spotkania trenerów z całego świata, celem wymiany doświadczeń i metod treningowych. Hanot miał zbyt wielki autorytet i posłuch, aby zignorowano jego przemyślenia i propozycje. Reformy oczywiście wprowadzono w życie. Już po stworzeniu Pucharu Europy, Hanot wpadł na kolejny pomysł – Ballon d’Or. Chyba nikt z jego redakcyjnych kolegów nie wątpił w to, że mu się nie uda. Rok po napisaniu tekstu na ten temat Stanley Matthews został pierwszym zwycięzcą plebiscytu.
Największa idea francuskiego wizjonera despoty stała się rzeczywistością 4 września 1955 roku. Pierwszym meczem Pucharu Europy była konfrontacja Sportingu z Partizanem Belgrad zakończona remisem 3:3. Zaproszenie do rozgrywek otrzymało szesnaście ekip. Wszystkie chciały się sprawdzić na tle rywali z innych państw. Dopiero w 1965 roku zmieniono przepisy, na mocy których kwalifikacje do PE otrzymywało się poprzez zdobycie mistrzostwa kraju. Puchar Europy rósł z każdą kolejną edycją. Inspirował do powstania kolejnych rozgrywek, takich jak Puchar Europy Miast Targowych, Puchar Zdobywców Pucharów czy Puchar Interkontynentalny. Dziś nosi nazwę Ligi Mistrzów i jest tworem, pod który najpotężniejsze kluby Starego Kontynentu układają plan marketingowy i sportowy. Rozgrywki te wykreowały swoich własnych bohaterów, jak choćby Alfredo di Stefano czy George Best, którzy stali się legendami futbolu, mimo niepowodzeń na gruncie reprezentacyjnym.
Dziś nikt nie wyobraża sobie piłkarskiego kalendarza bez Ligi Mistrzów. Tak samo ciężkie do wyobrażenia jest to, że tak wielki reformator europejskiej piłki nożnej jak Gabriel Hanot nie doczekał się po śmierci żadnej tablicy pamiątkowej czy też pomnika. Tylko jeden, maleńki stadion w Wangenbourgu nosi jego imię. O nadaniu jego imienia trofeum Pucharu Europy także nikt nie pomyślał. Jules Rimet i Henri Delaunay mieli więcej szczęścia…