FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
2
@FCBparasiempre
W tamtych czasach dla klubów jednym ze sposobów na wyszukiwanie utalentowanych młodych piłkarzy z najbliższej okolicy była organizacja małych turniejów, w których często brały udział rozmaite osiedlowe drużyny. Zawody zaczynały się zwykle w soboty, a kończyły w niedziele. Był to dobry sposób, żeby z bliska przyjrzeć się kandydatom do gry w zespołach juniorskich. Corbatta brał w nich udział jako zawodnik drużyny Resistencia. Została ona utworzona specjalnie na potrzeby występu w takich turniejach. Pierwszy, w którym się zaprezentował, odbył się na obiektach Gimnasii y Esgrimy, a kolejny zorganizowało Estudiantes. Omar pokazał się tam z na tyle dobrej strony, że wkrótce potem dołączył do swojego ulubionego zespołu. Estudiantes było jego pierwszym oficjalnym klubem. Jako czternastolatek grał w rezerwach w ósmej lidze, ale w drużynie nie spędził zbyt wiele czasu. Występował tam tylko w latach 1950-51, a okoliczności jego odejścia nie są do końca jasne. Najbardziej rozpowszechniona wersja mówi, że Corbatta pożegnał się z klubem po odniesieniu kontuzji kostki. Sam piłkarz kilka lat później twierdził, że powodem jego odejścia były nienajlepsze stosunki z liderem zespołu. Z kolei w klubie przez długi czas krążyła plotka, że Corbatta miał rzekomo ukraść buty koledze z drużyny. Inne wersje tej historii mówią, że miał to być tylko żart, albo że Omar nie oddał na czas butów właśnie przez odniesioną kontuzję. Jak było naprawdę już się nie dowiemy. Pewne jest jednak to, że w biuletynie „Asociación del Fútbol Argentino” z 1953 r. pojawiła się informacja o przejściu Corbatty z Estudiantes do ligi piłkarskiej La Platy. Kilka miesięcy później Omar został zawodnikiem klubu Juverlandia, który swoją siedzibę miał w mieście Chascomús leżącym 80 kilometrów na południe od La Platy. Po opuszczeniu Estudiantes Corbatta ponownie zaczął pokazywać się na rozrywanych w La Placie mniej lub bardziej oficjalnych turniejach. Swoimi występami zwrócił uwagę dwóch mężczyzn z Chascomús, którzy szukali wzmocnień do swojego klubu. Byli to Héctor Noya, który był właścicielem sklepu rowerowego i prezesem Juverlandii oraz jego szwagier Osvaldo Diani. Corbatta zrobił na nich duże wrażenie swoim dryblingiem i gołym okiem widać było, że ma nieprzeciętny talent. Matka Corbatty powiedziała nam, że syn nie ma obuwia, więc musieliśmy to załatwić. Kupiliśmy mu też spodnie i koszule – opowiadał Alejandro Wallowi Osvlado Diani. Corbatta zmienił klub, ale nie zmienił miejsca zamieszkania. Ciągle mieszkał z matką i wolał co tydzień dojeżdżać 80 kilometrów do Chascomús. Mecze rozgrywano w niedziele, więc Omar wyjeżdżał z domu już w sobotę. W Chascomús miał zapewniony nocleg u brata prezesa, a po niedzielnych zawodach wracał do La Platy. Funkcjonował tak przez dwa lata. W nowym zespole dość szybko znalazł wspólny język z jednym z chłopaków, który też nocował u Noyi. Wkrótce obaj coraz więcej czasu zaczęli spędzać w miejscowych barach. Corbatta pozbawiony matczynej kontroli po raz pierwszy poczuł namiastkę wolności i skrzętnie starał się ją wykorzystać. Razem z kolegą często wymykali się wieczorami, więc włodarze klubu, żeby ukrócić te występki, przyprowadzali im na noc psa, który miał ich pilnować. Juverlandia brała udział w rozgrywkach lokalnej Ligi Chascomunense. Nigdy wcześniej nie odnosiła sukcesów, ale zmieniło się to w 1954 r. Wtedy to grająca w zielono-białych koszulkach drużyna po raz pierwszy w historii wygrała ligę. Dla Corbatty był to pierwszy poważny sukces, który co prawda zblednie przy innych triumfach, ale to po nim stało się jasne, że Omar musi trafić do lepszej ekipy, żeby móc się rozwijać. Niedługo później uwagę na młodego skrzydłowego zwrócił jeden z największych klubów w kraju – Racing Club de Avellaneda. Zespół La Academia, jak określają go kibice, trzykrotnie sięgał po mistrzostwo Argentyny w latach 1949-51. 3 września 1950 r. oddano do użytku nowy stadion, który był wówczas jednym z największych i najnowocześniejszych obiektów w kraju. Estadio Presidente Perón nazwany tak na cześć prezydenta kraju rok później był areną ceremonii otwarcia pierwszej edycji igrzysk panamerykańskich. Mimo posiadania tak zacnego patrona stadion wśród kibiców najczęściej funkcjonował jako „El Cilindro de Avellaneda”, lub po prostu „El Coliseo”. Połowa lat pięćdziesiątych to dla klubu czas przebudowy i odmłodzenia zespołu. W przyszłości jednym z liderów budowanej drużyny miał zostać właśnie Corbatta. Okoliczności jego dołączenia do Racingu również jednak nie są całkowicie jasne i w całej tej historii pojawia się kilka nazwisk.
Najbardziej rozpowszechniona wersja mówi, że Corbatta wpadł w oko człowiekowi o nazwisku Aparicio. Był on miłośnikiem klubu i często śledził mniejsze, bardziej prowincjonalne rozgrywki, szukając tam kandydatów do gry w klubie. Inna wersja mówi, że odpowiedzialnym za transfer Corbatty był Juan Silverio Oroz. Był piłkarzem i pochodził z Chascomús. W trakcie swojej kariery oprócz lokalnych drużyn grał też w Estudiantes, w Gimnasia y Esgrima i w Racingu. Raz pojawił się też na okładce prestiżowego El Gráfico. Oroz pragnął zakończyć karierę w rodzinnym mieście i wtedy właśnie zauważył Corbattę. Trzecim człowiekiem, który miał przyczynić się do zmiany klubu przez Omara był Julio Federico Vila. Był farmaceutą, mieszkał w Chascomús, a w Avellanedzie prowadził aptekę. Jako zapalony kibic nie opuszczał żadnego meczu i kiedy tylko zobaczył w akcji Corbattę, to bez wahania polecił chłopaka Racingowi. To on też miał prowadzić transferowe negocjacje. Racing zapłacił za młodego skrzydłowego 20 tys. peso, co odpowiadało ówczesnym 750 dolarom. Całkiem możliwe, że wszyscy trzej panowie odegrali swoją rolę, każdy na innym etapie. Swoje trzy grosze do tej historii dorzucił też sam Corbatta. W 1963 r. w wywiadzie przeprowadzonym przez Osvaldo Ardizzone opowiadał, że po zdobyciu mistrzostwa był źle traktowany w klubie. Zgodził się na grę pod warunkiem, że po roku pozwolą mu odejść, ale bez jego wiedzy mieli go sprzedać za 14 tys. peso. Dodał też, że kiedy Apracio po niego przyjechał, żeby podpisać umowę, to uciekł na tyły domu matki. Szybko go jednak znaleźli i zabrali siłą, nie płacąc przy tym obiecanych dwóch tysięcy peso, które miał otrzymać z transferu. W tej samej rozmowie twierdził też, że kiedy razem z Racingiem przyjechał na mecz do Chascomús, to udał się do sklepu rowerowego prezesa. Miał tam w ramach rewanżu narobić szkód i zniszczyć sprzęt o wartości dokładnie dwóch tysięcy peso i dopiero po tym się uspokoił. Nikt jednak z osób, które pamiętają tamte czasy, nie potwierdza, że taka sytuacja miała kiedykolwiek miejsce. Prowadziłem interesy i nic takiego się nigdy nie wydarzyło. Co więcej, za każdym razem, gdy wracał, zawsze był bardzo dobrze ubrany i przychodził, żeby z nami wyjść. Nie wiem, skąd to wziął – wspominał Osvaldo Diani. Diani potwierdza jednak, że Corbatta faktycznie miał otrzymać dwa tysiące peso z transferu, ale miał się tym zająć już jego nowy klub. Kiedy latem (czyli w Argentynie na początku roku) 1955 r. Corbatta dołączył do drużyny Racingu miał 18 lat i ważył ledwie 59 kilogramów. Miał chude nogi i tak wątłą posturę, że wielu kibiców dziwiło się, jak ktoś o tak marnej budowie mógł trafić do Racingu. Swoimi nieskoordynowanymi ruchami nieraz pewnie wywoływał uśmiechy politowania. Jeszcze większe zdziwienie budziło to, jak bardzo był niedożywiony i nieprzygotowany do gry na takim poziomie. Fani byli raczej przyzwyczajani do silnych i mocnych skrzydłowych, jak choćby Mario Boyé, który swoją grą na początku lat pięćdziesiątych dorobił się wiele mówiącego przydomka El Atómico. Corbatta był praktycznie jego zupełnym przeciwieństwem. Mało kto widział wówczas w tym wybiedzonym chłopaku błysk geniuszu. Jednak wprawne oko trenerów od razu potrafiło dostrzec, że ten młodzieniec ma naprawdę duży dar. Miał to coś, co sprawiało, że zawsze był ułamek sekundy szybszy od rywala i potrafił go ograć. To coś, czym tak bardzo potrafił olśniewać kibiców. Coś, czego nie można się nauczyć, ale z czym trzeba się urodzić. Po raz pierwszy w oficjalnym meczu wystąpił w sobotę 30 kwietnia 1955 r. o godzinie 15:30. Rywalem Racingu była wówczas Gimnasia y Esgrima Eva Perón (bo taką nazwę nosiło wówczas miasto La Plata), która na własnym terenie wygrała 1:0. Corbatta na tle rywali pokazał się jednak z na tyle dobrej strony, że to właśnie jego wyróżniono w pomeczowej relacji. Spośród nowych tylko Corbatta, napastnik w bardzo dobrej kondycji, można budzić uzasadnione nadzieje – pisano w poniedziałek po meczu na łamach Noticias Gráficas.
