17

@FCBparasiempre
Błędy sędziowskie to nieodłączny element piłki nożnej. Dziś system VAR pozwala skorygować wiele błędnych decyzji ale w przeszłości arbitrzy nie mogli liczyć na pomoc technologii. Niestety, w ten sposób jedna drużyna miała szczęście i mogła cieszyć się z korzystnego rezultatu, a druga bezskutecznie kłóciła się z sędzią. Najbardziej w pamięci kibiców pozostały oczywiście pomyłki w trakcie największych turniejów. Arbiter to rzecz jasna również człowiek, ale w niektórych przypadkach kibice mieli sporo wątpliwości co do uczciwości jego pracy. Zapraszamy do naszego zestawienia najbardziej kontrowersyjnych meczów w historii piłki nożnej.

Korea Południowa vs Włochy/ Korea Południowa vs Hiszpania MŚ 2002

Na MŚ w 2002 r. Korea Południowa zaskoczyła wszystkich, zajmując czwarte miejsce. Współgospodarze turnieju osiągnęli to jednak w budzących kontrowersje okolicznościach. Pierwsze miały miejsce na poziomie 1/8 finału, kiedy azjatycki zespół zmierzył się z Włochami. Squadra Azzurra miała wówczas w sile wieku takich piłkarzy jak Alessandro Del Piero, Francesco Totti, Gianluigi Buffon, czy też Fabio Cannavaro. Tę jakość było widać na boisku, lecz wszystko blokowały kontrowersyjne decyzje meksykańskiego sędziego Byrona Moreno. Więcej o tej postaci przeczytacie tutaj. Włosi prowadzili długo jedną bramkę, ale współgospodarze turnieju zdołali doprowadzić do dogrywki. Przełomowym momentem okazała się 103. minuta, kiedy w pole karne Koreańczyków wszedł Francesco Totti. Napastnik padł na ziemię po kontrakcie z obrońcą, a Moreno uznał to za symulację. Druga żółta i w konsekwencji czerwona kartka mocno pokrzyżowała plany ekipy Giovanniego Trapattoniego. Ciężko jest jednoznacznie stwierdzić, czy Włochom należał się wówczas rzut karny, ale z pewnością decyzja arbitra o żółtej kartce dla Tottiego była mocno naciągana. Ostatecznie niesieni gorącym dopingiem piłkarze Guusa Hiddinka zdobyli złotą bramkę i awansowali do ćwierćfinału, gdzie zmierzyli się z Hiszpanią. Tam również sędziowie robili wszystko, aby pomóc Koreańczykom. Zawodnicy La Furia Roja przeważali, czego efektem były dwie zdobyte bramki. Niestety dla europejskiego zespołu, w niewyjaśnionych okolicznościach arbiter nie uznał żadnej z nich. Zarówno regulaminowe 90 minut jak i dogrywka nie przyniosły rozstrzygnięcia, więc o wszystkim rozstrzygnęły rzuty karne. W nich lepsi okazali się Koreańczycy, wygrywając 5:3!

Szwecja vs Dania Euro 2004

W trakcie Euro rozgrywanego na portugalskich boiskach w jednej grupie znalazły się Dania, Szwecja, Włochy i Bułgaria. Przed ostatnią serią gier Azzurri mieli na koncie zaledwie 2 punkty, a Szwedzi i Duńczycy po 4. W ostatniej kolejce skandynawskie kraje mierzyły się ze sobą i doskonale wiedziały, że remis 2:2 spowoduje wyeliminowanie piłkarzy z Półwyspu Apenińskiego. Przed startem ostatniej kolejki Włosi odgrażali się, że zainstalują dodatkowe kamery na stadionie, gdzie mierzyli się ich rywale. Duńczycy prowadzili 2:1 aż do 89. minuty, kiedy piłkarze Trzech Koron zdołali ostatecznie doprowadzić do wyrównania. Azzurrim nie dało więc już nic zwycięstwo nad Bułgarią. Chociaż skandynawskim drużynom niczego nie udowodniono, do dziś to spotkanie wzbudza wiele kontrowersji.

Bramki widma

Wcześniejszy brak odpowiedniej technologii powodował, że spore zamieszanie w historii wywołały tzw. „gole widmo” ( z angielskiego „ghost goal” lub „phantom goal”). To niecodziennie określenie doczekało się nawet pozycji w Wikipedii. Pełna definicja brzmi: „W piłce nożnej bramka przyznana, mimo, że piłka nie przekracza całkowicie linii bramkowej lub sytuacja, w której piłka przekracza linię bramkową, ale bramka nie jest przyznana”. Zapraszamy do artykułu, który opisuje najsłynniejsze „gole widmo”. Jako przykład przytoczę tu bramkę Luisa Garcii w meczu Liverpoolu z Chelsea w półfinale Ligi Mistrzów w sezonie 2004/2005. Powtórki telewizyjne nie były w stanie wyjaśnić, czy uderzona przez Hiszpana piłka przekroczyła rzeczywiście linię bramkową. „Liverpool zdobył bramkę, ale ja powiedziałbym raczej, że zdobył ją liniowy. To był gol, który przyleciał z księżyca” – powiedział po spotkaniu trener Chelsea Jose Mourinho.

Holandia vs Portugalia MŚ 2006

Szczegółowy opis tej piłkarskiej bitwy znajdziecie tutaj. Mowa wydarzeniach z meczu 1/8 finału MŚ w 2006 r. w Niemczech. Na Frankenstadion czoła stawiły sobie Portugalia i Holandia, a najwięcej po spotkaniu mówiło się o decyzjach rosyjskiego sędziego Walentina Iwanowa. Obie ekipy spotkały się 2 lata wcześniej w półfinale portugalskiego Euro. Gospodarze byli górą, wobec czego w Niemczech Pomarańczowi pałali żądzą rewanżu. Mecz był bardzo zacięty, ale niestety nie pod kątem czystej sportowej rywalizacji. Już w 2. minucie za niegroźny faul na Cristiano Ronaldo żółtą kartkę obejrzał Mark van Bommel. Wydaje się, że zbyt wcześnie pokazane „źółtko” nastawiło źle do meczu arbitra Iwanowa. W raz z przebiegiem meczu Rosjanin tracił coraz bardziej kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami. Sędzia rozdawał hurtowo kartoniki i miał spore wątpliwości przed podjęciem praktycznie każdej decyzji. Efekt końcowy? Rekordowe cztery czerwone i szesnaście żółtych kartek. Jedynym momentem spotkania, kiedy kibice mogli chociaż przez chwilę poczuć się jak na normalnym meczu, była 23. minuta gry. Wtedy to właśnie jedyną bramkę tamtego wieczoru zdobył Maniche. Złośliwi twierdzili, że sędzia Iwanow zabawił się w rosyjską ruletkę, gdzie naboje zastąpił kartkami.

Chelsea vs Barcelona Liga Mistrzów 2008/2009

O tamtym spotkaniu kibice nie tylko tych dwóch drużyn będą rozmawiać jeszcze przez wiele lat. Na ustach wszystkich znalazł się norweski sędzia Tom Henning Ovrebo. Arbiter nie stanął wówczas na wysokości zadania, przez co wiele osób zarzucało mu później stronniczość. W pierwszym spotkaniu na Camp Nou padł bezbramkowy remis. W rewanżu gospodarze wyszli szybko na prowadzenie dzięki bramce Michaela Essiena. The Blues byli lepszym zespołem, a ich przewaga wzrosła jeszcze bardziej, kiedy czerwoną kartkę obejrzał Eric Abidal. W trakcie meczu doszło do wielu kontrowersyjnych sytuacji, głównie w polu karnym Blaugrany. Zdaniem wielu obserwatorów The Blues powinni otrzymać przynajmniej dwa rzuty karne. W obrębie szesnastki gości faulowani byli Didier Droga i Florent Malouda, a piłkę ręką zagrywali Gerard Pique i Samuel Eto’o. Gwizdek Ovrebo milczał jednak w każdej z tych sytuacji. Oczywiście rzut karny nie oznacza jeszcze bramki, ale nie ulega wątpliwości, że grająca wówczas w dziesiątkę Barcelona miałaby znikome szanse na strzelenie dwóch bramek, które dawałaby jej awans. Kruche prowadzenie Chelsea utrzymywało się do ostatnich minut meczu, kiedy do piłki zagranej przez Leo Messiego doszedł Andres Iniesta. Hiszpan oddał precyzyjny strzał w okienko bramki Petra Cecha i doprowadził do rozpaczy całe Stamford Bridge. Blaugrana przetrzymała ostatnie ataki angielskiego zespołu i mogła cieszyć się z awansu do finału, w którym pokonali Manchester United. Po końcowym gwizdku zawodnicy Chelsea mieli ogromne pretensje do sędziego Ovrebo. Rozwścieczonego Drogbę musiał ostatecznie powstrzymywać jeden z członków sztabu klubu. Norweski arbiter dopiero po latach przyznał, że powinien podjąć w tamtym meczu kilka innych decyzji.

Irlandia vs Francja eliminacje do MŚ 2010

Po tamtym barażowym spotkaniu z 2009 r. wiele w oczach kibiców stracił słynny Thierry Henry. Pierwszy mecz w Dublinie zakonczył się wynikiem 0:1 i wydawało się, że u siebie Trójkolorowi nie powinni mieć większych problemów z domknięciem sprawy awansu. Goście postawili jednak bardzo twarde warunki, czego efektem była bramka Robbiego Keane’a. Gospodarze opadali z sił, ale ostatecznie zdołali dotrwać do dogrywki. Irlandczycy pozostawali lepszym zespołem, ale brakowało im szczęścia. Co jednak nie wyszło gościom, udało się gospodarzom. Wyrównująca bramka nie powinna jednak zostać uznana, ponieważ Henry dwukrotnie dotknął piłki ręką, aby utrzymać ją w boisku. Napastnik zdołał dograć do Williama Gallasa, który strzelił gola z najbliższej odległości. W ten sposób Henry nawiązał do słynnej „Ręki Boga” Diego Maradony z MŚ w 1986 r. Argentyńczyk strzelił wówczas gola ręką w trakcie meczu ćwierćfinałowego przeciwko Anglii. Albicelestes wygrali 2:1 i zameldowali się w kolejnej fazie turnieju, który finalnie wygrali. Wróćmy do wydarzeń z 2009 r. Bramkarz Shay Given i jego koledzy ruszyli oczywiście do arbitra z pretensjami, ale nie zdołali niczego wskórać. Bramka nie została anulowana, a Irlandia musiała zapomnieć o mundialu w RPA. Na pocieszenie Wyspiarzy Francuzi odpadli na tamtym turnieju już w fazie grupowej.

Serbia vs Albania eliminacje do ME 2016

Jesienią 2014 r. Serbia mierzyła się u siebie z Albanią w ramach eliminacji do ME w 2016 r. we Francji. Była to pierwsza wizyta przyjezdnego zespołu w Belgradzie od 1967 r. Chyba nikt nie zakładał, że to spotkanie mogło odbyć się bez incydentów. Serbscy kibice skandowali głośno bluźniercze teksty skierowane do albańskich piłkarzy i ich wszystkich rodaków. Gospodarze dominowali na boisku, ale jeszcze aktywniejsi byli chuligani na trybunach. Na murawę były wrzucane race, a jedna z nich trafiła piłkarza gości. Kibice wrzucali na boisko również m.in. butelki i krzesełka. Kulminacyjnym momentem było pojawienie się drona, do którego przymocowana była flaga z mapą „Wielkiej Albanii”. Mowa tutaj o ruchu, który dąży do zjednoczenia wszystkich etnicznych Albańczyków na terenie jednego państwa. Obrońca gospodarzy Stefan Mitrović zerwał flagę, czym sprowokował piłkarzy gości. Między obiema drużynami doszło do bójek, a kibice próbowali wdzierać się na boisko. Ostatecznie mecz został przerwany tuż przed końcem pierwszej połowy, a uciekający do tunelu Albańczycy zostali zaatakowani przez chuliganów. Spotkanie nie zostało już wznowione, chociaż serbscy piłkarze mieli inną wolę. Goście nie czuli się jednak na siłach, aby kontynuować grę. Na organizatorów wylała się fala krytyki za brak odpowiedniego zabezpieczenia meczu. Po spotkaniu policja skontrolowała torby wszystkich albańskich piłkarzy, ponieważ istniało podejrzenie, że któryś z nich mógł zdalnie sterować feralnego drona.

Tradycyjnie należy przypomnieć, że każde piłkarskie zestawienie można rozbudowywać bardzo długo. Niestety w historii futbolu mieliśmy wiele budzących kontrowersje meczów, w których główną rolę odgrywały błędy sędziowskie. Które z wymienionych spotkań do dziś wzbudza w Was najwięcej emocji? A może dorzucilibyście do tego zestawienia inny mecz, który szczególnie zapadł Wam w pamięć?

