FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
9
Prezydenci FCB:
11 października 1944 r. urodził się Joan Gaspart, 43 w kolejności prezydent FC Barcelony. Swoją funkcje pełnił w latach 2000-2003. Wcześniej przez 22 lata był wiceprezydentem w zarządzie Jospa Lluisa Nuñeza. W 1992 r. obiecał że jeśli Blaugrana wygra finał Pucharu Europy, to wykąpie się w Tamizie i słowa dotrzymał. Przez wiele lat piastowania poważnego stanowiska w klubie dał się poznać jako fanatyczny kibic, który nie przebiera w słowach. Jego prezydentura, mimo pełnego zaangażowania była pasmem klęsk klubu i nieudanych transferów. Przez 3 lata sekcja piłki nożnej FC Barcelony nie zdobyła żadnego trofeum i Gaspart musiał odejść.
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Sensible
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@NaFazieHitman
@patataj
@Roni/VEB
@Symson
1
@Janiama No cóż, ja go oglądałem wyłącznie w meczach Legii(i to głównie pucharowych) i w kilku reprezentacyjnych i zawsze sprawiał wrażenie solidnego stopera. Nawet kiedyś myślałem że mógłby być trenerem Legii a nawet reprezentacji. Osobiście to nigdy się z nim nie spotkałem ale skoro ty się z nim znałeś to tylko wypada pozazdrościć...
0
@Don-Corleone Całe szczęście że to tylko według For for tu, czy jak mu tam. Nawet jeśli według tego ,,fiu fiu fiu", to 15 miejsce Manoela Francisco dos Santosa jest czystym skandalem lub kompletną ignorancja historii futbolu! Dla mnie osobiście na pierwszym miejscu exequo umieściłbym Edsona Arantesa de Nascimento, Manoela Francisco dos Santosa, Diego Armando Maradone oraz oczywiście Lionela Messiego. Na drugim miejscu na pewno znalazłby się Johan Cruijff, Alfredo di Stefano, Ernest Wilimowski, Zinedine Zidane, Luis Nazario de Lima oraz Eusebio. Dopiero na trzecim Cristiano Ronaldo a co do reszty to trzeba by przeprowadzić głębszą analize.
18
Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:
10 października 1967 r. urodził się Jacek Zieliński, obrońca. Dębica miała szczęście do wielu wybitnych piłkarzy. Stąd pochodził Leszek Pisz; długo grał tu Jerzy Podbrożny. Do czołówki pod względem sławy należy jednak z pewnością Zieliński, przez 7 lat zawodnik miejscowego Iglopolu. ,,Zielek” nie ustępuje dwóm pozostałym pod względem sukcesów klubowych a dodatkowo jako jedyny zagrał na mundialu. Wszyscy trzej spotkali się zresztą potem w Legii i to Zieliński zakotwiczył w niej najdłużej. Stanowił opoke tego klubu. Należał do najlepszych polskich stoperów. W lidze zaś na ogół konkurował ze swym bardzo dobrym przyjacielem a zarazem partnerem z reprezentacji – Tomaszem Łapińskim. Bardzo twardy i skuteczny w swych interwencjach a zarazem obdarzony sporymi umiejętnościami w grze głową. Murem obstawali za nim kolejni trenerzy Legii. ,,Zielek” odpłacał się za to im pomocą w zapisywaniu kolejnych trofeów na koncie. Wraz z Markiem Jóźwiakiem(swoim partnerem z defensywy) i Wojciechem Kowalczykiem są jedynymi piłkarzami, którzy z Legią zdobyli mistrzostwo Polski zarówno w XX, jak i XXI wieku. O ile jednak ,,Berer” oraz ,,Kowal” na długie lata wyemigrowali do innych lig a po kilkusezonowej tułaczce powrócił w progi Łazienkowskiej, to Zieliński przez ponad dekade był filarem tego zespołu. Razem z nim najważniejszy tytuł w polskich rozgrywkach zdobył w sumie 3 razy. Dołożył do tego taką sama liczbe Pucharów Polski. Czterokrotnie był wicemistrzem Polski, 2 razy kończył z Wojskowymi rywalizcje na 3 miejscu. Razem z tym klubem awansował do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Praktycznie zawsze kiedy był zdrowy, miał miejsce w składzie swojego klubu. Od premiery nie było sezonu bez dwucyfrowej liczby meczów w jego wydaniu. Nawet w pożegnalnej edycji, gdy liczył sobie już 37 lat, zagrał ponad 20 razy. Obecnie plasuje się na 20 miejscu pod względem rozegranych meczów w historii Ekstraklasy. W samej Legii wyprzedza go w tej klasyfikacji wyłącznie Brychczy. Na obronie w najwyższej polskiej lidze częściej od niego występowali tylko Bendkowski, Baszczyński i Barczak. W reprezentacji zagrał 60 razy i strzelił jednego gola. Uczestniczył w MŚ w Korei i Japonii, gdzie jako kapitan wystąpił przeciwko USA. Jest on jednym z 10 Polaków, którzy zakładali tę opaske na najważniejszym turnieju świata a zarazem ostatnim przedstawicielem Ekstraklasy w tym gronie. Wcześniej należał do najważniejszych postaci w eliminacjach zwieńczonych sukcesem. Po upadku komuny nie było piłkarza z większą liczbą występów w reprezentacji w reprezentacji Polski jako piłkarz Ekstraklasy. W całej historii pod tym względem ustępuje tylko Lacie, Deynie, Szymanowskiemu, Żmudzie i Kasperczakowi.
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Symson
@Lionel_Messi10
@patataj
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Pawel13sz
@DaPidejpi
11
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
70 lat temu(10 października 1952 r.) urodził się Janusz Sybis. Urodzony w Częstochowie zawodnik zawsze był najmniejszy w klasie. Jako dorosły chłopiec też nie imponował warunkami fizycznymi (164 cm wzrostu i 60 kg). W wieku ośmiu lat przeprowadził się do Wrocławia. Na treningi trampkarzy Śląska Wrocław zaczął chodzić w piątej klasie szkoły podstawowej, ale nawet wtedy mówiono, że jest za mały. Sybis jednak się tym nie przejmował i zawzięcie trenował, czym zaskarbił sobie sympatię ówczesnego trenera grup młodzieżowych Jana Hasa. Szansa na grę w pierwszym zespole przyszła, kiedy Śląsk spadł z ekstraklasy. W II lidze obowiązywał przepis, zgodnie z którym w każdym meczu powinien zagrać przynajmniej jeden junior. W ten sposób mógł grać w jednym zespole z Janem Tomaszewskim. Obaj piłkarze często urządzali sobie zawody, polegające na strzelaniu karnych. Kiedy wygrywał Sybis, to Tomaszewski musiał go znosić „na barana” z boiska, a kiedy wygrywał bramkarz, to Sybis musiał go znosić na plecach z boiska. Sybis szybko zaczął odgrywać kluczową rolę w zespole. W sezonie 1972/73 sięgnął nawet po koronę króla strzelców II ligi, a jego bramki miały ogromny wpływ na awans Śląska do elity. Już w drugim sezonie wśród najlepszych wrocławianie zajęli miejsce się na podium, dzięki czemu zagrali w europejskich pucharach. W 1976 r. zdobył z kolegami Puchar Polski, a rok później okazali się najlepsi w lidze. Nie był to przypadek, bo później jeszcze dwukrotnie zajmowali drugie miejsce na finiszu rozgrywek (1978 i 1982). Po odejściu ze Śląska w 1983 r. został piłkarzem Pittsburgh Spirit, gdzie cieszył się doskonałą reputacją. Tęsknił jednak za Polską i choć mógł zostać za oceanem znacznie dłużej, w 1988 roku wrócił do kraju i do ukochanego Śląska, gdzie zajął się pracą szkoleniową. ,,Cały zespół grał świetnie, ale on wyjątkowo. Jak był już kompletnym i dojrzałym zawodnikiem, posiadał wszystkie cechy piłkarskiej gwiazdy. Stylem gry z tamtych lat przypominał mi Messiego z Barcelony. Ośmieszał rywali”– mówił o nim Aleksander Papiewski, który trenował Sybisa w Śląsku w latach 1977-1979. Dobre występy w lidze nie znalazły zbyt dużego uznania w oczach selekcjonerów. Sybisa zabrakło w Montrealu, w Argentynie i w Hiszpanii. Być może gdyby grał w którymś z „bardziej uprzywilejowanych” klubach, to dostałby szansę. Debiutował w 31 października 1976 r. w wygranym 5:0 meczu z Cyprem. Na kolejną szansę musiał jednak czekać trzy lata. W sumie uzbierał 18 meczów i strzelił 2 gole. Oba w 1980 r. w meczach z Włochami i z Jugosławią. Ostatni raz w narodowych barwach wystąpił w wygranym 4:1 meczu z Kolumbią.
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Symson
@Sensible
@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
14
Pamiętamy!