Zanim jednak zaliczył oficjalny debiut, wystąpił w sparingowym meczu bez udziału publiczności. Pacho Vera, który przez wiele lat był szefem klubowego magazynu Racing, wspominał, że pierwszy raz koszulkę w biało-błękitne pasy Corbatta założył w pojedynku z Atlético Tucumán. Władze klubu powierzyły wówczas rolę trenera Saúlowi Ongaro. Ten dość młody szkoleniowiec chętnie stawiał na młodzież. Omar tamten mecz zaczął na ławce, ale pojawił się na boisku w drugiej połowie. Nieliczni świadkowie tego występu podobno nie potrafili zrozumieć, jak taka cyrkowa postać mogła się znaleźć w szeregach Racingu. Każdy się zastanawiał, jak to się stało, że Racing mógł sięgnąć po takiego gracza, nierównego faceta, który biegał na palcach. Racing był niczym innym tylko trzykrotnym mistrzem. Bardzo miło było tu grać, trzeba też było szanować całą historię, a to nie było dla wszystkich – wspominał początki Corbatty w Racingu klubowy kolega Humberto Maschio. Mimo że zadebiutował w pierwszym zespole, to równolegle musiał udowadniać swoją przydatność w drużynie rezerw. Początkowo koledzy nie zwracali na niego zbyt dużej uwagi, myśleli nawet, że nazywa się Comesaña. Nie trwało to jednak długo. Przełamanie przyszło w meczu rezerw z San Lorenzo. Corbatta strzelił wówczas dwie bramki i asystował przy trzecim trafieniu. Jego autorem był zbliżający się do końca kariery Eduardo Turco Balassanian, który po latach pamiętał, że Corbatta grał bez ochraniaczy z opuszczonymi getrami i wszyscy się zastanawiali, skąd się wziął ten szalony chłopak. Kilka miesięcy później, 29 lipca 1955 r. po raz pierwszy pojawił się na okładce El Gráfico. Znalazł się w towarzystwie klubowych kolegów Humberto Maschio, Antonio Angelillo, Ángela Cigny i Adalberto Rodrígueza. Cała piątka prezentowała się bardzo elegancko z pieczołowicie ułożonymi fryzurami, a podpis pod zdjęciem brzmiał SANGRE NUEVA, czyli NOWA KREW. Pozycja Corbatty w zespole rosła. Dzięki treningom wzmocnił mięśnie, a jego sylwetka stała się pewniejsza. Kibice coraz częściej zaczynali odwracać głowy na bok, żeby zobaczyć co się dzieje na prawym skrzydle, gdzie młody zawodnik coraz pewniej sobie poczynał. Corbatta nie był już błaznem o trzcinowych nogach, ale magiem chimerycznych sztuczek – określił jego przemianę Alejandro Wall. Racing całe rozgrywki zakończył na drugim miejscu. Ustąpili tylko River Plate. Corbatta wystąpił w czternastu spotkaniach i strzelił dwie bramki. Premierowe trafienie zanotował w majowym pojedynku z Ferro Carril Oeste. Medal otrzymany za zajęte w rozgrywkach miejsce jest jedyną pamiątką, jaką po ojcu zachowała jego córka Iliana. Kiedy przychodził do Racingu nie miał ze sobą nawet walizki. Jedynym, co do niego należało, było ubranie, które miał na sobie. Nic więcej. Zamieszkał w skromnych pokojach, które klub przygotował pod trybunami stadionu dla młodych adeptów futbolu. Chłopcy mieli tam całkiem niezłe warunki. Do ich dyspozycji oddano specjalne pomieszczenie do rozmów telefonicznych, pokój do relaksu, a nawet basen. Dobrze wyposażona była też kuchnia. Panowała dość swobodna, luźna atmosfera i nieraz się zdarzało, że poduszki i buty latały z jednego pokoju do drugiego. Wygłupy cichły dopiero, kiedy słychać było głos opiekana ośrodka, którym był mężczyzna o nazwisku Ochoa. Był on bratem Pedro, który przez całą karierę związany był Racingiem i jest jedną z legend klubu. Po roku swojego pobytu w Racingu Corbatta podpisał pierwszy w życiu zawodowy kontrakt. Nadal jednak mieszkał na stadionie. Pewnego popołudnia dwójka innych młodych zawodników Carlos Cantera i Ceferino Almendra weszła do jego pokoju, a ich oczom ukazał się niecodzienny widok. Od progu drzwi zobaczyli złożoną z banknotów o nominale stu peso ścieżkę, która prowadziła do łóżka, na którym zwykle spał Corbatta. Omar leżał rozmarzony z przymkniętymi oczami, paląc papierosa, a kiedy zobaczył kolegów powiedział im: zapłacili mi, chłopcy. Nie był przyzwyczajony do wydawania pieniędzy, bo nigdy wcześniej ich nie miał. Chcąc się nimi nacieszyć, wydawał je w różnych miejscach i nie przywiązywał do nich wielkiej wagi. Kiedy odbierał pensję, to zawsze potem musiał iść na zakupy w najlepszych sklepach w mieście. Jego ulubionym sklepem była Casa Noris, gdzie kupował koszule, spodnie i kurtki. Nigdy tych rzeczy nie prał, a po paru dniach rozdawał innym. Raz skusił się nawet na okrycie z wielbłądziej skóry, ale nigdy nawet go nie założył.
Spośród mieszkających w pokojach pod stadionem zawodników Corbatta najszybciej się uniezależnił. Lubił chodzić własnymi ścieżkami. Wychodził i wracał, o której chciał, nierzadko nad ranem. Zdarzało się też, że w ogóle nie wracał, ale wtedy najczęściej spał w domu swojego kolegi z zespołu Antonio Angelillo. Rodzina Antonio bardzo polubiła Corbattę i jeśli akurat w jakiś dzień nie mógł u nich zostać, to zawsze zapraszali go przynajmniej na posiłek. Corbatta był zawsze sam, a moja mama bardzo go kochała. Dlatego, że był bardzo dobrym facetem, bardzo spokojnym. Ponieważ nie miał z kim przebywać, często przychodził do mojego domu – wspominał po latach Angelillo. Często, kiedy wracał do ośrodka i już świtało, miał ze sobą paczkę ciasteczek z ciasta francuskiego kupionych w cukierni Confitería del Molino w centrum Buenos Aires. Budził wtedy kolegów i częstując ich słodkościami zapewniał, że są prosto z piekarnika. Trzeba było wstać i je zjeść, nie można było go ignorować, bo nalegał tak długo, aż wstałaś – mówił Cantera. Nocne życie nie zawsze jednak miało smak ciasteczek, ale coraz częściej również wina. Zdarzało się, że Corbatta wracał rano dość mocno wstawiony, a za parę godzin zaczynał się trening. Wtedy do akcji wkraczał Ochoa, który stawiał Omara na nogi. Wrzucał piłkarza pod prysznic, a sam w tym czasie przygotowywał mu kawę, do której dodawał popiołu z węgla drzewnego, co miało złagodzić skutki kaca. Alkohol w życiu zawodowych graczy nie był wówczas niczym nie zwykłym. Nikogo nie dziwił widok piłkarzy z kieliszkiem wina w jednej i papierosem w drugiej ręce. Poza tym Corbatta był młody i nawet jeśli odczuwał skutki nocnych wyjść, to jego organizm potrafił się szybko regenerować. Rok po jego debiucie nikt już nawet nie próbował z niego żartować. Czarował na prawym skrzydle i nic nie robił sobie z rywali. Kiedy przejmował piłkę, to praktycznie nie szło mu jej odebrać. Przesuwał się między przeciwnikami dzięki swoim szybkim, elektrycznym ruchom, przez co nigdy nie wiedzieli oni, w którą stronę ruszy Corbatta. „Loquito” Corbatta ma wszystko, żeby dołączyć do grona największych” – pisał o nim Carlos Fontanarrosa w El Gráfico z 8 listopada 1957 r.