13

11

Zapomniane legendy futbolu:

25 października 1945 r. w Las Lomitas urodził się Francisco Sa, znakomity argentyński środkowy obrońca, 6-krotny zdobywca Copa Libertadores oraz 2-krotny zdobywca Pucharu Interkontynentalnego. Francisco Sá rozpoczął karierę w prowincjonalnym klubie Central Goya w 1965. W 1968 został zawodnikiem pierwszoligowego Huracánu Corrientes. Stamtąd trafił do River Plate Buenos Aires. W River Plate Francisco nie mógł się przebić do składu i na początku 1971 przeszedł do Independiente Avellaneda w 1971 roku. Z Independiente zdobył mistrzostwo Argentyny w 1971, czterokrotnie Copa Libertadores w 1972, 1973, 1974 i 1975 oraz Puchar Interkontynentalny w 1973. Francisco poza drugim meczem w 1972 wystąpił we wszystkich meczach finałowych Copa Libertadores. W latach 1976-1981 występował w innym słynnym klubie z Buenos Aires - Boca Juniors. Z Boca trzykrotnie zdobył mistrzostwo Argentyny: Metropolitano 1976, Nacional 1977 i Metropolitano 1981. Na arenie międzynarodowej zdobył z Boca Copa Libertadores w 1977 i 1978 oraz Puchar Interkontynentalny w 1977. Francisco Sá wystąpił w pierwszym meczu finałowym w 1977, obu meczach finałowych w 1978 oraz w pierwszym meczu o Puchar Interkontynentalny w 1977. Ostatnim klubem w jego karierze była Gimnasia y Esgrima Jujuy w 1982. Ogółem w latach 1968-1982 rozegrał w lidze argentyńskiej 361 spotkań, w których strzelił 7 goli. W reprezentacji Argentyny Francisco Sa zadebiutował 9 września 1973 w wygranym 4-0 meczu eliminacji MŚ 1974 z Boliwią. Rok później został powołany na Mistrzostwa Świata. Na Mundialu w RFN Sá wystąpił w pięciu meczach z: Polską, Włochami, Haiti, Holandią i Brazylii. Ogółem w barwach Albicelestes wystąpił 15 razy.



@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Symson
@DaPidejpi

10

Rekordy FCB:

25 października 1959 r. FC Barcelona odniosła najwyższe zwycięstwo w Primera Division na wyjeździe. ,,Wczoraj na wyjeździe Blaugrana pokonała UD Las Palmas 0:8. Barça pozostaje faworytem rozgrywek po zdobyciu pewnych 2 punktów. Wyspiarze byli łatwym przeciwnikiem ale dla kolejnych drużyn nie będzie już tak łatwo”- tak dziennikarze opisywali najwyższe zwycięstwo na wyjeździe w historii klubu. Osłabione brakiem 3 ważnych graczy UD Las Palmas już w 46 minucie przegrywało 0:7 ale FC Barcelona zaczęła grać spokojniej, mając w pamięci kolejne spotkanie 3 dni później. W 2010 r. Blaugrana powtórzyła ten wynik w Almerii. W 1959 r. hattricka strzelił Luis Suarez a 51 lat później tego samego wyczynu dokonał Lionel Messi.


@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@patataj
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Sensible

14

Katastrofa!

24 październik 2010. Niby zwykła data. Zwyczajny dzień. Niestety dla kibiców jednego klubu życie podzieliło się na „przed i po”. Chodzi o fanów Feyenoordu, którzy właśnie 24 października zostali upokorzeni przez jednego z największych rywali – PSV Eindhoven. Od tej pory każdy fan rotterdamczyków czuł, że na jego kibicowskim obliczu jest podobna blizna, jak ta na twarzy Francka Ribery’ego. Od tego momentu w sercu każdego kibica tego klubu gdzieś z tyłu głowy tliło się wspomnienie – przegraliśmy z PSV 0:10! Początek meczu nie zwiastował późniejszego horroru. Pierwszy gol padł w 24 minucie po strzale z dystansu Jonathana Reisa. Jeszcze przed przerwą PSV podwyższył wynik spotkania na 2:0, choć tym razem na listę strzelców wpisał się piłkarz Feyenoordu, Bruno Martins Indi. Młody Holender usiłować wybić piłkę zmierzającą w kierunku bramki, lecz zamiast uratować sytuacje tylko pogrążył swoją drużynę, strzelając bramkę samobójczą. Warto odnotować, że przy drugim golu podopieczni Mario Beena grali już w dziesiątkę po drugiej żółtej i w efekcie czerwonej kartce dla Kevina Leerdama. Być może właśnie to wykluczenie było katalizatorem późniejszych wydarzeń. Nic nie wskazywało jednak na tak wielki kataklizm. Wynik 0:2 do przerwy ujmy na honorze nie przynosił, jednak w drugiej połowie sytuacja rozwinęła się w sposób, jakiego w najczarniejszych snach nie przewidywali kibice gości. Zaczęło się dwie minuty po wznowieniu gry. Najpierw główką z bliskiej odległości do siatki trafił Jonathan Reis – bum! 3:0. Chwilę później bliźniaczy strzał Toivonena – bum! 4:0. Gospodarze złapali wiatr w żagle i nie mieli litości dla przeciwnika. Jeremain Lens w 55. minucie podwyższa wynik meczu na 5:0, to już była katastrofa. PSV po prostu nie mógł przestać strzelać, piłkarze wpadli w jakiś dziwny trans i niedługo później Reis trafił na 6:0. Potem jeszcze trafiał Dzudzsak – bum! 7:0. Engelar – bum! 8:0. Ponownie Dzudzsak, tym razem z rzutu karnego – bum! 9:0. I na koniec Jeremain Lens – bum! 10:0. Takim wynikiem zakończyło się to spotkanie. W tym przypadku słowa Tomasza Wróbla, który mówił, że czuje się jak dziwka po ganbangu, pewnie nawet w połowie nie oddają samopoczucia rotterdamczyków, którzy najchętniej zapadliby się po ziemię. Angielski portal goal.com za najsłabszego piłkarza uznał golkipera Feyenoordu, Roba van Dijka, ale ten też w kilku sytuacjach uratował zespół przed utratą bramki. Prawda jest taka, że ten wynik nie był jakimś wypadkiem przy pracy, rotterdamczycy zagrali tak słabo, że dwucyfrówka była naturalnym odzwierciedleniem sytuacji na boisku. Bramkarz bronił, co powinien i nic ponadto, defensywa zostawiała zbyt dużo miejsca, zupełnie nie mieli poczucia przestrzeni. Pomoc również rozpierzchła się na wszystkie strony boiska i zupełnie nie wspierała formacji defensywnej. Atak? Może i był, przy porażce 0:10 nie ma to większego znaczenia. Podsumowując, żadna formacja ze sobą nie współpracowała, nie współpracowali też członkowie poszczególnych bloków a w takim przypadku nie są potrzebne błędy indywidualne, bramki przychodzą same, co można było zaobserwować podczas meczu Brazylia – Niemcy, czy Meksyk – Chile. Po prostu jednej drużynie zaczęło wychodzić wszystko, a druga szybko się załamała i zaczęła prezentować zlepek indywidualności.

Do tamtego momentu najwyższą porażką Feyenoordu była przegrana z Ajaksem Amsterdam 2:8 w 1983 roku. Trener Mario Been wpisał się więc na stałe do historii klubu, który w 1970 roku wygrał Puchar Mistrzów. Szkoleniowiec natychmiast oddał się do dyspozycji zarządu, ale co ciekawe, zarząd wciąż mu ufał.

,,Wstydzę się naszego występu w meczu z PSV. Oddałem się po tym spotkaniu do dyspozycji zarządu. Piłkarze są totalnie rozgoryczeni i jeszcze nie zdołali zareagować na to co się stało. Spodziewam się, że wypowiedzą się dopiero w poniedziałek. Jeśli znajdzie się choć jeden zawodnik, który nie wierzy w powodzenie mojej misji – rzucam ręcznik… To czarna strona w historii Feyenoordu. To co się tu stało nie tylko rani mnie jako szkoleniowca ale także jako fana Feyenoordu” – mówił na pomeczowej konferencji trener rotterdamczyków Mario Been.

,,Jestem dumny, szczególnie ze stylu jaki zaprezentowaliśmy w drugiej połowie. Graliśmy jedenastu na dziesięciu, ale mimo tego zachowaliśmy dyscyplinę i utrzymaliśmy wysokie tempo. Kiedy tak długo utrzymujesz się przy piłce miejsce do rozgrywania akcji znajduje się automatycznie. W poprzednich spotkaniach, kiedy przewodziliśmy w tabeli Eredivisie, trochę się rozluźniliśmy, ale teraz mieliśmy w sobie niesamowity pęd do osiągnięcia wysokiego zwycięstwa” – tłumaczył Fred Rutten, trener PSV Eindhoven. Co na to Leo Beenhakker, w tamtym czasie dyrektor sportowy Feyenoordu? – ,,Chcemy zatrzymać naszego trenera, Mario Beena, wciąż go popieramy i wierzymy w jego umiejętności trenerskie” – uspokajał były selekcjoner reprezentacji Polski. Czy słusznie? Been dokończył sezon ale później dostał wilczy bilet. Najważniejsze jednak, że nikt nie stwierdził, że porażka 0:10 oznacza koniec świata, że piłkarzy trzeba zwolnić, trenera wyrzucić a stadion zaorać. Feyenoord konsekwentnie dążył do realizacji swojego planu i po zupełnie nieudanym sezonie wrócił do czołówki Eredivisie. Jedyne, co się zmieniło, to jedna blizna więcej ale w futbolu to chyba coś normalnego…

@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@patataj
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB

12

Copa Mitropa:

24 października 1937 r. Lazio Rzym przegrało na Stadio Olimpico z Ferencvarosi Torna Club 4:5 w drugim meczu finałowym Pucharu Mitropa. To spotkanie przeszło do historii futbolu. Otóż w tym meczu zanotowano dwa hattricki! Pierwszego z nich ustrzelił legendarny Silvio Piola, grający wówczas dla Lazio. Drugiego ustrzelił równie legendarny Gyorge Sarosi, ikona Ferencvarosi. W pierwszym meczu w Budapeszcie Węgrzy również wygrali(4:2) i również po hattricku Sarosiego! Tak więc po puchar sięgnęli po raz drugi w historii rozgrywek piłkarze z nad Dunaju a bohaterem tego turnieju był nie kto inny jak Gyorge Sarosi. Przypominam wszystkim iż Copa Mitropa był w mniejszej części poprzednikiem Pucharu Europy Mistrzów Klubowych.



@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@patataj
@Pawel13sz
@Sensible
@Symson
@MesQueUnClub96
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10

