1

@Janiama Zgadza się. Mieliśmy wówczas wielu piłkarzy na poziomie światowym a taki Szołtysik ,,wymiatał" ponoć jak dzisiaj Messi...

0

@kamyk_23 O!? No to musisz być już wiekowy chop? Z drugiej strony to zazdroszcze ci tych wspomnień bo w tamtych czasach mieliśmy znakomitych piłkarzy i wogóle sportowców. Dzisiaj to już tak pięknie nie wygląda...

9

Górnik wkracza na salony, czyli pierwszy polski ćwierćfinał Pucharu Europy:

Ponad pół wieku temu po raz pierwszy w historii mistrz Polski przebrnął przez drugą rundę Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Na starcie edycji 1967/68 stanęło 32 krajowych mistrzów. Oczywiście mapa Europy wyglądała wówczas zupełnie inaczej – jednego mistrza miały: Związek Radziecki, Jugosławia i Czechosłowacja, a w „rodzinie” UEFA nie było choćby Izraela. W pierwszej rundzie zabrzanie poradzili sobie z mistrzami Szwecji, Djurgardens Sztokholm, wygrywając 3:0 (Włodzimierz Lubański 2, Roman Lentner) i 1:0 (Jerzy Musiałek). Z kolei mistrzowie ZSRR po ciężkich bojach wyeliminowali Celtic Glasgow (2:1 w Szkocji, 1:1 w Kijowie). Na Stadionie Centralnym w Kijowie zasiadło 90 tysięcy kibiców, liczących na wygraną gospodarzy. Trener zabrzan dr Istvan Kalocsai wystawił w pierwszym składzie zamiast doświadczonego Lentnera, 18-latka z Michałkowic, Alojzego Deję i był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę, bowiem młodzian nie pękł przed utytułowanymi graczami wielkiego rywala. Taktyka Górnika była prosta – pieczołowite krycie radzieckich graczy i szybkie kontry. Ustawienie 4-4-2 zamiast 4-3-3 też zaskoczyło ekipę Wiktora Masłowa. Jeden piłkarz więcej w drugiej linii pozwolił na opanowanie sytuacji w środku pola. Pierwsza gol padł z samobójczego strzału Alfreda Olka, który w 12. minucie zaskoczył Huberta Kostkę. Stracony gol nie załamał Górnika. Zabrzanie doskonale przygotowani do tego meczu wyrównali już 180 sekund później po uderzeniu Zygfryda Szołtysika z 20. metrów. Bramkarz radziecki nawet nie drgnął. Decydujący gol padł w 61. minucie, po strzale głową Włodzimierza Lubańskiego. Lubański świetnie radził sobie z radzieckimi defensorami, stwarzając duże zagrożenie pod bramką Wiktora Bannikowa. W 82. minucie po rzucie wolnym z okolic narożnika pola karnego przed bramką Huberta Kostki powstało wielkie zamieszanie. Gdy wydawało się, że piłka już wpadnie do bramki Górnika, na linii bramkowej ręką zatrzymał ją Rainer Kuchta. Sędzia podyktował rzut karny. Do piłki podszedł Josef Szabo. Kostka jednak odbił strzał, a następnie nakrył ją przed bramką. Wtedy niezwykle chamskim zagraniem „popisał się” nieźle grający do tej pory Witalij Chmielnicki. Wszedł on z całym impetem w zabrzańskiego golkipera. Kostka zacisnął zęby i dotrwał na posterunku do końca, lecz po ostatnim gwizdku arbitra nie był w stanie o własnych siłach opuścić boiska.

17 listopada 1967, Stadion Centralny w Kijowie

1/8 finału Pucharu Europy

Dynamo Kijów – Górnik Zabrze 1:2 (1:1)

Gole: Olek 12., sam. – Szołtysik 15., Lubański 61.

Dynamo: Wiktor Bannikow – Władimir Szczegołkow, Wadim Sosnichin,Władimir Lewczenko, Wasilij Turjańczyk, Siergiej Krulikowski – Jozsef Sabo, Fiodor Miedwied, Wiktor Sieriebriannikow – Anatolij Byszowiec, Witalij Chmielnicki.

Górnik: Hubert Kostka – Rainer Kuchta, Stefan Floreński, Stanisław Oślizło, Henryk Latocha – Erwin Wilczek, Alfred Olek, Zygfryd Szołtysik, Alojzy Deja – Włodzimierz Lubański, Jerzy Musiałek.


@Roni/VEB
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@MesQueUnClub96
@Sensible
@NaFazieHitman
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Symson
@patataj

2

@LS Właściwie ładną piłke to gra kilka reprezentacji, na przykład Hiszpania. Ja natomiast poza Polską będę zawsze za Argentyną! Oni tez grają ładną piłke

6

Sergio Ramos najlepszym obrońcą wszechczasów? To jakiś żart? Czy GlobeSoccer ma chociaż pojęcie kim byli Jose Nasazzi, Domingos da Guia czy Horst Blankenburg? Nie wspominając o Beckenbauerze i Passarelli.

10

Niespełnione legendy polskiego futbolu:

17 listopada 1964 r. w Katowicach urodził się Krzysztof Warzycha. Popularny ,,Gucio” zaczynał karierę w Ruchu Chorzów wraz z Waldemarem Fornalikiem. Obaj dobrnęli do pierwszej drużyny, obaj przeżyli z nią spadek do drugiej ligi a potem szybki powrót do elity i równie błyskawiczne mistrzostwo Polski. ,,Po degradacji mogłem odejść. Były przymiarki do Legii Warszawa, do Śląska Wrocław… Jasne że chodziłoby o służbe wojskową ale zostałem, drużyna się nie rozpadła, to był fundament pod wygranie ligi”- zwraca uwagę pan Krzysztof. Podobnie jak w aktorskim epizodzie, Warzycha więcej osiągnął od Fornalika również w karierze piłkarskiej, dokładnie odwrotnie niż w trenerskiej, bo na tym polu ,,Waldek King” zbudował prawdziwe królestwo. Warzycha też próbował, między innymi również w Ruchu ale nie ma się czym pochwalić. Za to piłkarzem jest legendarnym i to dwóch klubów – Ruchu i Panathinaikosu Ateny. ,,Który jest mi bliższy? To są sprawy nieporównywalne. Z Polski wyjeżdżałem w wieku 25 lat, czyli więcej życia spędziłem już w Grecji. W Polsce grałem tylko w Ruchu, nastrzelałem dla niego sporo goli ale dla Panathinaikosu o wiele więcej. Z Ruchem miałem mistrzostwo kraju a z Panathinaikosem też krajowe tytuły, ponadto półfinał Ligi Mistrzów i w ogóle mnóstwo meczów, które niosły mnie jak na skrzydłach”- opowiada ,,Gucio”. Strzelił zwycięskiego gola Ajaxovi w Amsterdamie(1:0) w pierwszym półfinałowym meczu wspomnianej Ligi Mistrzów w 1996 r. To był dzień jego chwały. ,, W rewanżu przegraliśmy 0:3. Ajax miał fantastyczną drużynę, mocniejszą od naszej”- przyznaje bohater Koniczynek, który w 2000 r. w fazie grupowej LM strzelił gola także Juventusowi(3:1). Łącznie w tych prestiżowych rozgrywkach zdobył 8 goli. Do Aten trafił po mistrzowskim sezonie w Ruchu, kiedy z 24 golami został królem strzelców. W 15 jesiennych meczach dorzucił jeszcze 12 ligowych trafień i już nikt nie był w stanie go zatrzymać przed zmianą klubu.

,, W Panathinaikosie szukali napastnika bo poważną kontuzje złapał ich as Dimitris Saravakos. Dobrą opinie wystawił mi niezwykle ceniony w Grecji Kazimierz Górski ale decydujący był chyba dwumecz Ruchu w Pucharze Europy z CSKA Sofia. Na Stadionie Śląskim zremisowaliśmy 1:1. W rewanżu strzeliłem gola i choć przegraliśmy 1:5, najwyraźniej mi to nie zaszkodziło”- wspomina Warzycha. Trenerem greckiej drużyny był Christo Bonew, legenda bułgarskiego futbolu. Bardzo chciał mieć polskiego napastnika w składzie. Podjął fantastyczną decyzje! Panathinaikos zawdzięcza mu sprowadzenie najlepszego snajpera w historii klubu(288 goli w 503 oficjalnych meczach). W reprezentacji nie był taki skuteczny. W 50 występach strzelił tylko 9 goli ale naprawdę ważnego tylko raz, kiedy Polacy okrutnie męczyli się w starciu z Albanią na Stadionie Śląskim w eliminacjach MŚ ’90, gdzie wreszcie posłał zwycięską piłke do bramki. Zwykle jednak spadała na niego krytyka. Stał się wręcz symbolem piłkarza, który nie potrafił przełożyć formy z klubu na kadre narodową. ,,Ciągnie się ta łatka za mną przez całe lata ale dzisiaj mam już do niej duży dystans. W klubie sytuacja psychologicznie była dla mnie łatwiejsza. Nie wyszedł mi jeden mecz, nie wyszedł drugi a i tak grałem w trzecim, w którym umiałem znowu odpalić. W reprezentacji było inaczej. Przyjeżdżałem na zgrupowanie i już była presja że mam strzelać jak w lidze. Nie strzeliłem, to wypadałem. Ta świadomość zaczęła mi wreszcie ciążyć. Inna sprawa że w kadrze, zwłaszcza na początku, grałem w pomocy a ja zawsze najlepiej czułem się na szpicy. Nie robiłem z tego problemu. Grzecznie stosowałem się do decyzji a może jednak z większym naciskiem powinienem był tłumaczyć że jestem wysuniętym napastnikiem?”- zastanawiał się ,,Gucio”.

W Ekstraklasie debiutował za czasów trenera Lenczyka, wiosną 1983, czyli w tej samej rundzie co wspomniany Fornalik. Następny sezon zaczął już w podstawowym składzie. Tak było w dwóch meczach ale w trzecim wszedł na boisko z ławki w 87 minucie i potrzebował kilkudziesięciu sekund by strzelić pierwszego ligowego gola. Na dodatek nie byle gdzie i nie byle komu – Legii przy Łazienkowskiej! Jego trafienie przypieczętowało wygraną 2:0. Po tym meczu Ruch był liderem a w następnej kolejce znowu wygrał, ponownie po golu Warzychy(wyjazdowe 2:0 z GKS Katowice). Finalnie Niebiescy ligi jednak nie podbili. Zajeli miejsce w środku stawki a po rundzie jesiennej Lenczyka zastąpił Alojzy Łysko. Młody Warzycha na dobre zadomowił się w podstawowym składzie i w marcu 1984 , mając niespełna 20 lat i mniej więcej tyle samo spotkań w ekstraklasie, zagrał w dorosłej reprezentacji Polski. W wyjazdowym meczu towarzyskim ze Szwajcarią(1:1), w którym gola strzelił Boniek, zastąpił na ostatnie 20 minut Włodka Smolarka. ,,Zaczynałem u selekcjonera Piechniczka i u niego 13 lat później kończyłem, gdy znowu prowadził kadre”- przypomina pan Krzysztof. Swego czasu uważano go za piłkarza niedostępnego dla polskich mediów. Sugerowano że jest obrażony za te wszystkie złośliwe uwagi w sprawie jego gry w kadrze. Gdy wiosną 1996 przyjeżdżał do Warszawy na ćwierćfinał Ligi mistrzów, Legia-Panathinaikos(0:0), nie chciał rozmawiać z dziennikarzami. W rewanżu mistrzowie Grecji wygrali 3:0 po 2 golach Warzychy. ,,Czy byłem obrażony? Nie przesadzajmy. Ja jestem skromnym chłopakiem, nie chciałem za często pojawiać się w mediach, taki mam charakter. To nie było po złości.”- zapewnia teraz Warzycha. W kwestii potyczek z Legią ma jeszcze jedną uwagę: ,,Wtedy ją ograliśmy ale rok później ona ograła nas w Pucharze UEFA. Uznajmy że wychodzi na remis.”- kończy rozmowe ,,Gucio”. Krzysztof Warzycha poza mistrzostwem Polski z Ruchem w 1989, 5-krotnie zdobywał mistrzostwo Grecji z Panathinaikosem i tyleż samo Pucharów Grecji oraz dwukrotnie Superpuchar Grecji.