9
@FCBparasiempre
11 marca 1936 r. urodził się Oreste Omar Corbatta, wybitny argentyński prawoskrzydłowy. Corbatta był postacią tyleż genialną, co tragiczną. Na boisku potrafił z piłką zrobić wszystko. Kiedy dostawał ją przy linii, to nie było sposobu, żeby mu ją odebrać. Imponował skutecznością z rzutów karnych, w ciągu całej swojej kariery przestrzelił z jedenastu metrów ledwie kilka razy. Potrafił też strzelać gole prosto z rzutów rożnych. Niejednokrotnie w swoich rajdach po skrzydle mijał rywali niczym slalomowe tyczki, czym wielu obrońców doprowadzał do rozpaczy. Doskonale umiał również obsłużyć kolegów podaniem, dzięki czemu zaliczał sporo asyst, których jednak nikt wówczas nie liczył. Był jednym z motorów napędowych genialnej argentyńskiej reprezentacji, która w 1957 r. na turnieju w Limie nie pozostawiła rywalom złudzeń, kto jest najlepszy na kontynencie. W 1958 r. na szwedzkich mistrzostwach świata Corbatta jako pierwszy Argentyńczyk trafiał do siatki przeciwników w każdym grupowym meczu. Czterokrotnie zostawał mistrzem Argentyny. Swoją grą potrafił tak zachwycać, że na jego mecze przychodzili nawet kibice innych drużyn, tylko po to, żeby zobaczyć go w akcji. Na szczycie nie utrzymał się długo, bo ledwie parę lat, ale wystarczyło to, żeby oczarować swoimi umiejętnościami rzesze kibiców. Do dzisiaj jest wymieniany w gronie najlepszych prawoskrzydłowych argentyńskiej piłki, a dla wielu tych, którzy widzieli go w akcji, na zawsze pozostanie tym największym. Jeśli w pierwszych dziesięcioleciach zorganizowanej gry w piłkę utrwaliła się idea osobistego stylu, wizerunek zwinnego, wolnego i cnotliwego piłkarza jako antyteza angielskiej szorstkości, to Corbatta był wyrazem tego mitu założycielskiego – pisał o nim w jego biografii Alejandro Wall. Miał jednak drugą twarz, tę, którą prezentował poza boiskiem. Był członkiem niezapomnianych Los Ángeles Carasucias, czyli brudnych aniołów, ale kiedy prześledzimy jego życiorys, to bardziej niż brudny będzie do niego pasować określenie upadły anioł. Napisałem chwilę wcześniej, że na szczycie nie utrzymał się długo – właściwsze jednak byłoby stwierdzenie, że tego szczytu nigdy nie osiągnął. Nigdy nie dowiemy się bowiem, gdzie by doszedł, gdyby w pełni mógł rozwinąć swój talent. Ten rozwój nie został jednak zahamowany przez kontuzję, wypadek czy tragedię. Corbatta przeszkodził sobie sam. Jeszcze jako młody człowiek zaczął z upodobaniem sięgać po szklaneczkę wina i później z czasem popadł w uzależnienie. Często określa się go jako argentyńskiego Garrinchę. Obaj panowie mieli wiele wspólnego. Kochali dryblować, pieścić i bawić się z piłką, ale równie mocno kochali nocne życie i alkohol. Obaj niestety też przedwcześnie odeszli z tego świata, nie mając przy sobie praktycznie niczego, oprócz wspomnień dawnych dni chwały. Pod koniec XIX i na początku XX wieku Argentyna była jednym z najszybciej rozwijających się państw świata. W 1910 r. zajmowała dziesiąte miejsce wśród najbogatszych krajów. Dynamiczny rozwój rolnictwa i infrastruktury sprawiał, że ciągle jeszcze młody kraj potrzebował rąk do pracy. Ludność Argentyny rosła wówczas o cztery procent rocznie. Kraj odpowiadał za siedem procent całego światowego transportu i połowę PKB całego kontynentu. Nic więc dziwnego, że rzesze Europejczyków w poszukiwaniu lepszego życia udawały się wówczas za ocean. Sporo wśród nich było Polaków, ale najwięcej Hiszpanów i Włochów. Osiedlaniu się w Argentynie sprzyjały rzecz jasna coraz wyższy standard życia, łagodny klimat i wsparcie władz. Decyzję o wyjeździe często przyspieszał brak perspektyw na polepszenie bytu w ojczyźnie. Tak było choćby w przypadku Włochów. Szacuje się, że w latach 1875-1928 z Włoch wyjechało 17 milionów ludzi. Obok Stanów Zjednoczonych i Brazylii to właśnie Argentyna była głównym celem ich podróży. Osiedliło się tutaj wówczas według różnych źródeł około czterech milionów Włochów. W efekcie liczba ludności Argentyny wzrosła z czterech milionów 1895 r. do prawie ośmiu w 1914 r. Wśród tych, którzy wybrali życie w kraju rozległych pampasów i wołowiny byli dziadkowie Corbatty ze strony ojca. Oreste Corbatta prowadził mały, przydomowy zakład szewski w położonym nad Adriatykiem sennym miasteczku Recanati w regionie Marché we Włoszech. Pewnego dnia razem z żoną Maríą podjął decyzję o wyjeździe do Ameryki. W trwającej ponad miesiąc podróży towarzyszyła młodemu małżeństwu dwójka ich dzieci – Santa i Gerónimo. Nie od razu jednak trafili do Argentyny. María była w ciąży i kiedy nadszedł czas rozwiązania, musieli zatrzymać się w Brazylii. Tam przyszło na świat ich trzecie dziecko, któremu dali na imię Américo. Oreste znalazł pracę na plantacji kawy, a niedługo później María ponownie zaszła w ciążę i urodziła jeszcze córeczkę Elisę. Trzy lata później wyruszyli do Argentyny. Rodzina osiedliła się w małej mieścinie Caseros, która dzisiaj nosi nazwę Daireaux. Corbatta znalazł tam zatrudnienie przy zbiorach pszenicy na polach Máximo Guastiniego, farmera, którego poznali poprzez przyjaciela. Kiedy wydawało się, że wreszcie znaleźli swoje miejsce i mogą spokojnie żyć, Corbattów spotkała tragedia. Oreste zmarł nagle w sierpniu 1909 r. Stało się to niedługo po przyjściu na świat trzeciego syna Alberto i na kilka miesięcy przed urodzeniem się trzeciej córki Orestiny. María została sama z szóstką dzieci. Najstarszy z rodzeństwa 14-letni wówczas Gerónimo, na którego wszyscy wołali Gino, podejmował się różnych zajęć, żeby pomóc matce. W końcu znalazł zatrudnienie na poczcie. Mimo że miał braki w edukacji spowodowane emigracją i przedwczesną śmiercią ojca, to dobrze sobie radził. Codziennie rano napełniał swoją torbę listami i przesyłkami i dopiero, kiedy wszystkie doręczył, mógł sobie pozwolić na odpoczynek. Kiedy stał się dorosły, to ożenił się z urodzoną Daireaux Isabelą Fernández. Była córką Pedro Fernándeza i Primitivy Díaz, choć od małego wychowywała się w domu lokalnego znachora. Zamieszkali na rogu dzisiejszych ulic Guglieri i Pellegrini, ale dzisiaj po ich domu nie ma nawet śladu. Małżeństwo doczekało się ośmiorga dzieci – czterech synów i czterech córek. Synowie nosili imiona Guillermo, Raúl i Juan Carlos, a córki Hilda, Isabel, Azucena i Griselda. 11 marca 1936 r. o godzinie 18:15 na świat przyszedł najmłodszy z nich – Oreste Osmar. W życiorysie Corbatty nie brakuje znaków zapytania. Wokół jego boiskowych i pozaboiskowych wyczynów przez lata narosło wiele mitów. Wątpliwości dotyczą także takich, wydawać by się mogło, prostych do ustalenia rzeczy, jak choćby pisownia imion piłkarza. Według hiszpańskojęzycznej Wikipedii Corbatta nosił imiona Orestes Osmar, anglojęzyczna z kolei podaje imiona Oreste Omar, podobnie jak argentyńskie „El Gráfico”, ale już na oficjalnej stronie Racingu przy nazwisku piłkarza widnieją imiona Oreste Osmar. W wielu innych źródłach oba imiona są zamieniane kolejnością a nierzadko bywa, że jest podawane tylko jedno z nich. Sam piłkarz nigdy się na ten temat nie wypowiadał i nikogo też nie poprawiał, jak się powinno do niego zwracać. Alejandro Wall, który w 2016 r. napisał książkę poświęconą życiu Corbatty, przypomniał w niej, że w 1999 r. dziennikarz Oscar Barnade opublikował na łamach gazety „Olé” akt urodzenia piłkarza. Z dokumentu, do którego również jemu udało się dotrzeć, jasno wynikało, że Corbatta otrzymał imiona Oreste Osmar. Jego imię było jednak rzadko zapisywane i z biegiem lat literka s mogła się gdzieś zagubić, dlatego też dla wielu kibiców pozostanie po prostu Omarem. Wall przytacza też zdanie, jakim podzieliła się z nim jedna z krewnych piłkarza Clelia. Według niej Oreste i María, kiedy wypływali z Włoch nazywali się nie Corbatta, ale Corvatta. Po dotarciu do Brazylii podczas wypełniania urzędowych dokumentów, gdzieś musiał się wkraść błąd, którego Oreste z powodu swojego analfabetyzmu nie mógł zauważyć. Wersję tę uwiarygadnia fakt że nazwisko Corvatta jest dość popularne we włoskiej prowincji Macereta, skąd dziadkowie Omara wyruszyli w poszukiwaniu lepszego życia. O swoich najmłodszych latach Corbatta wypowiadał się bardzo rzadko lub wcale. Nie zachowało się wiele informacji na temat jego dzieciństwa a wielu z tych, którzy mogliby coś pamiętać, już nie żyje. Z napisanej przez Walla książki „Corbatta: El wing”, w której autor rozprawia się z wieloma mitami i która była bardzo pomocna podczas pracy nad tym tekstem, dowiadujemy się, że mały Omar mógł tylko pomarzyć o beztroskim i szczęśliwym dzieciństwie. Już jako maluch musiał się zmierzyć z tragedią, jaką z pewnością dla kilkuletniego chłopca była niespodziewana śmierć ojca. Nie zachował nawet zbyt wielu wspomnień z Gerónimo.