10

@FCBparasiempre
24 października 1942 r. urodził się Zygfryd Szołtysik, pomocnik/napastnik. Gdyby nie jego wejście na boisko w meczu z ZSRR na igrzyskach w 1972 r., dzisiaj pewnie mówili by o nim tylko wierni kibice Górnika Zabrze. ,,Powiedzmy sobie szczerze, mistrzami olimpijskimi wtedy byśmy nie zostali, no a kto by się przejmował trzecią czy czwartą drużyną turnieju. Czasem trzeba mieć szczęście”- zwraca uwagę Szołtysik. Polska przegrywała w Augsburgu z radziecką ekipą 0:1 a potrzebowaliśmy wygranej żeby zachować realne szanse na awans do finału olimpijskiego turnieju. Do końca meczu było niewiele ponad 20 minut. Na boisku pojawił się Szołtysik. Błyskotliwy i niepozorny pomocnik Górnika dał niesamowity impuls. Najpierw z rzutu karnego wyrównał Deyna. Nerwowo wyczekiwaliśmy jeszcze zwycięskiego gola i wreszcie nadeszła 89 minuta meczu… Lewym skrzydłem przedarł się Robert Gadocha. Jak magnes przyciągnął do siebie dwóch rywali, więc przed radziecką bramką zrobiło się więcej miejsca. Dośrodkował gdzieś w okolice linii pola karnego bo tam był Lubański. Kapitan biegł odwrócony od bramki. Mógł wykonać nagły zwrot, zaskoczyć zwodem i pchać się w szesnastke. Tyle że tuż przed nosem miał Szołtysika. W Górniku od lat rozumieli się w ciemno; żartowano że są jak stare dobre małżeństwo. Dlatego Lubański podjął najlepszą decyzje, wystarczył trwający ułamek sekundy porozumiewawczy gest z kolegą. Zostawił mu zagrywaną od Gadochy piłke, ledwie ją musnął, jakby chciał na niej tylko postawić swoją firmową pieczątke. ,,Zyga” wiedział że w gre wchodzi tylko jedna możliwość: błyskawiczny strzał na bramke. Kropnął z prawej nogi. Jewhen Rudakow był bez szans. ,,Teraz to możemy sobie ze szczegółami tę akcje opisywać ale wtedy niewiele widziałem. Tylko jak piłka zatrzepotała w siatce. Dopiero później zobaczyłem zapis video i przeanalizowałem wszystkie detale. Każdy wie że miałem nie zagrać bo do zmiany był wyznaczony Andrzej Jarosik. Tylko że on odmówił wejścia na boisko. Czy ze strachu? Proszę nie żartować. Niby czego miał się bać? Dobrze widziałem całą sytuacje. Wkurzony był że nie ma go w podstawowym składzie i w tej złości burknął że teraz to nie będzie grał. Nie było czasu na dyskusje. Kazimierz Górski szybko rzucił w moim kierunku: ,,Zyga, rozbieraj się, ty wchodzisz”- relacjonował Szołtysik. Jego nazwisko natychmiast znalazło się na ustach całej polski bo nic tak nie mogło smakować, jak zwycięstwo nad Sowietami! Już po turnieju trener Górski w studiu telewizyjnym zdawkowo opowiedział Janowi Ciszewskiemu o kulisach planowanej zmiany w 69 minucie meczu: ,,Jarosik był nieprzygotowany do wejścia, był w jakiejś niedyspozycji, więc moja następna decyzja: Szołtysik”. Selekcjoner w publicznym wystąpieniu zachował się jak wytrawny dyplomata, lecz Jarosik w jego drużynie już nigdy nie zagrał. Skoro napastnik Zagłębia Sosnowiec był wtedy zdaniem selekcjonera ,,w jakiejś niedyspozycji”, należy koniecznie zaznaczyć że i powszechnie lubiany ,,Zyga” miał swoje problemy. ,,Bolał mnie mięsień łydki, pamiątka po poprzednim meczu z Danią ale jak trzeba grać, to trzeba. W końcu po to siedziałem na ławce żeby w razie czego pomóc. Boli, nie boli, musisz wejść. Nie miałem pojęcia że za chwile przeżyje najważniejsze minuty w reprezentacyjnej karierze. Miałem już 30 lat, zastanawiałem się co dalej z piłką a tu nagle wydarzyło się coś, z czym już na zawsze będę się kojarzył kibicom Biało-Czerwonych. Troche jak Jan Domarski, który strzelił gola na Wembley”- opowiada pan Zygfryd. Dalszego ciągu nie było. Miesiąc po igrzyskach Szołtysik po raz ostatni zagrał w reprezentacji w towarzyskim meczu z Czechosłowacją. Do kadry na mistrzostwa świata w RFN się nie załapał a przecież mógł liczyć że wskoczy do niej właśnie jako dżoker, tak jak ze Związkiem Radzieckim. ,,Wiecie że jakoś nigdy nie zapytałem Górskiego, czemu nie zabrał mnie do kadry na mistrzostwa? Może niepotrzebnie głośno mówiłem Blautowi że chce już wyjechać za granice żeby jeszcze trochę zarobić? Do Górskiego to dotarło i mógł uznać że nie ma sensu dalej na mnie stawiać a ja cały czas trzymałem forme. Po mundialu wyjechałem grać do Francji, jednak po roku wróciłem i dalej zasuwałem w Górniku. Wiedziałem że mając 33 lata, nie ma już co myśleć o kadrze narodowej ale liczący się wtedy w PZPN, związany już wcześniej z Górnikiem działacz Henryk Loska podpowiadał komu trzeba żeby mnie powołać. Nic z tego nie wyszło., lecz jestem pewien że znowu byłem blisko reprezentacji”- podsumowuje Szołtysik. W Zabrzu grał aż do sensacyjnego spadku drużyny w 1978 r. Po krótkiej przygodzie z kanadujskim Toronto Falcons wrócił na Śląsk i przeniósł się do 3-ligowego Górnika Knurów, z którym awansował do drugiej ligi. Właśnie w Knurowie zakończył karierę w wieku 42 lat! ,,Troche nie daje mi spokoju że odszedłem z Górnika Zabrze w takim momencie. Miałem 36 lat, uznałem że czas się rozstać. W Górniku pojawiali się coraz młodsi, szło nowe pokolenie”- wspominał ,,Zyga”. Dzisiaj pamiętamy o jego reprezentacyjnej przeszłości oraz o wielkich europejskich wyczynach z zabrzańskim Górnikiem, w którym zagrał aż 46 pucharowych meczów na przestrzeni 14 lat. Nie każdy jednak wie że zanim został wielkim mistrzem z Górnikiem i kadrą, był mistrzem w Zrywie Chorzów. W 1960 i 1961 r. jego zespół nie miał sobie równych w kraju. ,,Wielka w tym zasługa trenera Murgota, który umiał powybierać najlepszych uczniów z chorzowskich i okolicznych szkół. Bo to był kochani szkolny klub, żaden Ruch Chorzów czy Górnik Zabrze. Nie stało za nami takie zaplecze, nie mieliśmy takiej bazy a jednak to my byliśmy najlepsi”- podkreśla z dumą Szołtysik. Grał wówczas w jednej drużynie z Antonim Piechniczkiem, Janem Banasiem czy Józefem Jandulą. Za drugim razem juniorski finał na Stadionie Śląskim odbył się bezpośrednio przed pamiętnym pierwszym w historii meczem Górnika w Pucharze Europy z Tottenham Hotspur(4:2). Zanim zabrzanie rozprawili się z Anglikami, Zryw rozgromił Górnika Wałbrzych 10:1! Szołtysik był też jednym z ,,Portugalczyków”, czyli członkiem reprezentacji Polski U-19, która właśnie w Portugalii w 1961 r. zdobyła tytuł wicemistrza Europy. W drodze do finału mierzyli się z Francją(4:1), Austria(3:0; gol Szołtysika), Grecją(2:2) i RFN(2:1). Dopiero w decydującym o tytule meczu przegrali z Portugalią(0:4). Faktem jednak jest że Szołtysik i jego koledzy zdobyli pierwszy medal w historii polskiej piłki w jakichkolwiek mistrzowskich rozgrywkach. Najpierw musiał przejść ostrą selekcje. ,,Gdy zacząłem coraz lepiej grać w Zrywie, dostałem powołanie do reprezentacji Polski juniorów ale do drugiej drużyny. Mieliśmy sparing z Cracovią i musiałem autobusem dostać się z domu do Krakowa. Przyjechałem w ostatniej chwili, piłkarze już wychodzili na boisko. Trener Stiasny zawołał żebym migiem się przebierał bo mam grać. Zdążyłem wbiec na murawe tuż przed pierwszym gwizdkiem i spisałem się dobrze bo zacząłem grać w pierwszej reprezentacji juniorów. Potem były kolejne sparingi, z coraz mocniejszymi drużynami i wreszcie powołanie na mistrzostwa Europy. Gdybym wtedy w Krakowie pojawił się jeszcze kilka minut później, może nic by z tej mojej gry w kadrze nie było? Zdaje się że już wspominałem wam że czasami trzeba mieć szczęście”- uśmiecha się mieszkający od ponad 30 lat w Niemczech ,,Zyga”.

9

(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:

Grał kiedyś taki ,,polski Messi”, dzisiaj składamy mu urodzinowe życzenia.

@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Symson
@Pawel13sz
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@patataj
@DaPidejpi

7

@FCBparasiempre
23 października 1947 r. w Starogardzie Gdańskim urodził się Kazimierz Deyna, Mistrz Olimpijski z 1972 r., Król strzelców Olimpiady z 1972 r., Wicemistrz Olimpijski z 1976 r., zdobywca 3 miejsca na Mistrzostwach Świata-1974 oraz trzeci piłkarz Mundialu w RFN(1974). Przez wielu jest uważany za najlepszego piłkarza w historii polskiej piłki nożnej ale i on doświadczył w swej karierze przemiany w oczach kibiców z bohatera w antybohatera. Poza boiskiem radził sobie gorzej niż na boisku. Pierwszy mecz w polskiej ekstraklasie Kazimierz Deyna rozegrał w 1966 r. w koszulce ŁKS, do którego trafił z rodzinnego Starogardu. W spotkaniu z Górnikiem Zabrze grał bez kompleksów, kilka jego podań kibice przyjęli z uznaniem ale bramki nie zdobył. Nazajutrz w miejscowej prasie można było przeczytać iż 19-latek jest jednak bez wątpienia świetnym nabytkiem zasłużonego klubu. Radość kibiców z włókniarskiego miasta trwała jednak bardzo krótko. Po Deynę zgłosiło się Ludowe Wojsko Polskie a ściślej Legia Warszawa(Centralny Wojskowy Klub Sportowy), w której w tamtych czasach i jeszcze długo potem najzdolniejsi młodzi zawodnicy odbywali zasadniczą służbę wojskową. Oczywiście to była czysta fikcja gdyż w rzeczywistości rekruci szybko zrzucali mundury, pod warunkiem oczywiście że w ogóle mieli okazję je założyć. Z Deyną wiąże się zresztą przezabawna historia. Po ,,odbyciu służby’’ powinien wrócić do Łodzi ale w Legii ktoś wpadł na pomysł-mianowicie przeniesiono piłkarza do marynarki wojennej gdzie służba trwała 3 lata. Morza wprawdzie Kazio nie oglądał ale szybko wypłynął na szerokie wody. Druga połowa lat 60-tych i początek 70-tych to były czasy wielkiej Legii, która w europejskich pucharach grała jak równy z równym z najlepszymi na kontynencie. Deyna(który oficjalnie dosłużył się stopnia porucznika) szybko stał się ulubieńcem kibiców Legii, zwłaszcza tych najbardziej fanatycznych, zajmujących wschodnią trybunę zwaną żyletą. Włodzimierz Lubański podobnie jak Deyna urodzony w 1947 był trochę z innego świata: Ślązak był lepiej wykształcony, elokwentny i elegancki a Kaziu był swojakiem, jednym z nich, kiedy zatem śpiewali: ,,Kazimierz Deyna naszym przyjacielem jest’’, wyrażali najszczersze uczucia. Polski sport miał wówczas niemało wybitnych indywidualności ale stolica uwielbiała ,,Kakę’’ i nikt inny nie mógł się z nim równać. W 1968 r. Deyna zadebiutował w reprezentacji lecz pomimo że Polska pokonała Turcję aż 8:0 to gola nie zdobył. Wkrótce miało się to zmienić. Kiedy parę lat później kontuzja wyeliminowała na dłużej z gry Lubańskiego, Deyna wysunął się na pierwszy plan i nie było to bynajmniej chwilowe zastępstwo co potwierdził w wielu meczach decydujących o największych sukcesach reprezentacji. Tak było na turnieju olimpijskim w Monachium a zwłaszcza 2 lata później podczas mistrzostw świata, na których Polska zajęła 3 miejsce a w rozmaitych ankietach Kazimierza umieszczono w trójce największych piłkarzy Europy obok Beckenbauera i Cruyffa. Ten drugi po latach wspominał: ,,Jeśli Holandia miała kłopoty w meczach z Polską to przede wszystkim dlatego że grał u was Deyna. On potrafił kilkoma genialnymi podaniami pchnąć do przodu nie tylko swoją drużynę ale i futbol’’. Najwspanialsze mecze Kazia? Było ich trochę. Starsi kibice nigdy nie zapomną finału olimpijskiego z Węgrami w 1972 r. oraz występów na boiskach RFN w czasie mundialu w 1974 r. Do legendy przeszedł jego niesamowicie mocny strzał na bramkę w meczu z Włochami, po którym ponoć pękł piłkarzowi but. Ale i niezliczone mecze ligowe, w których czarował techniką, bezbłędnie podawał, strzelał te swoje ,,rogale’’ nadając piłce rotację, która myliła najlepszych bramkarzy. Ostatnim ważnym rozdziałem w karierze Deyny był występ na MŚ w Argentynie w 1978 r. Niektórzy uważali że drużyna jest jeszcze lepsza niż w RFN i może nawet zdobyć złoty medal. Ale ów turniej mieli wygrać gospodarze-junta wojskowa rządząca Argentyną potrzebowała propagandowego sukcesu i dopieła swego. Mieli też niezłą drużynę, z którą Polacy musieli się spotkać w grupie eliminacyjnej. Mario Kempes wprost szalał na boisku w Rosario. Już w 15 minucie Polacy przegrywali 0:1 ale nie zamierzali się poddawać. W 38 minucie strzał polskiego zawodnika argentyński obrońca zatrzymał ręką. Sędzia nie mógł nie podyktować jedenastki. Historia tego rzutu karnego zasługuje na odrębne studium- z elementami psychologii, z wątkiem sensacyjnym a kto wie i czy nie ustawieniem samego meczu!

Wybór egzekutora tego karnego był oczywisty: Kazimierz Deyna rozgrywał swój setny mecz w reprezentacji(wedle ówczesnych kryteriów bo później jednak kilka spotkań mu odjęto). Cała Polska wstrzymała oddech. Potrzebowała wówczas sukcesu nie mniej niż Argentyna(już po pierwszym zremisowanym bezbramkowo meczu z RFN najwyższe władze partyjno-państwowe wysłały depeszę gratulacyjną do trenera Gmocha). Do strzelania karnego gotowy był co prawda 22-letni debiutujący na wielkiej imprezie przebojowy piłkarz łódzkiego Widzewa Zbigniew Boniek ale Deyna mu nie ustąpił zapominając iż występ jubileuszowy to dodatkowe emocje, które często bardziej rozpraszają niż mobilizują. Ustawił piłkę, strzelił celnie lecz nie zbyt mocno i bramkarz Fillol bez większych problemów obronił. Jęk zawodu słychać było od Bałtyku po szczyty Tatr. Czy gdyby Kazio trafił w okienko losy meczu potoczyły by się inaczej? Tego już nigdy się nie dowiemy. W każdym razie niezawodny Kempes strzelił na 2:0 co stawiało reprezentację Polski w trudnej sytuacji-czekał ją bowiem kolejny mecz tym razem z Brazylią. Ale rodacy nie mogli wybaczyć Deynie. W historii strzelania tej jedenastki mieści się bowiem również mały lecz bolesny rozdział o ludzkiej niewdzięczności. Był bohater, który nagle stał się antybohaterem. Wkrótce pojawiły się plotki sugerujące iż Deyna celowo nie wykorzystał karnego, ponieważ został przekupiony przez gospodarzy. Każda bzdura wymyślona wówczas mogła trafić do rozgoryczonych kibiców. (W sprawie rozliczeń finansowych było coś na rzeczy ale bynajmniej nie z powodu Kazimierza; przez lata mówiło się o pewnych machlojkach działaczy).

