FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
„Taller de Picasso”:
Jordi Costa, założyciel galerii „Taller de Picasso” jest wnukiem Vicença Martíneza, jednego z najlepszych napastników FC Barcelony. Napastnik Blaugrany(1896–1963) jest jednym z najlepszych strzelców w historii FC Barcelony z 200 golami w latach 1912–1923. Ponadto Martinez był właścicielem budynku, w którym mieściła się pierwsza pracownia artysty Pabla Picassa w Barcelonie. Jordi Costa odziedziczył ten budynek po dziadku, aby otworzyć w nim swoją galerię sztuki. Kariera sportowa Vicença Martíneza plasuje go wśród najważniejszych katalońskich piłkarzy Barcelony. Zaczął wyróżniać się w drugiej drużynie FC Barcelony w sezonie 1912-13. Dziadek Jordiego Costy wkrótce grał w pierwszej drużynie FC Barcelony(1915-23), mając zaledwie 19 lat. Martínez zdobył pięć tytułów mistrza Katalonii(1916, 1919-22) i dwa Puchary Stanu(1920, 1922). Został również powołany do reprezentacji na Igrzyska Olimpijskie w Antwerpii (1920). Vicenç Martínez grał na pozycji pomocnika i środkowego napastnika, rozegrał łącznie 261 meczów. Oznaczało to, że strzelał średnio prawie jednego gola na mecz. Był członkiem reprezentacji Katalonii w 7 meczach i strzelił 3 gole. Przechodząc na emeryturę, 17 czerwca 1923 roku, został oddany hołd na „Camp de Les Corts”. Kroniki sportowe z tamtego okresu podkreślają, że Martinez był „wzorowym sportowcem”, który cieszył się „szacunkiem kolegów z drużyny” i należał do ulubionych piłkarzy kibiców Blaugrany. „Taller de Picasso” złożył hołd FC Barcelonie w 1974 roku z okazji 75. rocznicy istnienia klubu, organizując wystawę prac Vitriola. Oczywiste jest, że Jordi Costa był bardzo blisko związany z FC Barceloną od najmłodszych lat a duch Barcelony towarzyszył mu przez całe życie, nawet na płaszczyźnie artystycznej. Właśnie dlatego „Taller de Picasso” uhonorował Barcelonę w 1974 roku z okazji 75. rocznicy istnienia klubu. Wystawa zaprezentowana w galerii składała się z serii dzieł sztuki o FC Barcelonie, które zszokowały krytyków i publiczność. Umieszczone w okresie cenzury, w ostatnich latach rządów Franco, obrazy te stanowią przykład wolności artystycznej.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@1LY0
13
Żywe legendy portugalskiego futbolu:
29 marca 1972 r. urodził się portugalski pomocnik Rui Costa. FIFA w swoim materiale nazwała go „portugalskim księciem”. Mistrz Portugalii i Włoch. Zdobywca Ligi Mistrzów, Superpucharu UEFA i Pucharu Interkontynentalnego. Zawodnik, który w swoim najlepszym czasie osiągnął absolutne piłkarskie szczyty. Grał w znacznie potężniejszej niż dziś Serie A, przywdziewał koszulkę Milanu, który z dzisiejszym zespołem ,,Rossoneri” łączy tylko logo na koszulkach. ,,Moim idolem był Michel Platini. Chodziło o jego sposób gry, o inteligencję, dzięki której zawsze odnajdywał się we właściwej strefie boiska. To pozwalało mu dyktować tempo gry. Nie zapominajmy też o dryblingach i jego umiejętności podejmowania najlepszych decyzji z chłodną głową” – wspominał już po zakończeniu kariery. Jak mało kto zbliżył się jednak do swojego idola na centymetry. Gdyby dziś charakteryzować Costę, pewnie użylibyśmy podobnych słów, co on, gdy mówił o Platinim. Jedyne, czego mu zabrakło, by móc być stawianym na równi z Francuzem, był złoty medal wielkiego turnieju. ,,Gdybym mógł cofnąć czas, poprosiłbym o to, by wygrać mistrzostwo Europy 2004” – mówił w rozmowie z portalem FIFA.com. Mieli przecież wszelkie dane ku temu, by w niego całym sercem wierzyć. „Tworzymy znakomitą mieszankę dwóch zwycięskich reprezentacji młodzieżowych, selekcję najlepszych z najlepszych. Mam nadzieję, że portugalska piłka skorzysta w pełni z naszego pokolenia.” Skorzystała, budując swoją mocną pozycję na lata na arenie międzynarodowej. Przeżywając historie jak ta z Ricardo broniącym gołymi rękami karnego Anglików. Ale nie wycisnęła do ostatniej kropelki, nie sięgając ani po złoto na Euro, ani po medal na mistrzostwach świata. Mimo to Rui Costa na zawsze pozostanie w Portugalii jedną z wielkich legend. Twarzą swojej reprezentacji przełomu wieków. Synonimem boiskowego artysty, który dziś wciąż jest bardzo blisko wielkiej piłki, zasiadając na stanowisku dyrektora sportowego a obecnie prezydenta swojej ukochanej Benfiki.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
13
Legendy polskiego futbolu:
29 marca 1943 r. urodził się Jan Banaś, prawoskrzydłowy. "Urodziłem się w czasie II wojny światowej w Berlinie. Ojciec nazywał się Paul Helwig, był niemieckim żołnierzem, moją matkę poznał we Lwowie, gdzie pracowała przez półtora roku jako tłumaczka. Po moim urodzeniu przez kilka miesięcy mieszkaliśmy z mamą w Berlinie a potem przyjechaliśmy do jej rodzinnych Katowic" - mówił. Nazywał się wtedy Heinz-Dieter Banas. Potem został polskim Janem. Karierę zaczął w AKS-ie Mikołów, następnie był WKKF Katowice i Zryw Chorzów, powoływania do reprezentacji Polski juniorów, gdzie grał m.in. z Zygfrydem Sołtysikiem i Antonim Piechniczkiem. W 1962 roku trafił do Polonii Bytom. Tam osiągał pierwsze sukcesy. Z nią wygrał m.in Puchar Intertoto. I właśnie z tymi rozgrywkami jest związana sytuacja, która wpłynęła na piłkarskie życie Banasia. W 1966 roku przed meczem w Norrkoeping z miejscowym IFK, zdecydował się zostać za granicą. "Jeśli chodzi o wyjazd z 1966 roku, za sprawą stał mój ojciec, którego w Szwecji zobaczyłem pierwszy raz od 23 lat" - mówił Banaś. To on namówił syna, żeby nie wracał do Polski. Razem z nim nie wrócili także Konrad Bajger i Norbert Pogrzeba. "Pracował jako księgowy w klubie z niemieckiej ligi regionalnej w mieście Hof. Gdy podsunął mi jednak papier, żebym się zgodził, że z każdego mojego ewentualnego transferu 10 procent będzie szło na jego konto, nasze drogi się rozeszły" - dodał Banaś. Po trzech miesiącach młody piłkarz pojechał do Kolonii, gdzie trenował w 1.FC Koeln. Nie mógł jednak grać, ponieważ polskie władze sportowe zdyskwalifikowały go na dwa lata, wrócił więc do kraju. Po tej przygodzie zmienił oficjalnie pisownię nazwiska na takie, jakie znamy dzisiaj. Mógł występować ale za swoją postawę zapłacił.
Przez cztery lata nie był powoływany do reprezentacji a potem, mimo że grał zarówno w eliminacjach igrzysk olimpijskich 1972, jak i w eliminacjach mistrzostw świata 1974 na turnieje finałowe nie pojechał. Oba były w Niemczech. W pierwszym przypadku miało chodzić o to, że podczas pobytu w Niemczech Banaś pobierał pieniądze od jednego z klubów, czemu sam zainteresowany zaprzecza, tłumacząc, że to było tylko drobne kieszonkowe. Zachodnioniemieckie media miałyby opisać całą aferę. "Otrzymaliśmy poufną informację, że mogą wystąpić oficjalnie do MKOl-u, podważając amatorski charakter naszej reprezentacji, gdyby Jasio zagrał w turnieju" - cytował trener Kazimierz Górski słowa Wiesława Ociepki, szefa PZPN-u a zarazem członka KC PZPR-u i ministra spraw wewnętrznych, w swojej książce "Pół wieku z piłką". Z kolei w przypadku MŚ Banaś miał na nie niepojechać, ponieważ latem 1973 roku, podczas tournee po USA, Górski dowiedział się, że zawodnik zamierza wzmocnić jedną z tamtejszych drużyn. Selekcjoner wiedząc, że nie może na niego liczyć, nie powołał Banasia na mecze eliminacyjne MŚ z Walią w Chorzowie i Anglią w Londynie. "To nieprawda. Z nikim wówczas nie rozmawiałem o grze w USA" - tłumaczył jednak sam zawodnik. Właśnie podczas tego wyjazdu ostatni raz wystąpił w reprezentacji Polski, w której grał od 1964 roku. W tym czasie Banaś był już podstawowym piłkarzem Górnika Zabrze. Przeszedł do niego w 1969 roku. Transfer "największy wtedy w Polsce" z silnej Polonii Bytom do jeszcze mocniejszego zespołu zaowocował wywalczeniem dwóch mistrzostw Polski i trzech Pucharów Polski. Grał też w finale Pucharu Zdobywców Pucharów w 1970 roku, kiedy Górnik przegrał z Manchesterem City 1-2. Porównywano go czasami do George'a Besta, Irlandczyka z Ulsteru, w tym czasie gwiazdy Manchesteru United i jednego z najlepszych piłkarzy na świecie. "Też miałem, ciemne, długie, kręcone włosy, śledziłem, jakie nosi ciuchy. Jak on grałem na prawym skrzydle, też lubiłem dryblować. Pod tym względem jeszcze większym mistrzem był mój inny idol, Brazylijczyk Garrincha" - mówił Banaś. I podobnie jak Best miał powodzenie u kobiet. "Pewnie imponowało im, że mogą pokazać się z piłkarzem, reprezentantem Polski? Miałem łatwiej, one zdawały sobie sprawę, z kim się zadają, byłem znany, wiadomo, prasa, telewizja. Znały nazwisko Banaś, wiedziały, że gram w Górniku" - mówił. "Z piętnaście razy mogłem już przed ołtarzem stać, większość chciała mnie usidlić. Ciągle kalkulowałem, co nimi kieruje: czy są ze mną dla mnie czy dla pieniędzy?" - dodał. W Zabrzu występował do 1975 roku, a potem w końcu wyjechał za granicę. Najpierw to były polonijne kluby w Stanach Zjednoczonych, następnie Meksyk (Atletico Espanol) i Francja, gdzie m.in. ze względu na stan wojenny spędził 13 lat, grając w tamtejszych drużynach. Do Polski wrócił w 1993 roku. Tutaj imał się różnych zajęć - od pracy z młodzieżą w Gwarku Zabrze po gastronomię. Mieszka w Zabrzu, nieopodal stadionu Górnika.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
13
Blaugrana triumfuje w ,,krwawych” derbach Barcelony:
29 marca 2014 roku FC Barcelona rozpoczęła 31. kolejkę Ligi BBVA wyjazdowym zwycięstwem 1-0 w derbach przeciwko RCD Espanyol. Dzięki bramce Lionela Messiego Duma Katalonii odniosła cenne zwycięstwo, które dawało jej pierwsze miejsce w tabeli. Pierwsza połowa meczu na ,,Cornellà-El Prat” była zaciętym widowiskiem, obie drużyny grały w bardzo szybkim tempie. To gospodarze mieli pierwsze okazje do zdobycia gola, wyróżniali się Pizzi i Sergio García. Jednak najlepsza okazja przed przerwą przypadła gościom, gdy Dani Alves podał piłkę Neymarowi, ale brazylijski napastnik nie zdołał umieścić piłki w siatce i drużyny zeszły do szatni przy remisie. Druga połowa była równie wyrównana jak pierwsza a obie drużyny zaciekle walczyły o trzy punkty. Po strzale Gerarda Piqué, który odbił się od słupka, Blaugrana została w końcu nagrodzona za wytrwałość w 77. minucie. Messi nie pomylił się przy rzucie karnym a gol Argentyńczyka wystarczył aby zapewnić ekipie Gerardo Martino cenne zwycięstwo, które podtrzymało ich nadzieje na tytuł. Pod koniec meczu Javi López zastąpił Kiko Casillę między słupkami, po tym jak bramkarz otrzymał czerwoną kartkę i zachwycił dwoma świetnymi obronami.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
11
,,Santa Tecla”:
Po trwających niewiele ponad rok pracach w marcu 1966 roku otwarto świątynie mieszczącą się przy alei Madrid w Barcelonie. To dzieło Josepa Soterasa i Mauriego, jednego z architektów biorących udział w przygotowywaniu projektu Camp Nou. Kościół zajmuje powierzchnie 1500 metrów kwadratowych i może pomieścić 800 wiernych. Na ołtarzu znajduje się figurka świętej Tekli wyrzeźbiona w kamieniu przez Ferrana Bernata. W 2002 roku w kościele Świętej Tekli odbyła się ceremonia pożegnania jednej z legend barcelonizmu – Ladislao Kubali. Cierpiący na chorobę Alzheimera napastnik zmarł w wieku 74 lat w klinice Pilar. Przed śmiercią wiele razy zapadał w śpiączke. Zgon nastąpił o pierwszej po południu i co ciekawe, w tym samym czasie ówczesny prezydent Barçy Gaspart dokonywał prezentacji Luisa van Gaala jako nowego trenera klubu… Setki kibiców zebranych u wrót kościoła gromkimi oklaskami i okrzykami ,,Kubala! Kubala!” powitało owiniętą flagą ,,blaugrana” trumne, niesioną przez jego byłych kolegów z drużyny. Ciało idola barcelonizmu przyniesiono do kościoła Santa Tecla po tym, jak ponad 15 tysięcy osób pożegnało je w udostępnionym przez klub miejscu na Camp Nou. Później trumna została przewieziona na cmentarz „Camp de Les Corts”, gdzie spoczęła w niszy 625 w Szóstym Departamencie.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Safrani
@1LY0
10
Feliz cumpleaños panie Marc!