@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@patataj
@Roni/VEB
@Symson
@Sensible
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Pawel13sz

8

Trafiła kosa na kamień:

17 listopada 1998 r. wybuchł konflikt Nuñeza z Cruyjffem i Stoiczkowem. Dwa lata po odejściu Cruijffa z klubu jego stosunki z prezydentem Nuñezem wciąż nie były najlepsze. ,,Wyraziłem zgodę na 2 mecze pożegnalne dla Cruijffa. Gdybym się na to nie zdecydował, nie miałbym teraz problemów. Dodatkowo oskarżył mnie o to że nie pozwoliłem mu na ostatnie spotkanie z kibicami a to nie prawda. Jest jedyną znaną mi osobą, która będzie miała 4 mecze pożegnalne: w Barcelonie i Amsterdamie, gdy kończył karierę piłkarską i 2, które czekają go teraz. Chyba każdy, kto mógłby do tego zarobić 200 mln peset(Cruijff miał dostać za mecze ponad milion euro) byłby szczęśliwy. A może się myle?”- ironicznie opisywał sytuację Nuñez. Dodatkowo prezydent Barcelony był skonfliktowany ze Stoiczkowem, który opuścił klub w 1998 r.: ,,To był błąd iż pozwoliłem mu w 1996 r. wrócić do drużyny. Niektórzy nie umieją zaakceptować tego, że jak tracą jakość w grze, to trafiają na ławke rezerwowych. Mogłem przewidzieć że jak Stoiczkow nie będzie grał w podstawowym składzie , to zaczną się problemy”- żalił się Nuñez. Stoiczkow, a jakże! nie pozostał mu dłużny: ,,Nuñez oszukuje ludzi. Gratuluje mu lat, które spędził z nami. Kiedy mówimy o nim źle, odpowiada, że atakujemy całe środowisko ,,barcelonismo”. Nie, panie Nuñez, mówimy o panu. Dziedzictwo Barcelony pochodzi od socios i zawodników. Bez nas kilka lat temu Nuñez był nikim”.



@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi

7

@FCBparasiempre
16 listopada 1919 r. urodził się Tadeusz Parpan, środkowy obrońca i pomocnik. W pierwszym sezonie po II wojnie światowej, w bitwie o pierwsze miejsce w tabeli łeb w łeb szły ze sobą dwa krakowskie zespoły: Wisła i Cracovia. Biała Gwiazda górowała w ofensywie dzięki takim piłkarzom, jak Józef Kohut czy Mieczysław Gracz. Pasy potrafiły się jej jednak przeciwstawić znakomitą defensywą i to one wyszły z tego boju zwycięsko. Największą zasługę w tym dziele miał znakomity obrońca – Tadeusz Parpan. Kiedy UEFA po II wojnie światowej organizowała mecz Reprezentacji Europy z Wielką Brytanią, wysłała do selekcjonerów kadr narodowych listy zgłoszeniowe dla kandydatów do tego prestiżowego starcia. Henryk Reyman(Wiślak z krwi i kości) nie miał wątpliwości kto z Polaków mógłby unieść to ważne brzemię odpowiedzialności. Na karcie skreślił nazwiska Gracza oraz defensora Cracovii – Parpana. Ostatecznie piłkarzowi Pasów, pomimo powołania, nie udało się zagrać w tym meczu z powodu braku paszportu. Parpan budził wielkie zainteresowanie kibiców w tych pierwszych powojennych sezonach ze względu na swój wzrost. Mierzył 186 centymetrów, co wówczas stanowiło rzadko spotykany wymiar u piłkarza. Stąd nazywano go powszechnie ,,Wielkoludem z Cracovii”. Te warunki fizyczne dawały mu znaczną przewagę w pojedynkach główkowych. Jego główna zaletą było jednak znakomite ,,czyszczenie pola”. Parpan nie dopuszczał po prostu przeciwników w pobliże swojej ,,jedenastki”, przez o mawiano że bramkarz Cracovii na ogół jest bezrobotny. Znakomicie kierował też defensywą swej drużyny. Przyczyniło się to do wywalczenia przez Cracovie mistrzostwa Polski w 1948 r. O wszystkim(jedyny raz w historii Ekstraklasy) decydował baraż dwóch najlepszych drużyn tabeli. Po zakończeniu rozgrywek okazało się bowiem że Pasy i Biała Gwiazda wywalczyły równą ilość punktów. Ostatecznie na neutralnym boisku Garbarni, Cracovia wygrała 3:1 i po raz ostatni w swej historii zdobyła mistrzostwo Polski. Parpan nie mógł zagrać w tym decydującym meczu. Przez cały sezon był jednak zdecydowanie najważniejszą postacią defensywnie nastawionych Pasów. Dowodzą tego liczne wyróżnienia indywidualne za ten okres. Obrońca znalazł się na 6 miejscu w Plebiscycie ,,Przeglądu Sportowego” na Najlepszego Sportowca 1948 roku. Przez kolejne ćwierć wieku jedynym futbolistą, któremu udało się wyrównać ten wynik, był Deyna. W 1949 Parpan znalazł się zaś na 9 miejscu. Przez następne 20 lat dwa razy z rzędu pozycje w Top-10 udało się utrzymać tylko Cieślikowi oraz Szymkowiakowi. Oprócz mistrzostwa z Cracovią, wywalczył wicemistrzostwo. Miał wtedy 32 lata. Najlepszy okres zabrała mu niestety wojna. Nim wybuchła(a był przecież ledwie rok młodszy od Wilimowskiego) nie zdążył wpłynąć na szerokie wody. Grał tylko w Łagiewiance, klubie założonym przez swego ojca Piotra, z braćmi Tadeuszem i Leopoldem. Dopiero podczas okupacyjnych rozgrywek zwrócił na siebie uwagę Pasów, co pozwoliło zasilić szeregi tej drużyny w pierwszym okresie po odzyskaniu niepodległości. Podczas II wojny światowej nie tylko kopał piłke ale był też żołnierzem Armii Krajowej i za swoje męstwo został uhonorowany odznaczeniami. Do dziś nikt z piłkarzy Cracovii nie pobił go w liczbie występów w reprezentacji. Jako zawodnik tego klubu rozegrał w biało-czerwonych barwach 20 meczów, strzelając jednego gola. Po ledwie 4 występach został nominowany kapitanem, co dowodziło jego umiejętności przywódczych. Lepiej pod względem skuteczności wygląda jego dorobek w Cracovii. W 63 meczach w Ekstraklasie zdobył 13 goli. Średnia 0,2 trafienia do dziś wygląda imponująco jak na obrońcę. Trzeba jednak wiedzieć iż Parpan zaczynał jako pomocnik i czasem jeszcze ustawiany był przez trenerów w linii środkowej a nawet jeśli grywał już tam, gdzie pokazywał najwięcej ze swoich umiejętności, to nie udało się całkowicie wyplenić z niego ciągu na bramke. Po odejściu z Cracovii krótko występował jeszcze w Garbarni razem ze swoim bratem Leopoldem. Kariere zakończył w 1951 r. Później pełnił role trenera obydwu krakowskich zespołów, w których występował w Ekstraklasie. Był też kierownikiem Pasów. Nie zdecydował się jednak na powiązanie tego etapu życia wyłącznie z piłką. Jako inżynier z wykształcenia pracował przede wszystkim na Politechnice Krakowskiej. Tadeusz Parpan został wybrany do najlepszej jedenastki 105-lecia Małopolskiego Związku Piłki Nożnej. Jest też patronem stadionu Armatury Kraków(dawnej Łągiewianki). Zmarł w 1999 roku.


0

@P33ck Weź nie rób sobie jaj, dobrze?

0

@4drian0 Bardzo słuszna uwaga! Otóż Vamos Argentina a ganar oznacza: Naprzód Argentyno po zwycięstwo! Reszty nie znam ale mniejsza o to

1

Vamos, vamos! Argentina, vamos, vamos a ganar!
que esta barra quilombera, no te deja, no te deja de alentar!

10

Wszyscy cules powinni o tym wiedzieć:

16 listopada 2003 r. w towarzyskim meczu FC Porto z FC Barceloną(na otwarcie Estadio do Dragão) zadebiutował niejaki… Lionel Messi! Argentyńczyk, mając zaledwie 16 lat i 145 dni, wszedł na boisko w 71 minucie zastępując Fernando Navarro, jednocześnie stając się trzecim najmłodszym piłkarzem pierwszej drużyny, który zadebiutował w barwach Blaugrany(po Alcantarze i Babangidzie). ,,Byłem tak podekscytowany iż nie mogłem zasnąć w noc przed meczem. Najważniejsze było dla mnie zagrać przynajmniej kilka minut. Udało się i to jest dla mnie najważniejsze. Po meczu trener Rijkaard podziękował mi za gre, byłem zadowolony ale oczywiście wolałbym żebyśmy wygrali’’-podsumował sytuację Messi. Szkoda tylko że Barça przegrała ten mecz 0:2. Takie oto były początki geniusza futbolu…


@Lionel_Messi10
@Pawel13sz
@Symson
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Sensible
@DaPidejpi
@patataj

11

Wybitne legendy Dumy Katalonii(prawdziwi cules pamiętają):

15 listopada 1927 r. urodził się Joan Segarra, głównie środkowy obrońca, wielka legenda Dumy Katalonii. Segarra był charyzmatycznym kapitanem(miał przydomek ,,el Gran Capitan”) między innymi ,,Barcelony Pięciu Pucharów”. Cechował go wysoki wzrost i doskonałe przygotowanie fizyczne. Przez 15 sezonów rozegrał aż 402 spotkania we wszystkich rozgrywkach, co daje mu jedno z czołowych miejsc w historii klubu. Mimo gry na pozycjach defensywnych strzelał dużo goli, szczególnie w sezonie 1958/59, kiedy to Blaugrana zdobyła podwójną korone. Z powodu problemów z gałką oczną nie zagrał w finale Pucharu Europy z Benfiką. W reprezentacji rozegrał 25 spotkań, ostatnie na Mistrzostwach Świata w Chile w 1962 r. przeciwko Czechosłowacji. Zmarł 3 września 2008 r.