Reprezentacyjna kariera Deyny dobiegła końca. Miał 31 lat-dzisiaj powiedzielibyśmy dopiero ale wówczas to było aż. W nagrodę za zasługi dla polskiego futbolu piłkarz dostał zgodę na wyjazd zagraniczny. Wybrał Manchester City czyli najgorzej jak mógł. On, świetny technik, finezyjny artysta futbolu, robiący z piłka cuda trafił do ligi angielskiej, w której preferowało się grę siłową i schematyczną. Ale transfer i tak był w kraju ogromnym wydarzeniem; telewizja polska transmitowała nawet spotkanie(Manchester grał z Ipswich) a sprawozdawca po każdym podaniu Kazia wpadał w zachwyt. Niestety był to debiut zaledwie poprawny. Później nie było lepiej. Piłkarz pobył w Manchesterze do stycznia 1981 r.; nie znał języka, nie mógł dogadać się z kolegami z drużyny a co najgorsze-trener nie bardzo wiedział jakie zadania powierzyć na boisku przybyszowi z dalekiej Polski. Teraz w życiorysie Deyny nastąpił kolejny punkt zwrotny i to z wielkim wykrzyknikiem-piłkarz przeniósł się bowiem za ocean by podpisać kontrakt z San Diego Sockers. W wielu filmach o wielkich sportowcach zakończenie bywa smutne i tak też było w przypadku naszego Kazimierza. Grał w tamtejszej marnej lidze, zarabiał nieźle, wkrótce miało się jednak okazać iż nieuczciwy menedżer wyczyścił jego konto(ponoć około 1 mln dolarów). Pojawiły się liczne kłopoty także rodzinne. Ponoć nosił się z zamiarem powrotu do kraju. Próbował szkolić młodzież. Zginął wieczorem 1 września 1989 r. na prostej drodze, wpadając na prawidłowo zaparkowaną na poboczu ciężarówkę. We krwi odkryto alkohol. W bagażniku policjanci znaleźli 22 piłki. Na pogrzeb nie przyjechał nikt z Polski. Warszawscy kibice ciągle pamiętają: chcą postawić Kazimierzowi Deynie pomnik. Zaś na stronie internetowej można przeczytać wpisy wyrażające zachwyty tych, którzy nigdy na żywo Deyny nie widzieli: ,, Genialny, cudowny, jedyny, niepowtarzalny, magiczny, wspaniały, najlepszy……’’.

2

@Mario96w Nie będę się powtarzał. Długie teksty zamieszczam w odpowiedzi na mój komentarz, ponieważ moderacja daje mi bana za bardzo długie komentarze!

1

9

@FCBparasiempre
23 października 1951 roku w Łodzi urodził się Mirosław Bulzacki, środkowy obrońca. O słynnym „zwycięskim remisie na Wembley” powiedziano i napisano już chyba wszystko. Za największych bohaterów tamtego spotkania uważa się strzelca gola, Jana Domarskiego, któremu piłka „przyszła, naszła, zeszła i weszła”, oraz znakomicie broniącego tego dnia Jana Tomaszewskiego. Nieco rzadziej wspomina się o młodym obrońcy, który nie pozwolił angielskim napastnikom na zbyt wiele i który kilkukrotnie ratował naszą drużynę przed utratą bramki. Mirosław Bulzacki – bo o nim mowa – w dniu tego legendarnego meczu miał niecałe 22 lata. Występ na Wembley był jego trzynastym w biało-czerwonych barwach.

TO BYŁ TEN DZIEŃ, W KTÓRYM PRZESTAŁEM BYĆ PRZESĄDNYM CZŁOWIEKIEM. MECZ Z ANGLIĄ NA WEMBLEY BYŁ MOIM 13. SPOTKANIEM W KADRZE, WIĘC LUDZIE MÓWILI, ŻEBY UWAŻAĆ, BO PECH I TAK DALEJ. A JA SIĘ DENERWOWAŁEM PRZEZ TO JESZCZE BARDZIEJ – WSPOMINAŁ PO LATACH.

Nerwy nie spętały jednak nóg Bulzackiemu. Pewności siebie mógł dodawać mu fakt, że doskonale znał się i dobrze współpracował z Janem Tomaszewskim. Obaj byli wówczas zawodnikami Łódzkiego Klubu Sportowego. Podczas samego spotkania jako obrońca często asekurował lubiącego wychodzić na przedpole „Tomka”. Na kilka minut przed końcem meczu „Funio” (taki pseudonim nosił defensor ŁKS-u) uratował skórę klubowemu koledze i całej reprezentacji, wślizgiem wybijając piłkę zmierzającą do bramki.

TAMTĄ SYTUACJĘ PAMIĘTAM DO DZIŚ. BYŁ OSTRY STRZAŁ PO ZIEMI, A JA JAKIMŚ CUDEM, WŚLIZGIEM W OSTATNIEJ CHWILI ZDOŁAŁEM JĄ WYBIĆ SPRZED LINII BRAMKOWEJ – OPOWIADAŁ.

Dla miłośników nietypowych statystyk warto dodać w tym miejscu, że był on też ostatnim zawodnikiem, który dotknął piłkę w tym spotkaniu. Skąd w ogóle ten szerzej nieznany w piłkarskim świecie zawodnik wziął się w polskiej reprezentacji? Mirosław Bulzacki urodził się 23 października 1951 roku w Łodzi. W tym mieście ukończył technikum samochodowe. Zanim to się jednak stało, już od dawna był zawodnikiem ŁKS-u. Początki jego kariery przypadły na lata, w których ŁKS grał akurat w II lidze (1968-1971). Bulzacki był już wówczas reprezentantem Polski juniorów, ale wciąż czekał na debiut w ligowym meczu. Nie otrzymał takiej szansy ani od trenera Leszka Jezierskiego (prowadził zespół w sezonie 1968/69), ani podczas krótkiej (runda jesienna sezonu 1969/1970) kadencji węgierskiego trenera Laszlo Hariego. Dopiero trener Józef Walczak, który objął łódzką drużynę po odejściu Węgra, postanowił nieco przewietrzyć szatnię i odważniej postawić na młodych graczy. W zespole oprócz Bulzackiego pojawili się m.in. Włodzimierz Białek, Grzegorz Ostalczyk, Jan Mszyca czy Mirosław Smolarek, kuzyn Włodzimierza, późniejszej legendy sąsiadów zza miedzy – Widzewa. Na awans przyszło jednak czekać ŁKS-owi do roku 1971 r. Bulzacki znajdował się w kadrze zespołu, ale trener Walczak nie był do niego do końca przekonany. W meczach decydujących o awansie wolał na środku obrony postawić na doświadczonych Szadkowskiego i Chodakowskiego. Nie inaczej było po awansie do I ligi. W lutym 1972 roku ełkaesiacy wyjechali na zgrupowanie do Kirgizji i Kazachstanu. Po powrocie z tej nieco egzotycznej eskapady szkoleniowiec łodzian mówił o Bulzackim, że poza warunkami fizycznymi nie ma żadnych piłkarskich zalet. Wychowanek klubu został odsunięty od pierwszej drużyny. Do pierwszego składu wrócił w maju 1972 roku. Po kilku miesiącach w klubie nie było już trenera Walczaka. Jego miejsce zajął Paweł Kowalski, a tajemniczo brzmiącą posadę trenera-koordynatora objął, nie kto inny, jak ówczesny selekcjoner reprezentacji Polski Kazimierz Górski. Kto wie, czy nie była to najważniejsza znajomość w piłkarskiej karierze Bulzackiego. Młody defensor na stałe zagościł w podstawowej jedenastce ŁKS-u. Wyróżniał się spokojem, wyczuciem tempa przeciwników i pewnością w kierowaniu kolegami z obrony. Dobrą postawę w lidze trener Górski nagrodził powołaniem do reprezentacji. Bulzacki zadebiutował w towarzyskim meczu z Jugosławią zakończonym remisem 2:2 i szybko stał się podstawowym graczem kadry. Wystąpił m.in. w wygranym 2:0 meczu z Anglią w Chorzowie i rozegranym raptem tydzień przed decydującym meczem na Wembley, towarzyskim spotkaniu z Holandią. W tym drugim miał za zadanie kryć samego Johana Cryuffa. Starcie zakończyło się remisem 1:1, a „Boski Johan” został wyłączony z gry. Mimo dobrych występów Bulzackiego w koszulce z białym orłem (wtedy bez korony) na piersi, prasa przed 17 października 1973 roku miała dużo wątpliwości czy to właśnie on, powinien wyjść w podstawowym składzie na Anglię.

DO GRY PRZECIWKO ANGLIKOM PREDYSPONUJĄ GO WYŚMIENITE WARUNKI FIZYCZNE I PRZYSŁOWIOWY ANGIELSKI SPOKÓJ. JEST PONADTO TWARDY, UMIEJĄCY OSTRO, ALE NIE FAUL, WALCZYĆ O PIŁKĘ. CO NIE OZNACZA WCALE, ŻE UWAŻAM GO ZA DOSKONAŁEGO PIŁKARZA NA POZYCJI ŚRODKOWEGO OBROŃCY. ALE LEPSZEGO OD NIEGO, OBOK GORGONIA, NIE MAMY NA KRAJOWYM RYNKU PIŁKARSKIM – TŁUMACZYŁ SWOJĄ DECYZJĘ TRENER GÓRSKI.

Po meczu nie trzeba było już nikomu wyjaśniać, że była to dobra decyzja. Bulzacki zewsząd zbierał pochwały. Tygodnik „Piłka Nożna” na koniec 1973 roku po raz pierwszy zorganizował plebiscyt, w którym wybierał piłkarza i odkrycie roku. W pierwszej kategorii triumfował Kazimierz Deyna, a w drugiej właśnie Mirosław Bulzacki. Mogło się wówczas wydawać, że na mistrzostwach świata „Funio” będzie podstawowym graczem reprezentacji. Chyba nawet sam zawodnik nie spodziewał się, że po turnieju będzie miał tak ambiwalentne uczucia. Z jednej strony – reprezentacja odniosła historyczny sukces i zajęła trzecie miejsce na mundialu (nagradzane w tamtych czasach srebrnym medalem), a z drugiej – sam Bulzacki nie zagrał ani minuty na całych mistrzostwach. Nie, nie był kontuzjowany. Nie podpadł też trenerowi Górskiemu żadnym niewłaściwym zachowaniem. Miejsce na środku obrony obok Jerzego Gorgonia zajął Władysław Żmuda – zaledwie 20-letni gracz Gwardii Warszawa, wybrany później najlepszym młodym zawodnikiem turnieju.

DZIEŃ PRZED PIERWSZYM MECZEM TRENER OGŁOSIŁ SKŁAD I JA BYŁEM NA ŁAWCE. ZAWSZE MÓWIŁ DZIEŃ PRZED MECZEM, ŻEBY NIE PARALIŻOWAĆ ZAWODNIKÓW. JA MIAŁEM BYĆ REZERWOWYM, GOTOWYM DO WEJŚCIA W KAŻDEJ CHWILI. CZY BYŁO MI PRZYKRO? TAK, ZDECYDOWANIE. (…) CZY MAM ŻAL? NIE, NIE MAM. KILKU CHŁOPAKÓW Z WEMBLEY STRACIŁO MIEJSCE. JA, JANEK DOMARSKI, KTÓRY STRZELIŁ WTEDY BRAMKĘ, LESZEK ĆMIKIEWICZ. TRENER GÓRSKI MIAŁ ŚWIETNE WYCZUCIE, BYŁ OBIEKTYWNY I SPRAWIEDLIWY. NIE MOGLIŚMY MIEĆ ŻALU, ŻE KOGOŚ FORSUJE NA SIŁĘ – MÓWIŁ PIŁKARZ O TAMTEJ SYTUACJI MARKOWI WAWRZYNOWSKIEMU.

Przygoda Bulzackiego z reprezentacją zakończyła się na dobre w 1975 roku po meczu z Holandią przegranym na wyjeździe 0:3. Jak sam zaznaczył w jednym z wywiadów, pożegnanie z kadrą było po części jego decyzją. Więcej czasu niż na grę, poświęcał w tamtym czasie na naukę. Studiował na Wydziale Trenerskim Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie., którą ukończył w 1979 roku. W ŁKS-ie grał aż do 1983 roku. Dla kibiców z alei Unii 2 pozostaje jedną z legend klubu. Po odejściu z klubu rok pograł w Starcie Łódź po czym, w wieku 33 lat, wyjechał za granicę. Trafił do amatorskiego klubu VfL Herzlake w czwartej lidze niemieckiej, a następnie do TV Wehingen 1891. W Niemczech spędził w sumie siedem lat, wyłączając kilkumiesięczny epizod w sezonie 1987/1988, gdy grał w Dozamecie Nowa Sól. Na początku lat 90. znów zamieszkał w Polsce. Wielkiej kariery trenerskiej nie udało mu się zrobić. Trenował juniorów i seniorów w klubie z Wehingen, a w Polsce Pogoń Zduńską Wolę i Unię Skierniewice. Nieźle radził sobie jako szkoleniowiec juniorów ŁKS-u i Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Łodzi. Z jego pozasportowych aktywności warto wspomnieć o przygodzie Bulzackiego z polityką. W 2009 roku startował z ramienia Platformy Obywatelskiej w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Mandatu europosła jednak nie uzyskał. Ze światem piłkarskim całkowicie się nie rozstał – często występuje w roli eksperta i proszony jest o opinie na tematy piłkarskie. Przez wiele lat występował też w drużynie oldboyów „Orłów Górskiego”. Chociaż w karierze Mirosława Bulzackiego zabrakło występów na mistrzostwa świata lub sukcesów klubowych, z całą pewnością był jednym z lepszych środkowych obrońców w historii polskiego futbolu.