10 października 1981 r. reprezentacja Polski pokonała w Lipsku NRD 2:3 w eliminacjach mistrzostw Świata España 1982. Piękne zwycięstwo nad reprezentacją NRD w Lipsku dało nam wejście na mundial w Hiszpanii rok później. I choć kadra NRD nie była aż tak silna jak zespół zachodniej części Niemiec, to zwycięstwo to budziło szacunek. Zwłaszcza, że gospodarze u siebie meczów raczej nie przegrywali, tymczasem Andrzej Szarmach i szalejący Włodzimierz Smolarek wbili rywalom aż trzy bramki! Smaczku temu wynikowi daje również fakt, iż dzięki temu meczowi NRD na mundial nie pojechało, my tak. Dlaczego więc mówiło się że z Niemcami nigdy nie wygraliśmy? Wschodnia część kraju była pod wpływami komunistów tak jak Polska, a o porażkach przyjaciół dużo się nie mówiło. Ponadto, jak wspominałem, sama drużyna była słabsza niż ta zza muru berlińskiego, choć nie zmienia to faktu, iż jest to spotkanie zaniedbane historycznie, o którym mało kto pamięta.
Gole: 0:1 Szarmach 2 m., 0:2 Smolarek 5 m., 1:2 Schnuphase 47 m., 1:3 Smolarek 62 m., 2:3 Streich 67 m.
NRD: Hans-Ulrich Graphentin - Konrad Weise, Hans-Jürgen Dörner, Rudiger Schnuphase, Frank Baum, Lothar Kurbjuweit, Jürgen Pommerenke (46. Wolfgang Steinbach), Matthias Liebers, Hans-Jurgen Riediger, Joachim Streich, Martin Trocha
Polska: Józef Młynarczyk - Marek Dziuba (kapitan) (65. Roman Wójcicki), Władysław Żmuda, Paweł Janas, Jan Jałocha, Grzegorz Lato, Waldemar Matysik, Zbigniew Boniek, Stefan Majewski, Andrzej Szarmach (9. Andrzej Iwan), Włodzimierz Smolarek
Trener: Antoni Piechniczek
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@patataj
@Sensible
@Symson
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Roni/VEB
1
@Symson Już ci odpowiadam bo wcześniej nie miałem możliwości. Otóż połowa z moich zamieszczanych artykułów pochodzi ze strony retrofutbol.pl. Ten, o który właśnie pytasz też jest właśnie z tej strony. Polecam ci tą strone jeśli uwielbiasz historie piłki nożnej. Służe uprzejmie i pozdrawiam:)
8
O tym się pisze, o tym się wspomina:
10 października 1984 r. Johan Cruijff oznajmił: ,,Zostanę sekretarzem technicznym FC Barcelony jak odejdzie Nuñez”. Cruijff w owym czasie powrócił do Barcelony aby rozegrać mecz pożegnalny Quiniego. To samo uczynił, gdy karierę w klubie z Katalonii kończył kilka miesięcy wcześniej Hugo Sotil. Na oba mecze nie został zaproszony Diego Maradona. W pierwszym przypadku zakazał tego Komitet Rozgrywek po wydarzeniach w finałowym meczu Pucharu Króla z Athletic Bilbao. W drugim natomiast przypadku zabroniła tego sama FC Barcelona. ,,To absurdalne że nie chcą aby Maradona zagrał w tak szczególnym meczu. Nie dziwi mnie że dzieją się tu takie rzeczy. Mając do czynienia z ludźmi, którzy rządzą teraz w Barcelonie można oczekiwać wszystkiego. Jaką winę w całej sytuacji ponosi Quini?”- podsumował Cruijff, który zagrał na innej pozycji niż zwykle. ,,Od dawna nie grałem całego spotkania a w wieku 37 lat pozycja libero pozwala na dobrą gre przy mniejszym zmęczeniu”. Na pytanie dotyczące gry Blaugrany pod wodzą Terry’ego Venablesa Holender nie miał wiele do powiedzenia: ,, Wiem że są liderem bez straty punktów. Co do gry, mogę się jedynie wypowiedzieć na podstawie ostatniego meczu. Mówią mi jedynie że gra nie jest spektakularna ale bardzo efektywna”. Najciekawsza była wypowiedź Cruijjfa na temat jego pracy w Barcelonie w przyszłości: ,,Nie jest to mój jedyny cel na poziomie sportowym ale byłoby absurdem gdybym powiedział że o tym nie myślę. Musi jednak minąć jeszcze trochę czasu. Dopóki on(Nuñez) rządzi, nie pojawię się tutaj. Nie jesteśmy wrogami, lecz mamy zgoła różne opinie na temat futbolu. On chce wszystko kontrolować a ja uważam iż zarząd powinien zajmować się tym, co należy do zarządu a nie sprawami czysto sportowymi”.
@Symson
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Sensible
@Roni/VEB
@patataj
1
Ponoć takimi meczami(jak ten wczorajszy z Celtą Vigo) zdobywa się mistrzostwo Hiszpanii. Na takim farcie(jak wczoraj) niemal w każdym meczu La Liga to rzeczywiście można zdobyć majstra. No ale czyż nasza Barcunia jest w czepku urodzona i niemal zawsze będzie miała farta? No raczej nie, więc panie Xavi, chyba jest o czym myśleć i co robić...
9
@FCBparasiempre W PRL-u macki komunizmu sięgały o wiele dalej niż w pierwotnych zamierzeniach. Centralnie sterowana była nie tylko gospodarka, ale również sport. W końcu to partyjni dygnitarze decydowali o licznych mistrzostwach kraju Górnika Zabrze, a tow. Edward Gierek stał za sukcesami jego ukochanego Zagłębia Sosnowiec. Jednak na zupełnie oddzielny rozdział zasługuje opowieść o tym, jak CWKS Legia Warszawa „kupowała” piłkarzy w tamtych czasach. Latem 1966 roku Legia prowadzona przez Jaroslava Vejvodę przygotowywała się do sezonu. Drużyna miała zostać wzmocniona o kilku zawodników z tzw. poboru i po latach posuchy powalczyć o mistrzowski tytuł. W tej grupie znajdował się utalentowany zawodnik występujący we Włókniarzu Starogard Gdański o nazwisku Deyna. We wcześniejszej rozmowie z Ignacym Ordonem, człowiekiem kaperującym piłkarzy do CWKS-u, chłopak wyraził zgodę na przejście do stolicy. ,,Syna nie ma w domu, ponieważ się wyprowadził. Nie wiem, gdzie się obecnie znajduje” – oznajmił ojciec zawodnika, gdy do rodzinnego mieszkania Deynów zapukali żołnierze z wezwaniem do stawienia się w warszawskiej jednostce. Taka sytuacja była potężnym prztyczkiem w nos i zdenerwowała wszystkich związanych z Legią. Jednak po kilku tygodniach sprawa została zapomniana. Jednak o obietnicy wzmocnienia drużyny „dziesiątką” z prawdziwego zdarzenia nie zapomniał czeski szkoleniowiec. Na pytanie, kiedy zjawią się wszyscy obiecani piłkarze, otrzymał krótką odpowiedź: „Już powinni być. Pobór się skończył ponad miesiąc temu”. Wtedy wszyscy zrozumieli, że piłkarz zwyczajnie naigrywał się ze stołecznego klubu. Bardzo szybko rozpoczęto akcję poszukiwania Deyny. Pal licho, że nie trafił do Legii, dużo ważniejszy był fakt, że uchyla się od służby wojskowej. Za coś takiego kilka lat w więzieniu było niemal pewne. Poszukiwania okazały się bezowocne, ale w końcu „Kakę” odnaleziono. Ukrywał się w Łodzi i miał wystąpić w barwach ŁKS-u w spotkaniu z Górnikiem Zabrze. Odpowiednie służby przyjechały po uciekiniera i zabrały go do stolicy. Deynie zakomunikowano jedno: „albo będziesz grał dla Legii, albo pójdziesz w kamasze”. Chcąc nie chcąc piłkarz musiał się zgodzić na założenie białego trykotu CWKS-u. Z uśmiechem wychodził na treningi, przypominając sobie w myślach słowa komunistycznego oficera o jego ewentualnej przyszłości. Kilkadziesiąt lat później został legendą klubu, a jego pomnik stoi przy wejściu na stadion przy Łazienkowskiej 3…
Tak wyglądały kulisy transferu najlepszego piłkarza w dziejach Legii. Wbrew obiegowej opinii Deyna nie był legionistą z krwi i kości, a zwykłym najemnikiem. Najemnikiem, który ze swojego zadania wywiązywał się wzorowo. Historię „transferu” zawodnika można uznać za najlepszy przykład tego, jak funkcjonowała Legia w tamtych czasach, ale podobnych przypadków możemy znaleźć dużo więcej.
Z ziemi śląskiej do Warszawy:
Wyżej opisane procedery były najbardziej popularne w latach 70 i 80 poprzedniego wieku ale CWKS miał nadludzką moc przyciągania do siebie najlepszych piłkarzach o wiele wcześniej. Niewiele brakowało, a inna z legend Legii wcale, by nią nie została. Chodzi o Lucjana Brychczego, który po odbyciu dwuletniej służby chciał wracać na Śląsk, konkretnie do Piasta Gliwice. Oczywiście działacze warszawskiego klubu, wiedząc jakiej klasy piłkarzem jest „Kici” za nic w świecie nie chcieli go puścić. Jedynym sposobem było przekonanie najbliższych Brychczego do pozostania w stolicy. To ludzie związani z PZPR umieli robić naprawdę wyśmienicie. Ojcu piłkarza wysnuto wizję o tym, jak jego syn będzie służył dla dobra kraju i podtrzyma rodzinną tradycję a żonie obiecano duże mieszkanie na Mokotowie. Rzeczywistość okazała się trochę inna ale zadanie zostało wykonane.