@patataj
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Lionel_Messi10
@Symson
@MesQueUnClub96
@DaPidejpi
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Sensible

10

Wybitne legendy polskiego futbolu:

14 listopada 1907 r. w Krakowie urodził się Henryk Martyna, obrońca i kapitan Legii Warszawa, 24-krotny reprezentant Polski, członek zespołu, który zajął czwarte miejsce na IO w Berlinie w 1936 r. ,,Miał słynny, oswobadzający wykop oraz bił potężne rzuty karne i wolne. Pamiętam, jak raz na meczu z austriackim Rapidem strzelił wolnego niemal ze środka boiska i trafił w poprzeczkę. Gdzie te czasy?” – wspominał jego grę redaktor Bohdan Tomaszewski. Antałek to mała beczułka przeznaczona do przechowywania wina albo piwa, w potocznym języku oznaczająca po prostu grubasa. Właśnie Antałkiem nazywano Martynę i faktycznie jego sylwetka daleka była od ideałów fitnessu, przy wzroście 167 cm ważył ponad 80 kg. Jednak twardo stał na nogach, grał z wielkim wyczuciem i poświęceniem, a rywali straszył swoimi atomowymi strzałami. Przygodę z futbolem zaczynał w krakowskich klubach (Orzeł, Korona), w stolicy Małopolski skończył też szkołę handlową. W 1928 r. rozpoczął służbę wojskową w Warszawie i trafił do Legii, gdzie przeżył najlepsze lata swojej kariery. Dla Wojskowych rozegrał 160 meczów i zdobył 18 goli. Odszedł w 1936 r. i do wybuchu wojny grał w Warszawiance. Był pierwszym strzelcem gola dla reprezentacji w meczu o punkty – 15 października 1933 r. w eliminacjach MŚ pokonał legendarnego bramkarza Františka Pláničkę strzałem z rzutu wolnego (przegraliśmy 1:2). W kadrze debiutował 28 września 1930 r. w towarzyskim meczu ze Szwecją (zwycięstwo 3:0), a przygodę z drużyną narodową zakończył 4 października 1936 r. z Danią (zszedł w 21. minucie w meczu przegranym 1:2). W czasie kampanii wrześniowej walczył w obronie Twierdzy Modlin. Niemcy zwolnili go z obozu jenieckiego w Iławie i wrócił do Warszawy. W rozgrywkach konspiracyjnych w stolicy reprezentował barwy KS Radość. W czasie Powstania Warszawskiego był cywilnym komendantem kamienicy przy ul. Mokotowskiej 52, a po zakończeniu walk trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie. Uciekł stamtąd i resztę życia spędził w Krakowie. Był współwłaścicielem firmy poligraficznej, a także kierownikiem sklepu, w czym z pewnością pomogło mu wykształcenie ekonomiczne. W Reprezentacji rozegrał 23 mecze, strzelając 4 gole.


@Sensible
@Roni/VEB
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Symson
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@patataj

11

Bitwa o Highbury:

Bardzo często mówi się, że styl wyspiarskiej piłki nożnej odznacza się grą siłową. W tamtych czasach jednak mieliśmy do czynienia z gladiatorami muraw. Brutalne mecze im więc nie były straszne. Mecz z 14 listopada 1934 roku jest również określane „prawdziwym meczem o mistrzostwo świata”. Do Londynu przyjechała reprezentacja Włoch, która w 1934 roku wygrała mundial na swoim terenie. Anglicy nie brali udziału w tamtym turnieju, ponieważ w 1928 roku rodzima federacja wystąpiła ze struktur FIFA. Choć był to mecz towarzyski, to brano go jak najbardziej na poważnie. Sam Benito Mussolini obiecał każdemu zawodnikowi, że w przypadku wygranej, otrzymają po 150 funtów oraz samochód, a konkretnie wybrany przez siebie model Alfy Romeo.

Anglicy już na początku spotkania pokazali, że traktują ten mecz towarzyski jak prawdziwy finał. W pierwszej minucie świetną okazję na zdobycie bramki zmarnował Eric Brook, który nie wykorzystał rzutu karnego, sprezentowanego przez Ceresciolego. Włoski piłkarz w dosyć głupi sposób sfaulował w polu karnym Teda Drake’a. Zaledwie 120 sekund później Brook się zrehabilitował i otworzył wynik tego spotkania. Można powiedzieć, że od tego momentu puściły hamulce po obu stronach. W 10. minucie Brook ustrzelił dublet, lecz na tym gospodarze nie poprzestali. Chwilę po wznowieniu gry, boisko musiał opuścić Luis Monti, który po zderzeniu z Drake’iem doznał złamania nogi. Od tej chwili goście grali w osłabieniu (w owym czasie nie wprowadzono jeszcze przepisu dotyczącego zmian). Wykorzystując przewagę, trzecią bramkę wbił na domiar złego…Ted Drake. Włosi nie wytrzymali i rewanżowali się jak tylko można. Najlepiej to obrazuje starcie, po którym Eddie Hapgood musiał opuścić boisko z powodu złamanego nosa. Mało? Niedługo potem opatrywany był Ray Bowden z powodu skręcenia kostki, a Eric Brook opuścił murawę na skutek złamania kości przedramienia. Na drugą połowę Włosi wychodzili więc w przewadze. Bramka strzeżona przez Franka Mossa była ostrzeliwana raz za razem. Włosi szturmowali połowę Anglików, czego efektem były dwa gole Giuseppe Meazzy. O ile sytuacja na boisku trochę się uspokoiła, to nadal dochodziło do starć, choćby między Luigim Bertolinim i Wilfem Coppingiem. Na szczęście Anglików, wynik spotkania do ostatniego gwizdka nie uległ zmianie. Po tej batalii – piłkarzy uznano za bohaterów narodowych i mistrzów świata, a potocznie nazywano ich „Lwami Highbury”. W meczu tym wystąpił także sir Stanley Matthews, bohater naszego wczorajszego tekstu. Agresja i brutalność, jaka towarzyszyła temu spotkaniu, w efekcie doprowadziła do poważnych rozmów na temat rezygnacji organizowania oficjalnych spotkań międzypaństwowych.



@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Pawel13sz
@patataj
@Symson
@Sensible
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Roni/VEB
@DaPidejpi

7

Ku pamięci legend:

14 listopada 1986 r. zmarł Ferdinand Daučik. Pochodził on z Czechosłowacji a do Barcelony przybył w 1950 r. jako trener węgierskich uciekinierów z komunistycznego kraju, których liderem był jego szwagier, Ladislao Kubala. Josep Samitier, wielka legenda Barçy był zachwycony poziomem węgierskiej drużyny i doradził prezydentowi FCB zatrudnienie zarówno Daučika, jak i Kubali. Już w pierwszym sezonie Blaugrana dzięki nowym nabytkom zdobyła mistrzostwo Hiszpanii a w dwóch kolejnych podwójną koronę. W 1954 r. Daučik odszedł z Barcelony i przez ponad 20 lat prowadził kilkanaście klubów, głównie hiszpańskich. W sumie był trenerem przez 30 lat bez przerwy, co jest rzadko spotykane. Jeszcze we wrześniu 1980 r. Daučik w wieku 70 lat był pełen werwy i pomysłów: ,,Jestem co raz bardziej przekonany że moja witalność bierze się z tego iż cały czas jestem aktywny. Do teraz widząc dzieci biegające za piłką przyłączam się do gry. Moja głowa jest pełna pomysłów, które zrewolucjonizują futbol hiszpański. To ostatni cel, który sobie postawiłem. Futbol hiszpański jest chory od ponad 15 lat, konkretnie od porażki na Mistrzostwach Świata w Anglii. Wiem że jestem osobą kontrowersyjną ale gdyby brać pod uwagę matematykę w piłce, to pod względem zwycięstw i trofeów byłbym numerem jeden”- powiedział Daučik w 1980 r.



@Ogorinho1974
@Sensible
@patataj
@Roni/VEB
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@DaPidejpi
@Symson

12

@FCBparasiempre
1950 i wyjście po angielsku

Brazylijskie mistrzostwa świata z 1950 roku były pierwszymi od czasów wojny. Był to zarazem premierowy turniej z udziałem Anglików, czyli najstarszej (obok Szkocji) reprezentacji narodowej. Oczekiwania wobec „ojczyzny futbolu” były bardzo wysokie – Wyspiarze byli traktowani jako jeden z głównych kandydatów do złota. Anglicy trafili do jednej grupy z Hiszpanami, Chilijczykami i Amerykanami. W pierwszym meczu nie dali szans drużynie Chile, pokonując ją 2:0, jednak to, co wydarzyło się później w meczu z Amerykanami przeszło do historii i po dziś dzień jest wspominane jako jedna z największych sensacji mistrzostw. Jankesi niespodziewanie postawili bardzo trudne warunki faworytom, a przed utratą bramki ratowały ich słupki i świetnie dysponowany tego dnia bramkarz. Jednak prawdziwym wstrząsem dla kibiców Anglii była bramka stracona w 38. minucie spotkania. Zdobył ją Joe Gaetjens. Niesieni na oparach heroizmu Amerykanie nie oddali prowadzenia do końca meczu. Nie przeszkodził w tym nawet rzut karny, którego nie zdołali wykorzystać faworyci. Gdy do Londynu przesłano komunikat o wyniku 0:1, wielu sądziło, że to pomyłka drukarska i prawdziwy wynik to 10:1 – to obrazuje oczekiwania wobec meczu. Po potwierdzeniu wyniku londyński „Daily Herald” zamieścił na pierwszej stronie nekrolog angielskiego futbolu. Porażka została określona „cudem na trawie” i nawet powstał na tej podstawie film. Ostatni mecz fazy grupowej z Hiszpanią był walką o przetrwanie. Za zwycięstwo przyznawano wtedy dwa punkty. Anglicy musieli pokonać Hiszpanów różnicą czterech bramek. Zamiast tego doznali kolejnej porażki 0:1 i skompromitowani musieli wrócić do kraju.