8

1

@Szreko Te 1281 goli to jest liczba oficjlalna, zatwierdzona przez FIFA

10

Wybitne legendy futbolu:

23 października 1940 r. w Tres Coracoes urodził się Edson Arantes de Nascimento, dobrze znany wszystkim jako Pele, m.in. 3-krotny mistrz świata. Jeden z najsłynniejszych brazylijskich piłkarzy. Powszechnie uważany przez ekspertów piłki nożnej, byłych graczy oraz fanów za najlepszego piłkarza wszechczasów. Jest synem znanego piłkarza krajowej drużyny Fluminense, Joao Ramosa do Nascimento, znanego również jako Dondinho. Pseudonim „Pele” nadano mu w czasach szkolnych na cześć jego ulubionego gracza, bramkarza drużyny Vasco da Gama, o przydomku Bile. Pele dorastał w biedzie, dorabiał jako pucybut oraz jako pracownik herbaciarni. Jego talent piłkarski został zauważony przez Waldemara de Brito, byłego reprezentanta Brazylii, który zatrudnił Pelego w drużynie Santos FC. Po roku gry w juniorach, został włączony do drużyny seniorskiej. Pierwszy mecz w reprezentacji Brazylii rozegrał 7 lipca 1957.Brazylia przegrała z Argentyną 1:2 a jedynego gola dla Canarinhos strzelił właśnie Pele, zostając najmłodszym zawodnikiem, który strzelił bramkę dla reprezentacji własnego kraju. Miał wtedy zaledwie 16 lat i 9 miesięcy. W 1958 roku , mimo swego młodego wieku, zadebiutował na Mistrzostwach Świata, dzięki czemu stał się najmłodszym zawodnikiem, jaki kiedykolwiek wystąpił w turnieju tej rangi. Jego gra podczas mundialu wprawiła w zachwyt znawców, komentatorów i kibiców piłkarskich. Strzelił 6 goli i w dużej mierze dzięki niemu Brazylia sięgnęła po tytuł mistrzowski. Następne 2 turnieje rangi Mistrzostw Świata były dla niego nieudane, lecz w 1970 roku po raz kolejny sięgnął z reprezentacją po złote medale. Pele postanowił zakończyć karierę w 1974 roku, a jego pożegnalny mecz oglądały tłumy (przypuszczalnie ponad 200 tysięcy ludzi). Po pewnym czasie postanowił wrócić do piłki nożnej, grając dla drużyny New York Cosmos, a jego ostatni oficjalny mecz miał miejsce 1 października 1977 roku.Był to mecz pomiędzy dwoma brazylijskimi zespołami, w których Pele spędził większość kariery klubowej - Santos i Cosmos. W każdej z drużyn rozegrał po jednej połowie tego meczu. Po zakończeniu przygody z piłką nożną był dyrektorem sportowym piłkarskiej drużyny Santosu udzielał się również jako komentator sportowy. W 1995 został wybrany na ministra sportu w Brazylii oraz ambasadora Dobrej Woli UNESCO. Promował wiele firm, np. PepsiCo., czy MasterCard. Wystąpił, jako jeden z aktorów, w filmie "Ucieczka do zwycięstwa".

W 1999 roku został uznany najlepszym sportowcem XX wieku, a w 2006 roku, został wybrany do rozlosowania grup Mistrzostw Świata w Niemczech w 2006 roku. Pele rozegrał dla reprezentacji Brazylii 91 spotkań, w których strzelił 77 bramek. Reprezentacyjny debiut nastąpił 7 lipca 1957 roku, podczas meczu Brazylia - Argentyna, a jego ostatni występ w narodowych barwach to potyczka z Jugosławią 18 lipca 1971 roku. Z reprezentacją Brazylii odniósł 66 zwycięstw, 14 razy remisował, a 11 razy poniósł porażkę. Brazylijczyk wpisywał się na listę strzelców w 51 meczach, 7-krotnie popisując się hat-trickami. Brał udział w 4 edycjach Mistrzostw Świata, w latach 1958-1970 (w Szwecji, Anglii, Chile oraz Meksyku). Tylko raz brał udział w Copa America, zdobywając koronę króla strzelców po zdobyciu 8 goli w 6 spotkaniach. Pele grał również w 23 meczach reprezentacji uznanych za nieoficjalne, strzelając w nich 18 goli. Pele przez większość swojej kariery (18 lat) grał w brazylijskim klubie Santos. W barwach tego klubu zadebiutował 7 września 1956 roku, strzelając jednego z goli w wygranym meczu z Corinthians (7-1), a jego ostatni występ w Santosie to zwycięstwo nad Ponte Preta (2-0) 2 października 1974 roku. Z tym zespołem zdobył, między innymi: Copa Libertadores (2 razy) oraz Mistrzostwo Brazylii (10 razy).W latach 1975-1977 grał w zespole New York Cosmos, z którym zdobył Mistrzostwo ligi północnoamerykańskiej. Dzięki 12 golom zdobytych w Mistrzostwach Świata znajduje się na 5 miejscu na liście najskuteczniejszych strzelców tego turnieju, jest również jedynym piłkarzem, który z reprezentacją swojego kraju sięgał trzykrotnie po Mistrzostwo Świata. W 1367 oficjalnych meczach strzelił 1281 goli!

@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Sensible
@Symson
@NaFazieHitman
@patataj
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10

13

Z historii Barçy:

23 października 1971 r. otwarto Palau Blaugrana. Przez prawie 75 lat historii Barcelonie brakowało hali sportowej z prawdziwego zdarzenia. Wreszcie w 1971 r. wybudowano wielofunkcyjny obiekt, który mógł służyć różnym sekcjom klubu. Prezydent Agustin Montal w swoim przemówieniu przypomniał całą historię FC Barcelony, otwarcie dwóch słynnych stadionów piłkarskich(Camp de Les Corts i Camp Nou) i obiecał że hala będzie służyła wszystkim socios. Już pierwszego dnia, krótko po otwarciu, odbyły się spotkania żeńskiej siatkówki i pierwszoligowy mecz piłki ręcznej.

@Pawel13sz
@patataj
@Sensible
@Symson
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi

10

@FCBparasiempre
Był to Vic Buckingham. Co miał wspólnego z Ajaksem? Dwukrotnie krótko prowadził ekipę z Amsterdamu. Ważniejszym jest chyba jednak fakt, że w trakcie swojego pierwszego pobytu w Holandii odkrył pewnego utalentowanego 12-latka, Johana Cruijffa. Drugi epizod z Joden zaowocował debiutem w pierwszym zespole 17-letniego wówczas geniusza. Legenda głosi, że wpływ Anglika na życie i karierę Cruijffa był tak wielki, że został ojcem chrzestnym jednego z dzieci El Flaco (to bez cienia wątpliwości nieprawda a szkoda, bo byłby to fantastyczny smaczek). Całość piłkarskiej kariery Buckinghama związana była z Tottenhamem – jedynym klubem, którego barwy reprezentował w rozgrywkach Football League. Wziął udział w 204 spotkaniach Spurs na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych. Co ciekawe, Tottenham grał w tamtym czasie na poziomie ówczesnej drugiej ligi, przez co Anglik nigdy nie zaznał gry w najwyższej klasie rozgrywkowej. W gruncie rzeczy najcenniejszym fragmentem tej części jego biografii jest prawdopodobnie sama jej końcówka, kiedy to zetknął się z Arthurem Rowe’em i jego przełomową filozofią push and run (polegającą w uproszczeniu na szybkim podaniu do partnera, obiegnięciu kryjącego zawodnika rywala i otrzymaniu podania zwrotnego już za obrońcą. Taka gra dała Kogutom pierwszy w historii tytuł mistrza Anglii w 1951 roku; Vic zakończył karierę piłkarską w 1949). Buckinghama pamięta się lepiej z ławki trenerskiej niż z boiska, ale dzisiaj postać ta wydaje się być niemal całkowicie zapomniana. Vic Buckingham trenował wiele drużyn w Anglii, Holandii, Hiszpanii czy Grecji. Pierwszy pobyt w Ajaksie przypada na lata 1959-1961. Przed przeprowadzką do Holandii trenował West Bromwich Albion. W tym czasie The Baggies należeli do Wielkiej Piątki angielskiej piłki. To było jak na tamte czasy naprawdę niezwykłe, że Buckingham wybrał właśnie Ajax. Oczywiście, trenerzy już wcześniej opuszczali Anglię na rzecz drugiej strony Kanału, ale były to zazwyczaj nazwiska, które nie miały akurat zbyt wiele wspólnego z wyspiarską czołówką. W moim odczuciu pokazuje to, jak bohater artykułu wyprzedzał swoją epokę, jak bardzo chciał grać krótkimi podaniami, skupiać się na posiadaniu futbolówki. To było oczywiście niemal całkowicie sprzeczne z tym, jak postrzegało się wtedy piłkę w Anglii. Pierwsza kadencja Buckinghama w Amsterdamie to mistrzostwo oraz puchar Holandii. Anglik bagatelizował jednak swoje osiągnięcia, większość zasług przypisując swojemu poprzednikowi, rodakowi Jackowi Reynoldsowi. W swojej skromności powiedział podobno: ,,Piłkarze Ajaksu, których tutaj zastałem podstawy mieli już opanowane. Wszystko, co musiałem zrobić, to nauczyć ich dłuższego utrzymywania się przy piłce”. Sam Buckingham może i bagatelizował swój wpływ na rozwój drużyny, która miała potem zdominować piłkarską Europę, ale wielu ekspertów to właśnie jego wskazuje jako ojca chrzestnego futbolu totalnego.

W roku 1961 po Buckinghama zgłosiło się Sheffield Wednesday i Anglik wrócił do swojej ojczyzny. Udało mu się trzy razy z rzędu zająć w lidze szóste miejsce. Nieźle jak na klub, który poprzednią dekadę spędził na ciągłych spadkach do Division 2 i awansach do najwyższej klasy rozgrywkowej. Vic Buckingham poprowadził też drużynę do ćwierćfinału Pucharu Miast Targowych, w którym po porażce 3-4 w dwumeczu, Sowy odpadły z Barceloną. To właśnie ta konfrontacja miała zwrócić uwagę Blaugrany na bohatera tego tekstu – Anglik miał zaimponować włodarzom ekipy z Katalonii stylem gry jego podopiecznych i znaleźć się na liście potencjalnych przyszłych trenerów hiszpańskiego giganta. Czas Buckinghama w Sheffield dobiegł końca w kwietniu 1964 roku wskutek skandalu łapówkarsko-bukmacherskiego, który zdemolował tego roku dużą część angielskiej piłki. Dwóch podopiecznych urodzonego w Greenwich szkoleniowca wraz z jednym byłym zawodnikiem The Owls było zamieszanych w cały skandal. Chociaż nigdy nawet nie zasugerowano, że Buckingham mógłby mieć z aferą cokolwiek wspólnego, zarząd klubu wyszedł z założenia, że jeżeli trener byłby dla swoich piłkarzy bardziej surowy, do skandalu by nie doszło. I tak, pomimo nie schodzenia poniżej szóstego miejsca w lidze, Anglik stracił pracę. Lato 1964 roku przyniosło powrót do Amsterdamu. Niestety, ale tym razem sukcesy były zdecydowanie mniejsze. Zastał starzejący się skład zawodników, którzy tylko tracili na jakości i zmuszony był skorzystać w bardzo dużej mierze z młodzieży, w tym ze wspomnianego już Cruijffa. Wyniki były słabe, a wizja walki o utrzymanie sprawiła, że już w styczniu następnego roku ustalono, że najlepiej będzie jeżeli Buckingham obejmie wolną posadę w Fulham. Jego następcą został Rinus Michels i raptem cztery lata później Ajax grał w pierwszym z wielu w tamtych latach finałów europejskich pucharów. Powrót do Holandii może i nie był bezdyskusyjnym sukcesem, ale, jak już wcześniej wspomniano, zdaniem wielu Anglik położył fundament pod ekipę, która miała później totalnie zdominować europejski futbol. Po trzech latach w Fulham i roku w Grecji Buckingham został nieoczekiwanie zatrudniony w FC Barcelonie, która faktycznie zapamiętała go sobie z potyczki w Pucharze Miast Targowych. Drużynę objął pod koniec 1969, kiedy Barça znajdowała się raptem cztery punkty nad strefą spadkową. Poprowadził zespół do czwartego miejsca, a następny sezon zakończył w lidze zaraz za Valencią, którą udało się zresztą pokonać w finale Copa del Generalísimo. Do opuszczenia swojej posady po raptem półtora roku zmusiła go operacja spowodowana nawracającymi problemami z plecami. Co ciekawe, ponownie jego następcą został Rinus Michels. Buckingham miał też pośredni wpływ na przeprowadzkę Cruijffa do FC Barcelony w 1973 – Anglik był jednym z najważniejszych zwolenników zakończonej sukcesem kampanii na rzecz zniesienia zakazu kontraktowania zagranicznych piłkarzy przez hiszpańskie kluby.