Kiedy po latach próbował się wyrwać ze szpon nałogu, szukając przyczyn uzależnienia, wrócił myślami do czasów, gdy mieszkał z rodzicami w Daireaux. Pamiętał stamtąd właściwie tylko jedno – jak ojciec siadał przy stole, żeby napić się wina, brał małego Omara na kolana i częstował go alkoholem, mimo że chłopiec nie miał nawet pięciu latek. Niedługo po śmierci męża w 1941 r. Isabela zdecydowała się wyjechać z Daireaux. Razem z dziećmi przeniosła się do położonego 400 kilometrów na północny-wschód miasta La Plata. Najstarszy z jej synów, Guillermo, znalazł pracę w miejscowej fabryce, a pozostali dwaj chcieli dostać się do policji. Omar był oczywiście za mały, żeby móc normalnie pracować, ale mimo to starał się, jak mógł, żeby choć trochę pomóc matce. Rodzina zamieszkała w „barrio La Loma”, gdzie żyła bardzo skromnie, a budynek, który służył im za dom, z wyglądu przypominał stary magazyn i nie miał nawet drzwi. Mieszkaliśmy kilka przecznic dalej i widywaliśmy Omara chodzącego każdego dnia z koszami owoców i warzyw w rękach oraz z czosnkiem zwisającym mu z ramion. Sprzedawał je na ulicy. Zbierał też butelki, żeby wymienić je na trochę drobnych. Robił wszystko, żeby pomóc mamie – wspominała kuzynka Corbatty Alicia Matas. Isabel, żeby zapewnić dzieciom byt, prała i sprzątała w domach innych ludzi. Praktycznie nie utrzymywała kontaktów z resztą rodziny i została zapamiętana jako osoba dość ponura i posępna. Trudno się dziwić, bo przecież życie jej nie rozpieszczało. Corbatta pod tym względem był do niej podobny. Kuzynostwo wspomina go jako wycofane, zamknięte w sobie dziecko. Nawet kiedy przechodził koło domu ciotki Orestiny, która próbowała zapraszać go na herbatę i ciasteczka, mały Omar nie reagował, tak jakby świat zewnętrzny zupełnie nie istniał. Opuszczał głowę tak, jakby się wstydził. Był smutnym chłopcem – mówiła po latach Alicia o swoim kuzynie. Bardzo szybko zakończył też edukację. Już w drugiej klasie musiał zrezygnować ze szkoły, żeby pomóc w dystrybucji chleba, jak wspominał w jednym z wywiadów. Nie zdążył się nauczyć ani pisać ani czytać, co w przyszłości będzie dla niego sporym powodem do wstydu. La Plata dla dorastającego Omara nie była wymarzonym miejscem do życia. Jednak to właśnie w tym mieście odnalazł jedną z niewielu rzeczy, z której mógł czerpać radość. To w La Placie zaczął grać w piłkę, która szybko stała się jego całym światem. Na boisku był zupełnie inny – nie chodził już z opuszczoną głową. Krewni mówili o nim, że już od małego dużo się ruszał i był bardzo wygimnastykowany. Swoje pierwsze piłkarskie kroki Corbatta stawiał na pustych parcelach w sąsiedztwie. Zawsze pamiętał, gdzie zaczynał i podkreślał, że to w czasie ulicznych gier toczonych w okolicach skrzyżowania 17. z 36. ulicą sam, bez niczyjej pomocy uczył się futbolowego abecadła. Grywał na boso, bo nie stać go było choćby na tenisówki. Praktycznie z nikim nie rozmawiał i nic nie mówił. Odzywał się tylko wtedy, kiedy prosił o piłkę. W wywiadzie, którego udzielił w 1980 r. Rodolfo Braceliemu, powiedział, że gra na takich wyjałowionych, pokrytych kurzem boiskach była dużo przyjemniejsza, niż występy na najlepszej murawie. Kiedy dziennikarz zapytał go, dlaczego tak uważa, Corbatta odpowiedział: ,,Bo kiedy kurz unosi się z ziemi, to możesz ukryć w nim piłkę tak, że żaden Bóg jej nie znajdzie.” Pierwszym klubem, którego barwy reprezentował Corbatta był założony w bliskim sąsiedztwie Peñarol. To w tym małym klubiku, którego siedziba znajdowała się tylko jedną przecznicę od jego domu, zaczął występować jako prawoskrzydłowy. W La Placie działały wówczas dwa naprawdę wielkie kluby – Estudiantes i Gimnasia y Esgrima. Corbatta był kibicem pierwszego z nich i marzył, żeby kiedyś zagrać w ich barwach. Kiedy mecze Peñarolu kolidowały ze spotkaniami Estudiantes, Corbatta nie wahał się i wolał oglądać w akcji swoich idoli, zajmując miejsce w górnym rzędzie na trybunie studenckiej. Z tego też względu dla swojej drużyny najczęściej występował w meczach, które rozgrywano rano. W tych popołudniowych brał udział tylko wtedy, kiedy Estudiantes grało na wyjeździe.
7
Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Sysia11
0
@turhiay No Newcastle z pewnością! Ale Atletico już niekoniecznie, nie mówiąc już o Arsenalu. Zresztą wogóle mamy dużego farta w losowaniu bo taki Bayern przejechałby się po nas że nie byłoby co zbierać!
14
Rewanż z przytupem!
11 marca 2009 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Olimpique Lyon 5:2 w 1/8 Ligi Mistrzów. W pierwszym meczu na Stade Gerland Barça wywiozła cenny remis 1:1. Natomiast rewanż był meczem spektakularnym a dla Henry’ego, który strzelił 2 gole i zaliczył dwie asysty, bodaj najlepszym w katalońskim okresie jego kariery. Prasa pisała po meczu że Blaugrana jest jedyną ekipą, która w tym sezonie może stawić czoła angielskiej dominacji na kontynencie. Sylvinho powiedział zaś w rozmowie ze stroną klubową: „Naszym celem jest potrójna korona. Nie będzie mowy o oszczędzaniu sił. Chcemy wygrać wszystko”. Kości zostały rzucone.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
13
Europejskie trofea:
11 marca 1998 r. FC Barcelona zdobyła swój pierwszy tytuł pod wodzą Luisa van Gaala a był nim Superpuchar Europy. Uczyniła to w rewanżowym meczu z Borussia Dortmund na Westfalenstadion remisując 1:1. W pierwszym meczu na Camp Nou Barça wygrała 2:0(gole zdobyli Luis Enrique i Rivaldo z karnego), natomiast w rewanżu trafił Giovanni. To był ostatni Superpuchar rozgrywany systemem mecz i rewanż. To był również ostatni sezon Pepa Guardioli, który jednak nie występował w dwumeczu o Superpuchar.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
13
O takich legendach Blaugrany warto a nawet trzeba pamiętać:
11 marca 1935 r. urodził się Eulogio Martinez, Paragwajczyk, jeden z najlepszych napastników w historii FC Barcelony. Cechowała go nie tyle skuteczność co boiskowa gracja a największym atutem Paragwajczyka była z pewnością łatwość zdobywania sobie pozycji strzeleckich. W granatowo-bordowych barwach występował przez 6 sezonów, w których zdobył 168 goli w 225 meczach. Eulogio jest pierwszym strzelcem gola na Camp Nou, w meczu otwarcia stadionu z reprezentacją Warszawy 24 września 1957 r. Ponadto warto również pamiętać że Martinez strzelił 7 goli(!) w meczu Copa del Rey przeciwko Atletico Madryt 1 maja 1957 r. zakończonym zwycięstwem 8:1! Wówczas przyćmił samego Kubale, który również swego czasu(10.02.1952) strzelił 7 goli w jednym meczu.
@Safrani
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
0
@ShawnC No i to właśnie chciałem przez to powiedzieć! Mało tego! Nawet z tak wysoko ustawioną linią defensywną(jaka by nie była silna) nie da się na arenie europejskiej daleko zajść a już napewno nie zdobyć Ligi mistrzów! Za to odpowiada trener a ten trener nie do końca mi się podoba...
11
Teatr ,,Novedades”:
Jedną ze sztuk teatralnych pokazywanych w ,,Novedades”, jak powszechnie nazywano teatr była ,, L' honor del barri". Jej autorem był rysownik i satyryk Valenti Castanys i Borras, który firmował tekst pseudonimem ,, Dova". Wystawienie sztuki było częścią kampanii zorganizowanej przez tygodnik ,, La Rambla" na rzecz byłego piłkarza Marii Martineza Vallesa, w futbolowym świecie znanego jako ,, Rini", który zrządzeniem losu urodził się przy ulicy Industria, tuż przed stadionem FC Barcelony. Ten prawoskrzydłowy grający w takich klubach jak New Catalonia, Barça, Espanyol, Saragossa i Centre d'Esports Sants, doznał bardzo poważnej kontuzji kręgosłupa. Zmusiło go to do zakończenia przygody ze sportem a to z kolei spowodowało że wpadł w depresję. Wiedząc jak duże problemy finansowe miał Rini, jego koledzy z CE Sants odwiedzili Josepa Sunyola, wydawcę ,,La Rambli”, prosząc o pomoc. Żeby zdobyć pieniądze wpadli na pomysł zorganizowania spektaklu teatralnego. Skontaktowali się z Castanysem, który w 1925 roku w teatrze ,,Romea” miał premierę swojej sztuki ,, El partit diumenge"(Niedzielny mecz) aby specjalnie na tę okazję napisał tekst. Poza tym wielu piłkarzom zaproponowano udział w przedstawieniu w roli aktorów. Po kilku zamkniętych próbach 11 marca 1930 roku w ,,Casal del Esports’’ odbyła się premiera sztuki reżyserowanej przez Ramona. Sprzedano wszystkie bilety. W spektaklu wystąpili piłkarze: Ricardo Gallart, Manel Cros, Angel Arocha, Ricardo Zamora, Manuel Parera, Francesc Alcoriza, Vicenc Piera, Josep Samitier i Jose Padron. Udział wzięli również dziennikarze, jak Louis Aymani a nawet dyrektorzy Katalońskiej Federacji Piłkarskiej, w tym Salva czy Sunyol we własnej osobie. Do tego dobroczynnego przedstawienia dołączyły też zawodniczki z sekcji koszykarskiej Barçy Anita Gonzalez i Lina Vivarelli, które zagrały postaci kobiece. Dzięki wpływom z przedstawienia oraz anonimowym darowiznom uzbierano ponad 5000 peset dla Riniego. Byłemu piłkarzowi udało się dojść do siebie i niedługo potem zaczął pracować jako dozorca w centrum klinicznym Mutual Esportive de Catalunya, założonym w 1930 roku przez chirurga z Sabadel Emilego Moragasa i Ramireza, który w 1928 roku zajmował stanowisko doradcy FC Barcelony a w latach 1923-1929 był prezydentem klubu CE Sabadell. Jeśli chodzi o teatr, w którym odbył się Festiwal Pro-Rini, to działał on też w czasie wojny domowej. Ciągle wystawiano w nim opery aż w 1938 roku pożar wywołany bombardowaniem zniszczył lokal. Budynek był ruiną do 1953 roku, kiedy to odnowiła go firma ,,Teatro Novedades S.A”. Podczas święta ,,Festes de la Merca” w 1959 roku na nowo zaczął funkcjonować jako sala widowiskowa aż rok później, z inicjatywy ,,Grup Balana” został zamieniony na kino które mogło pomieścić 1600 widzów. Ta Grupa Inwestycyjna ożywiła także przyległy budynek znany jako ,,Palacio Novedades”, organizując w nim wiele widowisk a poza tym zbudowała też teatr Hotel Barcelona, będący dziełem Francesca Mitjansa i Miro, jednego z Architektów Camp Nou, kuzyna prezydenta Barçy Francesca Miro Sansa. W 1992 roku ,,Novedades” na powrót zaczął funkcjonować jako teatr, mimo że nadal wyświetlano w nim filmy. Wreszcie w maju 2006 roku budynek został definitywnie zamknięty wraz z ostatnim przedstawieniem grupy ,,La Cubana”, która wystawiła spektakl ,,La Cubana 25 anys".