1966 i sensacyjna Korea Północna

Mistrzostwa w 1966 roku zostały rozegrane w Anglii i były wyjątkowe z wielu względów. Po pierwsze towarzyszyło im świętowanie 100-lecia angielskiego związku piłkarskiego. Po drugie – był to pierwszy mundial, w którym Lwy Albionu nie były prowadzone przez legendarnego Waltera Wintebottoma – jednego z najsłynniejszych selekcjonerów, który prowadził kadrę najdłużej i osiągnął z nią najwięcej zwycięstw. Został on zresztą uhonorowany tytułem szlacheckim. I najważniejsze – gospodarze zdobyli upragniony tytuł mistrza świata. Radości Anglików nie podzielali jednak Włosi. Drużyna pod wodzą Edmondo Fabbriego może nie liczyła na tryumf w rozgrywkach, jednak z pewnością nie spodziewała się tak szybkiego pożegnania z mistrzostwami. Otwarcie było obiecujące. Podobnie jak Anglicy 16 lat wcześniej, Włosi w swoim pierwszym meczu ograli Chile. Porażka ze Związkiem Radzieckim nie była dużym zaskoczeniem, a jej niski wymiar został przyjęty ze względnym spokojem. W końcu reprezentacja ZSRR była wówczas jednym z najlepszych zespołów w Europie i na świecie. Warto wspomnieć, że sześć lat wcześniej zwyciężyli oni w mistrzostwach Europy, a do angielskiego turnieju podchodzili jako ćwierćfinaliści poprzedniego mundialu oraz obecni wicemistrzowie Europy. Decydujące było starcie z Koreą Północną. Włochów urządzał nawet remis. Rywale sensacyjnie wygrali 1:0. Faworyzowani Włosi musieli pogodzić się z odpadnięciem z turnieju. Koreańczycy wrócili do domu niedługo później. W kolejnej fazie po prawdziwej strzelaninie ulegli Portugalii 3:5.

2002 i kompromitacja podwójnego mistrza

Mistrzostwa z 2002 roku pamiętamy głównie za sprawą niespełnionych oczekiwań wobec kadry Jerzego Engela. Jego „futbol na tak” zakończył się blamażem z Koreą i gradem goli z Portugalią. Honor uratował mecz ze Stanami Zjednoczonymi. Drużyna wróciła do kraju w atmosferze ogólnopolskiej histerii. W końcu Jerzy Engel zapowiadał walkę o mistrzostwo świata. Co jednak powinni powiedzieć Francuzi? Byli w tamtym okresie niekwestionowanym wzorem piłkarskiej potęgi. Zespół wypełniony gwiazdami z Zidanem na czele podchodził do mistrzostw jako główny kandydat do tytułu. Po wygranych mistrzostwach świata cztery lata wcześniej, a także tryumfie w mistrzostwach Starego Kontynentu, na Trójkolorowych stawiało się w ciemno. Dzieciaki prześcigały się, który będzie Zidanem, który Vieirą, a który Piresem. Kibiców nie zaniepokoił nawet fakt, że byli jedną z najstarszych drużyn turnieju (średnia 29 lat) oraz to, że Zidane doznał poważnej kontuzji, która wykluczyła go na dwa pierwsze mecze grupy. Rywale grupowi Francji mieli być jedynie rozgrzewką. Jednak już w pierwszym meczu Trójkolorowych spotkała niemiła niespodzianka ze strony Senegalczyków. Ówczesny wicemistrz Pucharu Narodów Afryki postawił twarde warunki i sensacyjnie wygrał 1:0. Francja stanęła pod ścianą, ale trener postanowił nie mieszać w składzie na kolejny mecz z Urugwajem. Ten zakończył się remisem 0:0, co… wciąż pozwalało wierzyć w awans do kolejnej rundy. Francuzi później ulegli jednak Duńczykom 0:2, a drużynie nie pomogła nawet obecność Zidane’a. Obrońcy tytułu pożegnali się z azjatyckim turniejem już po trzech meczach, nie strzelając nawet jednej bramki.

2010 i poprzedni finaliści odpadają w grupie

Dwóch finalistów poprzedniej edycji odpada w fazie grupowej? Taka sytuacja miała miejsce w 2010 roku. Francuzi okazali się słabsi od Urugwaju, Meksyku i RPA, kończąc mistrzostwa z jednym punktem w tabeli i toksyczną atmosferą w zespole, nie mówiąc już o tym, że Thierry Henry w barażu oszukał Irlandczyków, zagrywając piłkę ręką. Włosi ulegli Słowacji i zremisowali w meczach z Nową Zelandią i Paragwajem. Obie drużyny zajęły ostatnie miejsce w grupie. Obie odpadły z rywalami wiele słabszymi. Gdy Nicolas Anelka otwarcie skrytykował trenera kadry po meczu z Urugwajem, ten odesłał zawodnika do domu. Domenech stracił tym samym panowanie nad szatnią, a drużyna narodowa, która jeszcze niedawno była przekonana o swojej potędze, niemal uległa rozsypce. Co ciekawe – Nowa Zelandia, która odpadła z turnieju, nie przegrała żadnego meczu. Nie tylko wielcy zawiedli na mistrzostwach w RPA. Na szczególną uwagę zasługuje reprezentacja Korei Północnej – drużyna, wobec której nikt nie miał jakichkolwiek oczekiwań. Nikt, z wyjątkiem krajowego reżimu, który traktował udział w mistrzostwach jako narzędzie propagandy. Koreańczycy rozpoczęli turniej całkiem nieźle, strzelając bramkę Brazylii i przegrywając zaledwie 1:2. Niestety Portugalia i Wybrzeże Kości Słoniowej nie były tak przyjazne dla piłkarzy z komunistycznej republiki, wbijając jej łącznie 10 bramek. Podobno piłkarze nie zostali potraktowani przez władze swojego kraju zbyt przychylnie. Najwyraźniej to pomogło, bo już cztery lata później Koreańczycy zdobyli tytuł mistrzowski. Po raz kolejny mądrość i doświadczenie wielkiego wodza poniosło naród ku chwale!

2014 i najsmutniejsze 1:7

Wszyscy doskonale pamiętamy ból przeszywający serca gospodarzy turnieju w 2014 roku. Mimo osiągnięcia półfinału, to oni byli największym przegranym mistrzostw sprzed 8 lat. Ciążyła na nich wielka presja. Każdy wynik inny niż mistrzostwo był traktowany jako porażka. Droga do finału nie była łatwa, jednak Brazylijczycy pokonywali kolejne etapy turnieju. To, co wydarzyło się w półfinale przeszło do historii. Gospodarze przegrali aż 1:7, co było najwyższą porażką od 94 lat (przegrana 0:6 z Urugwajem). Rozbici psychicznie nie zdołali wywalczyć nawet trzeciego miejsca, ulegając Holendrom aż 0:3. Przed ostatecznym upokorzeniem całego narodu uchroniła… reprezentacja Niemiec, która pokonała w finale Argentynę. Warto przypomnieć, że już na etapie fazy grupowej z turniejem pożegnały się murowani faworyci, czyli Anglia, Włochy, Hiszpania (która zresztą broniła tytułu mistrzowskiego), Chorwacja i Portugalia.


9

Już za tydzień Mistrzostwa Świata a więc…

Mundialowe kompromitacje(wiecie gdzie czytać):


@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@patataj
@MesQueUnClub96
@Sensible
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Symson
@Pawel13sz

8

Wspominamy pierwszą edycje Puchar Mitropa:

13 listopada 1927 r. Rapid Wiedeń pokonuje Sparte Praga 2:1 w drugim meczu finałowym Copa Mitropa. Jednak to właśnie czeska drużyna sięga po ten puchar ponieważ w pierwszym meczu rozgromiła u siebie Rapid 6:2! Tak oto pierwszym w historii triumfatorem Copa Mitropa zostaje Sparta Praga.


@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@Lionel_Messi10
@Symson
@Sensible
@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@DaPidejpi
@Pawel13sz
@patataj

9

Wybitne legendy polskiego futbolu:

13 listopada 1955 r. w Warszawie urodził się Stanisław Terlecki. Synonim wielkiego pecha w polskim futbolu. Dwukrotnie był bardzo bliski wyjazdu na mistrzostwa świata, jednak na przeszkodzie stawały mu dziwne przypadki. Ostatecznie nie zagrał na tej imprezie, choć w opinii wielu Terlecki był jednym z najlepszych lewoskrzydłowych lat 70-tych i 80-tych na świecie. ,,Brylantowe” – mawiał podobno o jego umiejętnościach sam Gmoch. Zawodnik był pewniakiem w jego drużynie szykowanej do występu na Mistrzostwach Świata. Na drodze stanął mu jednak ligowy występ w barwach ŁKS przeciwko Polonii Bytom. Niespełna miesiąc przed mundialem obrońca rywali Czesław Bryłka popełnił brzydki, perfidny faul, po którym Terlecki doznał kontuzji łąkotki. Wykonał olbrzymią prace aby powrócić do zdrowia w ekspresowym tempie. Stawił się nawet na specjalnych testach zarządzonych przez selekcjonera, przechodził kolejne egzaminy ale kiedy przyszło do wykonania strzału piłka lekarską, musiał odpuścić. Gmoch wprost przyznawał że ten niespodziewany wypadek przewrócił do góry nogami całą jego koncepcje gry opierającą się głównie na Terleckim. Cenił go nawet wyżej niż Gadoche. Uważał że posiada wszystkie zalety tamtego a dodatkowo jest skuteczniejszy. Pomimo braku powołania, przyjechał na lotnisko powitać powracającą z mundialu kadre. Pomagał nawet wynosić bagaże Masztalerowi. Natomiast Bońka i Kukle częstował szampanem. Za drugim razem na drodze stanął mu jego charakter. Inteligentny i błyskotliwy Terlecki z czasem zaczął być coraz bardziej bezkompromisowy. Przekornie stawał okoniem w reakcji na wiele decyzji. Już raz spotkał się z dyskwalifikacją, za… szczekanie na dziennikarzy. Kilka miesięcy później popadł w jeszcze większe tarapaty, gdy razem z Bońkiem i Żmudą protestował przeciwko karze dla Młynarczyka. Całą czwórke ukarano za to dyskwalifikacją. Piłkarze Widzewa ukorzyli się przed PZPN-em i przeprosili. Terlecki pozostał niezłomny w swej decyzji. Przypłacił za to absencją mundialową. Świat nie mógł znów obejrzeć w akcji znakomitego technika…