Przed odejściem na zasłużoną emeryturę w 1980, Buckingham trenował jeszcze Sevillę oraz Olympiakos i Rodos. Zmarł w 1995 roku. W dużej mierze zapomniany w swojej ojczyźnie. Bardzo ciepło wspominają go jednak kibice Ajaksu i Barcelony. Vic Buckingham. Wspaniały trener, który pod wieloma względami wyprzedzał swoje czasy. Postać tę najlepiej podsumowują chyba jego własne słowa z 1993 roku, które znaleźć można w książce Davida Winnera ,,Brilliant Orange”: ,,Futbol oparty na posiadaniu piłki to jest to, nie kick and rush. Granie długich piłek jest zbyt ryzykowne. W zdecydowanej większości przypadków dużo lepsze efekty dają wyuczone umiejętności, nastawienie. Jeżeli masz piłkę – trzymaj ją. Przeciwnik nie będzie w stanie zdobyć bramki”.


12

Twórca futbolu totalnego:

Wiele źródeł podaje, że był kiedyś szanowany angielski trener, którego przedmeczowa rozmowa z prowadzonymi przez niego piłkarzami FC Barcelony składała się ze słów „jebać Betis” oraz precyzyjnie wymierzonego kopniaka w tablicę z taktyką, po której ta przeleciała przez całą szatnię (Alex Ferguson u swego szczytu byłby dumny). Kim był ten trener? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Ogorinho1974
@patataj
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@Symson
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@Sensible

8

Najstarsze i najwspanialsze turnieje świata:

22 października 1922 r. Brazylia pokonuje w Rio de Janeiro Paragwaj 3:1 w meczu dodatkowym decydującym o tryumfie w turnieju 6 edycji Copa America i tym samym sięga po raz drugi w historii po to trofeum. Pierwotnie turniej ten miał się odbyć w Chile, jednak Brazylia poprosiła o możliwość organizacji, chcąc uczcić w ten sposób setną rocznicę niepodległości. Po raz pierwszy w historii Copa America do turnieju przystąpiło 5 reprezentacji. Ostatecznie Brazylia, Paragwaj i Urugwaj zgromadziły po 5 punktów a Argentyna jeden mniej. W efekcie zaszła konieczność rozegrania dodatkowego meczu. Jego uczestników wyznaczono po długiej i gorączkowej naradzie wszystkich sędziów. Ponieważ dorobek pierwszych trzech zespołów był identyczny, wprowadzono następujące kryteria pomocnicze: ponieważ tylko Brazylia nie przegrała z nikim, zasługuje na wyróżnienie; Paragwaj wygrał z Urugwajem, co daje mu moralny tytuł do zmierzenia się z Brazylią. Uzasadnienie to wzbudziło ogromne kontrowersje. Urugwajczycy przyjęli je jako wyjątkowo perfidny spisek. Jednak klamka zapadła. 20 tysięcy widzów było świadkami tryumfu swoich ulubieńców. Paragwajczycy tanio skóry nie sprzedali, jednak techniczna wyższość ,,canarinhos” wyraźnie zaznaczyła się z biegiem czasu co poskutkowało zwycięstwem 3:1 po golach Neco i dwóch Formigi. Paragwaj natomiast zasłużenie zyskał miano rewelacji turnieju. ,,Guarani” grali z rozmachem i szybko. Ich ambicja i twardość stały się przysłowiowe. Natomiast królem strzelców został nieoczekiwanie Argentyńczyk Julio Francia, lewoskrzydłowy Newell’s Old Boys, który zdobył 4 gole.

@Sensible
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@patataj
@Symson

3

No prosze! W Anglii świeci słoneczko jak na wakacjach a u nas pogoda jak w.... Anglii

0

@maniak33333 To że nie protestował to nie znaczy że sędziowie się nie mylą. Dla mnie oczywisty faul.

1

Erling Haaland w wieku 22 lat uzbierał 110 goli na poziomie pierwszej ligi. Jesli będą go omijać kontuzje to może w przyszłości dogonić Roberta Lewandowskiego(na tą chwile 355 goli), Gerda Mullera(403 gole) a kto wie czy nawet nie Lionela Messiego(na tą chwile 486 goli)?

2

Przy pierwszym golu dla Manchester City Haaland ewidentnie odpychał ręką obrońce, po czym strzelił gola. To nie była walka bark w bark. Pierwszy gol powinien być anulowany!

0

Po przeczytaniu ,,Dembele jest wyjątkowy" zwątpiłem i niemal przestałem czytać ale że do końca było bardzo blisko to przeczytałem i zrobiło mi się słabo. Oj Xavi, nie wiem co się z tobą dzieje...

10

Pozdrawiam wszystkich ,,Czerwonoarmistów”

Wielki Widzew:

22 października 1980 r. Widzew Łódź pokonał 3:1 Juventus Turyn! Pierwszy mecz Widzew Łódź – Juventus Turyn w ramach 1/16 Pucharu UEFA został rozegrany na stadionie ŁKS-u, w obecności ponad 40 tys. Widzów (nadkomplet). Mecz wywołał olbrzymie zainteresowanie, bo Juventus był (i jest) jednym z najpopularniejszych klubów na świecie a w jego składzie występowało wtedy kilku reprezentantów Włoch (m.in: Dino Zoff, Claudio Gentile, Gaetano Scirea, Marco Tardeli, Antonio Cabrini, Franko Causio-niespełna dwa lata później jako już zawodnik Udinese został piłkarskim mistrzem Świata z drużyną Włoch, Roberto Bettega, Irlandczyk Liam Brady a na trenerskiej ławce siedział słynny Giovanni Trapattoni), natomiast Widzew w rundzie poprzedzającej wyeliminował Manchester United a w rodzimej lidze liderował.

Zamówienia na bilety sięgały ok. 60 tys. (to samo było przed późniejszymi meczami z Juventusem i Liverpoolem w 1983r.) co dobitnie podkreśla rangę tego wydarzenia w Łodzi i Polsce. Z ekipą Juve przyjechało ponad 30 sprawozdawców i komentatorów a relacje w TVP oglądały miliony Polaków. Już na 2,3 godziny przed meczem trybuny były zapełnione a komunikacja miejska miała problemy z wypełnieniem swojej powinności. Pierwsza połowa to był super spektakl piłkarski. Stroną atakującą byli Włosi a mimo tego to Widzew dyktował warunki gry. Prowadząc rozsądne i przemyślane kontry doprowadził do sytuacji, w której na dogodnej pozycji do strzelenia bramki znalazł się stoper Andrzej Grębosz i wykorzystał ją. Stracona bramka podrażniła Juventus a wprowadzony do gry R. Bettega uzyskał wyrównanie strzelając w 43 min. tzw. „gola do szatni”. Druga połowa pokazała, że Juventus był zadowolony z remisu, natomiast Widzew dążył do zwycięstwa. Wspaniała dyspozycja Z. Bońka i Z. Rozborskiego, którzy inicjowali szybkie akcje przyniosła efekt i goście utracili dwie bramki po strzałach – w 69 min. M. Pięta i 79 min. W. Smolarka. Trener Juventusu był po meczu zaskoczony przegraną 1:3 (1:1), bo nie spodziewał się tak wysokiej porażki i widać było, że stracił trochę pewności siebie, natomiast z umiarkowanym optymizmem podchodził do rewanżu trener Widzewa J. Machciński. Szalikowcy Widzewa siedzieli na tym meczu pod zegarem, a ich liczebność to ok. 600-700 osób. Na tym spotkaniu doping całego stadionu był fantastyczny. Piłkarze grali szybko, akcje zmieniały się jak w kalejdoskopie i przez 90 min. trzymały wszystkich w napięciu. Po każdej strzelonej bramce przez Widzew aplauz sięgał zenitu a ludzie skakali z radości jeden na drugiego. Dla takich chwil warto kibicować, bo zostają one w pamięci do końca życia. Na tym meczu nie dochodziło jeszcze do jakichś spięć z kibicami ŁKS-u i to również warto podkreślić.

@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Sensible
@Symson

8

@FCBparasiempre Jakim bramkarzem jest ten, którego nie zadręczają puszczone bramki? On musi być dręczony! Jeśli jest spokojny, to oznacza koniec. Bez względu na to, co robił w przeszłości, bo przyszłości nie ma żadnej – mówił Lew Jaszyn, najlepszy bramkarz w historii futbolu. Jedyny piłkarz na tej pozycji, któremu udało się zdobyć Złotą Piłkę.

W historii piłki nożnej wielu graczom z pola udało się zrewolucjonizować grę, ale „Czarna Pantera” – taki przydomek nadali mu kibice podczas mistrzostw świata w 1958, na których Jaszyn, w czarnym komplecie bramkarskim, wyróżniał się nadludzką sprawnością – zrewolucjonizował grę na pozycji golkipera, często starając się powstrzymywać ataki rywala już na przedpolu. Bramkarze grający przed nim spędzali 90 minut między słupkami, czekając na jakąś akcję, Lew Jaszyn zaś, wrzeszcząc na kolegów z pola, budował swój autorytet. Urodził się 12 lat po Rewolucji Październikowej, 22 października 1929 roku. W wyniku dotkliwej dla rolników, przymusowej kolektywizacji przeprowadzonej na początku lat 30. zesłano do łagrów ponad 2 miliony chłopów, a kulminacją wymierzonej przeciwko nim akcji stał się Wielki Głód na Ukrainie, który spowodował śmierć co najmniej 7 milionów ludzi. Lew miał to „szczęście”, że przyszedł na świat w stolicy Związku Radzieckiego, Moskwie. Był synem robotnika, więc represje względem jego rodziny nie były tak silne, jak wobec chłopów. Mieszkał z rodziną w małym mieszkanku na osiedlu robotniczym, położonym w pobliżu fabryki. Chłopak od małego interesował się piłką nożną i czas spędzał pod blokiem kopiąc piłkę z kolegami.

Lew Jaszyn w Dynamo Moskwa

W 1941 roku z powodu trwającej II wojny światowej został wraz z bliskimi ewakuowany do Uljanowska, leżącego niemal dziewięćset kilometrów na wschód od Moskwy. Po ukończeniu piątej klasy szkoły podstawowej został oddelegowany do pobliskiej fabryki wojskowej, gdzie uczył się zawodu montera. Po zakończeniu wojny wrócił z bliskimi w rodzinne strony i pracował w Tuszynie, gdzie trenował piłkę nożną w przyzakładowej drużynie. Jego zwinność, warunki fizyczne i wzrost szybko przykuły uwagę skautów z Dynama Moskwa, którzy sprowadzili chłopaka do drużyny młodzieżowej. Tak rozpoczęła się przygoda Lwa Jaszyna ze stołecznym klubem, w którym grał już do końca kariery. Zagrał dla niej ponad 300 spotkań w pierwszym składzie, czterokrotnie zdobywał tytuł mistrza ZSRR i trzykrotnie puchar. Swojego debiutu „Czarny Pająk” – bo taki był jego drugi przydomek obok „Czarnej Pantery” nie może zaliczyć do udanych. Wiosną 1949 roku Dynamo rozgrywało towarzyskie spotkanie z Traktorem Stalingrad. Bramka puszczona przez Jaszyna przypominała scenę z filmu niemego, w którym grał Charlie Chaplin. Golkiper drużyny przeciwnej popisał się potężnym wykopem, a próbujący złapać piłkę Lew zderzył się z kolegą z zespołu, co skończyło się kuriozalnym golem dla Traktora. Jednak w klubie nie grał tylko jako bramkarz piłkarski. W 1953 roku zdobył z hokeistami Dynama mistrzostwo ZSRR i myślał nawet o porzuceniu kariery piłkarskiej, gdyż w sekcji piłkarskiej przegrywał rywalizację o pierwszy skład z Aleksiejem Chomiczem. Jednak sytuacja odmieniła się i Lew Jaszyn na stałe zamienił hokejową bramkę na tę piłkarską. Dzięki ćwiczeniom wykonywanym pod okiem odchodzącego powoli na sportową emeryturę Komicza nauczył się właściwie ustawiać i wkrótce stał się najlepszym golkiperem na świecie.