Dzisiaj swoje 53 urodziny obchodzi Marc Overmars, jeden z najlepszych prawonożnych lewoskrzydłowych w historii piłki nożnej. Podczas swojej bogatej kariery, Overmars błyszczał na boisku, jak nikt inny. Nieważne czy było to Go Ahead Eagles, Willem II, Ajax, Arsenal czy wielka FC Barcelona. Właśnie w tych klubach cieszył świat swoimi dryblingami. Dobry technicznie, szybki, wydawałoby się, że płuca miał ze stali. Jako prawonożny zawodnik, wystawiany był najczęściej na lewym skrzydle, co przynosiło spory efekt. Łamanie akcji do środka i oddawanie strzałów ze swojej teoretycznie lepszej nogi sprawiło, że Overmars strzelił w swojej karierze kilka ważnych bramek w ten oto sposób. W drużynie Dumy Katalonii Overmars grał przez cztery sezony. W sezonie 2001/02 był podstawowym zawodnikiem w rozgrywkach Ligi Mistrzów. W tej historii są również polskie akcenty. W jednym z meczów Champions League, pokonał Jerzego Dudka na ,,Anfield Road”, a w ćwierćfinale rozgrywek odprawił Panathinaikos Ateny. W drużynie ,,Koniczynek” występowali wówczas: Krzysztof Warzycha oraz Emmanuel Olisadebe. Podczas pobytu w Hiszpanii, nie zdobył żadnego trofeum. Na domiar złego, przez liczne urazy kolan i kostek, został zmuszony do zakończenia swojej przygody z profesjonalnym futbolem w wieku 31 lat.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
11
Hattrick Enrique Fernandeza:
29 marca 1936 r. FC Barcelona rozgromiła na Camp de Les Corts Osasune 5:0 w ramach 19. Kolejki Primera Division. Klasycznym hattrickiem popisał się legendarny Urugwajczyk Enrique Fernandez(5, 34 i 38 minuta). Pozostałe gole dołożyli: Martin Vantorla oraz Jose Raich. Dzięki temu zwycięstwu Blaugrana uplasowała się na 5 miejscu w tabeli ex aequo z Herculesem Alicante.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Arkon Chodzi ci o towarzyski mecz Urugwaju z Anglią? To nie, nie widziałem. No wiem że on potrafi od czasu do czasu wywinąć jakiś numer ale mimo wszystko jeszcze bym się go nie pozbywał...
11
@FCBparasiempre
Tym razem odniosę się do antagonizmów między dwoma najbardziej reprezentatywnymi drużynami Barcelony, które pojawiły się już kilka lat po rozpoczęciu rozgrywek, dokładnie wtedy, gdy drużyna Espanyolu upadła a część jej zawodników schroniła się w szeregach X Sporting Club, na początku 1906 roku. Katalońska piłka nożna podupadała a nieliczne kluby, które jeszcze przetrwały, pogrążyły się w kryzysie. Przyjaźń i pozytywna atmosfera, które panowały we wczesnych latach istnienia Związku Klubów Piłkarskich, ustąpiły miejsca klimatowi ciągłego napięcia i wewnętrznych zmagań, które doprowadziły do upadku federacji. Pod koniec tego samego roku została ona zastąpiona przez Katalońską Federację Piłkarską, której prezesem został Isidro Lloret, człowiek, który szczycił się publicznym wyrażaniem swojej głębokiej niechęci do FC Barcelony i przenoszeniem jej na innych członków zarządu. Przejawiało się to w ciągłych i arbitralnych decyzjach, które prowokowały ciągłe spory i sprzeciwy w klubach. To właśnie za jego fatalnych rządów Club X zdominował katalońską ligę, zawsze owianą kontrowersjami, które ostatecznie odbiły się szerokim echem w październiku 1908 roku. Odejście Isidro Lloreta nieco uspokoiło sytuację, ale pozostawiło Federację w całkowitym chaosie a kluby na skraju upadku. FC Barcelona została uratowana dzięki cudownej interwencji jej założyciela, Hansa Gampera, co zbiegło się z ponownym pojawieniem się Club Deportivo Español, powstałego z połączenia drużyny Jiu-Jitsu – z niektórymi członkami, którzy byli członkami starego klubu – i X Sporting Club, którego znakomity pan Lloret został wiceprezesem nowego, niebiesko-białego podmiotu. Oba kluby przeżyły odrodzenie, a rywalizacja zaostrzyła się, przenosząc się z biur federacji na boiska i trybuny, osiągając dramatyczny poziom w sezonie 1911/12. Dysydenci FC Barcelony, którzy dołączyli do Espanyolu – bracia Wallace, Massana i Comamala – przyczynili się do podsycenia tej rywalizacji, której kulminacją były mecze rozegrane między obiema drużynami w ramach Pucharu Ciudad-La Riva, zorganizowanego przez prezydium Espanyolu 24 i 25 marca 1912 roku. Oprócz wyniku sportowego, który był podwójnie korzystny dla Espanyolu, należy podkreślić brutalną grę zawodników, graniczącą z brutalnością. Ta postawa udzieliła się niektórym kibicom i kibicom rywali, którzy wdawali się w ciągłe i haniebne bójki. Incydenty podczas tego podwójnego starcia były tak liczne i brutalne, że zaledwie kilka dni później zarządy obu klubów przesłały prasie oświadczenia, ogłaszając zerwanie więzi i odmowę ponownego spotkania się w rozgrywkach o mistrzostwo piłkarskie. Incydenty te miały znaczący wpływ na ostateczny wynik Mistrzostw Regionalnych, ponieważ Barcelona odmówiła rozegrania meczu na stadionie Espanyolu, co zakończyło się walkowerem i tytułem mistrza dla Espanyolu. W kolejnym sezonie doszło do rozłamu w federacji w ramach Związku Klubów, na czele którego stała Barcelona, podczas gdy Espanyol pozostał w Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej. W rezultacie nie udało im się zmierzyć ze sobą w Mistrzostwach Regionalnych ani w Mistrzostwach Hiszpanii, ale spotkali się w Pucharze Francusko-Hiszpańskich Pirenejów. Mecz półfinałowy odbył się 6 kwietnia i był ich pierwszym spotkaniem od incydentów z poprzedniego roku, a tym razem nie obyło się bez kontrowersji. Rozegrany na boisku Barcelony mecz zakończył się zasłużonym zwycięstwem Espanyolu 3:1, ale to zwycięstwo okazało się niewystarczające. Barcelona zgłosiła Komitetowi Organizacyjnemu włączenie angielskich zawodników Barretta, Darleya i Harrissona do swojego składu, co zostało uznane za niedozwolone. W rezultacie Barcelona zakwalifikowała się do finału, który następnie wygrała z francuską drużyną Comette et Simiot.