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
0
Czy można być zadowolonym z remisu w pierwszym meczu Ligi Mistrzów na wyjeździe? Ależ owszem! Gdyż sprawe awansu rozstrzygniemy na własnym boisku. Natomiast czy można być zadowolonym z remisu z przeciwnikiem pokroju Newcastle a nie na przykład przeciwnikiem pokroju Bayern Monachium? Wnioski? Mogą być ciekawe w dalszej perspektywie tejże Ligi Mistrzów...
6
Mecz na St James Park wiele wyjaśni w kwestii tego czy mamy wogóle czego szukać w Lidze Mistrzów? Nie mam wątpliwości że gdy zremisujemy a nawet przegramy pierwszy mecz, to z pewnością odrobimy straty z pierwszego starcia. Tyle tylko że porażka z tak przeciętnym przeciwnikiem w Lidze Mistrzów będzie świadczyła, ni mniej, ni więcej o tym że nie stać będzie Barce na wielkie rzeczy w tej edycji Ligi Mistrzów. No to popatrzmy na co stać Hansiego Flicka, tak bardzo wychwalanego przez nas...
10
@FCBparasiempre
Fernando Peyroteo, bo o nim mowa, urodził się w Humpata w Angoli 10 marca 1918 r. Był synem białych osadników a jego nazwisko Peyroteo wzięło się od jego dziadka ze strony ojca, który był pochodzenia hiszpańskiego. Młody chłopak okazał się wszechstronnym sportowcem. Od wczesnych lat uprawiał wiele dyscyplin. Zaczął grać w piłkę w lokalnych klubach w Angoli, w tym w Sporting Clube de Luanda, który był luźno powiązany ze Sportingiem z Lizbony. W 1937 r. Jego rodzina przeprowadziła się do Lizbony z powodu złego stanu zdrowia jego matki. W stolicy Portugalii swoje pierwsze kroki 19-letni Fernando skierował do Sportingu. Nie marnował czasu i już w pierwszym meczu treningowym strzelił hat-tricka. Ówczesny trener Sportingu József Szabó natychmiast zorientował się, jak ogromny talent mu się trafił i bez żadnej pisemnej umowy, opierając się tylko na słownych ustaleniach, zaproponował mu grę w barwach Lwów. Szabo trenował z nim cztery razy w tygodniu, choć pozostali gracze mieli takie treningi tylko dwukrotnie. Mimo że później otrzymywał lepsze finansowo oferty m.in. z Porto, pozostał wierny Sportingowi przez całą karierę. On nigdy by nie zagrał dla Benfiki czy FC Porto. Dla niego barwy w których grał były święte. Tak mówił w wywiadzie dla „Jornal Sporting” jego syn. W swoim pierwszym oficjalnym meczu, 12 września 1937 roku, zdobył dwa gole w wygranym 5:3 meczu z Benfiką. Jak się potem okazało, był to początek wyjątkowej kariery. Po tym spotkaniu dziennikarze tak opisywali jego grę: ,,Jest doskonale zbudowanym fizycznie, szybkim graczem i bez wysiłku dochodzi do pozycji strzeleckich. Peyroteo nie pokazał żadnych nerwów w swoim debiucie, co pokazują dwa zdobyte gole”. Filmy które zachowały się z tamtych czasów, pokazują Peyroteo jako kompletnego napastnika. Był szybki, świetnie dryblował, grał równie dobrze obiema stopami. Nie była dla niego problemem również gra głową. Co ważne, był bardzo inteligentnym graczem a to pozwalało mu również organizować ustawienie zespołu, gdy cofał się i grał na pozycji obecnie określanej jako „10”. Zawsze uważał, że zespół to suma indywidualności: ,,Dobre zespoły, bez dobrych zawodników, moim zdaniem nie istnieją”- pisał tak w swoich wspomnieniach. Jego pełen profesjonalizm widać po tych słowach: ,,Przed meczami interesowałem się defensywą, z którą miałem się zmierzyć. Czy szybko reaguje? Czy dobrze radzi sobie w pojedynkach o piłkę? Czy piłkarze równie dobrze grają obiema stopami, czy może mają jedną lepszą od drugiej? Czy zamykają oczy gdy skaczą do piłki? Czy grają technicznie czy siłowo? Zawsze próbowałem wykorzystać ich słabości.”
Jego najsłynniejszy mecz to spotkanie z Benfiką, decydujące o mistrzostwie w sezonie 1947/1948. Aby wyprzedzić w tabeli lokalnego rywala, Sporting musiał wygrać trzema golami. Peyroteo zdobył cztery bramki w 34 minuty, dzięki czemu Sporting wygrał 4:1 i na zakończenie sezonu zdobył mistrzostwo Portugalii. Niestety na arenie międzynarodowej nie osiągnął takich sukcesów, jak w klubie. II wojna światowa zabrała mu wiele najlepszych lat. W tym czasie Portugalia była ograniczona do grania spotkań z innymi neutralnymi krajami, Hiszpanią i Szwajcarią. Peyroteo zagrał w 20 meczach dla Portugalii i strzelił w nich 15 goli. Nigdy nie wystąpił na mistrzostwach świata. Jego trener ze Sportingu, Cândido de Oliveira, określił go najlepiej: Był maszyną strzelającą bramki. Statystyki z tego okresu są często niewiarygodne, głównie z powodu włączenia lub wyłączenia klubowych meczów towarzyskich. Jednak oficjalne dane Sportingu wpisują mu niesamowite 544(!) gole w 327 meczach dla klubu. Wygląda to jeszcze bardziej imponująco, gdy te liczby są podzielone. Zdobył 332 gole w 197 meczach w lidze portugalskiej, co daje mu średnią 1,68 gola na mecz! Wprawdzie wyprzedza minimalnie Eusébio (320) i Fernando Gomesa (319), ale bije ich na głowę, gdy liczymy bramki strzelane na mecz. Być może strzelił ich najwięcej, bo aż 693(!) we wszystkich rozgrywkach i meczach towarzyskich, wszystkie tylko dla jednego klubu. W sezonie 1946/1947 Sporting zdobył niesamowite 123 gole(!) w zaledwie 26 meczach na drodze do zwycięstwa w lidze. To był najlepszy sezon Peyroteo, który zaliczył 43 trafienia w zaledwie 19 meczach ligowych. Ten rekord trwał do czasu, aż inny zawodnik Sportingu, Argentyńczyk Hector Yazalde, zdobył 46 bramek w sezonie 1973/1974, ale on potrzebował do tego 29 meczów. Inne osiągnięcia Peyroteo są również niewiarygodne. Strzelił dziewięć goli w jednym pojedynku z Leça FC w 1942 roku, co wciąż jest rekordem ligi portugalskiej. W 1948 roku zdobył z kolei osiem goli w starciu z Boavistą. Po sześć goli w meczu strzelał trzykrotnie, a po pięć aż dwunastokrotnie! Był także pierwszym, który strzelił 5 goli w dwóch kolejnych spotkaniach . Miało to miejsce w 1942 roku. To sześciokrotny król strzelców ligi portugalskiej. Ze Sportingiem zdobył osiem mistrzostw Lizbony, sześć mistrzostw Portugalii i cztery puchary krajowe.
W tamtym czasie nie było Pucharu Europy ani innych ogólnoeuropejskich rozgrywek, co uniemożliwiło Peyroteo pokazanie swoich umiejętności szerszej widowni. To też tłumaczy dlaczego jest tak mało znany poza Portugalią. Po wygraniu trzeciego z rzędu tytułu mistrzowskiego w sezonie 1948/1949, zdecydował się przejść na emeryturę. W swoim ostatnim meczu ligowym strzelił hat-tricka przeciwko Orientalowi a spotkanie skończyło się wynikiem 8:0. 25 września 1949 roku Peyroteo zagrał swój ostatni mecz w barwach Sportingu, wygrany 2:1 z Atletico Madryt. Przed tysiącami Sportinguistas, Fernando Peyroteo tak uzasadniał zakończenie kariery w wieku zaledwie 31 lat: Byłem żołnierzem w szeregach narodowego sportu, a żołnierz nigdy nie uchyla się od obowiązków, niezależnie od okolicznościach! Odtąd jednak uznaję, że jestem starym żołnierzem… Nie potrafię sprostać wymaganiom zawodowego piłkarza, który chce zachować formę, być przydatny dla swojego klubu i sposobu w jaki trenuje. Kiedy wchodzę na boisko, mam ochotę grać, ale po kilku kopnięciach piłki czuję niewytłumaczalną irytację. Po zakończeniu kariery wrócił na pewien czas do Angoli ale w 1961 roku powrócił do Portugalii, by poprowadzić reprezentację kraju, jednak po kompromitującej porażce 2:4 z Luksemburgiem został zmuszony do odejścia. Niedługo potem w meczu oldboyów odniósł kontuzję, która spowodowała operację i trzeba było amputować mu nogę. Fernando Peyroteo zmarł na atak serca 28 listopada 1978 r., w wieku 60 lat. Na zawsze jednak pozostał najlepszym piłkarzem w historii Sportingu.
7
Zapomniany genialny snajper:
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
12
Co się wydarzyło, że FC Sevilla pokonała Real Betis 22-0(!) w 1918 roku?