Lew Jaszyn w reprezentacji

8 września 1954 roku po udanym sezonie, w którym zdobył mistrzostwo, Lew Jaszyn zadebiutował w reprezentacji ZSRR w meczu ze Szwecją. Nie miał wtedy wiele do roboty, co można wywnioskować z rezultatu – Związek Radziecki rozbił Szwedów 7:0. Dwa lata później, w roku 1956 zdobył Mistrzostwo Olimpijskie. ZSRR wygrał wszystkie swoje mecze. Z RFN 2:1, z Indonezją 4:0 (4 bramki w dogrywce!), w półfinale z Bułgarią 2:1 i wreszcie w wielkim finale z Jugosławią 2:1. Warto również wspomnieć iż 20 października 1957 roku w meczu Polska-ZSRR dwukrotnie pokonał go Gerard Cieślik. Polska wygrała wówczas w Chorzowie 2:1. Okres od debiutu w kadrze do zdobycia mistrzostwa Europy, był dla „Czarnego Pająka” fenomenalny. Czterokrotnie zdobył mistrzostwo ZSRR i raz Puchar. Zaliczył też swój pierwszy z czterech występów na mundialu w Szwecji w 1958 roku. Co prawda reprezentacja Sowietów odpadła w drugiej rundzie, ale Lew pokazał się ze znakomitej strony światu, który na dobre o nim usłyszał. Lew Jaszyn potrafił zorganizować defensywę swojej drużyny, często wrzeszczał na kolegów z drużyny (nawet małżonka bramkarza zwracała mu uwagę na to, że robi to za głośno). W tamtym okresie bardzo rzadkim lub nawet niespotykanym zjawiskiem było noszenie kapitańskiej opaski przez bramkarzy. Lew Jaszyn świetnie wywiązywał się z tego zadania, jego przywództwo na boisku było niepodważalne. „Czarny Pająk” był również jednym z pierwszych golkiperów, który zapoczątkował technikę wybicia piłki w trudnych sytuacjach, a nie łapania jej. Inną praktyką charakterystyczną dla Jaszyna było szybkie wznowienie gry ręką, dający szansę na szybki kontratak. W 1960 odbyły się pierwsze w historii futbolu Mistrzostwa Europy, które zostały rozegrane we Francji. W turnieju rozgrywanym w Paryżu brały udział tylko 4 reprezentacje: Francja, Jugosławia, Czechosłowacja i Związek Radziecki. Tak więc były rozgrywane tylko półfinały, mecz o 3. miejsce i finał. W półfinale spotkały się Francja – Jugosławia oraz ZSRR – Czechosłowacja. Więcej emocji wzbudził o dziwo ten pierwszy mecz – po dramatycznym widowisku i gradzie bramek, gospodarze ulegli Jugosławii 4:5. Czechosłowacja sprawiła Związkowi Radzieckiemu niewielki kłopot i poległa z Sowietami 0:3. W finale spotkały się komunistyczne reprezentacje ZSRR i Jugosławii – tak jak cztery lata wcześniej, w Melbourne. Po zwycięstwie w dogrywce 2:1 ZSRR z „Czarną Panterą” w bramce zdobyło historyczny, pierwszy Puchar Europy. Lew z reprezentacją dotarł do ćwierćfinału zarówno na mundialu w Szwecji, jak i Chile w 1962. Po przegranej z gospodarzami i fatalnym, zremisowanym spotkaniu z Kolumbią, na temat Jaszyna pisano głównie nekrologi, lecz po wspaniałym roku, w fenomenalnym stylu w 1963 roku zdobył Złotą Piłkę, zamykając usta krytykom i pozostając do dziś jedynym bramkarzem w historii, który zdobył ową nagrodę. Potem swój najlepszy występ reprezentacja Związku Radzieckiego zaliczyła na mundialu w Anglii w 1966 roku, gdzie zajęła 4 miejsce. Chociaż pojechał też na mundial do Meksyku, był jedynie trzecim bramkarzem kadry. Statystyki Jaszyna na mistrzostwach zatrzymały się na 13 występach i 4 czystych kontach. Trzy razy został wybierany jako najlepszy bramkarz w ZSRR. Jeden z jego najlepszych występów zanotował w roku 1963, grając w meczu Reszty Świata przeciwko Anglii na stadionie Wembley. Popisał się wówczas serią wspaniałych parad bramkarskich. W całej swojej karierze obronił 151 rzutów karnych, 270 razy zachował czyste konto. Otrzymał również najwyższe odznaczenie państwowe, Order Lenina za wybitne zasługi dla narodu. Z reprezentacją ZSRR czwarte miejsce na mundialu (1966), mistrzostwo i wicemistrzostwo Europy (odpowiednio 1960 i 1964) oraz triumf na igrzyskach olimpijskich w Melbourne (1956). O jego umiejętnościach indywidualnych wszystko mówi jedno wyróżnienie: Złota Piłka za rok 1963. Lew Jaszyn do dnia dzisiejszego jest jedynym bramkarzem, który zwyciężył w tym plebiscycie. W pokonanym polu pozostawił Gianniego Riverę z Milanu oraz Jimmy’ego Greavesa z Tottenhamu.

Styl gry Lwa Jaszyna

Strzelenie bramki Jaszynowi było prawdziwym powodem do chluby. Piekielnie trudno było go pokonać. Tak wspomina spotkanie z „Czarną Panterą” na mundialu w Szwecji w 1958 roku były skrzydłowy reprezentacji Anglii, Tom Finney: ” Wygrywaliśmy 2-1 kiedy sędzia podyktował dla nas rzut karny. Podszedłem do piłki by strzelić. W bramce stał Lew Jaszyn, był wyśmienitym bramkarzem, bronił już wiele rzutów karnych, był też przerażający, cały ubrany na czarno.” Respekt, jaki budził w oczach rywali istotnie pomagał mu w grze. Przed Lwem Jaszynem szacunek czuł nawet słynny Pele.



Lew Jaszyn w dość niekonwencjonalny sposób przygotowywał się do meczów. Jego receptą na sukces było, jak sam mawiał: ”Zapalić papierosa, by ukoić nerwy i wypić duży łyk mocnego trunku, by pobudzić mięśnie”. Niezależnie od tego czy rzeczywiście tak było, przyszło mu grać w erze znakomitych strzelców takich jak Alfredo Di Stefano czy Eusebio i nie przeszkodziło mu to w zdobyciu Złotej Piłki.

Końcówka kariery, życie prywatne i uhonorowanie

Wielokrotny reprezentant ZSRR poza boiskiem był zwykłym człowiekiem, wbrew temu, jak był postrzegany na boisku. Kolega z reprezentacji Giennadij Łogofiet, mówił o nim: „To wielka osobowość, człowiek ponadczasowy i trzymający się z dala od polityki. Nie był ani trochę arogancki. Najlepszy bramkarz świata zachowywał się jak zwykły człowiek, bez żadnych fajerwerków.” Lecz po jednym ze spotkań w 1962 roku, kiedy spadła na niego olbrzymia fala krytyki, zdenerwował się i postanowił występować tylko w wyjazdowych meczach reprezentacji. Choć największe sukcesy „Czarnej Ośmiornicy” czy też „Czarnej Pantery” z reprezentacją to Mistrzostwo Olimpijskie i Mistrzostwo Europy, to bramkarz przyznał, że najbardziej ceni mecze rozegrane na mundialu. Bardzo lubił tam grać, mógł wtedy pokazać swoje niebywałe umiejętności na największej ze scen. Żałował, że nie nigdy nie udało mu się zdobyć Pucharu Świata. Swój ostatni, pożegnalny mecz dla Dynama Lew rozegrał w roku 1971, w Moskwie, kiedy miał już 41 lat. Na stadionie im. Lenina zebrało się 100 tysięcy kibiców chcących oddac hołd najlepszemu bramkarzowi w historii futbolu. Wśród żegnających „Czarną Panterę” byli m.in.: Pele, Eusebio i Franz Beckenbauer. Po zakończeniu kariery wybitny bramkarz zajął się szkoleniem młodzieży. Trenował kilka młodzieżowych zespołów, jak i kilka seniorskich w Finlandii. Bez żadnych większych sukcesów. W roku 1986 z powodu infekcji, amputowano mu nogę. Coraz bardziej podupadał na zdrowiu. W 1990 roku, w roku wielkich przemian, powolnym rozpadzie ZSRR, Lew Jaszyn zmarł. Legenda. Najlepszy bramkarz w historii futbolu, prekursor, ikona. W roku 2000 został wybrany przez FIFA i historyków IFFHS najlepszym bramkarzem stulecia. Jego nazwisko stało się synonimem perfekcji między słupkami. Od mistrzostw świata w 1994 do mundialu w Niemczech w 2006, najlepszy bramkarz turnieju otrzymywał nagrodę imienia Lwa Jaszyna. To dowód, że za jego sprawą pozycja bramkarza nigdy nie będzie wyglądać tak samo, że jego postać po dziś dzień inspiruje. Dziś mamy okazję obserwować Manuela Neuera, który zdaje się być równie perfekcyjnym, charyzmatycznym golkiperem. Mało prawdopodobnym jest, by zdobył tytuł najlepszego bramkarza. Historia pokazała jednak, że taka sytuacja jest możliwa.

Osiągnięcia i statystyki:

Osiągnięcia klubowe:

Mistrzostwo ZSRR (5x): 1954, 1555, 1957, 1959, 1963

Wicemistrzostwo ZSRR (6x): 1950, 1956, 1958, 1962, 1967, 1970

Puchar ZSRR (3x): 1953, 1967, 1970

Mistrzostwo ZSRR w hokeju na lodzie (1953)

Osiągnięcia Reprezentacyjne:

Mistrzostwo Olimpijskie (1x): 1956

Mistrzostwo Europy (1x): 1960

Wicemistrzostwo Europy (1x): 1964

Osiągnięcia Indywidualne:

Ballon D’Or: 1963

FIFA XI: 1963, 1968

UEFA XI: 1964, 1965

World Soccer World XI: 1963, 1964, 1966, 1967

World Soccer 100 najlepszych piłkarzy wszech czasów

World Soccer najlepsza XI wszech czasó

Order Lenina: 1967

Order Olimpijski: 1986

Złoty Order FIFA: 1988

Drużyna wszech czasów mistrzostw świata FIFA

World Hall of Fame of Soccer

Bramkarz stulecia FIFA

IFFHS Legendy

IFFHS Najlepszy bramkarz stulecia

Rekordy i ciekawostki:

812 meczów w karierze, 270 czystych kont, ponad 150 obronionych rzutów karnych

12 występów w Mistrzostwach Świata, 4 czyste konta


9

7

@FCBparasiempre Kazik Staszewski

Legenda polskiej muzyki i jedna z najbarwniejszych postaci polskiej popkultury. Często płynął pod prąd, szokował tekstami, zabierał głos w sprawach społecznych, politycznych i światopoglądowych. Można się z nim zgadzać lub nie, ale nie można zaprzeczyć, że jest osobą wyrazistą. W dodatku jego twórczość zdobyła w naszym kraju ogromną popularność. W zestawieniach najlepszych polskich piosenek zawsze aż roi się od jego utworów. Kawałki takie jak „Arahja”, „Polska”, „Do Ani”, „Krew Boga” czy „12 groszy” to prawdziwa klasyka. Był wokalistą zespołu Kult – giganta polskiej sceny rockowej. Zakładał także inne projekty, jak choćby KNŻ. Znany jest również z solowej twórczości. Tworzył w wielu gatunkach. Stawiał nawet podwaliny pod polski rap. Poruszał wiele tematów. Sportowym przykładem była piosenka poświęcona Andrzejowi Gołocie, napisana w czasach, gdy polski pięściarz wagi ciężkiej budził po nocach miliony Polaków. Najbliższa sercu Kazika była jednak piłka nożna. Piosenkarz zdradził w rozmowie przeprowadzonej przez Sebastiana Staszewskiego na łamach Polska Times, że jeśli reprezentacja naszego kraju dojdzie do półfinału na Euro 2016, napisze utwór o polskich piłkarzach. Jednak jak doskonale wiemy, Biało-Czerwonych w ćwierćfinale pokonała po karnych Portugalia. Staszewski od wielu lat jest kibicem Legii Warszawa, o czym opowiada w wielu wywiadach. I nawet jeżeli w ostatnich latach rzadziej pojawia się na trybunach, to trzyma kciuki za stołeczną drużynę. We wspomnianym wywiadzie opowiadał, że dobrze życzy wszystkim klubom z rodzinnego miasta. Na pytanie o stosunek do Polonii odpowiedział: ,,Jako warszawiak wspieram warszawskie drużyny. Wychowywałem się nieopodal Muranowa, w okolicach placu Teatralnego. Kiedyś nie było takiej rywalizacji między Legią a Polonią. KSP grał w trzeciej lidze i na te mecze się chodziło. Na Gwardię też. Pamiętam z boiska Stefana Milę, ojca Sebastiana, który grał właśnie u milicjantów. A więc może to dziwnie zabrzmi, ale idealnym wyjściem byłoby dla mnie mistrzostwo dla Legii i wicemistrzostwo dla Polonii.” Wokalista Kultu ma romantyczne spojrzenie na futbol. Tęskni za dawnymi czasami, kiedy piłka nie była tak mocno skażona komercją. Dla niego solą tej dyscypliny jest możliwość odniesienia zwycięstwa przez maluczkich nad wielkimi. Dlatego nie podoba mu się obecny system rywalizacji w europejskich pucharach. Tęskni szczególnie za Pucharem Zdobywców Pucharów. Na łamach Polska Times zwierzał się: – Dziś nie czuję związku emocjonalnego z drużynami, które grają w Champions League. Nie interesuje mnie, czy milionerzy z Madrytu ograją milionerów z Manchesteru.