Po prawdzie długo mu się zbierało na taka dyscyplinarną absencje. Jako potomek magnaterii był chyba jedynym jawnym przeciwnikiem komunizmu wśród piłkarzy. W czasie strajków studenckich nawet samochodem dowoził prowiant protestującym. Jako jeden z nielicznych legitymował się studiami i to nie na AWF-ie ale na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Łódzkiego. Zawsze zresztą podkreślał wage nauki. Kariera klubowa nie przyniosła mu zbyt wielu trofeów. Ani w Gwardii, ani w ŁKS-ie, w którym stał się gwiazdą ligi, nie dane mu było choćby raz stanąć na podium. Raz zagrał w finale Pucharu Polski. Dopiero po powrocie zza granicznych wojaży, już w barwach Legii Warszawa, 2-krotnie został zdobywcą Pucharu Polski. Nigdy zaś nie zdobył mistrzostwa Polski. Pomimo tego niewątpliwie stał się jedną z największych gwiazd Ekstraklasy pod koniec lat 70-tych. Do tej pozycji uprawniał go niesamowity drybling i umiejętności techniczne. Dzięki szybkości i naturalnej kiwce łatwo przedostawał się pod pole karne rywali. Wytrzymałość sprawiała natomiast że można było się spodziewać jego kolejnych rajdów praktycznie w każdej chwili, nawet pod sam koniec meczu. Dla tych popisowych numerów na stadion ŁKS-u ściągały tłumy. Szacuje się iż większość Stanisławów urodzonych w tym mieście pod koniec lat 80-tych zawdzięcza swoje imie właśnie temu piłkarzowi. Jego ściągnięcie klub zawdzięcza włókniarkom, które poskarżyły się Gierkowi że ich mężowie myślą o braku tego piłkarza a nie o pracy. Starszym fanom z miejsca przypominał swojego poprzednika z ofensywy łodzian – Jerzego Sadka. Może Terlecki obdarzony był nieco słabszym wykończeniem niż Sadek, za to miał jeszcze lepszy drybling. Wielu uważało nawet że nie widziało lepszego piłkarza w swoim życiu. W barwach ŁKS-u sięgnął po swoje najważniejsze indywidualne wyróżnienie w karierze – tytuł Odkrycia Roku w Plebiscycie ,,Piłki Nożne”. W reprezentacji w sumie zagrał 29 razy i strzelił 7 goli. Najlepiej wypadł w starciu ze Szwajcarią w 1979, gdy strzelił 2 gole. Po dyskwalifikacji już nigdy nie włożył biało-czerwonej koszulki reprezentacji. Wyjechał do USA, gdzie w New York Cosmos został następcą Pelego. Po powrocie do Polski występował jeszcze w ŁKS-ie, Legii oraz Polonii Warszawa. Później zajął się biznesem. Prowadził też własną szkółke piłkarską. Spisał biografie pt. ,,Pele, Boniek i ja”. Był felietonistą w ,,Superexpresie”. W ostatnim czasie jednak wycofał się ze środowiska piłkarskiego. Stanisław Terlecki zmarł w grudniu 2017 r. po wieloletnich problemach z psychiką i alkoholem.

@DaPidejpi
@Symson
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Lionel_Messi10
@Sensible
@MesQueUnClub96

0

@DaPidejpi Na razie tak w skrócie historia derbów a w przyszłości postaram się coś znaleźć więcej.
Stolicę Katalonii w hiszpańskiej ekstraklasie od wielu lat reprezentują dwa zespoły – Espanyol oraz FC Barcelona. Gdyby na całym świecie, wzdłuż i wszerz, przeprowadzić ankietę, jaką drużynę piłkarską Pani/Pan kojarzy z Barcelony, jesteśmy pewni, że 99,99 procent ankietowanych wskazałoby na tę drugą ekipę. Trudno się przecież dziwić. Same sukcesy wystarczą. Półki w gablotach na Camp Nou uginają się dziesiątek trofeów. Turystów odwiedzających wystawę pucharów zdobytych przez Espanyol, czeka krótka wycieczka, bo zobaczyć można zaledwie cztery trofea – wszystkie to Puchar Króla. Sukcesy napędzają marki. FC Barcelona to jedna z największych futbolowych instytucji na świecie, a Espanyol nigdy w przeszłości i zapewne nigdy w przyszłości nie dobije do takiej pozycji. Dodajmy jeszcze fakt, że mianem Dumy Katalonii określa się jeden zespół. Wiecie, który. Ale ten fakt pewnie Espanyolowi nie przeszkadza, bo nie od dziś wiadomo, że ten klub bardziej trzyma stronę Hiszpanii, aniżeli Katalonii. ,,Derbi barceloní” to najczęściej rozgrywane lokalne derby w Hiszpanii. Ani derby Madrytu, ani innego miasta nie dorównują im częstotliwością. Dla Espanyolu historia jest brutalna, Papużki mają na swym koncie zaledwie 44 wygrane w 208 spotkaniach. Choć początek tych pojedynków nie był tak jednostronny. Od startu ligi do rozpoczęcia hiszpańskiej wojny domowej, Barcelona pokonała Espanyol sześciokrotnie, ale za to przegrała pięć razy. Tyle samo było remisów. Gdy wznowiono rozgrywki, o dziwo to Espanyol mógł się cieszyć wyższością nad przeciwnikiem. Blaugrana dopiero w czwartym sezonie zdołała pokonać w lidze swoich lokalnych rywali. Okres dominacji Papużek w derbach szybko się jednak zakończył. Od tamtej pory, aż do dzisiaj, klub z Camp Nou był absolutnym władcą miasta Gaudiego. Na swoim boisku dali się pokonać tylko sześć razy. Na terenie Espanyolu również są lepsi – 29 zwycięstw i 18 porażek. W rozgrywkach ligowych, zespół z RCDE Stadium na zwycięstwo czeka już dziewięć lat, a na swoim boisku aż jedenaście. Dominacja Barcelony widoczna jest nie tylko w lidze, ale i w Pucharze Króla. Ostatni raz Espanyol wyeliminował Blaugranę, uwaga, w sezonie 1960/61. Od tamtej pory dziesięć kolejnych dwumeczów to zwycięstwa Barcelony. Z resztą, Espanyol zdołał wygrać tylko dwa mecze.






11

Z historii Blaugrany:

13 listopada 1950 r. socios zagłosowali za zakupem terenów pod Camp Nou. Architekci ocenili iż stary stadion Camp de Les Corts da się powiększyć jedynie o 8 tys. miejsc przy jednoczesnym obniżeniu komfortu oglądania spotkań. Władze Barcelony zarządziły więc czterodniowe glosowanie, w którym socios mieli zadecydować o ewentualnym pozyskaniu ziemi pod budowę przyszłego stadionu na 100 tys. osób. Na ponad 30 tys. socios, głosowało 7967, w tym aż 7835 opowiedziało się za zakupem terenów za 10 mln peset.



@MesQueUnClub96
@NaFazieHitman
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@Symson
@Sensible
@Pawel13sz
@patataj
@DaPidejpi
@Roni/VEB

2

@FCBparasiempre
O wcześniejszej niestabilności niech świadczy chociażby historia z zatrudnieniem na stanowisku selekcjonera Niemca Dettmara Cramera. Cramer w lipcu 1974 roku podpisał 4-letnią umowę z amerykańską federacją. Drużynę poprowadził jednak tylko w dwóch spotkaniach. W grudniu tego samego roku, gdy był z reprezentacją na zgrupowaniu w Izraelu, otrzymał bowiem propozycję objęcia posady trenera Bayernu. Niedługo potem przyjął ofertę i zrezygnował z pracy w USA. Na pewno nie żałował tego ruchu, bo z Bawarczykami dwukrotnie wygrał Puchar Europy. Piłka nożna, mimo całej otoczki związanej z NASL, przez wiele lat traktowana była w Stanach raczej jako ciekawostka. System zdecydowanie mocniej wspierał futbol amerykański, baseball, koszykówkę, hokej na lodzie, ewentualnie sporty indywidualne – lekkoatletykę, pływanie czy tenis. To właśnie, ćwicząc te dyscypliny, młodzi sportowcy mieli największe szanse na sławę i pieniądze. Nic dziwnego, że soccer przez długie lata nie mógł się przebić. Systemu nie skruszyli nawet imigranci tak licznie przybywający do Stanów Zjednoczonych z krajów znacznie silniejszych piłkarsko. Ich drużyny, często skupiające w sobie przybyszów z tego samego państwa, interesowały jedynie niewielką garstkę fanów. Jednak dzięki takim zespołom jak Philadelphia Ukrainians, New York Hungaria, Maccabi Los Angeles, San Francisco Italian Athletic, New York Pancyprian-Freedoms czy New York Greek American Atlas soccer w pewnych okresach w ogóle był obecny pod niektórymi szerokościami geograficznymi. W maju 1978 roku Amerykanie dowiedzieli się, że ich kraj, a konkretnie miasto Los Angeles, za 6 lat będzie gospodarzem igrzysk olimpijskich. W kraju oczekiwano ogromnego sukcesu organizacyjnego i sportowego. Sprawa była tym bardziej prestiżowa, że cztery lata wcześniej impreza gościła po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny, w Związku Radzieckim. Amerykanie mieli swoich faworytów do medali w większości dyscyplin, ale w rywalizacji piłkarskiej na olimpijski sukces za bardzo nie liczyli. Ale również na tym polu chcieli pokazać się z dobrej strony. Tymczasem powodów do optymizmu nie było. Jak wspomnieliśmy w latach 1981-83, reprezentacja praktycznie nie istniała. Dopiero na rok przed igrzyskami do kupy zaczął ją zbierać trener Alkis Panagoulias. Jeszcze zanim Panagoulias przejął stery reprezentacji, szef NASL Howard Samuels wpadł na pomysł stworzenia drużyny składającej się tylko z Amerykanów, która mogłaby rywalizować w lidze, którą zarządzał. W 1982 roku, gdy Samuels przedstawiał swój projekt, NASL znajdowało się w głębokim marazmie. Meczów ligi nie transmitowała żadna telewizja, liczba zespołów w niej występujących gwałtownie spadała, a frekwencja na trybunach była coraz gorsza. Wszystko to składało się na kiepski wynik finansowy. Działacz miał nadzieję, że Team America stanie się panaceum na kryzys trapiący soccer. Po pierwsze ekipa – właśnie ze względu na to, że w składzie są sami Amerykanie – miała wzbudzić duże zainteresowanie fanów. Po drugie – rodzimi zawodnicy otrzymali możliwość regularnych występów, podczas gdy w innych zespołach często przegrywali rywalizację z obcokrajowcami. Po trzecie – była ona substytutem reprezentacji, która w tamtym czasie grała bardzo rzadko, a przecież zaistniała potrzeba przygotowania do Igrzysk. Do udziału w Team America zaproszono 21 czołowych amerykańskich piłkarzy, m. in. Hernana „Chico” Borję, Grega Villę czy Borisa Bandova. Prowadzenie drużyny powierzono Panagouliasowi. Niestety, ani wynik sportowy, ani ekonomiczny nie był zadowalający, toteż zaledwie po roku ekipę wycofano z rozgrywek. Mimo problemów na igrzyskach Amerykanie spisali się lepiej niż przyzwoicie. Co prawda nie udało im się wyjść z grupy, ale zwycięstwo z Kostaryką, minimalna porażka z Włochami i remis z Egiptem wstydu nie przyniosły. Głównie dzięki igrzyskom i dobrej postawie zawodników soccer – przynajmniej na poziomie reprezentacyjnym – w Stanach Zjednoczonych odżył. Drużyna znów zaczęła grać regularnie. Jeszcze w tym samym roku Jankesom udało się awansować, po raz pierwszy w historii, do mistrzostw CONCACAF. Z obowiązku dziennikarskiego trzeba jednak podkreślić, że tym razem jedyną przeszkodą na ich drodze do turnieju były Antyle Holenderskie. Na mistrzostwach CONCACAF, które były jednocześnie eliminacjami do mundialu 1986, Amerykanie nie pokazali się ze swojej najlepszej strony. Nie wyszli nawet z grupy. Turniej wygrali zaś Kanadyjczycy i znaleźli się w gronie finalistów światowego czempionatu. Co ciekawe, Amerykanie ubiegali się o prawa do organizacji Mistrzostw Świata 1986. Pierwotnie turniej miał gościć w Kolumbii, ale w 1982 roku władze tego państwa uznały, że nie podołają finansowo zadaniu. W takiej sytuacji o rolę gospodarza zaczęły starać się trzy północnoamerykańskie kraje: Meksyk, Stany Zjednoczone oraz Kanada. Bezkonkurencyjni w tej rywalizacji okazali się Meksykanie, których oferta uzyskała jednogłośne poparcie.