Niewiarygodne ale stało się! Sevilla FC pokonała Real Betis Balompié 22:0! 10 marca 1918 roku. Jednak ta straszliwa i skandaliczna porażka ma swoje wytłumaczenie. W 1918 roku Mistrzostwa Ligi Narodowej, jakie znamy dzisiaj, jeszcze nie istniały (powstały w sezonie 1928-1929). W tamtym czasie najważniejszym tytułem na szczeblu krajowym był Puchar Hiszpanii, który powstał w 1903 roku i rozgrywali w nim mistrzowie wszystkich turniejów regionalnych. W Andaluzji dominującą drużyną była Sevilla FC, regularny uczestnik hiszpańskiej ekstraklasy. Balompié, jak wówczas nazywano Real Betis, miało nadzieję zakończyć dominację Sevilli w tym roku. Remis między tymi dwoma drużynami zakończył się zwycięstwem Sevilli 3:2 w pierwszym meczu rozegranym na „El Mercantil” a rewanż na „La Enramadilli”, domowym boisku Betisu, zakończył się wynikiem 3:1 dla zielono-białych . Jednak wówczas bramki z obu meczów nie były brane pod uwagę; liczyło się tylko jedno zwycięstwo każdej drużyny, więc konieczne było rozegranie trzeciego meczu „tie-breakowego”. Ale skupmy się na meczu rewanżowym, który Betis wygrał, bo to on był katalizatorem wszystkiego. Trybuny były pełne a atmosfera była wyjątkowo nieprzyjazna dla Sevilli, do tego stopnia, że piłkarz gości został zaatakowany nożem przez kibica Betisu. Wiadomość wywołała spore poruszenie a gazety donosiły o niej: „…korzystając z przybycia pracownika Sevilla FC, kibic brutalnie go uderzył, chwytając bezbronnego zawodnika. Wkrótce potem inny kibic wystąpił z nożem i kijem i zaatakował Péreza…”. Informacja została opublikowana w „Corane Chronicle”. W tej sytuacji konieczne było podjęcie działań, na które nie trzeba było długo czekać. Kapitan generalny Andaluzji, Don José Ximénez de Sandoval, bohater wojenny z Kuby, postanowił, że żaden żołnierz nie powinien grać w tych okolicznościach.
Real Betis, którego kilku zawodników odbywało służbę wojskową w Sewilli, był w niekorzystnej sytuacji z powodu tej decyzji i nie wystawił kilku swoich najlepszych zawodników. To rozwścieczyło zarząd Betisu, który zdecydował się wystawić swoją młodzieżową drużynę w decydującym meczu tie-breakowym. Po wyjściu na boisko piłkarze Sevilli, zaskoczeni obecnością dzieci w drużynie przeciwnej, postanowili grać tak, jakby nic się nie stało. To doprowadziło do szokującego wyniku. Co więcej, wygląda na to, że dzieci z drużyny Balompié otrzymały polecenie uderzania przeciwników, co doprowadziło do kilku wykluczeń z meczu. Po tylu latach wciąż istnieją kontrowersje wokół szczegółów tego, co się naprawdę wydarzyło. W każdym razie jasne jest, że rywalizacja między Sevillą a Realem Betis ma głębokie korzenie i jeszcze bardziej się zaostrzyła po tym, jak Sevilla pokonała Betis 22:0.
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
17
Po prostu geniusz!
10 marca 2007 r. Lionel Messi po raz pierwszy w karierze ustrzelił hattricka i to w El Clasico! To był pierwszy Klasyk Argentyńczyka na Camp Nou, zakończony remisem 3:3. Goście trzykrotnie wychodzili na prowadzenie, jednak za każdym razem Messi wyrównywał. Po raz trzeci uczynił to w ostatniej minucie meczu gdy Blaugrana grała osłabiona brakiem Oleguera, wyrzuconego z boiska jeszcze w pierwszej połowie.
To trzeba zobaczyć jeszcze raz:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
11
Ku pamięci wybitnych legend Blaugrany:
10 marca, roku 1999 odbył się mecz w hołdzie wielkiemu Johanowi Cruijffowi. Duma Katalonii pokonała w tym meczu 2:0 zespół złożony z piłkarzy ,,Dream Teamu”(między innymi Zubizarreta, Koeman, Bakero, Begiristain, Stoiczkow, Laudrup czy Salinas) oraz gwiazd futbolu( wystąpili chociażby Mario Jardel czy Eric Cantona). Spotkanie oglądał komplet widzów na Camp Nou.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
11
Trofea Blaugrany:
10 marca 1993 r. FC Barcelona zdobyła Superpuchar Europy pokonując w rewanżowym meczu na Camp Nou Werder Brema 2:1. Gole dla Barçy zdobyli Stoiczkow i Goikoatxea. Był to pierwszy zdobyty Superpuchar w historii Blaugrany. Oczywiście Dume Katalonii prowadził wówczas nie kto inny jak sam Johan Cruijff.
Przypomnijmy:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
3
@fcbarcafan19 To prawda, pod koniec gry u nas potrafił być bardzo irytujący ale jednak za całokszałt należą mu się gratyfikacje i wypadałoby zawsze pamietać o nim...
15
Feliz cumpleaños Ivanie! 38 lat kończy dziś Ivan Rakitič, wszystkim cules bardzo dobrze znany pomocnik. Dziękujemy za wszystkie chwile radości i poświęcenie dla Dumy Katalonii. Bywaj zdrów!
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
6
No i teraz w końcu po pracy wypije(i to pomimo postu!) za urodzinowe mojego wspaniałego napastnika murzynka Samuela!
Za Ivana Rakiticia również!
15
Feliz cumpleaños sympatyczny murzynku Samuelu! 45 lata temu urodził się Samuel Eto’o Fils, mój ulubiony napastnik Barcuni. Przy tej okazji chciałbym tylko dodać że po przybyciu do Barçy latem 2004 r. Eto’o i Deco, zakochałem się w Dumie Katalonii na amen! Już rok wcześniej, kiedy grał Ronaldinho sympatyzowałem z Blaugraną lecz nie miałem możliwości oglądania jej, jedynie śledziłem wyniki na telegazecie. Najbardziej właśnie uwielbiałem Eto’o, Ronaldinho i Puyola. Dopiero po pewnym czasie doceniłem wartość Xaviego, Iniesty czy choćby Marqueza. To były cudowne, niemal beztroskie czasy…
Kameruńczyk Samuel Eto'o, groźny środkowy napastnik, uważany jest za jednego z najlepszych piłkarzy na świecie w latach 2000-cznych. W latach 2003, 2004, 2005 i 2010 był zdobywcą Złotej Piłki Afryki. Jest utalentowanym strzelcem i chwalono go również za jakość gry zespołowej. Samuel Eto'o Fils urodził się 10 marca 1981 roku w Duala w Kamerunie. Ukończył szkolenie piłkarskie w „Kadji Sports Academy” w Duali. W wieku piętnastu lat, grając w UCB Douala, kameruńskim klubie drugiej ligi, błyszczał w Pucharze Kamerunu: jego błyskotliwe ataki i zadziwiająca pewność siebie urzekały obserwatorów. Skontaktowali się z nim już skauci prestiżowego Realu Madryt i w 1996 roku podpisał kontrakt z klubem „Merengue”. Jednak występy tego młodego kandydata nie były przekonujące i w sezonie 1997-1998 został wypożyczony do CD Leganés, klubu grającego w drugiej lidze hiszpańskiej. W 2000 roku Kameruńczyk został wypożyczony do innego hiszpańskiego klubu, Realu Mallorca. Eto'o od razu zyskał sympatię zarządu klubu, który wykupił jego kontrakt za 4,4 miliona euro. Ten transfer jest najdroższym w historii Realu Mallorca. Samuel Eto'o kwitł na Majorce; został najskuteczniejszym strzelcem swojej drużyny a w 2003 roku zdobył z nią Puchar Króla. Jednakże Real Mallorca, ze względu na brak środków finansowych, nie może rywalizować z dużymi europejskimi klubami. W 2004 roku Samuel Eto'o został uwiedziony przez potężny klub FC Barcelona. W koszulce Blaugrany Eto'o stanie się gwiazdą światowego formatu. Wygrał Mistrzostwo Hiszpanii w 2005 i 2006 roku(był wówczas najskuteczniejszym strzelcem La Liga). Przede wszystkim w 2006 roku wygrał Ligę Mistrzów: w finale, na Stade de France w Saint-Denis, przeciwko angielskiemu klubowi Arsenal, strzelił jednego z dwóch goli zapewniających zwycięstwo Dumie Katalonii 2:1. W sezonach 2006-2007 i 2007-2008 jego karierę zahamowały kontuzje. Jednak sezon 2008-2009 był dla Eto'o i FC Barcelony pasmem wielkich osiągnięć. W ataku stworzył wraz z Francuzem Thierrym Henrym i Argentyńczykiem Lionelem Messim wyjątkowe trio. Barça oczarowała Europę olśniewającą grą w piłkę nożną a niemal każdy występ drużyny nosi znamiona geniuszu. Z katalońskim klubem Eto'o osiągnął nieprawdopodobny sukces: zdobył mistrzostwo Hiszpanii, Puchar Króla i przede wszystkim, po raz drugi, wygrał Ligę Mistrzów; W finale tych rozgrywek, na Stadionie Olimpijskim w Rzymie strzelił pierwszego z dwóch goli dających zwycięstwo FC Barcelonie nad Manchesterem United (2:0). Jednak świat piłki nożnej jest pełen niespodzianek: trener Blaugrany Josep Guardiola nie zamierzał uczynić Samuela Eto'o jednym z filarów swojego zespołu w sezonie 2009-2010. Kameruńczyk dołączył do Interu Mediolan, gdzie od razu zyskał sympatię kibiców na stadionie Giuseppe Meazzy. Portugalski trener Interu, José Mourinho, wyznaczył mu nową rolę: grał głównie na pozycji napastnika, u boku Argentyńczyka Diego Milito. Doceniany przez wszystkich kolegów z drużyny i chwalony za bezinteresowność, Samuel Eto'o był jednym z architektów triumfu Interu w 2010 roku: klub zdobył Mistrzostwo Włoch, Puchar Włoch a przede wszystkim Ligę Mistrzów, pokonując w finale Bayern Monachium (2:0), notując przy tym wyjątkowy hat-trick. Latem 2011 roku Samuel Eto'o opuścił Inter Mediolan, by dołączyć do rosyjskiego klubu Anży Machaczkała, gdzie otrzymywał ogromną pensję (20 milionów euro rocznie). W sierpniu 2013 roku opuścił rosyjski klub, który zmagał się z problemami finansowymi, i dołączył do Chelsea (Anglia). W sierpniu 2014 roku podpisał kontrakt z innym angielskim klubem, Evertonem. Na początku 2015 roku podpisał kontrakt z nowym klubem, Sampdorią Genoa, ale we Włoszech spędził tylko kilka miesięcy. Następnie dołączył do klubu Antalyaspor (Turcja).