W kolejnych latach, wraz z ustanowieniem pokoju w piłce nożnej i pod auspicjami nowej federacji narodowej, założonej we wrześniu 1913 roku, Deportivo Español, noszące teraz oznaczenie „Real” (Królewski), oraz FC Barcelona wznowiły rozgrywki bez większych incydentów. Jednak wkrótce rozgoryczeni kibice Espanyolu mieli okazję do odwetu na sąsiadach, co zapoczątkowało tzw. „aferę Garchitoreny”. Garchitorena był wyjątkową postacią pochodzenia baskijskiego, która dołączyła do Barçy po rozegraniu dwóch meczów towarzyskich w maju 1916 roku i z nim Blaugrana rozpoczęła rozgrywki regionalne. Tuż przed Bożym Narodzeniem Duma Katalonii pokonała Espanyol 3:0, ale gdy tylko mecz, naznaczony incydentami, dobiegł końca, Espanyol zaprotestował przeciwko wynikowi, twierdząc, że Garchitorena wystawił nieuprawnionego zawodnika. Sprawa została rozpatrzona przez delegatów Federacji Katalońskiej, a Espanyol przedstawił niezbędne dokumenty. Ostatecznie ustalono, że argentyńskie obywatelstwo Juana Garchitoreny zostało udowodnione i że z powodu zakazu wystawiania zagranicznych zawodników nie mógł on uczestniczyć w rozgrywkach. Było również jasne, że Barcelona nie wiedziała, że rejestracja zawodnika została przeprowadzona na podstawie sfałszowanej hiszpańskiej dokumentacji. Biorąc pod uwagę, że FC Barcelona wcześniej zezwoliła Espanyolowi na zarejestrowanie dwóch zawodników poza okresem rejestracji, wydawało się, że sprawa nie będzie miała dalszych konsekwencji i została rozwiązana. Wbrew oczekiwaniom, Espanyol nie zamierzał jednak odwdzięczyć się i zażądał punktów z przegranego meczu, namawiając Sabadell, Universitari i Atlètic do pójścia w jego ślady i domagając się od Barcelony oddania walkowerów. Propozycja ta została zaakceptowana przez federację, a kataloński klub został wyeliminowany z walki o tytuł, którego ostatecznie Espanyol również nie wygrał, pomimo „wspaniałej” gry. Espanyol niewątpliwie wiedział o narodowości Garchitoreny przed rozpoczęciem turnieju, ale postanowił zgłosić tę sprawę po porażce. Pozostaje pytanie, co by się stało, gdyby wygrali ten mecz; mogliby poczekać do drugiej rundy. Nawiasem mówiąc, Garchitorena pozostał związany z klubem do końca sezonu, grając w licznych meczach towarzyskich, a w kolejnych latach bardzo sporadycznie. Jego życie osobiste było jednak dość osobliwe: pił whisky, był prawdziwym playboyem początku XX wieku i zawsze ubierał się i wyglądał jak model a nawet odmawiał strzelenia gola głową na błotnistym boisku, aby nie zniszczyć sobie fryzury. Nic dziwnego, że później poświęcił się filmowi, mniej brutalnemu zawodowi, w którym odniósł pewien sukces pod pseudonimem Juan Torena i miał kilka znanych romansów, jeden z nich – jak głosi legenda – z aktorką Myrną Loy. Relacje między dwoma klubami ponownie stały się napięte, a na boisku dominowały przemoc i incydenty. W sferze społecznej klub musiał również stawić czoła kampaniom oszczerstw, takim jak złośliwe oskarżenia o bycie orędownikiem antykatalanizmu, wysuwane pod adresem Espanyolu w okresie rozkwitającej autonomii Katalonii. Tymczasem po stronie przeciwnika klub musiał stawić czoła intrygom rywali, którzy oskarżali go o „germańskość”, gdy rany po I wojnie światowej były jeszcze świeże. Sytuacja zaostrzyła się do tego stopnia, że klub musiał rozegrać kilka meczów z drużyną o nazwie Alianci, swego rodzaju wojskową drużyną gwiazd, złożoną z Anglików, Francuzów i Belgów. Nawiasem mówiąc, w drugim z tych meczów debiutowali w barwach Blaugrany José Samitier i Ricardo Zamora. Zamora, młody talent Espanyolu, który odegrał kluczową rolę w zwycięstwie klubu w Mistrzostwach Katalonii w 1918 roku, teraz wykonał dramatyczny ruch, podpisując kontrakt z odwiecznym rywalem.
Początek lat dwudziestych XX wieku przyniósł schyłek formy piłkarskiej Espanyolu i początek złotej ery FC Barcelony, naznaczonej dwoma tytułami Copa del Rey w ciągu trzech lat. Barça wykorzystała tę znakomitą passę, aby upokorzyć rywali w sezonie 1921/22, pokonując ich 9:0(!) na ich własnym boisku. Następnie udała się na stadion „Camp del Carrer Industria” na mecz rewanżowy, zdeterminowana, by pobić ten wynik, co osiągnęła, wygrywając 10:0. Wynik mógł być jeszcze wyższy, gdyby tego chcieli, ale to zwycięstwo skazało Espanyol na baraż o utrzymanie. Podwójne zwycięstwo nad España FC i przyjście Genaro de la Rivy na stanowisko prezesa Espanyolu pozwoliły im przezwyciężyć kryzys. Udało im się również przekonać Ricardo Zamorę do powrotu do Espanyolu z pokaźną sumą 25 000 peset i niemal pozyskać jego bliskiego przyjaciela Samitiera, który ostatecznie zdecydował się pozostać w Barcelonie. Powrót Zamory do Espanyolu wywołał kolejną batalię prawną między dwoma klubami, która trwała przez cały sezon 1922/23. FC Barcelona domagała się prawa do zatrzymania bramkarza, potępiając jego odejście i powołując się na podwójny kontrakt a Federacja Katalońska zawiesiła bramkarza na rok. Sprawa została następnie skierowana do Komitetu Narodowego, który, w obliczu odmowy Zamory gry w reprezentacji przeciwko Portugalii, uchylił orzeczenie Federacji Katalońskiej i zezwolił mu na grę w Championship. Jednak po apelacji federacji regionalnej, Komitet Narodowy uchylił swoją poprzednią decyzję i orzekł na korzyść FC Barcelony, nakazując powtórzenie meczów, które Espanyol wygrał lub zremisował z Zamorą na boisku, oraz zakazując mu gry w barwach klubu, nawet w meczach towarzyskich, chyba że udzieli pozwolenia w Barcelonie, co nastąpiło niemal pod koniec sezonu. Mecz CD Europa z Espanyolem, który zakończył się remisem, musiał zostać powtórzony. Paradoksalnie, wynik był niekorzystny dla FC Barcelony, gdyż drużyna Gràcia wygrała 4:1. Dzięki dwóm zdobytym punktom udało im się wymusić tie-break z Blaugraną, który rozstrzygnął o tytule. Europa wygrała ten mecz, rozgrywany w Gironie, 1:0 i została mistrzem regionu, a następnie awansowała do finału hiszpańskiej ekstraklasy.
Aby zakończyć tę opowieść o zaciętej rywalizacji między dwoma odwiecznymi rywalami Barçy, której nie będę przedłużać poza pierwsze 25 lat ich historii, warto podkreślić, co wydarzyło się 23 listopada 1924 roku na niedawno zainaugurowanym stadionie Les Corts podczas szóstego meczu mistrzostw regionalnych, smutno nazwanego „derbami małej zmiany”. Długo wyczekiwany pojedynek otoczony był nieopisanym podekscytowaniem i nacechowany namiętną i wrogą atmosferą, która wybuchła już po sześciu minutach po brutalnym faulu Saprissy z Espanyolu na Alcántarze, który musiał opuścić boisko z powodu kontuzji. Od tego momentu trwała nieustanna wymiana ciosów, kopnięć i ataków, które przenosiły się na trybuny między radykalnymi członkami obu drużyn. Kulminacja nastąpiła, gdy Samitier agresywnie zareagował na poprzednie pchnięcie Caicedo a sędzia, Pelayo Serrano z Vizcaya, nakazał wykluczenie zawodnika Barcelony z boiska w trakcie gwałtownej bójki i wymiany ciosów między zawodnikami a kibicami. Krótko po wznowieniu meczu, gdy w polu karnym gości padł rzut rożny, kibice w tym sektorze zaczęli rzucać monetami i kamieniami w sędziego, który za pośrednictwem delegata ostrzegł, że zamierza przerwać mecz, jeśli bójka będzie kontynuowana. Groźba ta nasiliła się kilka minut później, gdy sędzia zasygnalizował przerwę i udał się do szatni, gdzie w końcu ogłosił swoją decyzję. To był czas dyktatury a wśród kibiców panowało ogromne napięcie. W kolejnych dniach zarządy obu drużyn zapełniły gazety wszelkiego rodzaju oświadczeniami, a Federacja, po kilkugodzinnych obradach, zdecydowała o powtórzeniu meczu, ale władze wojskowe odmówiły. Osiągnięcie porozumienia zajęło kilka tygodni i ostatecznie postanowiono rozegrać mecz za zamkniętymi drzwiami, co było wydarzeniem bezprecedensowym w tamtych czasach, w którym mogli uczestniczyć tylko przedstawiciele Federacji, dyrektorzy i dziennikarze. Co ciekawe, Samitierowi pozwolono zagrać, ponieważ po miesięcznym zawieszeniu, do czasu rozegrania powtórki 15 stycznia, odsiedział już karę. Szara atmosfera i grobowa cisza trybun utrudniły grę Blaugrany, która pozwoliła rywalowi zdobyć dwa punkty dzięki jedynej bramce Zabali, ale Blaugrana wzięła rewanż w drugiej rundzie i dokonała spektakularnego powrotu, pokonując Espanyol dzięki jedynej bramce zdobytej w genialnym momencie przez Samitiera, co dało jej tytuł mistrzowski.
10
Intrygi w derbach Barcelony:
@1LY0
@Safrani
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
1
@Arkon No jednak ciągle wierze w Araujo. Ma bardzo duży potencjał, biorąc pod uwage jego zagrożenie pod bramką przeciwnika. No a Yildiz, skoro jest taki dobry to czemu nie?
2
@Arkon Generalnie się z tobą zgadzam, poza dwoma, trzema wyjątkami: po pierwsze usunąć z klubu tego paralityka De Jonga a zostawić Araujo. Po drugie nie brać Bernardo Silvy. Wreszcie po trzecie: nie oglądam Juventusu, więc nie wypowiem się na temat Yildiza. Co do reszty pełna zgoda.
11
"Założę się o swoje majtki, że transfer Cruyffa do Levante nie dojdzie do skutku."
Levante UD zawsze było skromnym klubem. Co więcej, aż do XXI wieku jego obecność w First Division ograniczała się do dwóch sezonów w latach 60. Jednak w swojej historii klub Granota zdołał dokonać kilku głośnych transferów, które w tamtych czasach były prawdziwą sensacją. Dziś omówimy jeden z nich: transfer Cruyffa do drużyny z „Orriols”. Johana Cruyffa nie trzeba przedstawiać. Człowiek, który był najlepszym piłkarzem świata w latach 70-tych zbliżał się do końca kariery a plotki o powrocie do Hiszpanii narastały. RCD Espanyol był jednym z klubów najczęściej wymienianych jako potencjalny cel transferowy dla Holendra, co było posunięciem podobnym do tych, jakie klub poczynił w czasach Kubali i Di Stéfano, a także Sevilli i Realu Betis. Jednak jednym z zespołów, które wkroczyły do gry, był Levante UD, wówczas grający w drugiej lidze. Był sezon 1980-1981 a drużyna z Granota z niecierpliwością oczekiwała ewentualnego powrotu do najwyższej ligi. Zespół prowadzony przez Pachína rzeczywiście zajmował drugie miejsce (awans uzyskały trzy najlepsze drużyny). Wiadomość rozeszła się lotem błyskawicy, do tego stopnia, że na konferencji prasowej przed meczem FC Barcelona - Hercules, trener Blaugrany, Helenio Herrera, został zapytany o możliwość podpisania przez Cruyffa kontraktu z Levante: „Założę się z tobą o bieliznę, że Cruyff nie podpisze kontraktu z Levante ”. To był śmiały zakład, bez wątpienia. Paco Aznar, ówczesny prezydent Levante, zdołał przekonać Cora Costera (teścia Cruyffa) po spotkaniu z nim w Amsterdamie. Bomba miała spaść. „El Flaco” miał zostać nową megagwiazdą Levante, tak jak Faas Wilkes, o którym pisaliśmy w innym artykule, Chilijczyk Caszely i Pedja Mijatovic lata później. Podpisanie kontraktu z Cruyffem, zgodnie z oczekiwaniami, było największą wiadomością sportową na świecie. Świat futbolu umieścił Levante UD na mapie a jego dyrektorzy zacierali ręce, oczekując nieoczekiwanego sukcesu: sukcesu kasowego, sprzedaży karnetów, awansu do Pierwszej Ligi… Niestety, rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Holender rozegrał w sumie 10 meczów w niebiesko-czerwonym stroju i strzelił dwa gole (oba w meczu, który zakończył się remisem 2:2 z Realem Oviedo ).