Bardzo zawiedziony takim rozstrzygnięciem był słynny dyplomata Henry Kissinger, który w 1983 roku, gdy decydowano o tym, kto zastąpi Kolumbię, kierował NASL i lobbował za kandydaturą amerykańską.



,,Żałujemy, że komitet nie odwiedził nas, gdy o to prosiliśmy. Mamy poparcie prezydenta i jednomyślny kongres. To więcej niż może osiągnąć sam prezydent” – mówił na łamach „New York Timesa”. Swoją pierwszą próbę piłkarskiej dyplomacji Kissinger nazwał „zdecydowania nieudaną”. Człowiek o tak szerokich horyzontach jak Kissinger zdawał sobie sprawę, że kluczem do rozwoju soccera w Stanach jest organizacja w kraju dużej piłkarskiej imprezy. Dlatego nie zrezygnował ze starań o mundial w USA. Efekt przyszedł wkrótce. W 1988 roku delegaci FIFA zdecydowali, że Mistrzostwa Świata 1994 odbędą się w kraju Wuja Sama. Kres boiskowych rozczarowań nastąpił w 1989 roku. Reprezentacja USA, dowodzona przez Boba Ganslera, po raz kolejny stanęła wtedy do walki w Mistrzostwach CONCACAF, dzięki którym można było dostać się do mistrzostw świata. Amerykanie w turnieju grali nieźle, choć nie olśniewająco. W efekcie przed ostatnią kolejką zajmowali trzecie miejsce w tabeli z taką samą ilością punktów co drugi Trynidad i Tobago. Wicemistrzem opłacało się jednak zostać, ponieważ dwie najlepsze drużyny otrzymywały przepustki do Włoch, gdzie w czerwcu i lipcu 1990 roku miał się odbyć mundial. A że zwycięstwo w rywalizacji wcześniej zapewniła sobie Kostaryka, było jasne, że drugim finalistą będzie albo Trynidad i Tobago albo USA. Los chciał, że o tym, kto zajmie drugie miejsce, miał zdecydować bezpośredni mecz między tymi dwiema drużynami. Zawodnikom z Karaibów wystarczał remis. Na ich korzyść przemawiał też fakt, że spotkanie odbywało się na ich śmieciach, w Port of Spain. Amerykanie, żeby pojechać do Włoch, musieli zwyciężyć. Spotkanie rozstrzygnęło się w 30. minucie. Strzał zza pola karnego oddał Paul Caligiuri. Nie było to ani mocne, ani wybitnie precyzyjne uderzenie, ale wystarczyło na trynidadzkiego bramkarza, Michaela Maurice’a. Golkiper potem argumentował, że nie widział piłki, bo oślepiło go słońce. Był to jedyny gol w meczu. – Złamałem wytyczne trenera Ganslera, który chciał, żebym pilnował tyłów w obawie przed kontratakiem. Poszedłem jednak do przodu, by rozpocząć atak, a niekoniecznie go dokończyć. To był czysty instynkt – wspominał swojego gola Paul Caligiuri. Trafienie Caligiuriego przerwało wieloletnią serię klęsk reprezentacji USA i na zawsze zapisało się w historii soccera. Doczekało się nawet swojej specjalnej nazwy – „Shot heard round the world” (strzał słyszany na całym świecie). Słowa te są nawiązaniem do wiersza Ralpha Waldo Emersona „Concord hymn”, upamiętniającego Bitwę pod Concord, pierwszą potyczkę wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. „Shot heard round the world” uratował finanse będącej blisko bankructwa amerykańskiej federacji soccera. Organizacja za awans piłkarzy na mundial otrzymała od FIFA 2 miliony dolarów. Coraz lepiej było też pod względem piłkarskim. Amerykanie, począwszy od 1990 roku, zagrali na 7 mundialach, raz docierając nawet do najlepszej ósemki. Udało im się również zagrać w finale Pucharu Konfederacji i 6 razy zwyciężyć w Złotym Pucharze CONCACAF (kontynuator Mistrzostw CONCACAF). W 2015 legendarny amerykański bramkarz Tony Meola tak podsumował awans na MŚ 1990: – To nie było tak jak dzisiaj. Nie mieliśmy profesjonalnej ligi, pieniędzy, a nasza organizacja była bardzo mała. Patrząc wstecz, to niesamowite, co osiągnęliśmy. Mieliśmy chłopaków, którzy grali w półprofesjonalnych i niedzielnych ligach, którzy po prostu starali się utrzymać w formie. Ostatecznie udało się. Wszystko, co USA osiągnęło od tamtej pory, opiera się na tym zwycięstwie.

6

@FCBparasiempre
9 listopada minęło dokładnie 31 lat od pamiętnego zwycięstwa Stanów Zjednoczonych nad Trynidadem i Tobago w eliminacjach do Mistrzostw Świata 1990. Ten triumf miał szczególne znaczenie, gdyż dał Amerykanom powrót na mundial po 40 latach przerwy. Amerykanie, o czym mało kto pamięta, mają całkiem spore tradycje futbolowe (i nie mówimy tu o futbolu amerykańskim). Do czasu wybuchu II wojny światowej czterokrotnie zagrali na Igrzyskach Olimpijskich i dwa razy na mistrzostwach świata. A w pierwszym mundialu, którego gospodarzem był Urugwaj, dotarli nawet do półfinału, zaś ich najlepszy zawodnik, Bert Patenaude, zajął trzecie miejsce w klasyfikacji strzelców turnieju. Jankesom w następnych latach na piłkarskiej scenie nie szło już tak dobrze. Udział w turnieju o mistrzostwo globu, rozgrywanym w 1934 roku we Włoszech, zakończyli już po jednym, wysoko przegranym meczu z gospodarzami. Do kolejnego światowego czempionatu, który odbył się cztery lata później we Francji, nie awansowali, bo wycofali się z udziału w eliminacjach. Do elity wrócili po wojnie. W Brazylii, gdzie w 1950 roku zorganizowano następny mundial, nie zdołali jednak wyjść grupy, choć wygrali sensacyjnie z Anglią mającą w składzie np. Stanleya Matthewsa czy Stana Mortensona. Któż pomyślałby wtedy, że Jankesi następny raz w elitarnym gronie finalistów MŚ znajdą się dopiero lat 40 lat później? Droga do mistrzostw świata w Kraju Kawy nie była dla reprezentantów USA przesadnie trudna. FIFA przewidziała bowiem dwa miejsca dla drużyn zrzeszonych w NAFC (North America Football Confederation). Wystarczyło więc zająć pierwszą lub drugą lokatę w Mistrzostwach NAFC 1949, w których wzięły udział zaledwie 3 zespoły: Stany Zjednoczone, Meksyk oraz Kuba. Jankesom ta niezbyt wymagająca sztuka się udała (uplasowali się na 2. miejscu za El Tri) i dlatego mogli cieszyć z awansu. Schody zaczęły się przed kolejnym mundialem. Włodarze FIFA uznali, że ekipy z NAFC będą musiały bić się o awans do mistrzostw z reprezentacjami z innej federacji, CCCF (Confederación Centroamericana y del Caribe de Fútbol), którą tworzyły drużyny z Ameryki Środkowej i Karaibów. W dodatku liczbę miejsc w finałach dla zespołów z tej części świata zredukowano do jednego. Jankesi walkę o upragnione bilety do Szwajcarii przegrali z Meksykiem. Po mistrzostwach w kraju Helwetów system eliminacji do mistrzostw uległ kolejnej zmianie. Tym razem wyglądało to tak, że jedną grupę kwalifikacyjną tworzyły 3 drużyny z NAFC, zaś drugą trzy drużyny z CCCF. Zwycięzcy obu grup mieli się ze sobą zmierzyć w dwumeczu decydującym o awansie na mundial. Z ekip NAFC najlepiej spisali się Meksykanie, którzy daleko w tyle zostawili Kanadę i USA. Z kolei wśród ekip CCCF pewnie triumfowała Kostaryka. W decydującej rywalizacji zwyciężyli ci pierwsi, co dało im trzeci z rzędu udział w światowym czempionacie. System eliminacyjny dalej ewoluował, ale nie na korzyść Amerykanów. Przed kwalifikacjami do MŚ 1962 ekipy zrzeszone w NAFC i CCCF podzielono na trzy grupy. Pierwszą tworzyły zespoły z NAFC, a dwie pozostałe z CCCF, z czego w jednej znalazły się reprezentacje z Ameryki Środkowej, a w drugiej z Karaibów. Grę w kolejnej, decydującej rundzie zapewniało tylko zwycięstwo w swojej grupie. Jankesi nie mieli wtedy okazji zagrać bezpośrednio o miejsce na mundialu, ponieważ już w pierwszej rundzie wyraźnie ulegli Meksykowi. Zresztą El Tri po raz kolejny wygrali całe eliminacje i dzięki temu mogli zagrać na zbliżających się wielkimi krokami mistrzostwach w Chile. Trzeba przyznać, że taki podział, ustanowiony kluczem geograficznym, nie był zbyt szczęśliwy dla USA, ponieważ już na wstępie musieli walczyć z bardzo silnymi Meksykanami. Tymczasem w pozostałych grupach, a zwłaszcza w karaibskiej, rywale mieli o wiele niższe notowania. Jednak z drugiej strony, patrząc na siłę tamtejszych reprezentacji, nie można mieć wątpliwości, że najlepszą drużynę w tej części globu tworzyli właśnie El Tri.