„ZGODZIŁEM SIĘ, BO OBIECANO, ŻE BĘDĘ MÓGŁ PO ROKU ODEJŚĆ DO GÓRNIKA. A MNIE BARDZO ZALEŻAŁO, ŻEBY GRAĆ W JEDNEJ DRUŻYNIE Z POLEM I KOWALEM. W 1958 ROKU CZEKAŁO JUŻ NA MNIE MIESZKANIE W ZABRZU, POZA TYM MOJA ŻONA NIE CHCIAŁA PRZENOSIĆ SIĘ DO STOLICY. PODOBNO W SPRAWIE MOJEGO TRANSFERU INTERWENIOWAŁ NAWET EDWARD GIEREK. NIC TO NIE DAŁO. POWIEDZIANO MU, ŻEBY NIE MIESZAŁ SIĘ W SPRAWY WOJSKOWE” – WSPOMINAŁ PÓŹNIEJ BRYCHCZY.
Gdyby ktoś spytałby się Pana Lucjana, czy nie żałuje, że pozostał w Warszawie, odpowiedziałby jedynie uśmiechem, bo od ponad 60 lat Brychczy dzień w dzień przychodzi na Łazienkowską. Najpierw jako wyśmienity piłkarz, a potem klubowy trener. Transfery na linii Śląsk-Warszawa zawsze były śliskim tematem. Ślązacy niezbyt chętnie chcieli grać w Legii, mogąc występować w silniejszym Ruchu i Górniku. Dlatego też do skutku nie doszedł „transfer” Gerarda Cieślika do CWKS-u. Był to nieliczny przypadek, kiedy stołeczny klub poczuł, że nie jest ponad wszystkimi. Przed zesłaniem do Legii uratowała go interwencja jednego ze śląskich dygnitarzy, który wybłagał najważniejsze osoby w kraju o pozostawienie piłkarza w Chorzowie. W Warszawie nie udało się zatrzymać Ernesta Pohla i Edwarda Szymkowiaka. Ta dwójka odbyciu obowiązkowej służby nawet nie chciała słyszeć o pozostaniu w stolicy.
,,TAK SIĘ SKŁADA, ŻE AKURAT KLUBY WOJSKOWE I MILICYJNE PŁACIŁY NAJGORZEJ. MIELIŚMY KILKA RAZY NIŻSZE PREMIE OD GÓRNIKA. NIC DZIWNEGO, ŻE HENRYK LOSKA, KIEROWNIK ZABRZAN, KUSIŁ MNIE W HOTELU BRISTOL: JANUSZ, PRZYCHODŹ DO NAS. TERAZ 2,5 TYSIĄCA DOLARÓW NIE ROBI WRAŻENIA, WTEDY TA SPRAWA ZAŁAMAŁA MI KARIERĘ” – OPOWIADAŁ JANUSZ ŻMIJEWSKI, TŁUMACZĄC, CZEMU GRA W LEGII WARSZAWA NIE BYŁA WCALE SPEŁNIENIEM MARZEŃ, ZWŁASZCZA DLA TYCH, KTÓRZY POSMAKOWALI GRY W ŚLĄSKICH POTENTATACH.
Milicyjno-wojskowa walka:
Podłoże niektórych transferów było często zwykłym pokazem wyższości jednego departamentu nad drugim. Tak było w przypadku transferu Roberta Gadochy do Warszawy. Pod koniec 1966 roku do Krakowa wysłano list z powołaniem lewoskrzydłowego do wojska. Wszystko miało rozwiązać się bardzo szybko, tak jak miało to miejsce przypadku wielu innych piłkarzy. Ale działacze Wawelu również chcieli mieć go w swoich szeregach. Sprawa przeniosła się do gabinetów komunistycznych działaczach. W grę wchodziło również prywatne sprawy i zaszłości pomiędzy poszczególnymi osobami. Ktoś kogoś nie lubił, a ktoś chciał pokazać komuś miejsce w szeregu. Ostatecznie po długotrwałych negocjacjach na szczeblu generalskim, okazało się, że dużo większą moc sprawczą miał ten generał z okręgu warszawskiego, czyli Gen. Huszcza. 20 lat później prawdopodobnie ostatni raz Legia skorzystała z tego, że była klubem wojskowym. Pod koniec lat 80 Roman Kosecki występował w warszawskiej Gwardii, ściśle związanej z milicją. Transfery na tej linii był bardzo trudne do wykonania, bo milicja i wojsko nigdy nie pałały do siebie przesadną sympatią. Co więcej, Kosecki widniał w klubie z Racławickiej jako funkcjonariusz ZOMO. W sprawę transferu zaangażował się sam gen. Czesław Kiszczak, do którego generałowie pisali listy z pozwoleniem na przejście do lokalnego rywala. Generalicja stanęła na głowie, żeby doprowadzić do przejścia Koseckiego seniora do Legii i w końcu udało się to. Walkę o niego wygrała m in. z Wisłą. Później na transferze zawodnika „Wojskowi” rozbili bank, bo piłkarz przeszedł do Galatasaray za kwotę oscylującą pomiędzy 450, a 600 tys. USD.
Awanturnicza polityka transferowa:
Podobnych transferów w wykonaniu Legii było wiele. Na myśl przychodzi „kupienie” Mirosława Okońskiego z Lecha. Piłkarz uciekał z ukochanego miasta wojskowym samochodem pod osłoną nocy. Następnego dnia, gdy wszyscy dowiedzieli się o jego odejściu, pół miasta chciało go zabić, a drugie pół płakało po utracie najlepszego zawodnika. Kilka miesięcy później „Okoń” strzelił dwie bramki w finale Pucharu Polski, w którym to Legia rozbiła „Kolejorza” aż 5-0. To była prawdziwa awanturnicza polityka transferowa. Nie okazała się zbyt skuteczna, bo za czasów komunizmu Legia zdobyła zaledwie 4 tytuły Mistrza Polski i regularnie przegrywała ze śląską dwójką potentatów Ruch Chorzów-Górnik Zabrze. Jak mówiło wielu piłkarzy grających w CWKS-ie w tamtych latach, zwyczajnie nie opłacało się zabijać za Legię. W końcu po dwóch latach i tak wracali w rodzinne strony, a Warszawa była bardzo atrakcyjnym miejscem do zabawy. Za to w pamięci kibiców w całym kraju pozostało wspomnienie o tym, jak „Wojskowi” wyrywali bez żadnych skrupułów najważniejsze ogniwa rywali, za co pałają do nich nienawiścią do dziś.
10
Komunistyczne „transfery” Legii(w odpowiedzi na komentarz):
@Ogorinho1974
@patataj
@Pawel13sz
@Sensible
@Symson
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
6
Nieco zapomniane legendy argentyńskiego futbolu:
9 października 1962 r. urodził się Jorge Luis Burruchaga. Grał zarówno jako ofensywny pomocnik, jak i napastnik. Zasłynął ze strzelenia zwycięskiego gola w finale Mistrzostw Świata Mexico 1986. Burruchaga zaczął grać w 1980 roku w Arsenalu de Sarandí w ówczesnej drugiej lidze Argentyny. Następnie został kupiony przez Independiente w 1982 roku i zadebiutował w zwycięskim meczu z Estudiantes de La Plata 12 lutego. Był częścią zespołu, który wygrał Metropolitano 1983, Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny w 1984. Następnie został zakontraktowany do francuskiej drużyny Nantes, gdzie grał przez siedem lat. Grał także rok dla Valenciennes, gdzie brał udział w skandalu przekupstwa, w którym mistrz Francji i Europy Olympique de Marseille „kupił” ligowe zwycięstwo 1:0 w Valenciennes 20 maja 1993 roku. Marsylijski pomocnik Jean-Jacques Eydelie i Dyrektor generalny klubu, Jean-Pierre Bernes, zaoferował mu pieniądze za przeprowadzenie meczu, Burruchaga powiedział, że się zgodzi ale potem zmienił zdanie. Został następnie skazany na sześć miesięcy w zawieszeniu, kiedy ogłoszono wyrok 15 maja 1995 r. Wrócił do Argentyny na swój ostatni okres w Independiente, kiedy wygrał Supercopa Sudamericana i Recopa Sudamericana, oba w 1995 roku. Kariere piłkarza zakończył 10 kwietnia 1998 roku w meczu z Vélezem Sársfieldem.
Burruchaga był częścią zespołu, który wygrał Mistrzostwa Świata 1986, strzelając dwa gole, w tym gola, który dał Argentynie zwycięstwo 3-2 z RFN w ostatnim meczu. Brał także udział we wszystkich meczach argentyńskich na Mistrzostwach Świata FIFA 1990 i strzelił jednego gola w turnieju. Strzelił w sumie 13 goli dla Argentyny w 59 meczach w latach 1983-1990. Burruchaga trenował Arsenal de Sarandí od momentu jego przybycia do pierwszej ligi w 2002 roku i udało mu się utrzymać drużynę z dala od dna tabeli. Na sezon 2005-06 podpisał kontrakt z Estudiantes de La Plata. W maju 2006 przeniósł się do Independiente i zrezygnował w kwietniu 2007. Zarządzał również Banfield od 2008 do 2009. 5 maja 2009 roku Burruchaga powrócił do Arsenalu de Sarandí ale zrezygnował w 2010 roku. Od 2011 roku zarządzał Paragwajskim Klubem Libertad. Od 2012 do czerwca 2014 roku zarządzał Atletico Rafaela w argentyńskiej Primera Division. W 2015 roku Burruchaga powrócił do Rafaeli w swoim drugim okresie jako trener.