Rzeczywiście, obecny stadion „Ciutat de València”(wówczas znany jako Nou Estadi) był niemal całkowicie wypełniony podczas debiutu Johana przeciwko Palencii. Debiut ten musiał zostać przełożony, ponieważ przed jego rejestracją Levante musiało uregulować zaległe pensje pozostałych zawodników drużyny. Levante odniosło skromne zwycięstwo 1:0 a holenderska gwiazda dała jedynie przebłyski swojego talentu i niewiele więcej. Od tego czasu krążyły liczne plotki i miejskie legendy, z których wiele do dziś pozostaje niepotwierdzonych. Niektórzy twierdzą, że transfer Cruyffa kosztował klub z Walencji łącznie 18 milionów peset, inni, że połowę wpływów z biletów na mecze wziął „pod stołem”, a pieniądze zawinął w gazetę. Wygląda nawet na to, że zawodnik zażądał tego od drużyny przeciwnej jako warunku gry na wyjeździe. Niezależnie od prawdy, przybycie Johana do Levante okazało się porażką zarówno finansową (w kolejnym sezonie klub spadł do Trzeciej Ligi z powodu niezapłaconych długów), jak i piłkarską (sezon zakończył się bez awansu i rozczarowującym dziewiątym miejscem). W każdym razie, nawet po tym wszystkim, kibice Levante mogą z dumą powiedzieć, że Johan Cruyff, jeden z najwybitniejszych piłkarzy wszech czasów, nosił koszulkę Levante. Nawiasem mówiąc, koszulkę, która w niewytłumaczalny sposób(po raz kolejny pokazując chaos, który nękał klub w tamtym czasie) nie miała herbu klubu. Ten pozornie nieistotny szczegół oznacza, że wszystkie zdjęcia Cruyffa w niebiesko -czerwonych pasach Levante można pomylić ze zdjęciami FC Barcelony. Po tylu latach nikt w klubie nie był w stanie wyjaśnić przyczyny tego poważnego niedopatrzenia. Na obronę Johana należy dodać, że wydaje się, iż nie miał on nic wspólnego z tym niewybaczalnym niedopatrzeniem. Marka sportowa, która wówczas ubierała drużynę( Ressy ) już kilka sezonów wcześniej produkowała koszulki bez herbu, choć jej logo rzeczywiście się na nich pojawiało. Najciekawszym aspektem sprawy jest to, że sama firma najwyraźniej wsparła finansowo podpisanie kontraktu z holenderską gwiazdą, co jeszcze bardziej zastanawia, że w sezonie 1980-1981 drużyna grała w całkowicie gładkich koszulkach bez herbu i logo, w przeciwieństwie do poprzednich lat. Choć wielu twierdzi, że Cruyff był skończony, gdy podpisał kontrakt z klubem z „Orriols”, prawda jest taka, że po ostatnim pobycie w Hiszpanii wciąż miał czas, by udowodnić, że ma jeszcze sporo w zanadrzu. Holender wrócił do Ajaxu, gdzie udało mu się zdobyć dwa tytuły mistrzowskie z rzędu. Ale to nie koniec. Nie otrzymawszy oferty przedłużenia kontraktu i głęboko zraniony, odszedł do Feyenoordu, gdzie wbrew wszelkim przeciwnościom losu również został mistrzem, wyprzedzając, paradoksalnie, amsterdamską drużynę. Pod koniec sezonu 1983-1984 w wielkim stylu zawiesił buty na kołku.
Przyznam się szczerze że również nie miałem pojęcia o tym transferze i to pomimo przeczytania biografii Cruijffa. No chyba że była o tym krótka wzmianka, o której mogłem całkowicie zapomnieć.
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
10
Nieco zapomniane legendy rodzimego futbolu:
28 marca 1955 r. w Gdyni urodził się Zdzisław Rozborski, pomocnik, 2-krotny mistrz Polski z Widzewem Łódź. ,,Znacie Brazylijczyka Zito? W moim dzieciństwie był legendą. Tak na mnie zaczęli wołać na podwórku i byłem zaszczycony. Do dzisiaj nic się nie zmieniło”- informuje Zdzisław ,,Zito” Rozborski. Zito to słynny pomocnik Canarinhos, 2-krotny mistrz Świata. Grał w jednej drużynie z takimi geniuszami jak Garrincha, Pele czy Zagalo. ,,Od bardzo dawna mieszkam we Francji, teraz jestem trenerem amatorskiej drużyny i wszyscy w klubie mówią do mnie ,,coach Zito”. Inna sprawa że w tym kraju zawsze trudno było liczyć na poprawną wymowę mojego prawdziwego imienia”- śmieje się pan Zdzisław. Był filarem Wielkiego Widzewa, który eliminował z pucharów Juventus, Liverpool i inne zacne piłkarskie firmy. Od 1977 do 1983 wystąpił we wszystkich rozgrywanych w tamtym okresie 22 meczach widzewiaków w europejskich pucharach! To również czyni go wyjątkowym zawodnikiem w historii klubu. ,,Za to nigdy nie zagrałem w reprezentacji Polski. I wiecie co? Gdyby ktoś mi proponował pół meczu czy cały mecz w kadrze narodowej za te wszystkie niezapomniane przeżycia w europejskich pucharach, nie poszedłbym na taką wymiane. W Widzewie piłkarsko się spełniłem. Ja filarem Widzewa? Mogę potwierdzić pod warunkiem że tych filarów było znacznie więcej. Nawet po latach to odkrywam . Kiedyś obejrzałem rewanżowy mecz Widzewa z Liverpoolem(2:3) w Pucharze Mistrzów, który dał nam awans do półfinału. I dopiero zauważyłem jak kapitalnie na środku obrony grał Roman Wójcicki. Klasa światowa! Oczywiście ceniliśmy go zawsze ale powinniśmy chyba jeszcze bardziej! Takich właśnie chłopaków mieliśmy w Widzewie, dlatego czuję się zakłopotany, gdy ktoś mi przypisuje szczególną role”- podkreśla Rozborski. Po głośnej aferze na Okęciu w listopadzie 1980 r. sankcje dosięgły Józefa Młynarczyka i Zbigniewa Bońka. W rundzie wiosennej nie mogli grać a Widzew bił się o mistrzostwo Polski. W środku pola potrzebował liderów. Sporo więcej na swoje barki musiał wziąć ,,Zito” Rozborski. Harował w drugiej linii ale bywało że strzelał ważne , decydujące o zwycięstwach gole. Po bezbramkowym remisie z Zagłębiem Sosnowiec widzewiacy zdobyli pierwszy w dziejach tytuł. To był spory wyczyn bo przecież wiosną brakowało w składzie dwóch legend klubu. ,,No i właśnie tu musiałaby się zacząć opowieść o słynnym widzewskim charakterze. Nikogo nie musze chyba przekonywać że piłkarsko najlepszy był Boniek. Należało pilnie znaleźć zastępstwo, więc rozłożyliśmy jego obowiązki na kilka osób i daliśmy rade”- opowiada pan Zdzisław.