W reprezentacji Kamerunu Samuel Eto'o zadebiutował w 1997 roku. Na Mistrzostwach Świata we Francji w 1998 roku brał udział anonimowo (nie znalazł się w podstawowym składzie i Kamerun odpadł w pierwszej rundzie). W 2000 roku zdobył Puchar Narodów Afryki (CAN) z drużyną Indomitable Lions. Podczas tych zawodów strzelił cztery gole, w tym jednego w finale przeciwko Nigerii (2-2, 4 strzały na bramkę do 3). W tym samym roku, w Sydney, został wraz ze swoimi młodymi kolegami z drużyny mistrzem olimpijskim. W finale w przerwie Kamerun prowadził z Hiszpanią (2-0); ale ona się podnosi i wyrównuje (Eto'o strzela drugiego gola); Po serii rzutów karnych Kamerun zdobył złoty medal. W 2002 roku Indomitable Lions ponownie wygrali CAN. Natomiast w tym samym roku na Mistrzostwach Świata w Korei Południowej i Japonii Kamerun, który zajmował trzecie miejsce w grupie za Niemcami i Irlandią, odpadł już w pierwszej rundzie. W 2008 roku podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej Kamerun uległ w finale Egiptowi (1-0). Eto'o z kolei strzelił pięć goli podczas turnieju. Następnie w CAN strzelił szesnaście goli, stając się najskuteczniejszym strzelcem w historii tych rozgrywek. W 2010 roku Kamerun odpadł w ćwierćfinale CAN i w pierwszej rundzie Mistrzostw Świata w RPA. Dla reprezentacji i Samuela Eto'o niepowodzenia goniły koleje losu: Kamerun nie zakwalifikował się do Pucharu Narodów Afryki 2013 a na Mistrzostwach Świata 2014 w Brazylii odpadł już w pierwszej rundzie. W sierpniu 2014 roku Samuel Eto'o ogłosił zakończenie kariery reprezentacyjnej.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Bernard777 A co oznacza Murcki Kostuchna. Czyżby dzielnica?
11
@FCBparasiempre
Z perspektywy czasu, Juan Sebastian Veron, który obchodzi dzisiaj swoje urodziny, swoją grą potrafił zachwycać we Włoszech i Argentynie. Mimo średnio udanej męczarni na Wyspach Brytyjskich, tam też nie przepadł kompletnie. Jednak jak sam wielokrotnie podkreślał Italia to miejsce odpowiednie do niego. Całą opowieść o dzisiejszym jubilacie, trzeba chyba zacząć od ojca Juana Ramona Verona, który przez lata występował jako napastnik, czterokrotnie grając w reprezentacji Argentyny, spędzając większość swojej kariery w Estudiantes La Plata. Zaliczył też trzyletni epizod w Panathinaikosie Ateny. Gdy w 1975 roku na świat przyszedł jego syn, Juan Ramon wrócił do Estudiantes a następnie trzy sezony spędził w Kolumbii i znów wrócił do La Platy, miasta położonego kilkadziesiąt kilometrów od Buenos Aires. Co ciekawe, gdy rodził się jego syn, on akurat rozgrywał mecz, bo trener nie chciał go tracić i nie przekazał zawodnikowi o tak ważnym momencie w jego życiu. Młody Juan Sebastian od razu miał więc lepsze wejście do ekipy „Lwów”, gdzie na treningi zaprowadził go ojciec, przez kolejne lata czynnie uczestniczący w życiu klubu m.in. jako doradca. Całe dzieciństwo miał w głowie jednak tylko piłkę, przez co gorzej szło mu w szkole. Skończyło się tym, że rzucił szkołę i poszedł do pracy do zakładu wulkanizacyjnego. Inaczej było jednak na boisku. Veron junior od razu zaczął sobie wypracowywać dobrą pozycję w klubie, jeszcze w czasach juniorskich. Po prostu prezentował się nad wyraz dobrze, co udowadniał też w młodzieżowych reprezentacjach. Mimo że dysponował potężnymi warunkami fizycznymi, popisywał się bardzo elegancką grą. Nie wykopywał piłki, nie lubił się o nią „bić”. Miał wyraźne inklinacje ofensywne. A gdy dostawał futbolówkę do nogi, zaczynała się prawdziwa sztuka. Ujawniał duszę artysty. Potężny strzał z dystansu, a do tego podania najwyższej klasy, znajdujące najmniejszą lukę w szeregach obronnych rywali, czy też długie dopieszczone zagrania. Prawdziwy artysta, którego dziś najprościej porównać do Kevina De Bruyne, mieszanym z Andreą Pirlo. To wszystko nie umknęło uwadze pierwszej drużyny, gdzie młody Argentyńczyk wszedł jak po swoje. Od pierwszych meczów zawładnął środek pola i już w drugim sezonie, znacząco przyczynił się do wydostania „Lwów” z drugiej ligi na najwyższy poziom rozgrywek w Argentynie. Było jednak wiadomo, że Estudiantes, wydostające się z okopów to za małe progi na takiego zawodnika, dodatkowo klub miał problemy finansowe i tuż po awansie trafił do argentyńskiego potentata, Boca Juniors. Tam spędził jednak tylko pół roku, bo nadeszła oferta z Europy. W Buenos Aires grał jednak w jednym zespole z Diego Armando Maradoną. Veron przeniósł się za około sześć milionów funtów do Sampdorii Genua, gdzie trafił pod wodzę Svena-Gorana Erikssona. Zaliczył już wtedy swoje pierwsze występy w pierwszej reprezentacji. Zaliczył dwa bardzo dobre sezony w Serie A i powoli Genua zaczynała się robić zbyt ciasna. Czarował swoją grą, strzelał kapitalne bramki z dystansu i zwracał na siebie uwagę przeciwników. Choć posturą i wyrazem twarzy przerażał, z piłką przy nodze stawał się innym piłkarzem, który na boisku widział dużo więcej.
W 1998 roku Daniel Passarella powołał go na mistrzostwa świata. Tam Argentyńczycy odpadli w ćwierćfinale, ulegając Holandii, jednak sam Juan Sebastian mógł uznać turniej za udany. Zagrał komplet minut, łącznie z dogrywką w spotkaniu z Anglią w 1/8 finału, a do tego dorzucił trzy asysty, po jednej w meczu z Jamajką w fazie grupowej, oraz Anglią, a następnie Holandią, popisując się kapitalnym prostopadłym podaniem do Claudio Lopeza. Po światowym czempionacie cena za niego wzrosła. Parma zapłaciła za niego ponad trzykrotność ceny, za którą w ogóle trafił na Półwysep Apeniński. Tam wytrzymał jeden sezon, ale z ekipą „Gialloblu” wygrał Puchar Włoch oraz Puchar UEFA, gdzie we wcześniejszej fazie Parma mierzyła się w pamiętnych meczach z Wisłą Kraków, ostatecznie wygrywając dwumecz jedną bramką. A Veron zanotował asystę, przy golu Enrico Chiesy. Jak się później okazało, to właśnie „Biała Gwiazda” sprawiła Włochom największe trudności, bowiem w późniejszych fazach raczej dość pewnie ograli Glasgow Rangers, Bordeaux, Atletico Madryt, a także w wielkim finale Olympique Marsylię, wygrywając 3:0. Wtedy Veron również zanotował asystę, znów przy trafieniu Chiesy, ustalającym wynik spotkania. Dużo bardziej Parma męczyła się w Pucharze Włoch, gdzie m.in. w finałowym dwumeczu, bramkami na wyjeździe pokonała Fiorentinę. Alberto Malesani największe bronie wystawił dopiero po przegranym pierwszym meczu z Udinese. W rewanżu wystąpiła już najmocniejsza ekipa z Veronem, Hernanem Crespo, czy Gino Baggio, a sam argentyński pomocnik zdobył bramkę i dorzucił asystę, prowadząc Parmę do zwycięstwa 4:0. Następnie zdobył po jednym golu w obydwu spotkaniach z Interem w ramach półfinału. Dodatkowo Parma zajęła trzecie miejsce w lidze, a Veron zdobył w lidze jedną bramkę i sześć asyst. Mimo że nie pojechał na Copa America, to wszystko zaprocentowało kolejnym sporym transferem, gdy za równowartość 30 milionów euro trafił do Lazio, znów pod skrzydła Erikssona. Tam wejście miał wyborne. W swoich pierwszych ośmiu meczach w lidze zapisał na koncie pięć bramek i tyle samo asyst. A prawdziwą popisówką był niesamowity gol z Hellasem Verona, gdy skierował piłkę do bramki prosto z rzutu rożnego, a jakby tego było mało, miał jeszcze dwie asysty. Debiut w nowych barwach zaliczył z kolei z Manchesterem United w ramach Superpucharu Europy. „Biancocelesti” wygrali na Stade Louis II w Monako 1:0 po trafieniu Marcelo Salasa, a Veron rozegrał pełne 90 minut i zgarnął tytuł najlepszego zawodnika meczu. Na boisku czarną robotę za jego plecami odwalał wtedy Diego Simeone, przez co Argentyńczyk mógł się zająć kreowaniem. Problemem według Erikssona było jednak jego nocne życie. Veron miał jednak szczęście, bo tam bardzo szybko temperował go szwedzki szkoleniowiec, przez co nie był w stanie całkowicie „popłynąć” i piłka nigdy nie zeszła u niego na dalszy plan. Szybko ułożył też sobie relacje z kibicami, którzy nie mogli wytrzymać, że gwiazdor ich ukochanego zespołu nosi tatuaż Che Guevary. Razem z kolegami dotarł też do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, gdzie lepsza okazała się Valencia. Do tego vicemistrzostwo Włoch i Puchar Włoch. Trzeba przyznać, że rosły Argentyńczyk zaliczył bardzo korzystne wejście do zespołu. Swoją formę podtrzymał też w kolejnym sezonie, gdy skończył go z czterema bramkami i dziesięcioma asystami w 32 spotkaniach. Przeszkadzać zaczęło mu delikatnie zdrowie i kolejne mniejsze urazy. Dodatkowo był mocno eksploatowany w reprezentacji, będąc etatowym pomocnikiem w eliminacjach do mistrzostw świata, w których „Albicelestes” w 18 spotkaniach zanotowali tylko jedną porażkę.