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@Symson
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Sensible
@Ogorinho1974
@patataj
18
Czy wiecie że:
Dokładnie 10 lat temu ,,El Mundo Deportivo” zaprezentowało video z faulami Pepe. ,,Zamknij się Pepe”- grzmiała z okładki gazeta Katalońska. To odpowiedź na słowa Portugalczyka o tym że piłkarze Blaugrany są teatralni w swoich reakcjach. ,,Moglibyśmy zrobić video ze wszystkimi faulami Pepe”- odpowiedział trener Francesc Vilanova. Na spełnienie ,,życzenia” szkoleniowca nie trzeba było długo czekać. Na stronie tytułowej kataloński dziennik umieścił zdjęcia z najbardziej brutalnymi zagraniami Pepe: kopnięcie w plecy Casquero(za które dostał 10 meczów kary), faul na Alvesie w półfinale Ligi Mistrzów, czy agresja wobec kilku zawodników Lyonu w tych samych rozgrywkach. Jednocześnie dziennik pokazał teatralne reakcje Pepe z kilku spotkań: rzekome uderzenie w twarz przez Pique(,,Zachowuj się jak profesjonalista”- zareagował arbiter) czy też starcie z Aritzem Adurizem(Casillas ponaglał kolegę: ,,Wstawaj Pepe, wstawaj!”). Portugalczyk krótko skomentował zdjęcia i video na stronie internetowej gazety: ,,Jeżeli czują się dotknięci, to dlatego że prawda w oczy kole”.
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
8
@FCBparasiempre Jean Luc Kit i Chrisitan Michelis, odpowiednio sekretarz generalny i prezes, myśleli, że złapali Pana Boga za nogi. Organizacja, którą przed niecałą dekadą zakładali w belgijskim pubie, NF Board, właśnie wydawała się odnosić bezprecedensowe sukcesy. Na finale piątych VIVA World Cup zjawiło się ponad 20 tysięcy kibiców. a umowa z iracką telewizją na transmisje meczów, oznaczała spory napływ gotówki dla NF Board. Gotówki, jakiej wcześniej w ich instytucji nie widziano, a którą można było zainwestować w reprezentacje piłkarskie, takie jak Somaliland, Romowie, czy Tybet. Regiony te wsparcia państwowego nie mają wcale. W dodatku ich rządy w ogóle nie akceptują żadnych manifestacji odrębności i robią, co mogą, by uprzykrzyć im życie. Oni też pragną wystąpić w turnieju organizowanym przez NF Board, jednak dotychczas trudności organizacyjne, finansowe, czy tak błaha sprawa, jak odmowa wydania wiz zawsze stawały na przeszkodzie. Czy teraz gdy organizacja zarządzana przez Michelisa i Kita osiągnęła spory sukces, będzie łatwiej? Tak się mogło wydawać, przecież solidarność i wspieranie słabszych to zasady naczelne NF Board. Niestety, jak to często bywa, gdy wszystko wydaje się iść ku lepszemu, życie napisało inny scenariusz. Zaraz po VIVA World Cup 2012 w Irackim Kurdystanie w NF Board doszło do waśni między dwoma dżentelmenami. Ciężko z dostępnych źródeł jednoznacznie stwierdzić co konkretnie było przyczyną konfliktu, a jeszcze ciężej byłoby wyrokować o racji tej czy innej strony. W każdym razie zaraz po kurdyjskich mistrzostwach panowie zaczęli czynić sobie zarzuty o malwersacje finansowe, próby przejęcia władzy, były pozwy do sądu itd. NF Board znalazła się w sytuacji, z której ciężko było znaleźć rozsądne wyjście, a na horyzoncie miał być kolejny turniej VIVA World Cup, planowany na 2014 roku. Ponieważ nic nie zapowiadało polepszenia się sytuacji, sprawy w swoje ręce postanowił wziąć Per Anders Blind, sędzia z poprzednich turniejów organizowanych przez NF Board oraz ich doradca. Widząc niemoc z jaką mierzyła się NF Board i nie potrafiąc doprowadzić szefów instytucji do kompromisu, założył własną organizację: ConIFA (Confederation of Independent Football Associations).
W LUTYM 2013 R. ZAPROSZONO MNIE NA WALNY ZJAZD NF BOARD JAKO DORADCĘ. NA MIEJSCU ZOBACZYŁEM JEDYNIE WALKI I WEWNĘTRZNE SPORY. CAŁA STRUKTURA ORGANIZACYJNA BYŁA W ROZSYPCE. IDEAŁ PRZYŚWIECAJĄCY NF BOARD BYŁ SZCZYTNY, ALE NIE BYŁO NIKOGO, KTO BY MÓGŁ TO KONSTRUKTYWNIE POCIĄGNĄĆ. PRZEDSTAWICIELE FEDERACJI CZŁONKOWSKICH NF BOARD ZNALI MNIE JAKO SĘDZIEGO I OSOBĘ ZAANGAŻOWANĄ W TEN RUCH, WIĘC ZACZĘLI MNIE PYTAĆ CO DALEJ. POSTANOWIŁEM WIĘC NAPISAĆ NOWY STATUT I ZBUDOWAĆ ORGANIZACJĘ RZĄDZĄCĄ SIĘ DEMOKRATYCZNYMI PROCESAMI ORAZ ZE 100% PRZEJRZYSTOŚCIĄ FINANSOWĄ – CZYNNIKAMI, KTÓRYCH BRAKOWAŁO W NF BOARD – WYJAŚNIAŁ BLIND W ROZMOWIE Z PORTALEM PLAYTHEGAME.ORG.
Pierwsze mistrzostwa pod okiem nowej organizacji odbyły się w Laponii w 2014 roku. Tym razem wszystkie mecze zostały rozegrane w szwedzkim mieście Östersund na stadionie Jämtkraft Arena. Do turnieju zgłosiło się dziesięć zespołów, w tym czterech nowicjuszy: Quebec, jako pierwsza reprezentacja z Ameryki Północnej, Ellan Vanin, czyli zespół reprezentujący brytyjską Wyspę Man, Abchazja, czyli separatystyczna część Gruzji oraz reprezentacja Górskiego Karabachu, a więc obszaru spornego między chrześcijańskimi Ormianami, a muzułmańskim Azerbejdżanem. Ostatecznie jednak zespół Quebecu wycofał się z turnieju. Federacja z tego rejonu Kanady, marząc o przyjęciu do oficjalnej Federacji Piłkarskiej Ameryki Północnej, Środkowej i Karaibów (CONCACAF), postanowiła rozgrywać jedynie mecze z krajami należącymi do tej organizacji lub do FIFA. Z perspektywy czasu decyzja ta może wydawać się błędna, gdyż od 2013 roku Quebec nie rozegrał żadnego meczu. Ponadto, reprezentacja Zanzibaru nie otrzymała wiz i również nie wzięła udziału. Zastąpiły je dwaj kolejni debiutanci: Osetia Południowa, trzeci reprezentant Kaukazu na mistrzostwach, oraz historyczne Hrabstwo Nicei. Rozgrywki toczyły się w czterech grupach po trzy zespoły. Drużyny z dwóch pierwszych miejsc awansowały do pierwszych w historii takich rozgrywek ćwierćfinałów. Trzech debiutantów trafiło do półfinałów: Osetia Południowa, Nicea i Wyspa Man. Stawkę półfinalistów uzupełniali powracający do turnieju po raz pierwszy od 2008 roku Aramejczycy. Do finału weszły dwie drużyny debiutanckie, mianowicie Nicea oraz Ellan Vanin, a po bezbramkowym remisie oraz konkursie karnych zwycięzcą pierwszego turnieju organizowanego przez ConIFA zostało Hrabstwo Nicei. Pierwsze problemy
ConIFA nie zamierzała jednak poprzestać na powielaniu aktywności swojej poprzedniczki i chciała wdrażać w życie swoje własne pomysły. Jednym z nich była organizacja Mistrzostw Europy federacji niezrzeszonych w FIFA. Organizatorem pierwszych ConIFA European Football Cup w 2015 roku miała być brytyjska Wyspa Man, gdzie zresztą mieści się siedziba ConIFA. Planowano, że wszystkie mecze odbędą się na głównym stadionie the Bowl, jednak z powodu powiększającego się zainteresowania turniejem, zarówno potencjalnych uczestników, jak i kibiców, stwierdzono, że niektóre mecze grupowe będą musiały zostać rozegrane w południowo-wschodniej Anglii, na podlondyńskich stadionach należących do klubów półzawodowych. Ostatecznie, władze ConIFA stwierdziły, że Wsypa Man nie podoła z organizacją i turniej przeniesiono do Węgier. Formalnie organizatorem byli Seklerzy, czyli etniczni Węgrzy, zamieszkujący rejony Rumunii przed 1920 roku należące do Madziarów. Ze względu na swoją politykę historyczną rząd węgierski udzielił koniecznego wsparcia Seklerom i wszystkie mecze odbyły się w drugim co do wielkości mieście Debreczyn.