Rozborskiego i Bońka los chętnie skazywał na siebie. Jesienią 1973 r., niecały miesiąc po słynnym remisie Polaków na Wembley, taki sam wynik(1:1) padł w drugoligowym meczu Bałtyku Gdynia z Zawiszą Bydgoszcz. Dla gospodarzy gola zdobył 18-letni Rozborski, dla Zawiszy 17-letni Boniek. Do Łodzi przyszli praktycznie w tym samym czasie. Przy czym Boniek prosto z Zawiszy a ,,Zito” z Górnika Zabrze. Z każdym wielkim meczem Widzewa upewniał się że trafił w odpowiednie miejsce, ponieważ wcześniej wybrał jednak jednak znacznie gorzej, kiedy jako nastolatek wylądował przy Roosvelta. ,,Przyjechałem z Bałtyku Gdynia, miałem tylko drugoligowe doświadczenie. Ależ to był dla mnie skok! W Górniku kończyła się pewna era, którą znałem z telewizora, z legendarnych meczów zabrzan w europejskich pucharach, z hegemonii w polskiej lidze. Tyle że to był naprawdę koniec, wygasało coś wielkiego, czego symbolem był także Lubański, który leczył już ciężką kontuzje. Żółtodziób znad morza tuż po Mundialu w RFN wchodził do drużyny, w której było 4 medalistów mistrzostw Świata: Fisher, Gorgoń, Wieczorek i Szarmach. Poza tym kilku innych twardych śląskich chłopów z Janem Wrażym na czele. Z Górnika przeniósł się do Łodzi bo najwyraźniej spodobał się trenerowi Jezierskiemu, zapewne jeszcze w drugiej lidze, gdzie jego Bałtyk rywalizował z Widzewem. ,,To nie było tak że przyszedłem z wielkiego Górnika do Widzewa i w Łodzi witali mnie z kwiatami. Musiałem ciężko zapieprzać, bardzo ciężko. Widzew potrzebował świeżej krwi bo w przypadku Pyrdoła, Chodakowskiego, Kostrzewińskiego to już się robiła ,,końcóweczka”, panowie mieli powyżej trzydziestki”- tłumaczy Rozborski. On i Boniek mieli pomóc. Młodzi, gniewni, ambitni i dużym talentem. Zwłaszcza Boniek ale przecież Rozborskiego nie na darmo nazwali ,,Zito”, no z czegoś to wynikało. ,,Potem przyszedł też Mirek Tłokiński i każdy chciał się wykazać, nikt nikomu nie odpuszczał. W szatni Widzewa było wielu charakternych chłopaków, to i narodziła się drużyna z charakterem. Moje relacje ze Zbyszkiem? Bardzo dobre i będę to powtarzał do końca życia. Nie zmienia to faktu że w szatni bywało gorąco i to bardzo gorąco, nie dało się wytrzymać! Oczywiście mam na myśli kaloryfery”- żartuje. Za chwile poważnieje. ,,To prawda, w przerwie meczu potrafiliśmy sobie skoczyć do oczu. Kibice oczywiście nie mieli pojęcia że czasem między nami niemal dochodziło do rękoczynów. Oj, niekiedy robiło się ostro. Myśmy nie cierpieli przegrywać w treningowych gierkach a co dopiero w lidze. I stąd wzajemne pretensje że ty zrobiłeś to źle a ty tamto. A najlepsze że potem rachunek płacił przeciwnik. Byliśmy tak nabuzowani po ,,wymianie zdań” w szatni że wychodziliśmy na drugą połowe i w tej złości odwracaliśmy losy meczu”- opowiada nasz bohater. Rósł z Widzewem ale do kadry jakoś nie dorósł. ,,Dopóki w kadrze grali Maszczyk, Kasperczak czy Deyna, nie było o czym mówić bo to wielcy piłkarze i wielka drużyna. Później jednak zaczęło nowe pokolenie: Kupcewicz, Ciołek, Miłoszewicz. Czasem trudno mi było zrozumieć, dlaczego w kadrze jest piłkarz X, Y a ja nie dostaje choć jednej szansy, mimo że tak dobrze radzę sobie w europejskich pucharach”- wspomina po latach Rozborski. Nie udało się w kadrze a i na zagraniczny wyjazd musiał długo czekać. Gdy już wyjechał, to na granie przedemerytalne. ,,Widzewiacy dostawali dobre transferowe propozycje, o których dowiadywali się dopiero po latach. Mnie na przykład chciało Leeds United. Pojawiła się podobno konkretna oferta ale nie było żadnych szans na zgode. Miałem wtedy chyba 26 lat. Oczywiście wiem że limit wieku umożliwiający wyjazd za granice był wyższy, lecz umówmy się: była to tylko kwestia dobrej ceny. Jak wszyscy ważni ludzie dostawali z tego kasę, dawali zielone światło. Boniek miał 26 lat i poszedł do Juventusu”- wspominał Zdzisław Rozborski.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
17
Postacie polskiego futbolu:
28 marca 1945 r. w Piotrkowicach urodził się Władysław Stachurski. Jako piłkarz przywdziewał barwy stołecznej Skry, SHL-u Kielce, Sarmaty Warszawa i Warszawianki. Stamtąd w 1964 roku trafił do warszawskiej Legii, gdzie grał do 1973 roku. Obdarzony atomowym uderzeniem boczny obrońca rozegrał w barwach „Wojskowych” 115 meczów, strzelając w nich 11 goli. W 1969 i 1970 roku świętował z kolegami z Legii tytuły mistrza Polski, a w latach 1966 i 1973 zdobył Puchar Polski. W europejskich pucharach dotarł z Legią do półfinału Pucharu Europy w sezonie 1969/70. W starciu o finał najbardziej prestiżowych rozgrywek w Europie mistrzowie kraju odpadli z Feyenoordem Rotterdam (0:0, 0:2). Jego futbolową karierę w wieku 28 lat przerwała ciężka kontuzja. W reprezentacji Polski debiutował 12 października 1969 roku w wygranym przez biało-czerwonych 5:1 meczu eliminacji Mistrzostw Świata z Luksemburgiem. Łącznie w reprezentacji rozegrał 8 spotkań, zdobywając jedną bramkę. 23 września 1970 roku pokonał bramkarza Irlandii w towarzyskiej potyczce w Dublinie, wygranej przez Polaków 2:0. Jako trener wprowadził do ekstraklasy bydgoskiego Zawiszę i w sezonie 1989/90 doprowadził beniaminka do 4. pozycji w lidze (najwyższej w historii bydgoskiego klubu). Później objął funkcję szkoleniowca warszawskiej Legii, z którą co prawda nie zdobył tytułu mistrza Polski, ale za to dotarł do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1990/91, eliminując po drodze szkockie Aberdeen, czy włoską Sampdorię Genua. W marszu przez kolejne szczeble pucharu, „Wojskowych” powstrzymał dopiero w półfinale Manchester United. Łącznie poprowadził Legię w 63 spotkaniach.
Jesienią 1993 roku przyszedł do Widzewa. Ówczesny boss czerwono-biało-czerwonych musiał się mocno tłumaczyć kibicom ze swojego wyboru. Człowiek mocno utożsamiany z Legią nie mógł być ulubieńcem widzewskich fanów. Na domiar złego, w debiucie przed łódzką publicznością, Widzew przegrał w derbach z ŁKS 0:1, czego wcześniej robić nie zwykł. Stachurski przebudował łódzki zespół, za jego kadencji na stadion przy ul. Piłsudskiego zawitali m. in. Andrzej Woźniak, Mirosław Szymkowiak czy Grzegorz Mielcarski. Trener ze stolicy zdobył sympatię i szacunek widzewskich kibiców. Stachurskiego zwolniono z Widzewa po 25. kolejce. Sezon dokończył Franciszek Smuda, a Widzew został wtedy wicemistrzem Polski. W listopadzie 1995 roku zastąpił Henryka Apostela na stanowisku trenera reprezentacji Polski. Debiut przypadł na mecz z Japonią w dalekim Hongkongu (19 lutego 1996). Polacy pozbawieni graczy z lig zagranicznych oraz sposobiących się do gry w ćwierćfinale Ligi Mistrzów piłkarzy Legii, przegrali aż 0:5. Stachurski sięgnął wówczas nawet po zawodników z… drugiej ligi, Dariusza Gęsiora i Mariusza Śrutwę z chorzowskiego Ruchu. Dziewięć dni później do Rijeki dolecieli już gracze z Zachodu – Tomasz Wałdoch, Piotr Nowak i Henryk Bałuszyński, jednak biało-czerwoni przegrali z Chorwatami 1:2. 27 marca 1996 roku, w dzień 49. urodzin selekcjonera Polacy na stadionie Widzewa podejmowali Słoweńców. Tym razem byli już gracze Legii i futboliści z zagranicy (Nowak i Andrzej Juskowiak), lecz biało-czerwonym ani razu nie udało się pokonać Bosko Boskovicia. Ponieważ czyste konto zachował też Andrzej Woźniak, mecz zakończył się bezbramkowym remisem. W Święto Pracy 1996 roku na stadionie mieleckiej Stali, reprezentacja Polski zagrała ostatni mecz pod wodzą Stachurskiego. Oparta na graczach Legii (na boisku pojawiło się ich aż ośmiu) z dodatkiem zagranicznego zaciągu (Bałuszyński, Juskowiak, Wojciech Kowalczyk i Tomasz Iwan) kadra ledwie zremisowała 1:1 z Białorusią. W akcie desperacji selekcjoner sięgnął nawet po 17-letniego wówczas Marka Saganowskiego, ale i on nie pomógł w odniesieniu zwycięstwa. Stachurskiemu podziękowano, a trenerem reprezentacji został Antoni Piechniczek. Były selekcjoner na chwilę znów został trenerem Legii i sięgnął po Puchar Polski w 1997 roku. Później pracował z piłkarzami Okęcia Warszawa i Świtu Nowy Dwór Mazowiecki. W jego trenerskim cv były także epizody z pracy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz Egipcie. Władysław Stachurski zmarł 13 marca 2013 r. w Warszawie.
@Adran360
@Arkon
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
1
@Bernard777 No takie historyczne perełki o ukochanej Barcuni, to grzechem byłoby nie odnotować :)
Dzisiaj i tak niewiele historii a to głównie ze względu na przerwy dla reprezentacji narodowych...
13
Duma Katalonii pisana historią:
28 marca 1954 r. wmurowano kamień węgielny pod budowę Camp Nou. To był ten sam kamień, którego Joan Gamper użył przed powstaniem legendarnego „Camp de Les Corts”. Na uroczystość przybyło aż 60 tysięcy ludzi. Stadion został oddany do użytku 3,5 roku później. Podczas rozbudowy Camp Nou, pamiątkowy kamień odkopano i obecnie znajduje się w klubowym muzeum.
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
9
Argentina!
Vamos, vamos! Argentina,
Vamos, vamos! a ganar,
que esta banda quilombera
no te deja, no te deja de alentar!
13
Kluczowe zwycięstwo na wyjeździe:
28 marca 1920 r. FC Barcelona pokonała na „Estadio de Amute”, Real Union de Irun 0:1 w pierwszym meczu ćwierćfinału Pucharu Króla. Gola na wage zwycięstwa strzelił genialny Paulino Alcantara już w 5 minucie meczu. Gol Alcantary okazał się bezcenny, gdyż w rewanżu na „Camp del Carrer Industria” Blaugrana po zaciętym boju tylko zremisowała z Realem 4:4 i w efekcie awansowała do półfinału.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
14
@FCBparasiempre
27 marca 1921 r. urodził się brazylijski bramkarz Moacir Barbosa. Jest rok 1963, remont Maracany bierze na celownik między innymi drewniane bramki. Pewien czarnoskóry mężczyzna zabiera jedną z nich. W domu rąbie je siekierą na kawałki a potem pali na popiół. Nie, nie potrzebował się ogrzać, nie, nie urządzał osobliwego grilla – tym mężczyzną był Moacir Barbosa, próbujący dokonać egzorcyzmów. To gol na porąbaną i spaloną przez niego bramkę zmienił narodowego bohatera w symbol narodowej hańby. Brazylijski synonim pecha. Nietykalnego. Trędowatego. Człowieka wytykanego palcami na ulicach. Dla wszystkich poza Barbosą czas płynął, a on, jak w „Dniu świstaka”, został uwięziony w przegranym finale mundialu 1950, w zapętlonej przez pięćdziesiąt lat akcji Schiaffino z Ghiggią, bo rzucała ona cień na każdy dzień reszty jego życia. „Maksymalny wyrok w Brazylii to trzydzieści lat. Ja dostałem pięćdziesiąt lat za coś, czemu nawet nie jestem winny”- Moacir Barbosa w 2000 roku, kilka tygodni przed swoją śmiercią. Od 1502 do 1860 Brazylia była największym na świecie importerem niewolników. To również Brazylia była jednym z ostatnich krajów, które zniosły niewolnictwo, ten zapis przyszedł w 1888. Moacir Barbosa urodził się trzy dekady później, ale tylko skrajny naiwniak mógłby sądzić, że skoro niewolnictwa nie było, to sytuacja czarnoskórych była taka sama jak innych grup etnicznych. Często – o, jakie proroctwo – byli kozłami ofiarnymi, obwinianymi za różne problemy społeczeństwa. Ten, kto nazywa futbol tylko grą, głupim kopaniem kawałka skóry, jest ignorantem. W Brazylii czarnoskórzy zawodnicy piłkarscy zmieniali wizerunek całej grupy społecznej. Cały kraj kochał Leonidasa. W niemal każdej brazylijskiej czołowej drużynie pojawiały się czarnoskóre gwiazdy. To wydatnie przekładało się na los(poprzez odpruwanie łatek) setek tysięcy. Ktoś kiedyś powiedział, że Robert Lewandowski jednoosobowo wykonał w Niemczech lepszy PR dla Polski i Polaków, niż lata dyplomacji. Nie wiem czy tak jest – nie mam danych. Ale kto się z tym zgodzi, zachowując proporcje, zrozumie i tamten czas w Brazylii. Moacir Barbosa był powojenną gwiazdą bramki Vasco. Wyróżniał się spokojem w grze, który emanował na całą linię obrony. Stanowił wzór piłkarza fair play, grał czyściutko, nigdy żaden napastnik nie ucierpiał w starciu z nim. Słynął też z tego, że grał bez rękawic. To mu zostało, nawet na poziomie reprezentacyjnym. Twierdził, że w ten sposób lepiej czuje piłkę. Oswaja ją a ta bardziej się go słucha. Zdarza się, że trzy punkty jakaś potęga przyznaje sobie przed rozegraniem meczu. Ale nigdy chyba później nie było to zrobione z taką pompą, jaką w 1950 w Brazylii. W dniu finału Prezydent FIFA, Jules Rimet, przygotował już przemowę na cześć Brazylii. Dla Urugwaju nie przewidział żadnej. Piłkarze faworyta byli tego dnia odwiedzani przez szereg polityków, którzy roztaczali przed nimi wizje tego, co nastąpi po sukcesie. Pojawił się minister edukacji, pod którą wtedy podpadał sport. Sam prezydent Brazylii powiedział: „Stoicie tutaj, tylko jeden krok od nieśmiertelnego trofeum, który wygracie dla całego kraju”. Do tego tabun dziennikarzy i fotografów. Pod obiektem treningowym czekał szereg cwaniaków z kartami „MISTRZOWIE ŚWIATA” czekającymi na podpisy, które można by z szalonym zyskiem sprzedać już wieczorem. ,,Ja dotrzymałem słowa, że powstanie Maracana, wy dzisiaj dotrzymajcie słowa, że zostaniecie mistrzami”– powiedział tuż przed meczem burmistrz Rio de Janeiro. Takie podejście zadziałało na Urugwajczyków jak płachta na byka. Jedna z czołowych brazylijskich gazet koronowała Brazylię przed meczem. Serio, napisali – oto mistrzowie świata. Kapitan Urugwaju, Varela, kupił tę gazetę i przyniósł do urugwajskiego obozu. Trener Juan Lopez Fontana zobaczył w tym potencjał, by obudzić w swoich zawodnikach diabła. Sprawić, by mecz miał personalną stawkę dla każdego zawodnika.