Niedługo po zakończeniu eliminacji do chilijskiego mundialu, 18 września 1961 roku w Mexico City, zapadła decyzja o połączeniu NAFC, zrzeszającej Kanadę, Meksyk i Stany Zjednoczone, oraz Confederación Centroamericana y del Caribe de Fútbol (CCCF), obejmującą Kostarykę, Kubę (wcześniej była w NAFC), Curaçao, Salwador, Gwatemalę, Haiti, Honduras, Nikaraguę, Panamę oraz Surinam. Nowy twór otrzymał nazwę CONCACAF (skrót od: Confederation of North, Central American and Caribbean Association Football). W stolicy ustalono też zasady eliminacji do kolejnych mistrzostw świata. Ekipy z CONCACAF znów rozdzielono na trzy grupy, choć już nie trzymano się tak ściśle klucza geograficznego. Amerykanie jednak ponownie musieli na starcie zmierzyć się z Meksykiem. Skończyło się tak jak zwykle – El Tri przeszli do decydującej fazy kosztem USA i Hondurasu, a tam bez większych kłopotów poradzili sobie z Kostaryką i Jamajką. Mundial 1966 stanął przed nimi otworem. Od października 1964 roku było wiadomo, że organizatorem mistrzostw świata w 1970 roku będzie Meksyk. Z tego tytułu El Tri uzyskali automatyczną kwalifikację do turnieju. Oznaczało to jednocześnie, że w stawce finalistów będzie jeszcze jedno miejsce dla drużyn ze strefy CONCACAF. W pierwszej rundzie eliminacji na przeszkodzie Amerykanów stanęli reprezentanci Kanady i Bermudów. Mimo początkowych trudności (porażka z Kanadą), Jankesi wygrali swoją grupę. W kolejnym etapie, będącym jednocześnie kwalifikacją do mistrzostw CONCACAF, na Amerykanów czekali już Haitańczycy. Dwumecz z Les Grenadiers był koszmarem dla graczy z kraju Wuja Sama. Piłkarze z Karaibów wygrali dwukrotnie. USA znów musiało obejść się smakiem. Mistrzostwa w Meksyku ominęły też graczy z Haiti. A wszystko dlatego, że po pokonaniu Amerykanów trzeba było również ograć Salwador. Ta sztuka im się nie udała. Na turniej pojechali więc Salwadorczycy. Następna szansa awansu na mundial pojawiła się na przełomie sierpnia i września 1972 roku. Wtedy rozpoczęły się eliminacje do mistrzostw CONCACAF 1973. Ale żeby zagrać w RFN, nie dość, że trzeba było przejść kwalifikacje do tego turnieju, to jeszcze należało go wygrać. Amerykanie w eliminacjach do mistrzostw CONCACAF nie mieli zbyt wiele do powiedzenia. Znów obowiązywał ścisły klucz geograficzny, więc ich przeciwnikami w pierwszej fazie rywalizacji byli sąsiedzi z Meksyku i Kanady. W 4 meczach zdobyli tylko jeden punkt i zajęli ostatnie miejsce w grupie. A przepustki do gry w RFN zdobyli ostatecznie Haitańczycy, którzy zwyciężyli w Mistrzostwach CONCACAF. Te same zasady eliminacji obowiązywały przed Mistrzostwami Świata 1978 i 1982. Reprezentanci USA w obu przypadkach już na pierwszym etapie okazywali się gorsi od swoich sąsiadów. Impulsem do rozwoju soccera w Stanach Zjednoczonych było duże zainteresowanie Amerykanów mundialem w Anglii. Stało się to przyczynkiem do utworzenia w 1966 roku United Soccer Association, profesjonalnej ligi piłkarskiej działającej na terenie USA i Kanady. W grudniu 1967 roku United Soccer Association połączono z NPSL, inną profesjonalną ligą utworzoną zaledwie kilka miesięcy wcześniej. W wyniku fuzji powstała NASL, która przetrwała aż do 1984 roku. NASL, mimo trudności finansowych prowadzących do spektakularnego upadku, osiągnęła umiarkowany sukces. Zainwestowano w nią spore pieniądze, co pozwoliło na ściągnięcie takich graczy jak: Pelé, Franz Beckenbauer, Johan Cruyff, Johan Neeskens, Gerd Müller czy George Best. Przyjazd gwiazd i inne zabiegi marketingowe (np. koncerty Beach Boys towarzyszące meczom) spowodowały spory, aczkolwiek dość krótkotrwały, wzrost zainteresowania soccerem wśród Amerykanów. W latach 50-tych reprezentacja USA grała rzadko. W tym czasie wystąpiła zaledwie 24-krotnie (ani razu nie wybiegła na boisko w 1951 i 1958). A trzeba sobie jasno powiedzieć, że wynik ten byłby jeszcze gorszy, gdyby nie uczestnictwo w Igrzyskach Panamerykańskich 1959, podczas których Amerykanie musieli wyjść na boisko 6 razy. Jeszcze gorzej było w latach 1961-1970 – zaledwie 22 spotkania (bez meczu w 1966 i 1970 roku). Dopiero w kolejnej dekadzie Amerykanie zaczęli grać częściej. Przez 10 lat rozegrali 80 spotkań (najwięcej w 1972 – 13, najmniej 1974 – 2). Inna sprawa, że częstotliwość nie szła w parze z wynikami, np. w 1975 w 9 spotkaniach tylko raz nie przegrali. Większość spotkań, jakie Amerykanie rozegrali w latach 70-tych, nie miało stawki. Wyjątkami były wspomniane mecze kwalifikacyjne do Mistrzostw CONCACAF, Mistrzostw Świata oraz spotkania w ramach Igrzysk Panamerykańskich (Pan American Games). Jankesi opierali się więc na pojedynkach towarzyskich, w których jednak wygrywali dość rzadko. Chyba najcenniejszy rezultat w tamtej dekadzie osiągnęli 12 sierpnia 1973 roku, kiedy pokonali u siebie Polskę 1:0 po golu Ala Trosta. Niespełna dwa lata później Biało-Czerwoni wzięli na Jankesach dwa srogie rewanże. Najpierw w Poznaniu wygrali 7:0, a później w Seattle 4:0. Niestety, lata 1981-1983 to okres kolejnej stagnacji – w tym czasie Jankesi wystąpili tylko dwukrotnie. Nie tylko brak meczów o stawkę pogrążał amerykański futbol reprezentacyjny. Postępowi nie sprzyjały z pewnością ciągłe zmiany selekcjonerów. Dość powiedzieć, że pierwszym człowiekiem, który poprowadził amerykańską drużynę narodową w więcej niż 10 meczach był pochodzący z okolic Lwowa Walt Chyzowych, który posadę objął w 1976 roku i utrzymał ją przez 4 lata.

0

@AmigoBlancos Zdecydowanie ta z 1978 r. kiedy to dyktatura Jorge Videli nie pozwoliła nikomu pozbawić Argentyny mistrzostwa świata!

9

Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:

12 listopada 1976 r. urodził się Mirosław Szymkowiak, pomocnik. Dwie świetne przygody w europejskich pucharach, kierownicza rola w reprezentacji Polski podczas awansu na mundial w 2006 r., pokaźna kolekcja trofeów, status gwiazdy i… nagły rozbrat z futbolem. Sinusoida Szymkowiaka raczej nie zahaczała o nudę. Był naprawdę świetnym reżyserem gry Wisły Kraków w okresie jej największych sukcesów na początku XXI wieku. Żurawski i Frankowski szaleli w ataku. Kosowski oraz Kalu Uche robili ,,wiatr” na skrzydłach. Szymkowiak w pełni zaś panował nad środkiem pola. To on nadawał tempo akcjom Białej Gwiazdy, aż trudno więc uwierzyć że ten błyskotliwy dyrygent zadebiutował w Ekstraklasie jako… prawy obrońca! Doszło do tego w Olimpii Poznań. Pół roku wcześniej ,,Szymek” skończył zaledwie 16 lat! Wobec kiepskiej sytuacji w tabeli, trener Białek zaryzykował jednak i wpuścił ,,dzieciaka” na boisko do pierwszej minuty. Nadziei nie zawiódł. Wystąpił jeszcze w trzech z czterech ostatnich meczów tej edycji rozgrywek, z czego dwukrotnie już na swojej nominalne pozycji. Nie uratowało to Olimpii przed spadkiem. Pobyt na zapleczu potrwał jednak tylko sezon. Szymkowiak wraz z zespołem z Wielkopolski powrócił do elity. Wkrótce potem ściągnął go Widzew Łódź. Już w debiucie ligowym zdobył dla niego gola. W tym zespole dwukrotnie wywalczył mistrzostwo i raz wicemistrzostwo Polski. Awansował także do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Potem jednak wspominał że przed pierwszym meczem w tych rozgrywkach nabawił się stresu, co przyprawiło go o… poważne problemy żołądkowe. Łatke ,,nerwowego” później musiał długo od siebie odklejać. Ostatecznie udało mu się to chyba już za czasów gry w Wiśle. Do Białej Gwiazdy trafił pierwszej zimy XXI wieku. Razem z tym zespołem zdobył 4 mistrzostwa, jedno wicemistrzostwo oraz 2 Puchary Polski. Świetnie rozumiał się w tej drużynie zarówno na boisku, jak i prywatnie z Żurawskim, Kosowskim oraz Baszczyńskim. To przekładało się na osiągane wyniki. Razem przeżyli też udaną przygodę w Pucharze UEFA, gdy wyeliminowali Schalke 04 oraz AC Parme i zakończyli zmagania na ⅛ finału po dwumeczu z Lazio Rzym. ,,Szymek” należał do jednych z najważniejszych postaci w tamtej kampanii. Podobnie było w zakończonych awansem eliminacjach mundialu 2006, gdzie stanowił podstawowego gracza w talii Janasa. Na samym turnieju zagrał przeciwko Ekwadorowi i Kostaryce. Była to jedyna duża impreza w jego dorobku. W kadrze wystąpił 33 razy i strzelił 3 gole. Gre w biało-czerwonej koszulce zakończył kilka miesięcy po MŚ. Niedługo po tym poinformował też o całkowitym przerwaniu wyczynowej kariery. W Polsce przyjęto to z niedowierzaniem. Uważano że piłkarz chciał opuścić Trabzonspor, gdzie trafił w 2005 r. Kiedy jednak FIFA rozwiązała jego kontrakt z klubem a on mimo to nie zdecydował się na powrót do Ekstraklasy, stało się jasne że ,,Szymek” nie symulował. Od dłuższego czasu informował bowiem o swoich problemach zdrowotnych. Przez ostatnie miesiące grał regularnie na blokadach. Przerwał gre w wieku niespełna 30 lat. Później amatorsko kopał w oldbojach Wisły i w Prądniczance Kraków. Prowadził też swój biznes związany z branżą fryzjerską. Nikogo to specjalnie nie zdziwiło. Szymkowiak słynął bowiem z dość fantazyjnych fryzur w okresie gry. Ponadto zajmuje się szkoleniem młodzieży w swojej szkółce piłkarskiej.