,,JAKO DZIAŁACZ PIŁKARSKI NA WYSPIE MAN, JESTEM BARDZO ZAWIEDZIONY TĄ DECYZJĄ. FAJNIE BY BYŁO MÓC ZORGANIZOWAĆ TURNIEJ, ALE, Z DRUGIEJ STRONY, NIE WSZYSTKO KRĘCI SIĘ WOKÓŁ NAS. NA WĘGRZECH BĘDZIEMY GRAĆ NA STADIONACH Z PRAWDZIWEGO ZDARZENIA, A TURNIEJ BĘDZIE POKAZYWANY W WĘGIERSKIEJ TELEWIZJI. DLA DRUŻYNY Z WYSPY MAN BĘDZIE TO SPORE WYZWANIE, A PO TO PRZECIEŻ ORGANIZUJEMY TE ROZGRYWKI, BY CIĄGLE ZWIĘKSZAĆ POZIOM. MYŚLĘ, ŻE WĘGRY TO DOBRY WYBÓR” – KOMENTOWAŁ ZMIANĘ ORGANIZATORA MALCOLM BLACKBURN, DZIAŁACZ ZWIĄZKU PIŁKI NOŻNEJ NA WYSPIE MAN ORAZ WICEPREZES CONIFA.
Początkowo w węgierskim turnieju miało wziąć udział 12 drużyn, jednak po problemach organizacyjno-wizowych odpadło kilka ekip, więc pewnych było tylko pięciu uczestników. Chcąc uratować pierwsze Mistrzostwa Europy, Węgrzy zgłosili drużynę Felvidek, czyli etnicznych Węgrów zamieszkujących Słowację i ostatecznie w turnieju wystąpiło sześć zespołów. Obok gospodarzy Seklerów i wspomnianej drużyny Felvidek, debiutantami w tego typu turnieju byli Romowie. Pozostałe trzy drużyny to Ellan Vanin z Wyspy Man, Padania oraz Nicea. Uczestnicy rywalizowali w dwóch grupach po trzy zespoły. Gospodarze oraz Romowie przegrali obydwa mecze w fazie grupowej i na pocieszenie został im udział w meczu o piąte miejsce, wygrany przez Romów 4:2. W półfinałach Nicea, która wygrała obydwa mecze w swojej grupie, okazała się lepsza od Ellan Vanin, a Padania, również niemająca sobie równych w fazie grupowej, pokazała swoją wyższość nad słowackimi Węgrami. Zwycięzcą pierwszych mistrzostw Europy federacji ConIFA została Padania, pokonując w finale Hrabstwo Nicei 4:1 i nawiązując do lat wielkości, gdy zespół z północnych Włoch trzykrotnie wygrywał VIVA World Cup w latach 2008, 2009 i 2010. W meczu o trzecie miejsce Wyspa Man pokonała w karnych Felvidek, remisując 1:1 po regulaminowym czasie gry. Mimo trudności przy organizacji Mistrzostw Europy ConIFA postanowiła się nie poddawać i na 2016 rok zapowiedziano kolejne Mistrzostwa Świata – tym razem w kaukaskiej Abchazji. Zgodnie z prawem międzynarodowym, Abchazja jest autonomiczną republiką, będącą częścią Gruzji. W praktyce Abchazja ogłosiła niepodległość w 1992 roku, uznaną przez kilka państw, w tym Rosję i od tego czasu rejon pozostaje poza jakąkolwiek kontrolą władz gruzińskich. W związku z tymi zawirowaniami politycznymi Abchazja nie mogła wystąpić w węgierskich Mistrzostwach Europy, więc ConIFA uznała, że przyznanie organizacji Mistrzostw Świata temu regionowi, będzie sprawiedliwym zadośćuczynieniem oraz czytelnym sygnałem, że ConIFA wspiera swoich członków niezależnie od sytuacji politycznej. Z powodu dużej liczby chętnych, Abchaski turniej był pierwszym, do którego przeprowadzono kwalifikacje. Nie były to jednak tradycyjne eliminacje, jakie kojarzy przeciętny kibic piłkarski, a raczej seria rozmaitych lokalnych turniejów i jednorazowych meczów. Ostatecznie w turnieju wzięło udział 12 zespołów, w tym pięciu debiutantów. Nowicjuszami byli Zachodnia Armenia, czyli reprezentacja Ormian zamieszkujących regiony dzisiejszej Turcji, Wyspy Czagos, czyli mieszkańcy Wielkiej Brytanii wywodzący się z tego archipelagu na Oceanie Indyjskim, Zjednoczona Korea z Japonii, czyli koreańska diaspora z Japonii, na co dzień występująca w japońskiej okręgówce jako FC Korea, Pendżab, czyli zespół brytyjskich obywateli wywodzących się z tego stanu w północnych Indiach oraz Somaliland, czyli autonomiczny region Somalii będący, de facto, niezależnym państwem, nieuznawanym prawnie na arenie międzynarodowej. Uczestników podzielono na cztery grupy po trzy drużyny, a dwie najlepsze awansowały do ćwierćfinałów. W półfinałach Abchazja pokonała Cypr Północny, a Pendżab uporał się z mistrzem Europy, Padanią. Zwycięzcą zostali gospodarze, którzy w finale pokonali Pendżab w rzutach karnych. Trzecie miejsce przypadło Cypryjskim Turkom, którzy pokonali Padanię 2:0.
Oczywiście historia mistrzostw reprezentacji niezależnych, to historia, która żyje i na pewno nie zamyka się wraz z turniejem rozegranym w minionym roku w Abchazji. Plany na przyszłość są duże, ale też i problemy stojące przed ConIFA są niemałe. Wiadomo już, że mistrzostwa Europy, początkowo planowane na rozpoczęty właśnie rok, się nie odbędą z powodu braku namierzenia odpowiedniego organizatora. Jednym z kandydatów do organizacji Mistrzostw Świata w 2018 roku jest Krym. Długofalowym celem ConIFA jest nawiązanie kontaktów z drużynami z kontynentu amerykańskiego, po nieudanych przygodach z Quebekiem oraz po tym, jak reprezentacja Ajmarów, czyli ludów zamieszkujących Andy na terenie Boliwii, Peru i Chile, wycofała się z mistrzostw w Abchazji. Jednym z najważniejszych zadań organizacji, niezwykle trudnym do osiągnięcia, jest jednak trzymanie się z dala od polityki. Jest to zasada wypisana na sztandarach ConIFA. Oczywiście, sam charakter instytucji zachęca do uprawiania polityki, a organizacja oskarżana była między innymi o to, że akceptuje w swoich szeregach zespół ze Sri Lanki kojarzący się z Tamilskimi Tygrysami, czy o to, że kibice Padanii machali na meczach flagami Ligi Północnej, separatystycznej partii włoskiej. Niektóre wypowiedzi federacji członkowskich ConIFA również nie pozostawiają wątpliwości.
,,MOIM ZAMIAREM JEST POKAZANIE ŚWIATU, ŻE JESTEŚMY PRAWDZIWYM, NIEZALEŻNYM PAŃSTWEM. CHCEMY PO PROSTU ŻYĆ SAMODZIELNIE, A ONI NAM NIE POZWALAJĄ. NIEKTÓRZY UCZESTNICY TURNIEJU WALCZĄ O NIEPODLEGŁOŚĆ, A INNI NIEPODLEGŁOŚĆ MAJĄ GDZIEŚ, TWIERDZĄ, ŻE SĄ TYLKO REGIONAMI. MY NALEŻYMY DO TEJ PIERWSZEJ GRUPY” – MÓWIŁ W CZASIE MISTRZOSTW W ABCHAZJI, ASTAMUR ADLEIMA, MINISTER SPORTU ABCHAZJI.
Inną opinię ma prezes Per Anders Blind, który konsekwentnie twierdzi, że ConIFA nie ma celów politycznych a ich jedyną ambicją jest łączenie ludzi przez sport. Warto pamiętać, że sport zawsze stanowił istotny element kultywowania tradycji etnicznych czy narodowych. Irlandczycy, przez lata okupowani przez brytyjskich sąsiadów, nie zachowali w dużej mierze swojego języka, a tożsamość narodową utrzymali między innymi dzięki kultywowaniu własnych rozgrywek sportowych: hurlingu i futbolu gaelickiego. Na ziemiach polskich w XIX w. działały „Sokoły” – towarzystwa gimnastyczne propagujące polskość pod zaborami. Ostatecznie każdy czytelnik sam sobie wyrobi zdanie w kwestii, czy ConIFA należy traktować tak, jak chciałby Per Anders Blind, czy też cele polityczne, jasno stawiane przez niektórych uczestników turniejów, należy uznawać za znaczące.
7
Mistrzostwa Reprezentacji Niezależnych część 2:
@Sensible
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@patataj
@Symson
0
@Pawel13sz No! Pawełku. Z tym najlepszy w całej historii futbolu to się tak nie rozpędzaj! Teodor Peterek z Wilimowskim wcale nie byli gorsi, z tą tylko różnicą że wówczas nie grali w rozgrywkach międzynarodowych...