Według legendy, gazeta została podarta na poszczególne stronice, każdy gracz dostał po kilku, a potem Fontana miał powiedzieć: ,,Jak będziecie musieli iść za potrzebą, weźcie to ze sobą. Wrzućcie do toalety i szczajcie na nie”. Jednak trzeba przyznać, że rzadko zdarza się na wielkim turnieju taka demolka, jaką Brazylia sprawiła w Copa America 1949. 9:1 z Ekwadorem. 5:0 z Kolumbią. 10:1 z Boliwią. 7:1 z Peru. 5:1 z Urugwajem. 7:0 w finale z Paragwajem. Barbosa wraz z drużyną byli nie do zatrzymania. Golkiper w zgodnej opinii nie miał sobie wtedy w kraju równych. Nic dziwnego, że rok później, grając u siebie mundial, Brazylia była murowanym faworytem, szczególnie gdy Anglicy skompromitowali się z USA. W finałowej grupie Brazylia wygrała 6:1 z Hiszpanią i 7:1 ze Szwecją. Ale, znowu lub „jak zwykle” nie chodziło tylko o piłkę. Brazylia poszukiwała swojej tożsamości. Powodu do dumy narodowej, ale i czegoś jednoczącego. W kraju rozkochanym w piłce nożnej, a do tej pory bez wygranej w nim, mundial nadawał się do tego celu. To były wręcz pewnego rodzaju kompleksy, widoczne nawet po budowie Maracany. Powstawała kilka lat. Oddano ją ze dwa tygodnie przed finałami. Nie miała być w sensie stricte funkcjonalna – miała być wielka, największa na świecie, podkreślająca sukces Brazylii. Dlatego obiekt powstawał według projektu na dwieście tysięcy miejsc. Urugwaj w finale stanowił tylko przystawkę. Szósta drużyna południowoamerykańskiego czempionatu. Drużyna, która z tymi samymi rywalami, których Brazylijczycy demolowali na mundialu bez mrugnięcia okiem, toczyła zacięte, pełne zwrotów akcji boje. Nawet to jednak nie uzasadnia takiego lekceważenia. Wściekły na całe zamieszanie był szkoleniowiec Flavio Costa, który próbował uspokajać, mówić „poczekajmy na końcowy gwizdek”, ale nie był w stanie zatrzymać tej fali. ,,Wiem, o co chcecie zapytać: gdzie jest w tej opowieści Barbosa, posłany od ładnych kilku akapitów na margines? Otóż właśnie tam, gdzie być powinien – na marginesie. Nieprzypadkowo. Bo nie bierze jak do tej pory udziału w litanii przewin, całej serii kardynalnych błędów, podczas gdy finalnie wszystko skupi się tylko na nim. Tak jakby to on kazał brazylijskiej prasie pompować balonik. Tak jakby to on zaprosił polityków, przez których – według Henrika Brandao Jonssona, autora książki „Joga Bonito” – piłkarze Brazylii nawet nie zdążyli spokojnie zjeść posiłku i już zameldowawszy się na Maracanie, trener Flavio Costa głodnym piłkarzom kombinował w ostatniej chwili kanapki z serem. Nie kazał Juvenalowi, pilnującemu lewej strony, po której to stronie padnie feralny gol, pić dzień przed meczem, przez co Juvenal miał kaca. Nie miał wpływu na to, że jedyny możliwy zastępca Juvenala był kontuzjowany”. Brazylia przeważała, wyszła na 1:0. Zresztą prawdopodobnie ze spalonego. Angielski arbiter sędziował pod gospodarzy. Varela, kapitan Urugwaju, kłócił się Georgem Readerem ładnych kilka minut po bramce. Ta bramka tylko jeszcze bardziej podrażniła Urugwajczyków. Schiaffino strzelił na 1:1 a w samej końcówce… Bramka do dziś jest analizowana. Nie, nie pod kątem przepisów, pod kątem tego, co zrobił Barbosa. Cała strona odsłonięta a w środku Shiaffino, który spodziewał się podania. Tymczasem Ghiggia „dziubnął” piłkę i ta wpadła do siatki na krótkim słupku. Brazylia przegrała. Według jednej z legend wokół tego meczu, piłkarze mieli uciekać ze stadionu w przebraniach zakonnic. Ghiggia powie po latach: ,,Tylko trzech ludzi uciszyło Maracanę. Frank Sinatra, Jan Paweł II i ja”. Do dziś krążą pogłoski, że na stadionie kilku kibiców zmarło wtedy na zawał serca. Ktoś miał popełnić samobójstwo – nadawał to sam New York Times. Nie chce mi się w to wierzyć. Nawet słowa dramaturga Nelsona Rodrigueza „Każde miejsce ma katastrofę narodową, coś w rodzaju Hiroszimy. Naszą katastrofą, naszą Hiroszimą była porażka przeciwko Urugwajowi w 1950” wydają się niesmaczną przesadą. Tam zagłada setek tysięcy, tu tylko przegrany mundial. Ale to pokazuje, jak bardzo Brazylia i Brazylijczycy zainwestowali emocjonalnie w zespół, jak bardzo cała pozasportowa otoczka, tożsamościowa, kulturowa, odgrywała tutaj rolę. Alex Bellos twierdził, że ten mecz na jakiś czas złamał pewność siebie całego narodu. Za to wszystko, przez jedną interwencję został obwiniony Barbosa. Cały kraj rytualnie go grillował. Głuchy na argumenty Flavio Costa, który otwarcie krytykował Juvenala.
„Barbosa, który tak wiele razy grał dobrze, tym razem zawalił. Każdy drugorzędny bramkarz by sobie poradził”– pisało następnego dnia ,,Estado de S. Paulo”, stanowiąc tylko jeden z głosów w jednolitym chórze. Jego temat wałkowały stacje radiowe. Moacir krył się w domu razem z żoną, a krążyły niemożliwe pogłoski: nawet taka, że spalą mu dom. Gdy zaczęła się liga, był nieustannie wyzywany na wszystkich stadionach. Już wcześniej zdarzały się wobec niego rasistowskie odzywki, teraz rozgorzały z nową mocą. „Nawet kryminaliście z czasem się wybacza, gdy odpokutuje swoje grzechy. Mi nigdy nie wybaczono”- mówił Barbosa w 1999 r. Wyobrażacie sobie jak zły mecz musiałaby rozegrać reprezentacja Polski, żeby aż odcinając się od tej klęski zmieniono barwy kadry? Ja sobie nie wyobrażam a po ,,Maracanazo” tak uczyniono. Brazylia przestała grać w bieli, zaczęła w kolorach, które są ikoniczne do dzisiaj. Brazylijscy czarnoskórzy bramkarze przez jedną sytuację Moacira mieli pod górkę przez kolejne dekady. Ukuł się mit, żeby takiego na bramkę po prostu nie dawać a już na pewno nie w kadrze. Barbosa po skończeniu kariery piłkarskiej nie dał rady zaczepić się w piłce. Fatum dopadło go i tutaj – jednoznacznie postrzegany przez zawalenie gola wszech czasów, nie mógł znaleźć zatrudnienia w futbolu. Tylko Vasco pomogło mu ogarnąć pracę, ale wymowne: pracę ratownika na pływalni mieszczącej się blisko Maracany. Nie wiem co najbardziej mnie uderza w tym, że jego mecz wciąż się toczył. Czy ten epizod z porąbaniem i spaleniem bramek. Czy to, że gdy akurat przez pewien czas komentował mecze, sam prezes brazylijskiej federacji Ricardo Teixeira zabronił mu pracować przy kluczowym spotkaniu Canarinhos, bo a nuż przyniesie pecha. Z tej samej przyczyny Mario Zagallo nie wpuścił Barbosy do ośrodka treningowego, gdzie Moacir chciał życzyć powodzenia Claudio Taffarelowi – Moacir był już wtedy po siedemdziesiątce, staruszek przegoniony spod bram. Niezwykłe, a pokazujące jak głęboko kulturowo uwikłana jest tamta jedna interwencja: w 1988 miał premierę film, którego osią jest próba powrotu w czasie i nie dopuszczenia do bramki Ghiggii. Nominowana do prestiżowej nagrody sci-fi Hugo Award powieść „Brasyl” także znalazła miejsce dla Barbosy: w jednej z historii, główna bohaterka chce by Moacir wystąpił w publicznym procesie telewizyjnym, w którym cały naród stanowiłby oskarżyciela. Biografia „Ostatnia parada Moacira Barbosy” to jedno, i jakkolwiek mądrze zwraca uwagę w roli mediów przy kreowaniu idoli, ale też przegranych, tak pozostaje biografią sportowca – aby trafić na karty sci-fi czy filmów fabularnych trzeba zupełnie innego rozgłosu, innego znaczenia. Ale chyba jednak najbardziej uderza to, gdy powiedział, że żaden mecz, nawet tamten finał, nie wprowadził go w taki smutek, jak sytuacja, gdy pewna matka na ulicy wskazała go palcem i powiedziała swojemu synowi: ,,Zobacz, to człowiek, przez którego płakała cała Brazylia”. To niewyobrażalne tkwić całe życie w cieniu takiej winy, tak powszechnie rozpoznawalnej, umieszczonej głęboko w sercach wszystkich Brazylijczyków, nie tylko tych, którzy widzieli Maracanazo. W zasadzie pretensje przekazywane z pokolenia na pokolenie. ,,Płakał mi w rękaw: nie jestem winny! Było nas jedenastu!”- Tereza Borba. Na początku drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych Barbosie zmarła żona. Nowotwór zabrał osobę, która nie tylko całe życie była dla niego wsparciem, ale też pomagała nieść brzemię. Był dobrze po siedemdziesiątce, a dostawał tylko emeryturę za pracę ratownika pływalni. Rzecz w tym, że nawet ta praca była na pół etatu, więc jakoś wiązali koniec z końcem razem z żoną, ale ostatecznie emerytura była na tyle mała, że nie wystarczała nawet na opłaty mieszkaniowe. Przez jakiś czas żył u kogoś w małym pomieszczeniu na podwórzu. Nawet tu doszło do włamania i okradziono go z koszulki reprezentacji Brazylii. A jednak wtedy, w najgorszym momencie, zaświeciło słońce.