Maciej Maleńczuk

Kolejna z barwnych osobistości polskiej sceny. Postać kontrowersyjna, mająca wyraziste poglądy i cięty język. Można nie zgadzać się z jego opiniami na różne tematy, ale nie sposób podważyć jego dorobku artystycznego. Znany jest głównie z występów w zespole Pudelsi oraz działalności solowej. Od zawsze ważny był dla niego sport. Maleńczuk jest fanem m.in. lekkoatletyki i hokeja. Dopinguje sportowców podczas igrzyska olimpijskich, które uważa za największe święto sportu. Uczuciem darzy także piłkę nożną, chociaż ma osobliwe zdanie na jej temat. W wywiadzie przeprowadzonym przez Dawida Górę i opublikowanym na portalu WP Sportowe Fakty piosenkarz powiedział, że „futbol to nie jest sport tylko emanacja społeczeństwa”. Nie podoba mu się również styl kibicowania obecny na piłkarskich stadionach. Napisał dwa utwory, które mocno przeniknęły do futbolowego świata. Jednym z nich jest hymn jego ukochanej Cracovii, odgrywany przed każdym domowym meczem „Pasów”. Pomysł podsunęli mu kibice krakowskiego klubu podczas wieczoru poetyckiego, na którym artysta promował swój poemat „Chamstwo w państwie”. We wspomnianym wywiadzie opowiadał o tym, jak bardzo zadowolony jest z napisania klubowego hymnu: ,,Z tego, co wiem niektórzy kibice twierdzą, że to powinien być hymn Polski, że to lepsze niż Mazurek Dąbrowskiego. I ja się z tym zgadzam! Są biało-czerwone barwy i odniesienia patriotyczne. Poza tym, za ten hymn nie pobieram żadnych tantiem. To był prezent.” Po nieudanych dla reprezentacji mistrzostwach świata w Korei Południowej i Japonii w 2002 roku Maleńczuk napisał utwór „Mundialeiro” wyrażający krytykę drużyny po fatalnym turnieju. Humorystyczne zabarwienie piosenki sprawiło, że była ona nie tylko gorzkim podsumowaniem mundialowych niepowodzeń, ale także potrafiła poprawić kibicowskie humory oraz pozwalała z dystansem spojrzeć na boiskowe wyczyny polskich piłkarzy.

Andrzej Sikorowski

Krakowski artysta, do którego zupełnie nie pasuje określenie „celebryta”. Rzadko pojawia się w programach rozrywkowych i na okładkach kolorowych gazet. Jednak potrafi w piękny sposób przemówić muzyką. Komponuje piosenki, jest autorem tekstów. W drugiej połowie lat 70. założył zespół Pod Budą, który stał się czołowym przedstawicielem polskiej poezji śpiewanej.



Sikorowski od wielu lat jest kibicem Wisły Kraków. Był wykonawcą klubowego hymnu „Jak długo na Wawelu”. Wspiera „Białą Gwiazdę”, lecz tęskni za czasami, gdy waśnie pomiędzy Wisłą a Cracovią nie były tak silne, jak obecnie. Jego spojrzenie na sport jest romantyczne, jak chyba w przypadku większości artystów interesujących się tą dziedziną życia. Piosenkarz w młodości uprawiał sport i co ciekawe, był wówczas związany z innymi krakowskimi klubami. W Cracovii trenował szermierkę, zaś w Wawelu – biegi. Sportowej kariery nie zrobił, ale słusznie zauważa, że aktywne uczestnictwo w życiu sportowym dało mu dużo. Sprawiło, że zyskał ogólną sprawność fizyczną, a ponadto lepiej rozumie sport, wie o nim więcej jako kibic. Środowisko piłkarskie nie jest mu obce. Ma znajomych wśród piłkarzy – Andrzeja Iwana, Marka Kustę czy Piotra Skrobowskiego. Bywa na meczach Wisły Kraków. Podobnie jak wspomniany Kazik, jest futbolowym konserwatystą. Z sentymentem wspomina przeszłość. ,,Dziś sport się skomercjalizował i gra zawsze toczy się o dużą stawkę, rzadko robi się coś tylko dla przyjemności. Aktualnie, gdy młody człowiek zaczyna uprawiać jakąś dyscyplinę, to już może myśleć o tym, jakie będą z tego profity. Kiedy z kolegami braliśmy w młodości udział w turniejach tzw. Dzikich Drużyn, to do głowy nam nie przychodziło, że zostaniemy profesjonalnymi piłkarzami. Wychodziliśmy na boisko dla zabawy”– opowiadał muzyk w wywiadzie przeprowadzonym przez Piotra Chłystka na portalu Onet Sport.

Janusz Panasewicz

Wielkiej miłości do sportu nigdy nie ukrywał także Janusz Panasewicz. Wokalista zespołu Lady Pank w niemal każdym wywiadzie podkreśla swoją sympatię do wielu dyscyplin. Wydaje się, że to jednak piłka nożna jest mu najbliższa. Na krajowym podwórku kibicuje Legii Warszawa. Jego ulubionym klubem zagranicznym jest zaś FC Barcelona. W programie „As Wywiadu” Patryka Mirosławskiego powiedział, że gdy odwiedził Camp Nou, poczuł się jak na koncercie Rolling Stonesów. Ceni efektowną, ofensywną grę, dlatego ma sentyment nie tylko do „Dumy Katalonii”, ale ogólnie do hiszpańskiego futbolu. We wspomnianym programie opowiadał m.in. o swojej znajomości z Andrzejem Iwanem, w przeszłości świetnym zawodnikiem Wisły Kraków i Górnika Zabrze, medalistą mistrzostw świata 1982. Obaj panowie byli ekspertami w nieistniejącej już stacji Orange Sport. Panasewicz nadal pojawia się w sportowej telewizji – obecnie w studiu kanałów Polsat Sport Premium przy okazji meczów Ligi Mistrzów. Lady Pank to zespół, którego przedstawiać nikomu nie trzeba. Założona w 1981 roku we Wrocławiu grupa rockowa od dawna cieszy się uznaniem zarówno starszych fanów, jak i współczesnej młodzieży. Jej utwory rozbrzmiewają w każdej radiowej stacji, na imprezach czy przy ognisku. Muzycy dużo koncertowali, a ich wokalista nawet w trasie oglądał piłkarskie zmagania. Mimo tak dużego zainteresowania futbolem, Panasewicz nie nagrał z Lady Pank piłkarskiej piosenki. Z tego typu utworów najbardziej do gustu przypadła mu „Tajemnica mundialu” wykonywana przez Bohdana Łazukę – piosenka reprezentacji Polski na mistrzostwa świata w Hiszpanii w 1982 roku. Artysta przyznaje, że mało jest dobrych utworów opowiadających o futbolu. I chyba należy się z tym zgodzić. Piłka nożna nigdy nie była wdzięcznym tematem dla muzycznej twórczości. Kiedy Tomasz Biliński i Michał Skiba zapytali go w wywiadzie przeprowadzonym na łamach Polska Times o to, czy był pomysł nagrania piłkarskiej piosenki przez Lady Pank, Panasewicz odpowiedział: – Nigdy nie mów nigdy, ale wolę, jeśli takie rzeczy wychodzą spontanicznie. Albo kiedy drużyny wybierają na swój hymn już istniejący utwór. Tak było w przypadku ballady „Zawsze tam, gdzie ty”. Piosenka ta stała się hymnem reprezentacji Polski w siatkówce i często jest grana w hali podczas meczów Biało-czerwonych w tej dyscyplinie. Piosenkarz przyznaje, że jest to, zarówno dla niego jak i dla całego zespołu, duża nobilitacja.

Muniek Staszczyk

Wokalista zespołu T. Love kocha futbol, choć jest to miłość trudna. Jak każdy z nas, wspiera reprezentację Polski, ale po ostatnich niepowodzeniach na mistrzostwach Europy, puściły mu nerwy. Przyznał nawet, że porażka ze Słowacją być może pozwoli mu wyleczyć się z piłki. A jej fanem jest Staszczyk od dawna. Grupę T. Love zakładał w roku 1982, dla polskiego piłkarstwa szalenie ważnym. Wtedy to drużyna Antoniego Piechniczka zajmowała trzecie miejsce na mistrzostwach świata w Hiszpanii. Muniek zaczął chłonąć futbol dużo wcześniej, o czym opowiadał w książce „King!” napisanej w formie wywiadu przeprowadzonego przez Rafała Księżyka: ,,Zanim zaczęło się zainteresowanie muzyką, była piłka nożna. Polska – Anglia na Wembley to był przełomowy moment dla całego pokolenia. Jak drużyna Górskiego pojechała w 1974 roku na mistrzostwa świata, to wszystkie mecze się oglądało.” Muniek Staszczyk wspiera na co dzień dwa kluby – Raków Częstochowa i Legię Warszawa. Miłość do pierwszego z tych klubów związana jest z jego pochodzeniem. Urodził się bowiem w Częstochowie, mieszkał i wychowywał się blisko stadionu. ,,Mój blok prawie sąsiadował ze stadionem, choć muszę przyznać, że częściej niż na futbol chodziłem na żużel, Włókniarz miał wtedy sukcesy” – opowiadał Maciejowi Słomińskiemu w wywiadzie opublikowanym na portalu Interia Sport. Do Warszawy przeprowadził się szybko, już w wieku 19 lat. W stolicy zapałał uczuciem do Legii. W latach 50. zawodnikiem tego klubu był wujek wokalisty, Celestyn Dzięciołowski. Mieszkając w Warszawie, Muniek chodził na mecze rozgrywane przy ulicy Łazienkowskiej. Jednak sympatia do Rakowa nie wygasła. Kibicowskie serce biło dla dwóch klubów. – W połowie lat 90. Raków po latach posuchy awansował do Ekstraklasy, przyjeżdżał na Łazienkowską. Serce miałem wtedy rozdarte między dwa moje miasta i kluby, schizofreniczne uczucie – wspominał w cytowanej już rozmowie. Piłka dała mu także nieprzyjemne wspomnienia. W książce „King!” opowiadał o widzianych w młodości kibicowskich awanturach: – Raków Częstochowa był wtedy w drugiej lidze i grał z Górnikiem Zabrze. Nienawiść między Częstochową a Śląskiem była wtedy ogromna, my gorole, oni hanysy. Kibiców Górnika nie przyjechało wielu. Widziałem, jak rozwścieczony tłum kibiców Rakowa goni dosłownie kilkunastu kolesi z Zabrza. Polowanie. Na szczęście Ślązacy mieli dobry sprint i zdążyli ukryć się w stadionowym budynku. Przerażony byłem, że ich zlinczują.

Leszek „Eldo” Kaźmierczak

Na koniec przedstawiciel hip-hopu. Eldo jest jednym z najpopularniejszych polskich raperów. Był członkiem kultowej grupy Grammatik. Dużą karierę zrobił także dzięki twórczości solowej. Pisał głębokie, poetyckie teksty, w których poruszał wiele problemów społecznych. Takie albumy jak „Eternia”, „Nie pytaj o nią” czy „Zapiski z 1001 nocy” stały się niemal kanonem dla słuchaczy rapu. Związki Kaźmierczaka ze sportem, nie tylko z piłką nożną, są duże. Raper uprawia rugby, jest również zapalonym cyklistą. Uwielbia kolarstwo w każdej postaci, lecz nie ogranicza zainteresowania tą dyscypliną do oglądania jej w telewizji. Pochodzi z Warszawy. Ojciec zaraził go miłością do Legii, w przeszłości zabrał młodego Leszka na pierwszy mecz. Eldo, podobnie jak większość przedstawionych w tym tekście muzyków, ma oldschoolowe podejście do piłki nożnej. Należy do grona futbolowych romantyków i z łezką w oku wspomina dawne czasy. O swoim spojrzeniu na piłkę opowiadał nieco ponad dekadę temu w wywiadzie udzielonym Jakubowi Olkiewiczowi z portalu Weszło.com: ,,Ja zresztą całym sercem wspieram angielską akcję Against Modern Football, gdzie kibice chodzą raczej na spotkania w niższych ligach, gdzie można obejrzeć piłkę unikając tego wielkiego przemysłu.” Czy napisałby utwór opowiadający o piłkarzu? Zapytał go o to Michał Skiba w wywiadzie na łamach Polska Times, podając przykład włoskiej piosenki o Kamilu Gliku. Kaźmierczak nie pali się do takiego pomysłu. ,,Słyszałem ten utwór, bardzo specyficzny. Ja za to nagrałem o Halinie Poświatowskiej. Ale o piłkarzach? Eric Cantona kopie w balona, David Ginola strzelił dziś gola? Nie mam filozoficznych przemyśleń na temat sportowców.” Kilka lat temu Eldo został radiowcem w sportowej rozgłośni. Prowadził programy w stacji Weszło.FM. Miał m.in. autorską audycję „Eldoradio”. Prezentował w niej ciekawe, osobiste spojrzenie na sport, dzielił się swymi przemyśleniami, przytaczał własne wspomnienia. Jednak nie ograniczał się do tematyki sportowej. Opowiadając o sporcie, łączył go z innymi dziedzinami życia, nawiązywał do kultury. Ponadto prezentował dobrą muzykę, widać było, że doskonale się na niej zna, w swych muzycznych zainteresowaniach wykracza poza gatunek, który tworzy jako artysta. Dla Weszło przygotowywał także serię nagrań video „Eldo jedzie do Tokio”. W programach sam próbował licznych dyscyplin olimpijskich, rozmawiał z ich przedstawicielami i przybliżał je przed igrzyskami organizowanymi w stolicy Japonii.

To były oczywiście tylko wybrane przykłady związków polskich muzyków z piłką nożną. Trudno byłoby w jednym tekście wymienić wszystkich artystów, którzy mieli coś wspólnego z futbolem. Wielu interesuje się piłką, kibicuje swoim drużynom, chodzi na mecze. Niektórzy czynią z piłki nożnej temat piosenek, przedstawiają go w swojej twórczości. To tylko pokazuje jak duże znaczenia dla wielu osób, także tych ze środowiska artystycznego, ma nasza ukochana dyscyplina.


9

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?