9
@FCBparasiempre Gdy angielskie kluby zostały zawieszone w prawach członków UEFA, i tym samym nie mogły grać w europejskich pucharach, władze Football League wpadły na genialny pomysł zapełnienia im terminarza i portfela. Genialny był on jednak w ich mniemaniu, a cała czołówka ligi wykręcała się jak tylko mogła z konieczności grania w nim. Maj 1985 roku był fatalnym miesiącem dla brytyjskiego futbolu. I to właśnie on stał się katalizatorem przemian. A wszystko zaczyna się jak u Hitchcocka. Jednak w tym konkretnym przypadku nie chodziło o trzęsienie ziemi, a o pożar, który strawił główną trybunę stadionu Valley Parade. Śmierć poniosło wówczas 56 osób, wśród których najmłodsza ofiara miała niespełna 11 lat. Oddany do użytku na początku XX wieku, stadion Bradford City był swoistym skansenem wśród obiektów piłkarskich w Anglii. Jego główna, drewniana trybuna pamiętała jeszcze czasy największego sukcesu w historii „The Bantams” – zdobycia Pucharu Anglii. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ów puchar został zdobyty w…1911 roku. Jej dach pokrywały materiały łatwopalne: brezent i asfalt, a pod nią składowane były śmieci, które ponoć sprzątane były w przerwie między sezonami. Wszystkie te czynniki złożyły się na wielką katastrofę. Nieco ponad 11 tysięcy widzów, którzy tego dnia zjawili się na stadionie, miało świętować dość niespodziewany awans swoich ulubieńców do Division Two. Sukces klubu był tak wielki, że na pożegnalny mecz w niższej klasie rozgrywkowej przyszło niemal dwa razy więcej fanów, niż wynosiła średnia w sezonie. Miał to też być ostatni mecz przestarzałej trybuny. Klub, wykorzystując rządowe dotacje, pozyskał 400 tysięcy funtów na remont obiektu, chcąc przystosować go do wymagań drugiej ligi. Podczas tego pechowego dnia prace były już w trakcie. Pożar rozpoczął się tuż przed przerwą. Początkowo nie wyglądał groźnie, sprawiał wrażenie opanowanego przez policję, która odgradzając go od widowni, czekała na straż pożarną. Niestety były to tylko pozory. Pod widownią szalał już potężny ogień, który trawił gromadzone śmieci. I może jeszcze wtedy udałoby się uratować ludzkie istnienia, a także choć część „zabytku”, gdyby funkcjonariusze mogli korzystać z gaśnic. Te jednak zdjęto w obawie przed chuligańskimi wybrykami. Bradford City nie było pod żadnym względem zabezpieczone przed nieszczęściem. Jedynym pozytywem był brak wysokiego płotu, dzięki czemu ludzie uciekali na murawę boiska. Główna trybuna Valley Parade spłonęła, a w Anglii rozpoczęły się rozliczenia. Po upływie osiemnastu dni angielski futbol otrzymał ostateczny cios w samo serce…
To miało być wielkie święto futbolu na stadionie Heysel w Brukseli. Prowadzony przez Joe Fagana Liverpool mierzył się z Juventusem Zbigniewa Bońka i Michela Platiniego w nadziei, że uda im się obronić trofeum. I choć fortuna tego dnia nie stała po stronie „The Reds”, nie było to najważniejsze. Około 45 minut przed pierwszym gwizdkiem, agresywna grupa fanów angielskich sforsowała trzymetrowe ogrodzenie oddzielające ich od Włochów i zaatakowała. Uzbrojeni byli w metalowe pręty i betonowe fragmenty stadionu. Rozpoczęła się wojna, która doprowadziła do zawalenia się części trybuny. Ludzie ginęli przygnieceni przez jej elementy, tratowani na śmierć i od pięści liverpoolczyków. ,,Pamiętam chłopaka, który klęcząc błagał o litość. Tymczasem jeden z Brytyjczyków zamierzał mnie zaatakować, wywijając stalowym prętem. Wyglądał jak zwierze, jak bestia. Ślina ciekła mu z ust, jego oczy były dzikie, musiał być pod wpływem narkotyków. Myślałem że zbliża się mój koniec”- tak jeden z kibiców wspominał tamte wydarzenia. Prawie dwie godziny zajęło policji opanowanie sytuacji. Zaczęło się ratowanie rannych i liczenie ofiar. Tamtego feralnego dnia śmierć poniosło 39 osób, w tym dziesięcioletni chłopiec, a ponad 600 zostało rannych. Mimo to mecz rozegrano. Juventus pokonał rywala po bramce z rzutu karnego Platiniego i zdobył swój pierwszy Puchar Europy. Na cały angielski futbol spadła fala krytyki. Senat włoski zastanawiał się nawet nad wytoczeniem procesu. Premier Margaret Thatcher apelowała do rodzimej federacji, aby wycofać kluby z europejskich pucharów, zanim zostaną zawieszone. Kilka dni później UEFA nałożyła zakaz występów wszystkim drużynom z Anglii w rozgrywkach pod swoim szyldem na czas nieokreślony. Futbol w kraju „Synów Albionu” miał wielkie problemy. Do stycznia 1986 roku, w telewizji nie można było obejrzeć żadnego (!) spotkania rodzimej ligi. Frekwencja drastycznie spadała, a kluby pozbawione wpływów z europejskich pucharów, musiały wymyślić coś, co pozwoli utrzymać płynność finansową. Z pomocą przyszedł kontrowersyjny Ken Bates, który działał wówczas w Chelsea. Przedstawił on pomysł rozgrywek Full Members Cup, które miały zrekompensować brak występów w Europie. Pomysł przypadł do gustu prawie wszystkim klubom, z wyjątkiem tych najsilniejszych. Zresztą w pierwszej edycji tylko pięć klubów z First Division zdecydowało się na start. Ważnym argumentem w odrzucaniu pomysłu, była już i tak wystarczająca liczba meczów do rozegrania. 42 spotkania ligowe, dodatkowo Puchar Anglii, a także Puchar Ligi Angielskiej. Wszystko to dawało całkiem pokaźną liczbę gier i to bez przerwy zimowej!
Nie przeraziło to jednak pomysłodawców. Twierdzili, że kibice chcą oglądać swoich pupili w akcji jeszcze częściej. Czy rzeczywiście chcieli? Spotkanie Charlton – Chelsea zobaczyła zatrważająca liczba widzów. Było ich dokładnie 817. Nie pomagał nawet format rozgrywek, który gwarantował lokalne derby. Bates kiepską widownię argumentował tym, że owe rozgrywki dopiero zakorzeniały się w świadomości. Starania prezesa Chelsea przyniosły efekt, w postaci premierowego trofeum Full Members Cup, które jego drużyna zdobyła po dramatycznym finale przeciwko Manchesterowi City, zakończony zwycięstwem 5:4. A co z pozostałymi drużynami? Sześć klubów, które miały reprezentować Anglię w europejskich pucharach (Liverpool, Everton, Tottenham, Manchester United, Southampton i Norwich), wzięło udział w organizowanym przez protoplastę Eurosportu, telewizję ScreenSport – ScreenSport Super Cup.
Podzielono je na dwie grupy, w których grano systemem mecz i rewanż. Następnie miały odbyć się półfinały i finał. Jak kiepskim przedsięwzięciem był ów puchar, świadczyć może fakt, że pierwszy półfinałowy mecz pomiędzy Liverpoolem a Norwich rozegrano w lutym, a rewanż dopiero w maju. Z uwagi na rozpoczynające się mistrzostwa świata w Meksyku, finał turnieju rozegrano w nowym sezonie. W dwóch wrześniowych spotkaniach lepszy okazał się Liverpool, który pokonał odwiecznego rywala, drużynę Evertonu 7:2 w dwumeczu.,,To trofeum gdzieś zaginęło- wspominał Ian Rush.- Dostaliśmy dwa puchary, kibice gospodarzy już poszli do domu, podeszliśmy do swoich fanów i oddaliśmy im jedno trofeum. Kibic schował je za pazuchę i więcej go nie widzieliśmy.” Był to jedyny sezon ScreenSport Super Cup, który pomimo wielkich ambicji rozszerzenia na wszystkie brytyjskie ligi, nie przetrwał próby. Jego konkurent, Full Members Cup pozyskał za to sponsora tytularnego, którym został producent obuwia Simod. Liczba drużyn sukcesywnie zwiększała się, lecz pomimo udziału wielu drużyn z First Division, zwycięstwo nie było ich priorytetem. Lekceważące podejście wielkich wykorzystywały mniejsze kluby, dla których była to idealna sposobność, aby zagrać na słynnym Wembley. W jednym z finałów zagrało zdegradowane z Division Two Reading ze średniakiem ekstraklasy Luton Town. Ten dzień znajduje się pewnie bardzo wysoko w prywatnej hierarchii byłego kapitana „Królewskich” Martina Hicksa, a także wszystkich fanów klubu z hrabstwa Berkshire. Właśnie wtedy marzenia senne zostały zrealizowane. Hicks wspiął się na trybunę główną, gdzie mógł odebrać trofeum za zwycięstwo w Full Members Cup. Dokonała się romantyczna historia. Tristan ucałował swą ukochaną Izoldę. ,,Mam ciarki, gdy opowiadam o tamtym dniu” – MARTIN HICKS. Późniejszy triumf Crystal Palace pokazał, że pomimo obśmiewania przez mocarnych angielskiego futbolu, rozgrywki miały sens. Były jedyną okazją do spełniania marzeń przez maluczkich. A jak doskonale sobie wszyscy zdajemy sprawę, to właśnie oni napędzają koniunkturę futbolową. Bez tych mniejszych, wielcy nie istnieliby. A jak swój żywot zakończyły rozgrywki, które jeszcze przez chwilę nosiły nazwę Zenith Data System Cup? W 1990 roku do gry w europejskich pucharach powróciły zespoły z Anglii, powołana została także nowa liga, która zaczęła funkcjonować pod nazwą Premier League. Na kolejne zmagania nie było już czasu.
7
Full Members Cup(wiecie gdzie czytać):
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@Symson
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Sensible
@patataj
16
Feliz cumpleaños panie Sanchez! Z okazji 66 urodzin.