Tereza Borba miała wtedy może dwadzieścia lat, prowadziła sklepik na plaży, gdy rozpoznawała Barbosę jak kręci się po plaży. Wyglądał jak bezdomny, którym w istocie był. Tereza pomagała mu, a z czasem zaprosiła go do domu, gdzie mieszkała z mężem. Odstąpili mu cały pokój. Państwo Borbowie pomagali mu, a on przyjmował tę pomoc, ale czuł się z nią nieswojo – często mówił, że zawadza, że lepiej, aby sobie poszedł. Ale Borba stała się w istocie jego przybraną córką. Sama wychowała się bez ojca. W zupełnie obcej osobie Moacir znalazł prawdziwe rodzinne ciepło i bezinteresowną pomoc. Później Borba zadzwoniła do Euricio Mirandy, polityka, ale też działacza Vasco. Miranda jaki był, taki był, według wielu umoczony w korupcję, ale Barbosie pomógł, załatwił mu również skromny comiesięczny czek z klubu, ale który pozwalał już na samodzielne życie. Miranda wraz z Teresą zgłosili również pewien projekt burmistrzowi Rio, a on się do niego zapalił. Znowu Maracana. Znowu tamci piłkarze – przynajmniej wszyscy, którzy jeszcze żyli w 1999 roku. Z wieloma nie widział się od dekad. I tam, na tym boisku, w otoczeniu postaci, które pamiętały Maracanazo, burmistrz Rio przeprosił Moacira za cały brazylijski naród. Impreza z pompą, z honorami – wszystko na rzecz przeklętego. Atmosfera wokół piłkarza w tej ostatniej godzinie zaczęła się zmienić. W obronie Moacira stanął Dida. Barbosa udzielił dużego wywiadu w czołowym brazylijskim talk show. I cały czas miał tamten mecz żywy, jakby odbył się wczoraj, cały czas o akcji opowiadał z najdrobniejszymi detalami. Tereza Borba wspominała, że gdy w 2000 roku urządziła Moacirowi urodziny, ten miał na nich powiedzieć: ,,Jeśli jutro bym umarł, umarłbym jako szczęśliwy człowiek”. Umarł tydzień później. Na grobie ma wyryte: „Tu spoczywa godny podziwu, pogodny człowiek. Taki, jakiego pan Bóg mógł stworzyć tylko w jednym ze swoich najlepszych momentów”. ,,Zrobił tak wiele dla kraju a został ukrzyżowany po jednym meczu”- Dida. Jeden błąd, kilka sekund, a ciągnęło się za nim przez całe życie. Nie w sposób anegdotyczny, nie przez docinki kolegów, ale wydatnie wpływając na jego życie. Na pierwszy rzut oka, niezrozumiałe. Ale na drugi – Brazylia tak bardzo chciała i potrzebowała wygrać, z tak wielu przyczyn pozasportowych, że klęska z Urugwajem stała się klęską narodową. Wszyscy Brazylijczycy, który mieli ogrzać się w blasku chwały, stali się przegrańcami. Sport potrafi pośredniczyć w emocjach, ktoś strzela gola, bije rekord skoczni, a cieszysz się tym samym szczęściem, dzielisz tę samą dumę. Tu dzielono gorycz porażki i chciano tej goryczy się pozbyć. Więc zrzucono cały jej bagaż na jednego człowieka. „To nie my przegraliśmy. To przegrał Moacir Barbosa”. Nie było to logiczne, nie było to prawdziwe, ale było widać z jakiejś głębokiej psychologicznej przyczyny konieczne, choć skazywało jedne plecy na ciężar, który powinien rozłożyć się na cały naród. W 2014 roku Moacira Barbosy znaleźć się już nie dało.
10
Brazylijski synonim pecha:
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Comentateiro
@Bernard777
@Adran360
17
Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:
27 marca 1974 r. urodził się Marek Citko, pomocnik. Siedmiu mistrzów olimpijskich i dwójka wicemistrzów. Tak wyglądała dziewiątka z TOP-10 najlepszych sportowców polski w roku Igrzysk Olimpijskich w Atlancie. Jedyny wyłom spośród medalistów w gronie laureatów stanowił piłkarz - Marek Citko. Po mistrzostwie Polski, udanych występach z Widzewem w Lidze Mistrzów oraz golu strzelonym Anglikom na Wembley, stał się największą piłkarską gwiazdą Polski i największą nadzieją na sukcesy. Szybki, dobrze wyszkolony technicznie, niekonwencjonalny w swych rozwiązaniach a w decydujących momentach, w starciach o dużą stawke, skuteczny pod bramką przeciwników w okresie największego marazmu polskiego futbolu na międzynarodowym poziomie. Jawił się dzięki temu jako piłkarz światowego formatu. Zaczynał w Jagiellonii Białystok w sezonie 1992/93. Swego czasu dziennikarze ,,Przeglądu Sportowego” Piotr Wołosik i Łukasz Olkowicz ochrzcili ten klub mianem ,,najgorszej drużyny w historii Ekstraklasy”. Punktowo rzeczywiście dorobek stawiał ja na szarym końcu w dziejach najwyższego poziomu rozgrywek. Liczba zawodników, którzy wtedy postawili pierwszy krok na drodze do kariery, nie ma chyba jednak sobie równych w całych latach 90-tych. Tomasz Frankowski, Mariusz Piekarski, Jacek Chańko oraz właśnie Citko. We wrześniu 1995 roku, po 2 latach gry w II lidze, Citko przeszedł z Jagielloni do Widzewa. Na tle ściągniętych w przerwie letniej Siadaczki, Miąszkiewicza a zwłaszcza Koniarka, nie on zdawał się głównym wzmocnieniem Widzewa. Tymczasem w krótkim czasie to pomocnik rodem z Białegostoku na amen zawojował łódzką publiczność. Od 8 kolejki nie opuścił już żadnego meczu i na koniec sezonu świętował swoje pierwsze mistrzostwo Polski. Przyczynił się do niego między innymi 5 golami. Jeszcze lepiej spisał się w kolejnej edycji, gdy pokonał golkiperów 8 razy a Widzew obronił zaś panowanie w Ekstraklasie. Świetnie wyglądał na arenie międzynarodowej. Łódzki klub powtórzył wyczyn Legii i awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Citko swym golem w eliminacjach przeciwko Broendby pozwolił odrobić część strat przy prowadzeniu 3:0 dla rywali. Potem zaś Paweł Wojtala zdobył słynnego gola na wage awansu. Pomocnik Widzewa strzelił też gole mistrzowi Niemiec(późniejszemu zdobywcy Ligi Mistrzów)- Borussi Dortmund oraz po fenomenalnym lobie, pokazywanym we wszystkich telewizjach świata- Atletico Madryt. Występy indywidualne dały mu wielką sławe, choć samemu klubowi nie zapewniły awansu do kolejnej fazy.
Dopełnieniem świetnego sezonu był gol przeciwko Anglii na Wembley. Citko dostał piłke w okolicy 11 metra, podciągnął ją do ,,piątki” a następnie przerzucił ją nad Seamanem. Ostatecznie biało-czerwoni przegrali to starcie 1:2 ale wrażenie wywołane trafieniem było olbrzymie. Citko trafił do TOP-10 Plebiscytu ,,Przeglądu Sportowego”. W analogicznym zestawieniu Telewizji Polskiej znalazł się na drugim miejscu w 1996 r. a w konkursie programu III Polskiego Radia oraz ,,Super Ekspressu” nawet wygrał! Wtedy też odebrał nagrodę dla Odkrycia Roku według ,,Piłki Nożnej” oraz Piłkarza Roku. Citko był na samym szczycie pod względem popularności. W Polsce wybuchło wtedy zjawisko zwane ,,Citkomanią”. Piłkarz stał się bohaterem popularnych programów i gazet. Nie mógł spokojnie przejść na ulicy. Był chyba jedynym tak powszechnie znanym wśród Polaków piłkarzem lat 90-tych. Jego nazwisko przewijało się nawet w serialach. Dopytywały się o niego największe europejskie kluby. Najbliżej podpisania umowy był z Blackburn Rovers. Mistrzowie Anglii z 1995 wykładali na stół naprawdę duże pieniądze. Citko kręcił nosem na proponowaną lige i… czekał na jeszcze lepsze oferty. Zamiast tego przyplątała mu się jednak poważna kontuzja ścięgna Achillesa. Długotrwałe leczenie zabrało mu ponad jeden sezon. Po powrocie nie był już tym samym zawodnikiem co wcześniej. Próbował odbudować się pod wodzą swego ulubionego trenera Franciszka Smudy w Legii ale poza krótkim przebłyskami nie był w stanie nawiązać do formy z Widzewa. Grał potem w Groclinie Dyskobolii, Cracovii oraz Polonii Warszawa. Poza dwoma mistrzostwami wywalczonymi z łódzkim klubem, na koncie miał wicemistrzostwo(z Widzewem) i brązowy medal(z Legią). W reprezentacji Polski zagrał 10 razy i strzelił 2 gole. Poza Anglikami na liste strzelców wpisał się w starciu z Brazylią. Po kontuzji nie wystąpił już ani razu. Niektórzy(z większym zaufaniem do ,,magii cyfr”) twierdzili że uraz ten nie powinien dziwić. Dotknął bowiem ,,kadrowicza przeklętego”. Citko był wszak 666 piłkarzem w historii, który wystąpił w reprezentacji. Grę w Ekstraklasie oprócz kontuzji przerywały mu także zagraniczne epizody. Grał jeszcze w lidze izraelskiej oraz szwajcarskiej. Po zakończeniu kariery przez krótki okres doradzał właścicielowi Polonii Warszawa- Józefowi Wojciechowskiemu. Zaliczył też epizod w roli dyrektora sportowego Wisły Kraków.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
13
Pewne zwycięstwo z Nawarryjczykami:
27 marca 2025 r. FC Barcelona pokonała na „Estadi Olímpic Lluís Companys” CA Osasuna 3:0 w ramach 27 kolejki La Liga. Barça wysunęła się na prowadzenie w tabeli LaLiga, mając trzy punkty przewagi po łatwym zwycięstwie 3-0 nad przyjezdną Osasuną w czwartek, przedłużając tym samym serię meczów bez porażki we wszystkich rozgrywkach do 19. Ferran Torres otworzył wynik spotkania dla gospodarzy w 11. minucie, strzelając z pierwszej piłki z odległości sześciu metrów, po dośrodkowaniu Alejandro Balde, co dało wspaniałego gola dla całej drużyny. 10 minut później Dani Olmo powiększył prowadzenie, wykorzystując rzut karny po faulu a w 77. minucie Robert Lewandowski głową zapewnił zwycięstwo. Niepokonana od końca grudnia, Barça jest jedyną drużyną w pierwszej piątce lig europejskich, która w 2025 roku nie przegrała ani razu. Zdobyła 63 punkty w 28 meczach, podczas gdy mistrzowie, Real Madryt, zajmują drugie miejsce z 60 punktami a Atletico trzecie z 56 punktami na 10 kolejkach przed końcem sezonu. „Od teraz każdy mecz jest finałem i dzisiejszy nie był wyjątkiem. Rozwiązaliśmy go szybko i solidnie, a to jest najważniejsze. Trzy punkty i idziemy dalej” – powiedział Torres dziennikarzom. W meczu pierwotnie przełożonym na 8 marca z powodu śmierci lekarza katalońskiego klubu, Carlesa Minarro Garcii, trener FC Barcelony Hansi Flick wystawił znacznie zmieniony skład z powodu nieobecności spowodowanych kontuzjami i powrotu zawodników z meczów międzynarodowych do zdrowia. Mimo że Lewandowski i Raphinha rozpoczęli mecz na ławce rezerwowych, Barça nie traciła ani chwili i zdecydowanie rozgromiła rywali, którzy nie oddali ani jednego celnego strzału. Dziesięć minut po tym, jak Torres otworzył wynik spotkania, Pedri posłał długie podanie przez środek boiska, które Olmo złapał w biegu, unikając pułapki ofsajdowej, ale został zatrzymany przez bramkarza Sergio Herrerę, gdy ten próbował go ominąć. Herrera popisał się znakomitą interwencją, broniąc strzał Olmo z rzutu karnego, ale sędzia nakazał powtórzenie rzutu karnego, ponieważ piłkarz Osasuny wszedł w pole karne przed wykonaniem rzutu karnego. Hiszpański napastnik nie pomylił się przy drugiej próbie, strzelając nisko obok prawego bramkarza. Olmo został zmuszony do opuszczenia boiska z powodu kontuzji mięśniowej a jego miejsce zajął pomocnik akademii Fermín López. Zespół Flicka kontrolował posiadanie piłki i stworzył kilka szans, głównie za sprawą skrzydłowego Lamine Yamala. Torres był o krok od powiększenia przewagi w 38. minucie, gdy strzał z rzutu wolnego z krawędzi pola karnego trafił w poprzeczkę. Barça zmarnowała kilka dobrych sytuacji, ale zanim Lewandowski z bliskiej odległości skierował głową do siatki dośrodkowanie Lópeza, piłka odbiła się od poprzeczki.