Świetna postawa Verona w reprezentacji i stolicy Włoch zaprocentowała kolejnym ogromnym transferem. Kolejnymi powodami tego okazało się odejście Svena-Gorana Erikssona oraz problemy finansowe klubu ze stolicy Włoch. A prawdopodobnie najważniejsze były problemy z prawem. Szybko bowiem okazało się, że „Mała Wiedźma” grał w Serie A na włoskich papierach, które, krótko mówiąc, były „lewe”, wpisał tam bowiem włoskich dziadków, którzy nie istnieli. W swoich szeregach zapragnął go za to mieć sir Alex Ferguson i Manchester United wyłożył na niego ponad 40 milionów euro, bijąc angielski rekord transferowy. Sam szkoleniowiec był zafascynowany dotychczasową ekipą „Biancocelesti” na czele właśnie z sympatycznym łysolem. Nie było jednak wielką tajemnicą, że Szkot chciał w swojej drużynie również Marcelo Salasa, który pogrążył jego zespół w pamiętnym starciu o Superpuchar Europy i Alessandro Nestę. Legendarny szkocki trener od razu wkomponował go do środka pomocy, gdzie rządził razem z Royem Keanem oraz Paulem Scholesem. To okazało się jednak problemem, bowiem „Czerwone Diabły” przez lata grały czwórką pomocników. Nagle Ferguson postanowił coś zmienić i chciał do Keane’a, Scholesa i skrzydłowych Giggsa i Beckhama, wrzucić kogoś z całkowicie innego świata. W całym pierwszym sezonie zagrał 40 spotkań, strzelił pięć bramek i dołożył sześć asyst. Już w swoim drugim miesiącu dostał też statuetkę dla najlepszego gracza miesiąca w Premier League. Wszystko zwieńczył wyjazdem na mistrzostwa świata, gdzie Argentyna po trzech meczach wróciła do domu. Nasz bohater zagrał we wszystkich, w dwóch z nich wyprowadzając swój zespół w roli kapitana. Po powrocie z Korei i Japonii jego forma wzrosła, a błyszczał szczególnie w Lidze Mistrzów, gdzie strzelił cztery bramki i dodał pięć asyst. W lidze z kolei miał tylko dwie bramki i trzy asysty. Niestety w drugiej połowie sezonu dopadła go kontuzja, przez którą pauzował półtora miesiąca. „Czerwone Diabły” skończyły jednak sezon serią 18 spotkań bez porażki, dzięki czemu zdobyli tytuł. Do tego dotarli do półfinału Ligi Mistrzów, gdzie lepszy okazał się Real Madryt, w pamiętnym dwumeczu, gdy kapitalny mecz i hattrick Ronaldo dał awans do finału „Królewskim”. Veron właśnie w rewanżu zaliczył powrót na boisko po kontuzji. Problemem okazało się jednak to, że Argentyńczyk nie do końca przystosował się do angielskiego stylu gry. Był typowym artystą, który potrzebował troszkę miejsca, by móc czynić cuda. Mimo wzrostu (186 cm) nie lubił walki wręcz i ciągłych ostrych wejść. Lecz miewał doskonałe zagrania, które potrafiły wpłynąć na wynik i to najbardziej cenił Alex Ferguson, jednak w dłuższej perspektywie nie potrzebował zawodnika w środku pola, któremu bliżej do „dziesiątki”. Dodatkowo samemu Argentyńczykowi nie było po drodze z językiem angielskim, a także deszczową pogodą. Przez dłuższy czas bronił go jednak Ferguson, który na zaczepki dziennikarzy odpowiedział na konferencji tak: ,,On you go. I’m no fucking talking to you. He’s a fucking great player. Yous are fucking idiots”
Po sezonie przeszedł do Chelsea za ponad 20 milionów euro. Tam jednak kompletnie przepadł, występując w zaledwie 14 spotkaniach. W tym czasie przestał już dostawać powołania do kadry. A sam wielokrotnie mówił, że marzy mu się powrót na Półwysep Apeniński. Kolejne dwa lata spędził w barwach Interu Mediolan, gdzie wracał do formy. Mimo kolejnych drobnych urazów zdobył z „Nerrazurri” Puchar Włoch. W drugim sezonie zdobył scudetto. W całym sezonie rozegrał 35 spotkań, ale strzelił tylko jedną bramkę i miał siedem asyst. Po sezonie postanowił wrócić do korzeni i podpisał kontrakt z Estudiantes La Plata, gdzie z mniejszymi i większymi przerwami spędził kolejnych 11 lat. I to była druga młodość tego zawodnika. Spisywał się znakomicie, doprowadzając swoją ekipę do pierwszej od 23 lat Apertury, gdy w dwumeczu „Lwy” pokonały wielkie Boca Juniors. Mało tego. W 2009 roku Veron w roli lidera zespołu osiągnął największy sukces w historii, zdobywając Copa Libertadores, wygrywając w dwumeczu z Cruzeiro Belo Horizonte, a sam zaliczył asystę przy zwycięskim golu Mauro Boselliego. Wcześniej wobec świetnej formy na rodzimych boiskach, Alfio Basile przywrócił go do pierwszej reprezentacji, co spowodowało też grę w Copa America, gdy „Albcelestes” przegrali w finale z Brazylią. W 2010 roku pojechał też na mistrzostwa świata, powołany przez Diego Maradonę, a po nieudanym turnieju oficjalnie zakończył karierę w narodowych barwach. W 2010 roku zdobył też drugi raz z Estudiantes Aperturę. W 2012 roku wobec kolejnych kłopotów zdrowotnych postanowił zakończyć przygodę z boiskiem. Po roku jednak wrócił do gry na kolejny sezon i po sezonie zakończył karierę. Ponownie jednak wrócił, jednak z innego powodu. Założył się z kibicami, że nie wykupią 65% karnetów. Ci jednak spięli się i wykonali limit, bowiem Veron obiecał, że gdy to zostanie spełnione, ponownie przywdzieje klubową koszulkę i pomoże zespołowi w meczach. Wtedy był już w La Placie innym człowiekiem, bowiem w 2014 roku został wybrany prezydentem klubu. Do zakładu podszedł jednak bardzo poważnie. Przez dłuższy czas trenował z trenerem personalnym, by należycie przygotował go do powrotu na boisko. Zanotował pięć spotkań, w których zdążył zaliczyć asystę. Prezydentem był do 2021 roku. Następnie postanowił ograniczyć swoją działalność w klubie na tyle, że został wiceprezydentem.
Statystyki i osiągnięcia:
Lazio Rzym
1x mistrzostwo Włoch (2000)
1x Superpuchar UEFA (2000)
1x Puchar Włoch (2000)
1x Superpuchar Włoch (2001)
AC Parma
1x Puchar UEFA (1999)
1x Puchar Włoch (1999)
Manchester United
1x mistrzostwo Anglii (2003)
Inter Mediolan
1x mistrzostwo Włoch (2006)
1x Puchar Włoch (2005)
1x Superpuchar Włoch (2006)
Estudiantes La Plata
1x Copa Libertadores (2009)
2x mistrzostwo Argentyny (2007, 2010)
Osiągnięcia indywidualne:
2x Piłkarz Roku w Argentynie (2006, 2009)
2x Najlepszy Piłkarz Południowej Ameryki (2008, 2009)
9
Żywe legendy argentyńskiego futbolu:
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
1
@Safrani A to nie można tak było od razu pisać, tylko znowóż po łacinie!!?
12
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
9 marca 1962 r. urodził się Jan Furtok, napastnik, który przez lata z powodzeniem występował na poziomie Bundesligi. Do czasów Roberta Lewandowskiego, to właśnie legenda GKS-u Katowice była najlepszym strzelcem ligi naszych zachodnich sąsiadów z naszego kraju. Jan Furtok jest wychowankiem Górnika Katowice, ale na szerokie wody udało mu się wypłynąć w barwach miejscowego GKS-u. Napastnik w barwach „Gieksy" spędził ponad 10 lat i w rozgrywkach ligowych zdążył w tym czasie strzelić 77 goli w 169 meczach oraz zdobyć Puchar Polski. Jego dobra skuteczność została dostrzeżona przez niemieckie kluby. Piłkarz przeniósł się najpierw do Hamburgera SV a następnie do Eintrachtu Frankfurt. Łącznie w obu tych zespołach występował przez siedem lat. W sumie zdobył w lidze niemieckiej 59 goli i zaliczył 30 asyst. Po tym okresie powrócił do GKS-u Katowice, gdzie zakończył karierę. Jan Furtok zmarł po długiej chorobie Alzheimera 26listopada 2024 r.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
1
@Safrani A coz to do cholery te predykcje znaczą?
1
@FcPortoFan1999 No siadła ale głównie z powodu tego, że trener wymienił cały przód, tego Veige i innych. To raczej nie tylko z powodu Oskara...
0
@FcPortoFan1999 Aaaa no to już rozumiem, tyle tylko że musze ci uwierzyć na słowo, gdyż sam musiałbym to zobaczyć w kilku meczach i w pełni zweryfikować a na to nie mam zbyt dużo siły i czasu....
1
@FcPortoFan1999 No to rzeczywiście już wszystko tak rozumiem że kompletnie nic nie rozumiem no ale dobra, mniejsza z tym!