@MesQueUnClub96
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@Symson
@NaFazieHitman
@Ogorinho1974
@DaPidejpi
@Lionel_Messi10
@Sensible
@patataj

7

@FCBparasiempre
W dzisiejszych czasach to, że w większości reprezentacji znajdują się piłkarze naturalizowani lub tacy, którzy korzenie mają na drugim końcu świata, jest już właściwie normą. W ostatnich latach piłkarze w pewien sposób związani z Polską reprezentowali na mistrzostwach świata i Europy światowe potęgi – Francję, Niemcy, Anglię, Argentynę czy Brazylię. Obecność takich zawodników w kadrach narodowych to jednak zjawisko niemal tak stare jak sama piłka nożna. Zapraszamy Was do przeczytania historii o jednym z pionierów – pierwszym piłkarzu polskiego pochodzenia, który zagrał na mundialu. Kurytyba to liczące prawie dwa miliony mieszkańców miasto w południowej Brazylii i stolica stanu Parana. Aktualnie w Kurytybie mieszka ok. 400 tys. potomków Polaków, a polska kultura i tradycja wciąż jest tam żywa. Jednym z największych terenów zielonych w mieście jest park Jana Pawła II, w którym znaleźć można m.in. skansen z chatami pierwszych polskich emigrantów czy restaurację, która gościom serwuje barszcz oraz pierogi. W Kurytybie urodził się, chociażby doskonale znany kibicom reprezentacji Polski Thiago Cionek – uczestnik Euro 2016 i MŚ 2018. Historia polskiej emigracji do Kurytyby sięga jednak końca XIX w., gdy polscy rolnicy wyjeżdżający do Ameryki Południowej otrzymywali od rządu Brazylii hektary ziemi za darmo. To właśnie w Kurytybie 12 listopada 1910 roku na świat przyszedł syn Polaka i Niemki– Rodolfo Barteczko, znany również pod pseudonimem Patesko. Gdy futbol na kontynencie południowoamerykańskim jeszcze raczkował, Brazylia była w cieniu dwóch potęg – Argentyny i Urugwaju. Lokalni rywale na zmianę triumfowali w Copa America, natomiast „Canarinhos” odgrywali rolę ubogiego krewnego, tylko dwukrotnie przerywając ten duopol – akurat wtedy, gdy kontynentalne mistrzostwa rozgrywane były w „Kraju Kawy”. Ten układ sił potwierdziły pierwsze Mistrzostwa Świata w 1930 roku. Po porażce w pierwszym meczu z Jugosławią jasne stało się, że druga i ostatnia grupowa potyczka z Boliwią będzie tylko meczem o honor. Brazylijczycy z zazdrością mogli spoglądać na sąsiadów, którzy spotkali się w pierwszym historycznym finale turnieju o Złotą Nike. Przed kolejnym mundialem brazylijski futbol był w trakcie ogromnych zmian – przejścia z amatorstwa na zawodowstwo. Problemy biurokratyczne sprawiły, że Brazylijczycy nie mogli wysłać do Włoch najmocniejszej reprezentacji. Przed MŚ funkcjonowały de facto dwa brazylijskie związki piłki nożnej: stary, który zrzeszał kluby amatorskie i nowy, do którego należało większość najważniejszych zespołów z Rio de Janeiro i Sao Paulo. FIFA do wysłania reprezentacji na turniej zobligowała stary związek, do którego wciąż należało Botafogo. Dwie brazylijskie federacje nie doszły do porozumienia, wskutek czego na włoski mundial wysłano liczącą zaledwie siedemnastu zawodników drużynę. W jej skład wchodziło dziewięciu piłkarzy Botafogo, do których dokooptowano ośmiu profesjonalistów. Wśród tych zawodowców byli między innymi słynny Leonidas czy wspomniany Patesko. Brazylijczyk o polskich korzeniach karierę zaczynał w lokalnym klubie Palestra Italia, w którym szybko zdobył status gwiazdy, a w 1932 roku triumfował w Campeonato Paranaense (mistrzostwa stanu Parana). Rok później reprezentował już barwy urugwajskiego Nacionalu, czołowego wówczas klubu Ameryki Południowej, z którym w 1933 roku został mistrzem kraju. Gdy brazylijska federacja tworzyła ekipę na Mistrzostwa Świata, zdecydował się na powrót do kraju.

W podróż do Europy Brazylijczycy wyruszyli 12 maja 1934 roku. Były to jeszcze czasy, w których piłkarze nie podróżowali drogą powietrzną. Trzynastodniowa podróż na małym statku Biancamano nie należała do najbardziej komfortowych. Brazylijczycy cierpieli z powodu choroby morskiej, a do Europy dotarli dopiero dwa dni przed pierwszym meczem. Na domiar złego już na początku turnieju „Canarinhos” trafili na bardzo mocną reprezentację Hiszpanii z legendarnym bramkarzem Ricardo Zamorą. W tych okolicznościach to Hiszpanie byli faworytem meczu na Stadio Luigi Ferraris w Genui i zgodnie z oczekiwaniami pokonali zmęczonych rywali 3:1, choć nie bez kontrowersji – Brazylii należał się ponoć rzut karny po interwencji hiszpańskiego obrońcy, który ręką zatrzymał strzał Leonidasa. W drużynie Brazylii zagrał oczywiście Rodolfo Barteczko, zostając tym samym – na cztery lata przed debiutem reprezentacji Polski na MŚ – pierwszym piłkarzem polskiego pochodzenia na mundialu. Po Mistrzostwach Świata Patesko trafił do Botafogo, gdzie znalazł swoje miejsce na ziemi. W klubie z Rio de Janeiro ten lewonożny napastnik występował do 1943 roku (z krótką przerwą na grę w Atletico Mineiro i Fluminense), strzelił w tym czasie 102 gole dla klubu i zapracował na status jednej z klubowych legend. Dobra gra w klubie pomogła mu również rozwinąć skrzydła w reprezentacji Brazylii, w której łącznie rozegrał piętnaście oficjalnych meczów i zdobył sześć bramek. W świetnej formie był podczas Copa America w 1937 roku, ale w decydującym o tytule meczu „Canarinhos” przegrali po dogrywce z Argentyną. Mundial w 1938 roku miał być czasem ostatecznej próby dla „Canarinhos”. Tym razem działacze z Rio de Janeiro i Sao Paulo doszli do porozumienia, więc Brazylijczycy jechali do Francji w najmocniejszym możliwym składzie, z błogosławieństwem prezydenta kraju Getulio Vargasa. Nie popełniono też błędów sprzed czterech lat – przed turniejem piłkarze spędzili miesiąc na zgrupowaniu w uzdrowisku Caxambu, a do Francji dotarli na trzy tygodnie przed pierwszym meczem. Nic dziwnego, że oczekiwania kibiców były ogromne, a pierwszy rywal miał być tylko przystawką przed daniem głównym – walką o medale. A jednak Polska nieoczekiwanie postawiła potentatowi z Ameryki Południowej bardzo twarde warunki. W barwach „Canarinhos” błyszczał Leonidas, ale Polacy mieli w swoich szeregach genialnego Ernesta Wilimowskiego, który nie ustępował brazylijskiemu magikowi. Temu meczowi poświęcono już wiele artykułów, więc ograniczmy się do samego wyniku – po jednym z najlepszych spektakli w historii mundiali Brazylijczycy triumfowali po dogrywce 6:5. Ogromna rywalizacja w brazylijskiej kadrze sprawiła, że Patesko akurat w tym meczu nie zagrał. W rezerwie pozostał również na mecz drugiej rundy z wicemistrzem świata sprzed czterech lat, Czechosłowacją. W drużynie naszych południowych sąsiadów główne role odgrywali król strzelców poprzedniego mundialu Oldrich Nejedly i bramkarz Frantisek Planicka, który mecz z Brazylią kończył ze złamaną ręką. Sam mecz był jednym z najbrutalniejszych w historii mundiali, a w piłkarskich kronikach zapisał się jako „bitwa w Bordeaux”. Brazylijczycy kończyli mecz w dziewiątkę, a mimo to udało im się dociągnąć do końca remis 1:1. Regulamin nie przewidywał rzutów karnych, więc dwa dni później zaplanowano powtórkę. Trener Brazylii Ademar Pimenta wymienił praktycznie cały zespół, na czym skorzystał Patesko, który wskoczył do składu. Znowu błyszczał Leonidas, który wprowadził „Canarinhos” do strefy medalowej, ale potem – poturbowany i skrajnie wyczerpany – nie mógł wystąpić w półfinale z Włochami. Mecz odbył się w Boże Ciało, dzięki czemu transmisji radiowej mogły słuchać miliony Brazylijczyków liczących na awans drużyny narodowej do finału. Trzeci morderczy mecz w ciągu pięciu dni – to było jednak zbyt wiele. Brazylijczycy winą za porażkę obwiniali sędziego, ale obiektywni obserwatorzy uznali, że wypoczęci Włosi byli po prostu lepsi od zmęczonych i pozbawionych swojej największej gwiazdy rywali. Na otarcie łez Leonidas i spółka w meczu o 3. miejsce ograli jeszcze Szwedów. Patesko rozegrał trzy mecze (grał w drugim meczu z Czechosłowacją, z Włochami i ze Szwecją), nie strzelił gola i pozostał w cieniu największej gwiazdy drużyny. Mimo że Brazylijczycy wracali do domów „tylko” z brązowymi medali, na ulicach Rio de Janeiro byli owacyjnie witani przez tłumy kibiców. Chociaż niekwestionowaną gwiazdą tej drużyny był właśnie Leonidas, to na przełomie lat 30. i 40. XX wieku Rodolfo Barteczko stworzył w reprezentacji zabójczy duet z Timem. W 13. tomie encyklopedii piłkarskiej FUJI czytamy o nich: ,,Głównym atutem brazylijskiego ataku była jego lewa strona: tim – patesco. znakomicie zgrani, świetni technicznie, wchodzili jak w masło w każdą obronę. elba de padua lima , prawdziwy arbiter elegancji, był jednym z najwybitniejszych rozgrywających tamtych czasów i mistrzem mierzonych podań. oczarowana jego finezją prasa argentyńska ochrzciła go mianem . miał on u boku wysokiego, szczupłego dryblera o jasnych włosach, który jego intencje wyczuwał w okamgnieniu.” Co ciekawe Tim jeszcze raz oglądał, jak Polacy strzelają pięć goli w jednym meczu 44 lata później, gdy prowadzona przez niego na Mundialu Espana ’82 reprezentacja Peru uległa biało-czerwonym 1:5.

W 1942 roku, gdy Europa pogrążona była w wojnie, Patesko zapisał ostatni rozdział swojej reprezentacyjnej kariery. Podczas Copa America strzelił nawet dwa gole w meczu z Chile, ale ostatecznie „Canarinhos” ponownie musieli uznać wyższość Urugwaju i Argentyny. Brazylijczyk z polskimi korzeniami przeszedł do historii jako jeden z najlepszych brazylijskich napastników pierwszej połowy poprzedniego stulecia, brązowy medalista mistrzostw świata i legenda Botafogo. Zmarł 13 marca 1988 roku na gruźlicę w Rio de Janeiro. Historia rodziny Patesko i okoliczności jego narodzin nie są do końca wyjaśnione. W 43. tomie encyklopedii piłkarskiej FUJI „Herosi Złotej Nike” można przeczytać, że Barteczko urodził się w rodzinie polskiego emigranta w Niemczech, a do Kurytyby trafił jako dziecko. W tomie 13. „Copa America” Barteczko nazwany został „owocem polsko-austriackiego związku”. Z tomu 7. „Rocznik 93-94” dowiadujemy się natomiast, że jest on synem polskiego emigranta z Austrii, ale urodził się już w Kurytybie. Większość internetowych źródeł przyjmuje, że Patesko urodził się w Brazylii jako syn polskiego imigranta i Niemki. W tym samym czasie, co reprezentacja Brazylii, swój mecz rozgrywali Niemcy, którzy w składzie również mieli trzech piłkarzy polskiego pochodzenia: Fritza Szepana, Paula Zielinskiego i Stanislausa Kobierskiego.

6

Rodolfo Barteczko – pierwszy Polak na mundialu(wiecie gdzie czytać):

@DaPidejpi
@NaFazieHitman
@MesQueUnClub96
@Lionel_Messi10
@Sensible
@Ogorinho1974
@Roni/VEB
@Pawel13sz
@patataj
@Symson

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?