@Ogorinho1974
@Safrani
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
13
Wybitne legendy FC Barcelony:
27 marca 1932 r. urodził się Sigfrido Gracia Royo, najlepszy lewy obrońca w historii FC Barcelony. To był niezniszczalny piłkarz, który rozgrywał w trakcie sezonu nawet 50 spotkań! Gracia niespodziewanie przebił się do pierwszego zespołu z drużyny rezerw i z dnia na dzień stał się kluczowym zawodnikiem. Jego styl budził wielki podziw widowni. Sigfrid zawsze poświęcał się na boisku i słynął z tego iż zawsze dawał z siebie wszystko. Regularne występy i nieustannie wysoka dyspozycja spowodowała że Gracia był królem swojej pozycji i mógł czuć się w zespole niezagrożony. Podczas zmian trenerów każdy kolejny szkoleniowiec zawsze rozpoczynał ustalanie składu właśnie od Sigfrido. Grał na wszystkich frontach stąd zdumiewająca jak na tamte czasy liczba rozegranych spotkań na sezon(50). Całkowicie poświęcił się karierze w Dumie Katalonii. Był kochany i szanowany przez wszystkich zawodników i zarząd zespołu z miasta Gaudiego. Wyznawał zasadę że gdy dasz z siebie wszystko na boisku to nie będziesz miał do siebie nigdy pretensji. Podczas swojej kariery Gracia rozegrał 525 spotkań. Z Dumą Katalonii zdobył 3 mistrzostwa Hiszpanii, 4 Puchary Hiszpanii, 3 Puchary Miast Targowych oraz Puchar Evy Duarte.
Cześć i chwała legendom Dumy Katalonii!
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@1LY0
1
Mecz z Albanią? Owszem, wygrany. Jednak z taką grą(zwłaszcza defensywna) na tle takiego przeciwnika, to nasza reprezentacja w zasadzie jest skazana na porażke w Sztokholmie. Powiem więcej, z taką grą to reprezentacja nie ma absolutnie prawa pokazywać się na mundialu! Nie mam zamiaru po raz kolejny oglądać rozczarowania i wstydu na mistrzowskiej imprezie. Lepiej niech sobie darują te "fajerwerki" i oszczędzą nerwów polskiemu kibicowi...
15
,,Krewka” Czarnogóra podbita:
26 marca 2017 r. reprezentacja Polski pokonała Czarnogóre 1:2 w eliminacjach mistrzostw świata Rosja 2018. To bardzo gorący teren. Wiedzą o tym wszyscy, którzy kiedykolwiek mierzyli się na wyjeździe z reprezentacją Czarnogóry. W Podgoricy Biało-czerwoni w przeszłości grali raz. Cztery i pół roku wcześniej po bardzo nerwowym spotkaniu zremisowali 2:2 a obie drużyny mecz kończyły w dziesiątkę. Tym razem obyło się bez czerwonych kartek a konfrontacja przyniosła zespołowi Adama Nawałki sukces. Zwycięską bramkę(trzecią i ostatnią w reprezentacyjnej karierze) zdobył Łukasz Piszczek. W całej reprezentacyjnej karierze Łukasz Piszczek rozegrał 65 spotkań. Strzelił w nich 3 gole, co jak na zawodnika, który w przeszłości był napastnikiem, nie jest może specjalnie imponującym wynikiem. Jeśli chcielibyśmy wybrać trafienie, które było najważniejsze, należałoby wskazać to ostatnie – właśnie w meczu w Podgoricy. To ono dało Biało-czerwonym trzy punkty. Bohater gospodarzy Stefan Mugoša sprawił zaś, że Czarnogórcy prawie do samego końca mogli liczyć na korzystny rezultat.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
15
Szczyt bezczelności!
26 marca 2010 r. Johan Cruijff został ogłoszony honorowym Prezydentem FC Barcelony. Decyzja zarządu Joana Laporty została później cofnięta przez Sandro Rosella, który twierdził że statut klubu nie przewiduje takiej funkcji. Cruijjf zwrócił prezydenckie insygnia i przestał pojawiać się na Camp Nou.
Pomyśleć że ci socios przez tyle lat pozwalali rządzić takim sukinsynom jak Rosell i Bartomeu…
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Kolejne zapomniane El Clasico:
26 marca 1983 roku, gdy FC Barceloną zarządzał César Luis Menotti, drużyna ponownie pokonała Real Madryt, tym razem na Camp Nou 2:1 w 30 kolejce Primera Division. Juanito dał prowadzenie „Białym” ale Diego Maradona(45 m.) i Perico Alonso(77 m.), ojciec przyszłego trenera Realu Madryt, Xabiego Alonso, odwrócili losy meczu. Nosząc numer 5, Perico grał w środku drużyny, obok Schustera a przed nim Maradona. Nie chodziło o to, że zagrał cały mecz, ale o to, że zdecydował się grać. W piekielnej atmosferze, gdy mecz był kilkakrotnie przerywany z powodu rzucanych przedmiotów i różnych incydentów, Juanito wyprowadził Real Madryt na prowadzenie już po 20 minutach, popisując się wspaniałym podcięciem nad nadbiegającym Urrutim. Walka o mistrzostwo ligi, na zaledwie cztery kolejki przed końcem, wyglądała coraz gorzej dla Blaugrany. Tuż przed przerwą Maradona strzelił gola głową z bliskiej odległości. Na Camp Nou zawrzało – jeden z kibiców zmarł na zawał serca podczas świętowania – i wszystko rozstrzygnęło się w ostatnich 45 minutach. Napięcie rosło z każdą minutą. Santillana miał dwie okazje, by podwyższyć wynik na 1:2 ale refleks Urrutiego pokrzyżował jego plany. Wynik pozostał remisowy na 13 minut przed końcem. Następnie Maradona wpadł w pole karne Realu Madryt. Otoczony przez rywali, przerzucił piłkę w kierunku pola karnego. Pojawił się tam Periko Alonso. Urodzony w Tolosie zawodnik pełen zaangażowania, determinacji, siły i serca, stworzył moment geniuszu. Przerzucił piłkę nad nadbiegającym Garcíą Remónem i, minąwszy bramkarza, z łatwością strzelił gola. Ekstaza ogarnęła stadion Barçy. To był jedyny gol, jakiego Alonso Sr. strzelił Realowi Madryt w koszulce Blaugrany( trzy strzelił w barwach Realu Sociedad). Był bohaterem wieczoru. Z ośmioma punktami do zdobycia, jego drużyna utrzymała trzecie miejsce, ale teraz traci tylko dwa punkty do Athletic Bilbao i jeden do Realu Madryt. „Odnieśliśmy bardzo ważne zwycięstwo ale myślę, że teraz powinniśmy myśleć tylko o wygraniu kolejnego meczu. Od teraz do końca sezonu FC Barcelona ponosi wielką odpowiedzialność i nie możemy sobie pozwolić na odpuszczenie” – powiedział po zwycięstwie.
Dwa zwycięstwa nad Realem Madryt ale tytuł przypadł Athletic Bilbao, prowadzonemu przez Javiera Clemente. „Wtedy nie zdobyliśmy wielu tytułów. Zmienił się trener a Maradona pauzował przez długi czas z powodu zapalenia wątroby ale te mecze z Madrytem były inne. Zawsze są” – wspominał Esteban Vigo.
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
12
Zapomniane El Clasico:
Dokładnie 110 lat temu FC Barcelona pokonała FC Madrid 2:1 na ,,Ciudad Condal Velodrome” w ramach pierwszego półfinału Copa del Rey. Gole dla Barçy zdobyli: genialny Paulino Alcantara oraz Vicenç Martinez. Honorowego gola dla przeciwników zdobył legendarny Santiago Bernabeu. Rewanż w Madrycie wygrali gospodarze 4:1 a że wówczas nie liczyła się ilość zdobytych goli, więc doszło do powtórki pierwszego meczu, o czym napisze 13 kwietnia.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
1
@tribo I bardzo dobrze że oglądasz. Takie mecze zasługują aby je pamiętać i pokazują jak trudne i wyczerpujące są mistrzostwa świata...
Jedyne co mnie dziwi to pora oglądania tejże retransmisji...?