8 października 1956 r. urodził się Jose Vicente Sanchez. Ten środkowy pomocnik rodem z Barcelony debiutował w pierwszej drużynie w 1975 r. i spędził na Camp Nou aż 11 sezonów, rozgrywając w granatowo-bordowej koszulce ponad 300 meczów, będąc kapitanem Blaugrany. Zdobył z Barçą 9 pucharów, w tym mistrzostwo Hiszpanii oraz dwukrotnie Puchar Zdobywców Pucharów.
@Ogorinho1974
@Symson
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@patataj
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@DaPidejpi
13
Koncert dwóch gwiazd:
Dokładnie 10 lat temu(7 października 2012 r.) rozegrano El Clasico na Camp Nou w 7 kolejce La Liga zakończone remisem 2:2 po 2 golach Messiego i Cristiano Ronaldo. Piłkarze Jose Mourinho przyjechali na Camp Nou, by zniwelować stratę do Barcelony, która wygrała wszystkie dotychczasowe mecze nowego sezonu. W 23. minucie wyszli na prowadzenie. Cristiano Ronaldo uderzył lewą nogą tak, jakby była to jego ulubiona, prawa. W geście triumfu uciszył kibiców gospodarzy. Niecałe 10 minut później było już 1:1. Barça wyrównała po akcji dla siebie bardzo nietypowej - nieskładnej, szczęśliwej, chaotycznej - którą zakończył Leo Messi. Do przerwy wynik już się nie zmienił. Na początku drugiej połowy w polu karnym Realu miała miejsce jedna z nielicznych kontrowersji tego spotkania. Pepe wyraźnie sfaulował Andresa Iniestę ale sędzia dał Barcelonie tylko rzut rożny. W 61. minucie sędzia już się nie pomylił. Przyznał gospodarzom rzut wolny, który pięknym strzałem na bramkę zamienił Messi. Na odpowiedź Argentyńczyk czekał tylko chwilę. Pięć minut później wyrównał Cristiano Ronaldo. Nikt z dwójki Messi - Ronaldo nie pokusił się o hat-tricka. Najładniejszego i decydującego gola wieczoru mógł strzelić w 88. minucie Martin Montoya, który w pierwszej połowie zmienił kontuzjowanego Daniego Alvesa ale trafił w poprzeczkę. To był pierwszy mecz sezonu 2012/13, którego FC Barcelona nie wygrała, lecz Tito Vilanova raczej nie mógł narzekać ponieważ jego drużyna nadal pozostała liderem i zachowała 8 punktów przewagi nad największym rywalem do tytułu.
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@Symson
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Sensible
11
Grande Espectacolo El Clasico!
7 października 1989 r. FC Barcelona pokonuje na Camp Nou Real Madryt 3:1 po dwóch golach Koemana i jednym Salinasa w 6 kolejce Primera Division. Zespół prowadzony przez Johana Cruyffa nie był w dobrym położeniu, ponieważ przegrał trzy z pięciu meczów LaLigi, a w spotkaniu z Realem już w siódmej minucie stracił pierwszego gola. Przyczynił się do tego sam Koeman, który faulował Emilio Butragueño w polu karnym, a jedenastkę na bramkę zamienił Hugo Sánchez. Nie był to dobry początek w El Clásico nowego obrońcy Blaugrany. Koeman wraz z kolegami potrafił jednak pokazać hart ducha i pojedynek ostatecznie zakończył się sukcesem Katalończyków. Już po kilku minutach od pierwszego gola wyrównał Julio Salinas, a w drugiej połowie o losach rywalizacji przesądził sam winowajca przy trafieniu rywali. Holender wykorzystał dwa rzuty karne, dając swojemu zespołowi trzy punkty. 26-letni wówczas zawodnik pokazał, że ma nerwy ze stali, zwłaszcza że drugą jedenastkę musiał powtórzyć po wbiegnięciu w pole karne kilku zawodników. Nie pomylił się jednak i zakończył swoje pierwsze El Clásico z dubletem.
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Symson
@DaPidejpi
42
@Lionel_Messi10 Jeśli szczere, to przepiękne są te słowa naszego kochanego Leo...
0
,,Kolejorzu", prosimy o punkty do rankingu UEFA. Naprzód ,,Kolejorz", po zwycięstwo ,,Kolejorz"!
14
Feliz cumpleaños panie Sergi!
6 października 1967 r. urodził się Sergi Lopez Segu. Był on drugim z czterech członków familii Lopez, którzy przywdziewali trykot w barwach Blaugrana. Senior rodu Julian Lopez zagrał w FC Barcelonie w zaledwie jednym meczu towarzyskim ale przez krótki czas dzielił szatnie z Kubalą. Najstarszy syn Juliana, Sergi, zaliczył 54 oficjalne mecze w pierwszej drużynie w latach 1987-91 a w 1995 r. w barwach Realu Saragossa wywalczył Puchar Zdobywców Pucharów. Jeden z działaczy Barcelony, Josep Mussons, nazwał go ,,Montserrat Caballe z Mini”(Mini Estadi-stadion Barçy B). W 2006 r. popełnił jednak samobójstwo rzucając się pod pociąg w Granollers. Drugi z braci Lopez Juli, zagrał w jedynie trzech meczach towarzyskich przed sezonem 1995/96 a karierę kończył w Terrasie. Największą karierę z całej rodziny zrobił najmłodszy z braci- Gerard. Był zawodnikiem Barçy przez 5 lat a wcześniej w 2000 r. zagrał z Valencią w finale Ligi Mistrzów. W 2013 r. został selekcjonerem reprezentacji Katalonii.
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@patataj
@Sensible
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Symson
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
9
Wszystkiego najlepszego panie Jurku!
Postacie polskiej piłki nożnej:
Władysław Jerzy Engel urodził się we Włocławku, 6 października 1952 roku. Jest wychowankiem Junaka Włocławek, z którego przeniósł się do Kujawiaka Włocławek. W czasie studiów na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie grał w AZS-AWF Warszawa i Polonii. Karierę piłkarską zakończył w 1975 roku. Karierę trenerską rozpoczynał w klubach warszawskich z niższych lig (m.in. z rezerwami Polonii w lidze okręgowej, z Hutnikiem w trzeciej lidze, czy też z RKS Błonie również w trzeciej lidze). Kolejnym etapem była praca przy reprezentacji Polski - w 1981 roku Engel objął w Kadrze Bank Informacji, zastępując Bernarda Blauta. Kilka miesięcy później powrócił do Hutnika Warszawa, z którym w 1983 roku po raz pierwszy w historii klubu awansował do drugiej ligi. W połowie lat 80' został trenerem pierwszej drużyny Legii. Już w pierwszym sezonie zdobył z nią wicemistrzostwo Polski, kolejne lata nie były już jednak tak udane jak poprzednie. Po zrezygnowaniu z prowadzenia Legii, Engel przeniósł się na Cypr, gdzie trenował tamtejsze drużyny. Kiedy w 1995 roku powrócił do Polski, zajął się biurowymi sprawami. Został najpierw dyrektorem sportowym w Legii, grającej wtedy w Lidze Mistrzów. Potem na takim samym stanowisku pracował w Polonii. W 2000 roku, po części za sprawą Engela Polonia zdobyła potrójną koronę (mistrzostwo Polski, Puchar Ligi i Superpuchar Polski). 1 stycznia 2000 roku to przełomowa data w życiorysie Engela - wtedy to oficjalnie stał się selekcjonerem reprezentacji Polski. Z znanego tylko w wąskim gronie trenera stał się osobą rozpoznawalną w całej Polsce. Eliminacje do mundialu okazały się niezwykle udane i Polska po szesnastu latach ponownie weszła do grona najlepszych drużyn na świecie. Występ w Korei i Japonii już tak udany nie był. Pamiętna porażka z Koreą i blamaż z Portugalią sprawiły, że Polska zakończyła zmagania w fazie grupowej turnieju. Engel pożegnał się z reprezentacją. Do pracy powrócił po rocznej przerwie - najpierw jako dyrektor sportowy, a potem już jako trener. W 2005 został szkoleniowcem "Białej Gwiazdy", a rok później trenował piłkarzy APOEL-u na Cyprze. 31 lipca 2006 został powołany na stanowisko pełnomocnika Prezydium Zarządu ds. Szkolenia. Jest również członkiem Zarządu, Wydziału Szkolenia oraz Rady Trenerów PZPN.
@Pawel13sz
@NaFazieHitman
@Symson
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@patataj
8
@FC1899Barca Myślano? A to dobre! Nie patrzano tylko myślano.... Hahahahahahaha
Prestiżowe rozgrywki.....
Boże, widzisz a nie grzmisz!
3
Vamos PSG!? No raczej niekoniecznie ale! Zawsze Vamos nasz kochany Leo Messi! Po kolejnego gola w Lidze Mistrzów!
7
@FCBparasiempre 5 października 1949 r. urodził się Zygmunt Garłowski, pomocnik. ,,Był kochanym bratem, tęsknił za nami. Gdy po urlopie znowu leciał do Australii, mówił że jeszcze tylko 4 lata, byle do emerytury i na stałe wróci do Polski. Wtedy widziałem go ostatni raz. Zmarł nagle. Do Polski wróciły już tylko jego prochy.”- mówi o Zygmuncie Garłowskim jego młodszy brat Ireneusz. Zygmunt to legenda Śląska Wrocław, kapitan i najlepszy strzelec drużyny, która w 1977 roku zdobyła pierwsze mistrzostwo Polski. Mistrzem w drużynie był również Ireneusz – niezły boczny pomocnik lub obrońca ale w cieniu błyszczącego na boisku brata. ,,Wszędzie szliśmy razem bo Zyga o mnie pamiętał. Nie tylko o mnie ale o całej rodzinie. Gdy gdzieś miał się przenieść, przenosiliśmy się wszyscy. Od dziecka zapowiadał się na superpiłkarza, więc ojciec uznawał że trzeba dostosować się do jego piłkarskich planów. Miałem 15 lat i pojechaliśmy do Bytomia bo Zygmunta chciała Polonia, tyle że Górnik Wałbrzych ani myślał go puszczać, więc czekaliśmy tam dobrych kilka tygodni na rozwój wypadków. Potem włączył się ROW i zamieszkaliśmy w Chwałowicach pod Rybnikiem. Musieliśmy wracać do Wałbrzycha bo Zygmuntowi groziła długa karencja.”- wspomina brat Irek. Dopiero 5 lat później Garłowskiego z Górnika Wałbrzych wyciągnął Śląsk Wrocław. ,,Argument służby wojskowej nie wchodził w gre bo brat formalnie był zatrudniony w kopalni na etacie górnika dołowego a tych do wojska nie brali. Trzeba się było zwyczajnie dogadać i gdy Śląsk już dopiął swego, Zygmunt przyjechał po mnie na zgrupowanie Górnika. Powiedział że wszystko załatwione i ja też się przenosze. Zyga był dla mnie piłkarskim wzorem już w naszej rodzinnej Bielawie i w pierwszym klubie, czyli w Bielawiance. Chodziłem na jego mecze jako kibic i też grałem w piłke. Nigdy jednak mu nie dorównałem, nie miałem takiego talentu ”- mówi o 4 lata młodszy brat. Z Bielawy(oczywiście również razem) bracia przenieśli się do pobliskiego Wałbrzycha. W mieście funkcjonowały 2 drugoligowe kluby. O Zygmunta mocno zabiegał Thorez, który za chwile zmienił nazwę na Zagłębie. Gdyby wybrał te oferte, jego kariera pewnie nabrałaby większego rozpędu bo już w następnym sezonie zespół awansował do Ekstraklasy ale… ,,Na Thoreza kategorycznie nie zgadzał się ojciec. Uważał że to mocno ,,czerwony” klub. Samo nazwisko francuskiego komunisty w nazwie było skutecznym straszakiem dla taty, byłego żołnierza Armii Krajowej. Jego synowie nie mogli przecież grać w Thorezie!”- wspomina Ireneusz. Zygmunt trafił więc do sąsiada zza miedzy. W 1968 r. Górnik Wałbrzych zdobył mistrzostwo Polski juniorów. Na turnieju finałowym w Mielcu błyszczał Zygmunt Garłowski. W drużynie gospodarzy grał Grzegorz Lato, w Lechii Gdańsk wschodząca gwiazda trójmiejskiej piłki Zdzisław Puszkarz… Na przenosiny do Śląska duży wpływ miała również głowa rodziny Garłowskich. Wrocławianie akurat awansowali do elity, Górnik spadał do 3 ligi. Mimo że w Śląsku nie brakowało w tamtych czasach bardzo dobrych ofensywnych piłkarzy, jak Sybis, Kwiatkowski i Pawłowski, to Zygmunt nie tylko potrafił dogrywać kolegom piłke ale i sam był niezłym egzekutorem. Do niego należało też wykonywanie rzutów karnych. Przed finałami mistrzostw świata w 1974 r. był w szerokiej kadrze reprezentacji Polski. Kazimierz Górski dał mu szanse w towarzyskim meczu z Grecją ale po zaledwie 45 minutach został ściągnięty i mógł zapomnieć o turnieju. W pierwszej połowie zmarnował świetną okazje strzelecką i podobno w tym momencie selekcjoner uznał że nie potrzebuje go w 22-osobowej ekipie. ,,Zyga był raczej skryty, nie lubił głośno rozstrząsać takich spraw a już na pewno nie w jego stylu było użalanie się nad sobą. Dało się jednak wyczuć że brak powołania go zabolał a czy zadecydowała jedna zepsuta okazja? Jakiś powód musiał być, no i pamiętajmy że oprócz Deyny w środku pola grali Kasperczak, Ćmikiewicz i Maszczyk. Strasznie trudno było wskoczyć do takiej ekipy.”- zaznacza Ireneusz Garłowski. Tyle że jego brat przegrał walkę o miejsce w kadrze bezpośrednio z Romanem Jakóbczakiem. Pomocnik Lecha w tym ostatnim sprawdzianie z Grekami nie zmarnował szansy, strzelił gola. Górskiemu musiało się to spodobać. Zygmunt generalnie nie miał szczęścia do seniorskiej kadry. Nie było go też w drużynie na igrzyskach olimpijskich w Monrealu. Schemat się powtórzył: szansa pokazania się w ostatnim przedturniejowym meczu z Irlandią i zejście z boiska już po 45 minutach z negatywną cenzurką. Za to Śląsk nieustannie liderował! Nie chodzi tylko o mistrzowski sezon ale też o finał Pucharu Polski, kiedy w 1976 golem z rzutu karnego w starciu ze Stalą Mielec przypieczętował zdobycie trofeum, oraz o dobre mecze w europejskich pucharach, łącznie z ćwierćfinałem Pucharu Zdobywców Pucharów. Kapitanem drużyny przestał być po odejściu trenera Żmudy, kiedy zespół przejął Aleksander Papiewski. Nie tylko dla obu Garłowskich najważniejszym trenerem w historii Śląska pozostaje Władysław Zmuda. To on ,,przerobił” Zygmunta na środkowego pomocnika bo najpierw był napastnikiem. ,,W moim Śląsku zajął się organizacją gry ofensywnej. Tworzył w tej strefie bardzo interesujący duet z Janem Erlichem, który z kolei miał więcej zadań defensywnych. To byli świetni gracze. Mundial w Niemczech? Może jednak był za spokojny? Na pewno nie miał charakteru człowieka, który zawsze potrafi bić się o swoje. Nie chcieli go, to się nie napraszał. Troche mu chyba brakowało przebojowości poza boiskiem, charakterystycznej dla kilku innych piłkarzy, którzy zaistnieli w kadrze. W Śląsku nie musiał się przepychać łokciami bo szybko poznaliśmy jego wartość. Ani w szatni, ani poza klubem nie był wodzirejem. Co innego na boisku: tu miał kompletne papiery na kreowanie gry! Dlatego był kapitanem drużyny. Wydaje mi się że z powodu cech osobowościowych i boiskowego znaczenia dla Śląska był tym, kim Deyna dla Legii. Jego największą zaletą była umiejętność szybkiego wyboru najlepszego rozwiązania w danej sytuacji. Do każdej drużyny zawsze uporczywie szukałem tego typu piłkarza, bo to stanowiło bazę do wielu innych działań i cieszyłem się że w Śląsku trafiłem na kogoś takiego. Gdybym nie miał wtedy Zygmunta, zdecydowanie musiałbym szukać innych rozwiązań. Jego nie dałoby się ot tak zastąpić kimś innym, takich piłkarzy nie spotyka się codziennie na ulicy”- podkreśla trener Żmuda. Zygmunt ze Śląskiem rozstał się zimą 1981 r. Miał wówczas 32 lata, więc skorzystał z okazji i wyruszył do Australii, gdzie grał w Polonii Soccer Club. Wybrał się tam z dawnymi kolegami ze Śląska: Zygmuntem Kalinowskim i Henrykiem Sobczykiem oraz Antonim Galasem z Zagłębia Wałbrzych. Brat mieszkał w St. Marys i jak to już wcześniej bywało, załatwił miejsce w drużynie także dla mnie. Dołączyłem do niego razem z Henrykiem Kowalczykiem. Wszyscy graliśmy w Polonii Soccer Club.”- opowiada brat Ireneusz. Bracia wrócili do Polski w 1984 r. Zygmunt zaliczył jeszcze epizod w Polarze Wrocław. Później przez niecały sezon był asystentem Apostela w Śląsku. W 1987 r. Zygmunt Garłowski ponownie poleciał do Australii, tym razem już na stałe. ,,Miał australijski paszport, mógł więc legalnie tam zarabiać. Nieźle mu się wiodło ale mówił że gdy skończy 62 lata i zapracuje na australijską emeryture, to na pewno wróci do Polski.”- wspomina brat Irek. Wiosną 2007 r. przyleciał na krótki urlop do kraju. ,,Nie miałem pojęcia że widzimy się po raz ostatni. Odliczaliśmy te jego lata do emerytury. Pożegnaliśmy się a za chwile miała lecieć do niego żona i nagle przyszła ta tragiczna wiadomość. Skok ciśnienia, wylew! A nigdy nie chorował, nie narzekał.”- kręci z niedowierzaniem głową brat legendarnej gwiazdy Śląska. Prochy Zygmunta Garłowskiego wróciły do Polski. Pogrzeb odbył się 12 lutego 2008 roku na Cmentarzu Osobowickim we Włocławiu.
10
Zapomniane legendy rodzimego futbolu(wiecie gdzie czytać):
@Sensible
@patataj
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Symson
@DaPidejpi
1
@Cvzx No cóż, nie wszyscy jesteśmy zgodni w tym samym. Dla mnie Fati i Raphinia są lepsi od tej trójki, którą wymieniłem. Cóż, każdy dzieli się swoją własną opinią, na tym ten internet polega.